Yamaha CD-S3000 + A-S3000

TEST
TEST
HI-END Yamaha CD-S3000 + A-S3000
Yamaha CD-S3000 + A-S3000
Szkicując serię 3000, konstruktorzy (i szefowie) Yamahy poszli tropem już doskonale znanym –
serii 2000. Urządzenia kilkakrotnie droższe są bardziej zaawansowane, ale nie wyłamują się
z ustalonej wcześniej konwencji. Ich wzornictwo odwołuje się do tradycji, do „złotych lat hajfaju”. Skądinąd jest to styl uprawiany przez kilka innych firm, czasami w jeszcze bardziej efektownym,
wręcz efekciarskim wydaniu, trącącym pastiszem...
Y
amaha uchwyciła najlepszą nutę,
pełną równowagę, jej projekty mają
zarówno klimat, jak i wyglądają nowocześnie, zawierają znane sprzed
lat składniki przedstawione w nowej odsłonie,
w doskonałym wykonaniu. Trzydzieści lat
temu nawet najdroższe urządzenia nie miały
tak perfekcyjnie „spasowanych” elementów
swoich obudów, troska o detale nie była tak
daleko posunięta, podobnie jak wymagania
estetyczne klientów. Funkcjonalność – „klasyczna plus”. System składa się z dwóch
urządzeń: zintegrowanego wzmacniacza
stereofonicznego, bez specjalnych dodatków
związanych z rewolucją plików, strumieni,
transmisji bezprzewodowej i współpracy ze
112
wrzesień 2013
sprzętem przenośnym, oraz odtwarzacza
CD/SACD dozbrojonego w wejścia cyfrowe,
pozwalające wykorzystać jego przetwornik
C/A do obsługi innych źródeł cyfrowych (to
ów „plus”). I tyle. Mało? Dużo i mało... Zależy,
z której strony na to spojrzeć. Najwyraźniej zestaw Yamahy nie ma aspiracji, aby ścigać się
w zakresie megafunkcji sieciowych; tego nie
można jednak złożyć na karb oszczędności
i braku możliwości... Są producenci o wysokim
„specjalistycznym” prestiżu – hołubieni przez
audiofilów – którzy mają nieustanny problem
z dotrzymaniem tempa zmianom, zwłaszcza
gdy próbują swoich sił w urządzeniach do
kina domowego. Zawsze są w tyle z nowymi
wersjami HDMI, formatami, sterowaniem itp.,
ale bronią się dewizą, że najważniejsze jest
brzmienie. I słusznie. Jednak Yamaha jest
firmą mającą w małym palcu układy zapewniające dostęp do funkcji (których tutaj nie
dostaniemy). Amplituner RX-V473 za 1500 zł
potrafi „strumieniować”, więc o czym mówimy? O świadomej decyzji, zawężającej obszar
funkcjonowania systemu 3000 do obszaru
zainteresowań „prawdziwego audiofila”.
Chociaż przyznam, że sam mam wątpliwości,
czy to słuszna decyzja. Na pewno odważna.
Na pewno jednoznaczna. Na pewno znajdzie
zrozumienie u dużej grupy odbiorców. Ale
problem w tym, że właśnie ta grupa odmawia Yamaszce prawa do reprezentowania
tych „wartości”, przynajmniej na tak wysokim
www.audio.com.pl
pułapie cenowym... Może więc byłoby lepiej,
gdyby Yamaha skierowała się ku nieco innej
grupie odbiorców i zaprojektowała urządzenia ultranowoczesne (pod względem funkcji)?
Pewnie poszłaby w taką stronę, gdyby nie
możliwość przygotowania dwóch całkowicie
odmiennych, ale przecież uzupełniających się
propozycji; równolegle z premierą systemu
3000 zaprezentowano referencyjny system
kina domowego 5000; trzeba przyznać, nie
wchodząc w jego szczegóły, że on właśnie jest
nafaszerowany wszystkimi funkcjonalnymi
nowinkami, a system 3000 ma w pewnym
sensie stanąć w opozycji, w każdym razie być
propozycją wyraźnie odmienną. Osobiście
uważam, że do końca życia wystarczy mi odtwarzacz CD z dodatkiem analogu (od święta). Czy jestem dinozaurem, a system 3000
jest właśnie dla dinozaurów? Powtórzę moją
opinię: płyty i odtwarzacz CD to rozwiązanie
optymalne. Jakość – absolutnie zadowalająca.
Przy dobrym odtwarzaczu końcowe rezultaty i tak będą zależeć od innych elementów systemu, od jakości nagrań, wreszcie
od akustyki. Wygoda – bezproblemowa:
wystarczy wziąć pudełko z półki, wyjąć płytę,
włożyć do szuflady odtwarzacza, nacisnąć
„play”... Ani za dużo, ani za mało, żadnych
problemów z transmisją, żadnego uwiązania
do komputera, żadnych wyborów, aktualizacji, po prostu – żadnych problemów! Do tego
przynajmniej odrobina „fizyczności” (mniej niż
www.audio.com.pl
przy płycie analogowej, ale za to też mniejsze
wymagania), a także całkiem rozsądna
dawka, nazwijmy to, przymusu, aby posłuchać
do końca, albo przynajmniej w większym
fragmencie płyty, która jest już w odtwarzaczu.
To mój punkt widzenia i słyszenia, a raczej
słuchania muzyki. Zdaję też sobie sprawę,
że nie ma dzisiaj sprzętu, bez względu na
cenę, który idealnie pasowałby do wszystkich
wymagań. Urządzenie może być krytykowane
zarówno za niedobór funkcji, jak też za ich
nadmiar; zarówno z powodu skomplikowania
obsługi, podniesienia kosztów (które przy
tej samej cenie mogłyby zostać poniesione
na zastosowanie np. lepszych komponentów
w torze audio), jak też „ideologicznych”.
Mogłoby się wydawać, że przyszła pora na
ostateczne wybory, zwłaszcza dla producentów, aby „się określili”, czy idą z duchem
czasu i stawiają na strumienie, czy konserwują CD. Tymczasem wcale nie ma konieczności
stawiania sprawy na ostrzu noża. Firmy takie
jak Yamaha mogą robić wszystko – amplitunery z funkcjami strumieniującymi, same
odtwarzacze plików, „superodtwarzacze” – CD
z wbudowanym czytnikiem plików (CD-N500),
klasyczne CD-ki, sprzęt wielokanałowy, stereofoniczny... Yamaha produkuje też kolumny,
całkiem zacne (Soavo), ale nie jest to pułap
jakości i ceny odpowiedni dla komponentów
serii 3000; wręcz można pochwalić skromność,
która przejawia się tym, że Yamaha nie próbuje produkować kolumn do serii 3000, na siłę
tworzyć „firmowego” kompletu i udowadniać,
że „może wszystko”; tym bardziej wiarygodne
stają się kompetencje w zakresie elektroniki – Yamaha zna granice, których lepiej nie
przekraczać...
Ze strony tej firmy nie możemy się też
spodziewać jeszcze jednego – wzmacniacza
lampowego. I piszę to bez najmniejszego żalu,
wybaczcie. Yamaha może wykonać wiele
gestów w kierunku audiofilów, ale stronnictwa
lampiarzy nie zadowoli. Tak jak większość
japońskich firm, dużych i poważnych, dawno
temu i na zawsze rozstała się z lampami,
ustalając w sposób racjonalny – biorąc pod
uwagę wszystkie za i przeciw – że układy tranzystorowe są lepsze. Ja tego tutaj udowadniać
nie będę, to nie moja rola... Ostatecznie ja tej
Yamahy nie skonstruowałem i jej nie sprzedaję, ale podzielam tak „wyrażony pogląd”.
W zasadzie nie ma tematu – A-S3000 jest
wzmacniaczem tranzystorowym, i basta. Ale...
gdyby miał w sobie jakąś małą lampeczkę,
gdzieś w przedwzmacniaczu, też bym się nie
zdziwił – tylu producentów robi dzisiaj jeszcze
śmieszniejsze rzeczy, aby zdobyć klientów...
Gdy patrzymy na ogólne cechy funkcjonalne i konstrukcyjne urządzeń serii 3000, po
prostu budzą one szacunek; gdy wejdziemy
w szczegóły, będziemy je już podziwiać.
wrzesień 2013
113
HI-END Yamaha CD-S3000 + A-S3000
Odtwarzacz CD-S3000
TEST
Kiedy zapanują już odtwarzacze strumieniowe, z urządzeń źródłowych ostatecznie zniknie
„napęd”. Był w gramofonie, w magnetofonach
szpulowych i kasetowych, w odtwarzaczach
CD, DVD, Blu-ray... Ten kłopot będziemy mieli
z głowy. Twardy dysk zapewnia w zasadzie
jednoznaczny odczyt danych, natomiast odczyt
płyty CD, mimo techniki cyfrowej, zero-jedynkowej, nie jest tak skuteczny. Stąd też o jakości
odtwarzacza CD decyduje w dużej mierze
jakość „transportu” – kręcącego płytą, przesuwającego wózek z laserem, wysuwającego
szufladę i całej konstrukcji mechanicznej, która
ma wyeliminować wibracje własne (i pochodzące z zewnątrz). Niektóre firmy, zamiast
inwestować w kosztowną mechanikę, instalują
popularne podzespoły, rozwijając w zamian
układy elektroniczne, które mają naprawiać
błędy odczytu; to też się przyda, ale dobry
napęd jest najpewniejszym fundamentem
i najlepszym początkiem drogi dla sygnału.
W urządzeniu tak bezkompromisowym i prestiżowym, jak CD-S3000, nie można było pozwolić
sobie na ryzykowne (choćby wizerunkowo...)
eksperymenty i wywoływać jakiekolwiek
wątpliwości, co do jakości mechanicznej. To
zresztą konsekwentne rozwinięcie konstrukcji
CD-S2000; już tam napęd jest wyśmienity,
a z elegancją, z jaką wyjeżdża cieniutka aluminiowa szuflada, rzadko mamy do czynienia
nawet w znacznie droższym hi-endzie. Tutaj nie
mogło być przecież gorzej. Cały napęd został
przymocowany do podłogi za pośrednictwem
dwóch sztab – tylnej i przedniej – przy czym
przednia jest skręcona z dwóch elementów
w taki sposób, aby było możliwe idealne wypoziomowanie transportu. Nie jest to czynność,
którą ma wykonywać użytkownik – dokonuje się
tego w fabryce, podczas montażu; aby jednak
miało to sens, użytkownik powinien zadbać
o wypoziomowanie całego urządzenia. Zanim
jednak się tym zajmie, z pewnością urządzenie
obejrzy ze wszystkich stron, a także poczuje
jego „słodki” ciężar. Wzmacniacz jest jeszcze
cięższy, i są też cięższe odtwarzacze, ale masa
tego wynosi prawie 20 kg i na pewno dobrze to
o nim świadczy. Że para nie poszła w gwizdek,
ani nawet tylko w 7-mm grubości aluminiowy
front, przekonamy się zaglądając do środka.
Już z zewnątrz docenimy najwyższą jakość wykonania. To jednak brzmi trywialnie; myślę, że
po prostu nie można tego zrobić już lepiej, bez
względu na cenę. I tutaj widać, jak na dłoni,
że sentyment do klasycznego wzornictwa – to
jedno, a współczesne możliwości takiego pasowania i montażu elementów, jakie widzimy
w tych urządzeniach – to drugie. A połączenie
jednego i drugiego daje nową jakość, dostępną
dopiero dzisiaj, ale czerpiącą z wczorajszych
wzorów. Jest pięknie i żadne zachwyty nie będą
ponad miarę. Ta elegancja unika blichtru,
nie ocieka ciężkim luksusem, nie chowa się
też za jakimś skrajnym „szlachetnym mini-
114
wrzesień 2013
malizmem”. Doskonałe materiały są ze sobą
idealnie połączone, każdy detal jest wykonany
perfekcyjnie, a front jest popisowym mariażem
funkcjonalności, stylu i bezpretensjonalności –
i wciąż świetnie widać, że to „klocek” z najwyższej półki. Z prawej strony umieszczono,
typowo i ergonomicznie, podstawowe funkcje
sterowania; po lewej włącznik sieciowy i trzy
małe przyciski – „pure direct” (wyłącza wyjścia
cyfrowe, aby zmniejszyć zakłócenia analogowego sygnału wyjściowego), wyboru „źródła”
(własna płyta, albo jedno z trzech wejść
cyfrowych – USB, elektryczne koaksjalne lub
optyczne) i wyboru warstwy (płyt hybrydowych
– to odtwarzacz SACD). Pod szufladą umieszczono diody sygnalizujące dokonane wybory.
Sygnały z zewnętrznych źródeł cyfrowych
mogą być synchronizowane z zegarem DAC-a
odtwarzacza na kilku różnych poziomach.
Zadeklarowanie szerokiego pasma synchronizacji nie gwarantuje najlepszego brzmienia,
ale uodpornia na niedokładności pracy zegara
po stronie źródła. Wybór wąskiego pasma daje
najlepsze rezultaty brzmieniowe, lecz można
się doczekać „przeskakiwania” dźwięku, więc
trzeba sprawdzić możliwości różnych źródeł
i wybierać możliwie najwęższe pasmo, przy
którym problemy nie występują w ogóle lub
występują w akceptowalnym przez nas stopniu.
Budowa wewnętrzna jest równie imponująca. Nie chodzi nawet o gęstość zabudowy, ile
o aranżację. Konstruktorzy Yamahy z upodobaniem wprowadzają symetrię nie tylko dla
efektu wizualnego. Na skutek tego wnętrze
CD-A3000 przypomina do pewnego stopnia...
wzmacniacz. Dwa transformatory, zamknięte
w miedzianych puszkach, dedykowane zasilaniu niezależnie części cyfrowej i analogowej,
„Napęd” posadowiono na dwóch sztabach – przednia „elastyczna” składa się z dwóch skręcanych
elementów, pozwalając na wypoziomowanie
całego układu.
umieszczone są przy bocznych ściankach, jak
najdalej od siebie i daleko od wszystkich układów. Układy zasilaczy, w tym ich kondensatory,
nie są odseparowane i skupione wokół swoich
transformatorów, ale ulokowane bezpośrednio
przy odpowiednich obwodach, którym służą.
Tym sposobem wyeliminowano „zwyczajowe”
połączenia kablowe między poszczególnymi
sekcjami zasilacza a resztą układu, prowadząc tylko – bardzo solidne – okablowanie
z transformatorów do zasilaczy. Kable nie są
lutowane, lecz zakręcane.
Przetwornik C/A to 32-bitowy układ ES9016
firmy ESS Technology, zintegrowany z zegarem
w celu wyeliminowania zniekształceń jitter.
Ale najbardziej apetyczna historia zaczyna się
od tego, że wspomniany scalak jest 8-kanałowy, a więc zawiera osiem przetworników;
wykorzystano oczywiście wszystkie, tworząc
konfigurację podwójną, różnicową, dla każdego kanału, dając w ten sposób początek
zbalansowanej drogi sygnału, kontynuowanej
Oprócz typowych dla odtwarzacza CD wyjść analogowych i cyfrowych (te pierwsze również w wersji XLR,
w zasadzie podstawowej dla CD-S3000, ze względu na jego zbalansowany tor sygnału), są też trzy wejścia
cyfrowe, w tym USB. Urządzenie jest więc też USB-DAK-iem, otwartym na różne zewnętrzne źródła cyfrowe
i komputer, chociaż nie jest „pełnym” odtwarzaczem strumieniowym.
www.audio.com.pl
dalej we wzmacniaczu A-S3000. Konwersja prądowo-napięciowa jest prowadzona w układzie
jednostopniowym, tranzystorowym, z niskim
sprzężeniem zwrotnym.
Wejście USB zostało sprzężone z własnym
przetwornikiem oraz zegarem i przyjmuje
sygnał do 24 bitów/192 kHz; Yamaha wspiera
profesjonalny protokół ASIO 2.3 i dostarcza
własny program sterujący Yamaha Steinberg.
Nie ma tutaj pełnego odtwarzacza strumieniowego, ale dodany USB-DAC prezentuje
się ambitnie; więc ostatecznie CD-S3000 jest
nie tylko odtwarzaczem CD i niejedna firma,
konstruując takie urządzenie, wymyśliłaby
dla niego bardziej „zaawansowaną” nazwę
niż po prostu „CD Player”. Yamaha w nazwie
urządzenia nawet nie zaznacza, że jest to
odtwarzacz SACD, a przecież jest... Pewnie
dla Japończyków odtwarzanie SACD w urządzeniu tej klasy jest oczywistością i nawet nie
wypada się z tym obnosić. Zarazem prosty tytuł
„odtwarzacz CD” nie jest już niczym wstydliwym; czasy lekceważenia CD i wyczekiwania
na nowy i popularny format audio (fizycznego
nośnika, nie plików) minęły; wszyscy już dobrze
wiemy, że płyty CD są ostatnimi, które w dużej
liczbie leżą na półkach sklepowych... I pewnie
mamy ich bez liku w naszych zbiorach.
Stąd też dobry „cedek” jeszcze
długo będzie miał sens.
Sekcja audio – w pełni zbalansowana;
najbliżej zasilacz i jego kondensatory,
dalej przetworniki, wreszcie tor analogowy
zakończony wyjściami XLR (na skrajach) i RCA
www.audio.com.pl
(bliżej środka, po desymetryzowaniu sygnału).
R E K L A M A
Dwa transformatory, ulokowane na skrajach i blisko frontu, zasilają niezależnie napęd (z lewej)
i sekcję audio (z prawej strony), które odsunięto do tyłu.
Przetwornik C/A to 8-kanałowa kość ESS9018S
o maksymalnej rozdzielczości 32 bity.
Wejście USB jest obsługiwane przez własną kość
Yamahy – ASIO 2.3 Yamaha Steinberg USB Driver.
wrzesień 2013
115
HI-END Yamaha CD-S3000 + A-S3000
Wzmacniacz A-S3000
TEST
Odtwarzacz CD-S3000 jest piękny, ale...
wzmacniacz A-S3000 jest nie do pobicia. Czy
można porównywać odtwarzacz ze wzmacniaczem? Zresztą obydwa komponenty doskonale do siebie pasują, zostały zaprojektowane,
aby tworzyć idealny zestaw, żadnemu niczego
nie brakuje, by wejść na pełnych prawach do
hi-endu, a jednak... Po pierwsze, wzmacniacz
ma tę przewagę nad odtwarzaczem, że jako
typ urządzenia ma o wiele dłuższą historię
i jego styl może się mocniej odwoływać do
tradycji oraz naszych sentymentów. Po drugie,
pełni ważniejszą rolę o tyle, że jest potrzebny
w każdym systemie, bez względu na rodzaj
źródła (amplitunery AV to w gruncie rzeczy
też przede wszystkim wzmacniacze, tyle że
z jakimiś dodatkami). Stąd też większość
firm przygotowując urządzenie jubileuszowe, stawia na wzmacniacz i pewnie właśnie
wzmacniacz byłby tym jedynym urządzeniem
Yamahy z okazji 125-lecia, gdyby... musiał być
jedynym. Po trzecie, wzmacniacz daje o wiele
większe pole do popisu w zakresie projektowania jego facjaty, ustalania funkcji i definiowania ogólnego charakteru. Może być skrajnie
minimalistyczny albo wyglądać jak bożonarodzeniowa choinka. Japońska tradycja
jest bliższa tej drugiej koncepcji, co w swoim
czasie zostało użyte jako argument przeciwko
„japońszczyźnie” przez „minimalistów” ustalających swój wzór na jakość wzmacniacza: jako
odwrotnie proporcjonalną do kwadratu liczby
manipulatorów na przedniej ściance. Było
bowiem „oczywiste”, że im gorzej z zewnątrz,
tym lepiej wewnątrz, a takich funkcji jak regulacja barwy czy balans żaden szanujący się
audiofil nie używa, lecz ćwiczy się w słuchaniu
charakterystyki „liniowej”. Żadna kolumna nie
ma charakterystyki idealnie liniowej, ale to już
nie problem... kolumny dobiera się takie, które
ładnie brzmią ze wzmacniaczem grającym
liniowo – owa koncepcja, „jedynie słuszna”,
obowiązuje (z grubsza) od dwudziestu lat.
Co prawda – to prawda; dodatkowe układy
korekcji barwy zawsze wprowadzają jakieś
szumy, lecz nie róbmy z igły widły, zresztą
prawie zawsze można je odłączyć i poprowadzić sygnał krótką ścieżką. Bogate wyposażenie jest prawem i obowiązkiem japońskiego
wzmacniacza, więc taki jest też A-S3000. Jednak jego największy estetyczny atut – a kto nie
uważa tego za atut, niech w ogóle da sobie
z nim spokój – to wychyłowe wskaźniki mocy
szczytowej / wysterowania (VU). Bardzo duże,
a zarazem „uprzejme”, gdyż niekrzykliwie
podświetlone, a ponadto gładziutko wkomponowane w przednią ściankę, bez żadnych
mocujących szybkę wkręcanych guziczków...
Specjalnego wyłącznika regulatorów barwy nie znajdziemy, lecz ustawienie ich w pozycji neutralnej (0) zapewnia nie tylko liniową
charakterystykę, ale też w ogóle wyłącza je
z toru sygnału; jest też opcja wejścia bezpośrednio na końcówkę mocy, co automatycznie
oznacza wyłączenie również regulatora gło-
116
wrzesień 2013
śności (a także ciszę na wyjściach z przedwzmacniacza, na wyjściu do nagrywania, i na
wyjściu słuchawkowym); mimo że konstrukcja
A-S3000 jest w pełni zbalansowana, wejście to
przygotowano na gniazdach RCA (niezbalansowanych) – i słusznie, przecież nie wiadomo,
czy zewnętrzne urządzenie, które w ten sposób chcielibyśmy podłączyć, można w ogóle
podłączyć XLR-ami. Praktyczne zastosowanie
tego wejścia widać w rozbudowanych systemach muzyczno-kinowych – wówczas można
tu dostarczyć sygnał kanałów przednich
z procesora (amplitunera AV). Standardowych wejść liniowych jest sporo – cztery pary
niezbalansowane (jedna oznaczona jako CD,
druga jako tuner, trzecia to „Line 1”, a czwarta
to „Line 2” z pętlą do nagrywania). Dwie pary
wejść zbalansowanych mają indywidualne
przełączniki czułości (-6 dB) i polaryzacji.
Wejście gramofonowe (oczywiście niezbalansowane) pozwala podłączyć obydwa typy
wkładek. Wyjście słuchawkowe przygotowano
do współpracy z niskimi impedancjami, jakie
spotykamy coraz częściej.
Terminale głośnikowe są maksymalnie
wypasione – masywne, wygodne, wytoczone
z mosiądzu, podwójne (przełączane na froncie pary A i B), a ich lokalizacja – na skrajach
– podpowiada, jak zorganizowano konstrukcję
wewnętrzną. Widzimy piękną symetrię –
końcówek mocy i zasilacza między nimi. Co
prawda zainstalowano jeden transformator,
więc nie jest to stuprocentowe dual-mono, ale
dla jednego potężnego transformatora można
było przygotować doskonałe miejsce, w sa-
Wewnętrzna konstrukcja wzmacniacza składa się
z ram i mostów, na których są instalowane najważniejsze sekcje, ze szczególnym uwzględnieniem izolacji transformatora – źródła największych wibracji.
mym centrum konstrukcji, na specjalnej ramie
i podstawie wykonanej z mosiądzu, który
został wybrany jako metal najlepiej tłumiący występujące tutaj wibracje. Zresztą cała
konstrukcja obudowy jest ciekawa – składa
się z niezależnych platform zapewniających
izolację poszczególnych układów. Kable
z transformatora biegną do końcówek mocy
bardzo krótką drogą, bez plątania się między
płytkami – w wysokim prześwicie pomiędzy
ramą wewnętrzną a zewnętrzną podłogą.
To wszystko jednak „tylko” ramy (dosłownie i w przenośni) dla układu, który jest
idealnie zbalansowany. Od wejść XLR aż do
wyjść głośnikowych – ze wszystkimi obwo-
Absolutny wzorzec – to zdjęcie nadaje się do encyklopedii. Na skrajach podwójne pary zacisków głośnikowych,
na środku dwie pary wejść XLR, z lewej – część wejść RCA, w tym wejście z korekcją MM/MC, z prawej – pozostałe wyjścia i wyjścia liniowe, na dole gniazda sterowania i sieciowe – dokładnie pośrodku, na wprost transformatora.
www.audio.com.pl
dami przedwzmacniacza (również korekcji
barwy), z odseparowanymi liniami sprzężenia
zwrotnego i „symetrycznymi” MOSFET-ami
w stopniu końcowym – płynie sygnał zbalansowany. Drugą „obsesją” projektantów było
zapewnienie jak najniższej impedancji połączeń, stąd krótkie linie i solidne połączenia
– między elementami zasilacza zakręcane,
a nie lutowane.
W sumie nie ma tu żadnej rewolucji...
Nawet żadnych rozwiązań, które się pojawiły w XXI wieku – żadnego wzmacniacza
„cyfrowego” klasy D, impulsowego zasilacza, w ogóle żadnych obwodów cyfrowych,
przetworników, wejść USB, personalizacji
i wyświetlania ustawień, fajerwerków „interfejsu użytkownika”; nie ma też modnych
audiofilskich konceptów, takich jak końcówki
single-ended, „szlachetna” klasa A, eliminowanie sprzężenia zwrotnego... No i przede
wszystkim – nie ma lamp. Jest za to bardzo
solidny i ekstremalnie starannie zaprojektowany tranzystorowy „klasyk” – w klasie A/B,
push-pull, z liniowym zasilaczem opartym na
potężnym toroidzie. MOSFET-y w końcówce
i układ zbalansowany to też „wynalazki”
z poprzedniej epoki... która, jak widać, na
szczęście się nie skończyła. Nie sądzę, że
A-S2000 to propozycja dla sentymentalistów
kochających relikty. To po prostu poważny,
prawdziwy wzmacniacz.
Płytka przedwzmacniacza phono jest tak
„poważna”, jak tego wymaga klasa całego
urządzenia – w takiej sytuacji o dokupywaniu
„specjalistycznych” phono-stage’ów mogą
myśleć tylko najbardziej zatwardziali.
www.audio.com.pl
R E K L A M A
Transformator i kondensatory zasilacza pośrodku, przedwzmacniacz z tyłu, końcówki mocy po bokach –
niczego lepszego nie wymyślono...
Połączenia, przez które płynie największy prąd, są
przykręcane, a nie lutowane – podobnie w zasilaczu
odtwarzacza.
Mosfety Sankena – częściej spotykamy tranzystory
bipolarne tego producenta, ale i ten typ nie jest mu
obcy. Yamaha rzadko po niego sięga, lecz tym razem
pasował do koncepcji całkowicie zbalansowanego
toru „symetrycznością” polaryzacji.
wrzesień 2013
117
HI-END Yamaha CD-S3000 + A-S3000
TEST
Laboratorium Yamaha A-S3000
LAB
Referencyjny wzmacniacz Yamahy zapewnia wysoką moc wyjściową, każdy
z kanałów generuje 107 W przy 8 omach i 187 W przy 4 omach. W materiałach
firmowych producenta odnalazłem jedynie krótką wzmiankę o mocy 170 W przy
4 omach. Jak widać, wzmacniacz potrafi nawet więcej. Byłem ciekaw, jak z tym
wyzwaniem, ustalonym przez potencjał końcówek mocy, poradzi sobie zasilacz
w trybie stereofonicznym, zasilacz bazujący na potężnym, ale jednym transformatorze. Przy dwóch kanałach wysterowanych jednocześnie uzyskujemy
2 x 102 W przy 8 omach i 2 x 171 W przy 4 omach, więc widać spadki, ale umiarkowane.
Yamaha zadbała o czułość zgodną wzorowo ze standardem, wynoszącą
równie 200 mV, co gwarantuje idealną pracę ze wszystkimi liniowymi źródłami
sygnału.
Producent chwali się, że nowy A-S3000 jest układem w pełni zbalansowanym
i rzeczywiście na połączeniach XLR-ami parametry były lepsze, dlatego całość
pomiarów przeprowadzałem właśnie w ten sposób. Odstęp od szumu wynosi
87 dB, dynamika sięga 107 dB – to dobre wyniki w kategorii wzmacniaczy zintegrowanych.
Również pasmo przenoszenia (rys.1) jest niezłe, z łatwością pokrywa zakres
od 10 Hz do 100 kHz, gdzie spadek wynosi: 0,6 dB dla 8 omów i -1,2 dB dla
4 omów. Spektrum zniekształceń (rys. 2) zwraca uwagę tylko pojedynczą, trzecią
harmoniczną, której poziom sięga -82 dB. Pozostałe leżą już poniżej pułapu
-100 dB. Stabilność w perspektywie zmiennych obciążeń potwierdza wykres
z rys.3.
Moc znamionowa (1% THD+N, 1 kHz) [W]
[Ω]
1x
8
109
4
187
Czułość (dla maksymalnej mocy) [V]
Stosunek sygnał/szum
(filtr A-ważony, w odniesieniu do 1W) [dB]
Dynamika [dB]
Współczynnik tłumienia (w odniesieniu do 4 Ω)
Rys. 1 Pasmo przenoszenia
Rys. 2 Zniekształcenia harmoniczne
2x
102
171
0,20
87
107
81
Rys. 3 Moc
ODSŁUCH
Dzisiaj sprzęt ocenia się nie przez pryzmat
parametrów, nawet nie odsłuchów, ale jego
ceny i marki, jaka za nim stoi. Tak jest i niełatwo to można zmienić. Ludzie potrzebują
jakichś przesłanek i kryteriów swoich wyborów.
To, co było łatwo czytelne – czyli parametry –
zostało uznane (po części słusznie, po części
nie) za bezużyteczne. Mieliśmy słuchać. Ale
tak naprawdę... nie wszyscy wierzą w to, co
słyszą. Szukają więc podpowiedzi, co powinni
usłyszeć? Podpowiadają pisma, fora, znajomi.
Ogromne tu pole do nadużyć, niekompetencji,
manipulacji, uprzedzeń, zachowań stadnych,
snobizmu, naiwności... Nie ustalono bowiem
pewnych, uniwersalnych i łatwych zasad
oceniania jakości sprzętu. Większość szuka
po omacku, używając jako drogowskazów
ogólnie uznanych „prawd” i często niemądrych
przekonań.
Oglądając i słuchając najnowszej Yamahy
bez żadnych uprzedzeń, można zdać sobie
sprawę z tych rozdźwięków, jakie opisałem
w felietonie dwie strony dalej. Gdyby podobne
urządzenia zaproponowała firma mocno
osadzona w hi-endzie, mogłaby zażądać za
nie dwa razy więcej i nikt by nie mruknął.
Jeżeli bardzo wysoko ocenialiśmy relację
118
wrzesień 2013
jakości do ceny urządzeń serii „2000”, to chyba
nie uznawaliśmy tym samym, że Yamaha
osiągnęła absolutny szczyt w skali bezwzględnej; chyba też nie powinniśmy wówczas
sądzić, że Yamaha nie potrafi jeszcze więcej...
A skoro tak, to zapowiedź urządzeń wyższej
serii powinna zrodzić uzasadnioną nadzieję
na spotkanie z doskonałymi urządzeniami,
których cena będzie w pełni usprawiedliwiona,
a nie dokładnie na odwrót – wywoływać szydercze komentarze, że ktoś oszalał... Z kolei
teraz, mając już przed sobą owe urządzenia,
sprawdzimy ostatecznie, kto miał rację...
Czyżby? Na forum ktoś dalej dopisał coś w tym
guście: „teraz jak pismaki dostaną tę Yamahę
do testu, to wysmażą takie relacje, i że i głuchy
usłyszy, że gra pięknie.” No jasne, sprawa była
z góry przesądzona. Yamaha grać nie może,
a my napiszemy, że może. No to piszemy, tego
przecież wszyscy od nas oczekują. Do porównania użyłem systemu 2000, który zresztą kiedyś
posiadałem. Po co szukać dalej? Wielu będzie
przecież się zastanawiać, czy komponenty serii
3000 są „naprawdę” i „o ile” lepsze od znanych
dwutysiączek, a te z kolei zdobyły sobie na tyle
dobre (głównie bardzo dobre) oceny, że nie
można kwestionować, iż poprzeczka zostaje
zawieszona dostatecznie wysoko.
www.audio.com.pl
Użytkownik zdecyduje, czy nogi mają być zakończone kolcami, czy tylko „plasterkami”.
Sprawdziłem różne kombinacje, by usłyszeć, co przynosi zmiana odtwarzacza, a co
– wzmacniacza. Najpierw odtwarzacza, wtedy
A-S3000 staje się „wzmacniaczem współpracującym” (kolumny – Triangle Cello a także coś
„spokojniejszego”, własnej konstrukcji). Nie
będę się jednak rozdrabniał, podając konkretne płyty, nagrania, momenty. Chyba większość
czeka na jakieś wnioski. Nie będę też powtarzał listy zalet CD-S2000, a przypomnę tylko,
że pod każdym względem jego brzmienie jest
dobre lub bardzo dobre i nie nosi w sobie
poważnych „modyfikacji” ani „uzależnień”. To
brzmienie zasadniczo neutralne i uniwersalne
– tym lepsze jako układ odniesienia. Na jego
tle CD-S3000 gra dokładniej, przestrzenniej,
przez co zyskuje też plastyczność, lecz nie
jest to „napompowanie”, raczej wyraźniejsze
obrysy dźwięków i różnicowanie – zarówno dynamiki, jak i barwy – tworzą bogatszy przekaz.
Napisałbym, że bardziej bezpośredni, bardziej
obecny, lecz nie ma w tym sposobie ani trochę
„wypychania” i faworyzowania pierwszego
planu; wszystko jest bardzo proporcjonalne, zarazem przejrzyste i nasycone, znowu
nie ma przechyłu, ani w stronę ocieplenia,
ani schłodzenia czy rozjaśnienia, tyle że
jest większa skala zmian,
a nawet nie zmian, co zjawisk
występujących jednocześnie; przy CD-S3000 tańszy
model brzmi nieco bardziej
szaro i płasko, a czasami...
żywiej. Gdyby jednak nie
takie porównanie, nigdy
nie oskarżyłbym CD-S2000
o jakiekolwiek niedociągnięcia czy podbarwienia. Ktoś
nazwie te różnice poważnymi, dla kogoś innego będą
subtelnościami... Tak czy
inaczej, są i takich właśnie
należy się spodziewać między odtwarzaczami za kilka
i kilkanaście tysięcy – proszę
nie oczekiwać brzmienia
Piloty zdalnego sterowania
odtwarzaczem jest w podobnym
stylu co urządzenie – solidny, elegancki, wygodny, nieudziwniony.
www.audio.com.pl
wymiernie x-razy lepszego, gdzie „x” jest
stosunkiem cen. Podobnie w kategoriach
„ilościowych” (natężenie zmian), ale nieco
inaczej w charakterze przedstawia się relacja
między wzmacniaczami. Tym razem rośnie nie
tylko precyzja, lecz pojawia się też klimat; i to
pogodzenie, a raczej idealne połączenie, bez
żadnego zgrzytu czy wchodzenia sobie w paradę, gdzieś w głębokich warstwach, pozornie
„sprzecznych wartości”, określa styl A-S3000.
W brzmieniu pojawiają się miękkość, ciepło,
lecz tym razem są one w sojuszu z czystością,
a nie zmuleniem. Tym bardziej nie ma mowy
o żadnym wyostrzaniu czy chropowatościach.
Yamaha gra żywo, zwinnie, soczyście, ale
dźwięki są zawsze lekko satynowe, jakby
wygładzone i zaokrąglone – przestery gitar nie
szarpią tak ekstremalnie i naturalistycznie, nie
mają jeszcze potęgi i żywiołu najmocniejszych
amerykańskich pieców, lecz dobrze pokazują wszystkie detale artykulacji, a zwłaszcza
wybrzmienia – wyśmienite są właśnie długie
wybrzmienia, żywe do samego końca, nawet
w bardzo gęstych aranżacjach. Yamaha
świetnie sobie radzi z porządkowaniem, z układaniem sceny – godzi selektywność, wyodrębnianie dźwięków z ich płynnością i ogólną
akustyczną spójnością. Bas jest mocny, zwarty,
ale nie potrafiłbym z ręką na sercu stwierdzić,
że lepszy niż z A-S2000 (już tam był akuratny
i poważny) – nie ściele się nisko bez umiaru,
uderzeń w wyższym podzakresie też nie emituje
z przesadną pasją, idzie szybko, dobrze oddaje tempo, ale też nie jest tendencyjnie twardy.
Można też chwalić wysokie tony za gładkość
i rozdzielczość, jednak wchodzenie w takie elementarne cechy nie do końca oddaje „ducha”
tego brzmienia, które zdecydowanie opiera się
na syntezie, a nie na analizie; na spójności,
a nie rozbieraniu na czynniki pierwsze. Spójność nie staje się zlepkiem. Może być tak atrakcyjna i prawdziwa dzięki dobrej dynamice i
szczegółowości, jednak detal
nigdy nie zaczyna rządzić –
nawet gdy muzyka jest pełna
drobiazgu, nawet gdy jest
tylko drobiazg, coś go spaja
i muzycznie „uwzniośla”. No
i chyba tak skończę... Czy już
nawet głusi słyszą? Z całym
szacunkiem dla wszystkich
niepełnosprawnych, a bez
szacunku dla tych, którzy
słyszą tylko „specjalistyczne
marki”. Właśnie po to pisane
są relacje odsłuchowe, aby
czytelnik mógł słyszeć bez
słuchania.
W złotych latach hajfaju nie
znano zdalnego sterowania...
Do dzisiaj niektórzy sądzą, że
dobry wzmacniacz nie może
mieć pilota; nic prostszego,
jak sprzedać go na allegro.
Górne płyty wykonane są z 6-mm płyt aluminiowych; płyta wzmacniacza ma powycinane
otwory dla wentylacji, płyta odtwarzacza tylko
podfrezowania, dekorujące i rozpraszające
wibracje.
cd-s3000
CENA: 19 000 ZŁ
DYSTRYBUTOR: AUDIO KLAN
www.audioklan.com.pl
Wykonanie
Majstersztyk. Piękna i solidna obudowa, hi-endowa
mechanika z cieniutką szufladą. W środku staranna
separacja układów, zbalansowany tor sygnału.
Doskonały przetwornik C/A.
FUNKCJONALNOŚĆ
Klasyczny, ergonomiczny odtwarzacz CD/SACD
z dodatkiem wejść cyfrowych (w tym USB).
brzmienie
Neutralne, przejrzyste i przestrzenne, tworzące
plastyczne i naturalne dźwięki za pomocą dokładności
i zróżnicowania barw. Detaliczne, ale spokojne, perfekcyjnie uporządkowane.
A-s3000
CENA: 20 000 ZŁ
DYSTRYBUTOR: AUDIO KLAN
www.audioklan.com.pl
Wykonanie
Pomnikowy wzmacniacz zintegrowany, definiujący
japoński styl we wzornictwie i technice. Bezkompromisowo zbalansowany tor sygnału, mechanicznie odizolowany zasilacz, końcówki na MOSFET-ach. Krótkie
połączenia i bardzo czysty montaż. Wielowarstwowa,
bardzo mocna obudowa.
FUNKCJONALNOŚĆ
Wszystkie funkcje klasycznego wzmacniacza, z regulacją barwy, balansu, korekcją MM/MC, wyjściem
słuchawkowym, pętlą nagrywania, wejściem na końcówkę, wyjściem z przedwzmacniacza, dwoma parami
wejść XLR, dwoma parami wyjść głośnikowych...
parametry
Wysoka moc (2 x 102 W/8 omów, 2 x 171 W/4 omy),
szerokie pasmo, umiarkowany szum i niskie zniekształcenia. Nie jest rekordzistą, ale bardzo porządny.
brzmienie
Spójne, żywe, soczyste, lekko ocieplone i wygładzone,
przy tym czyste, czytelne i dynamiczne. Bas gęsty,
zróżnicowany, a przy tym elegancko zaokrąglony.
wrzesień 2013
119
HI-END Yamaha CD-S3000 + A-S3000
TEST
To miał być wstęp, ale za bardzo się
rozrósł... Zapoznanie się z najnowszymi
urządzeniami Yamahy serii 3000 skłania do
spojrzenia z większego dystansu, do ogarnięcia
tematu z perspektywy wręcz historycznej, aby
zrozumieć i poczuć współczesny czas, miejsce
i produkty. Dopiero w takim kontekście można
propozycję Yamahy zobaczyć w pełnej krasie,
docenić i zapałać żądzą jej posiadania...
Japoński „sprzęt” zmieniał nie tylko swój
wygląd, funkcje, technikę i brzmienie, ale może
nawet jeszcze bardziej – pozycję na rynku.
W świadomości pasjonatów sprzętu, dzisiaj
określanych mianem audiofilów, zyskiwał
i tracił. W swoich najlepszych latach – 70. i 80.
ubiegłego wieku – dekadach największej popularności i wielkiego rozmachu, z jakim wówczas
działały na tym polu japońskie firmy, był
obiektem marzeń niemal wszystkich – początkujących i zaawansowanych. W paradę wchodziły
mu czasami produkty marek amerykańskich
i europejskich, ale dominacja była niekwestionowana. Przypomnijmy sobie, że przełom lat
70. i 80. – to czas, kiedy w większości systemów
najważniejszy był... magnetofon kasetowy. Od
niego najczęściej zaczynało się kompletowanie
„wieży”, w której wcale nie zawsze był gramofon analogowy. Kto robił najlepsze kaseciaki?
Oczywiście Nakamich i Akai. A zaraz za nimi
jechał cały peleton: Pioneer, Technics, Sony,
JVC, Aiwa... Denon, Yamaha, Luxman, Onkyo,
Hitachi, Sansui... Kogoś pominąłem? Przepraszam, trudno spamiętać wszystkich ówczesnych
graczy. A ponieważ prawie każdy z nas chciał
mieć „wieżę” jednej firmy, i to wieloelementową,
więc japońscy producenci szykowali obfite
oferty wzmacniaczy, tunerów, equalizerów,
drukowali tłuste katalogi, a my zwykle tylko
porównywaliśmy parametry i ceny, bo trudno
było porównywać brzmienia. Umówmy się, że
opisuję sytuację „ogólnie dostępną”; tak jak
dzisiaj ogólnie dostępne są sklepy z pokojami
odsłuchowymi, tak wówczas ogólnie dostępny
był rzut oka na półkę w Peweksie i wertowanie
katalogów. Ktoś powie, że już wówczas miał
sprzęt niejapoński... wyjątek; ktoś powie, że
przed zakupem dużo porównywał... jeszcze
rzadszy ptak. Krytykowanie ówczesnych
zwyczajów (i japońskiego sprzętu) z pozycji
dzisiejszej praktyki (i mody) jest nie tylko myśleniem „ahistorycznym”, czyli nieuwzględniającym ówczesnych realiów, przemądrzałością
bazującą na sobie znanych faktach, które nie
były jednak znane wcześniej („trzeba było...”),
wreszcie wiąże się z popełnianiem (współcześnie) wielu innych błędów, uogólnień czy
wręcz ignorancją. Sprzęt japoński, tak jak był
powszechnie hołubiony, tak został spostponowany. Ktoś ogłosił, że „nie gra”, a wszystkie
jego parametry są nic niewarte, bo przecież nie
słuchamy parametrów, tylko muzyki... sprzęt ma
grać „muzykalnie”, a jaki sprzęt tak gra – ustalą
eksperci. Oczywiście każdy może ustalać to na
własną rękę, lecz presja „środowiska” silnie
120
wrzesień 2013
wpływa nie tylko na dokonywane wybory, ale
nawet na to, co... słyszymy, a dokładnie na
to, jak oceniamy. Zapanował nowy porządek mający tylko pozory demokracji, została
stworzona nowa hierarchia, zapanował wręcz
system kastowy. Dostęp danej marki do hi-endu
jest określony nie tyle przez jej rzeczywiste osiągnięcia i jakość produktów, ale poprzez cenę,
pochodzenie i recenzje w prasie specjalistycznej (tak, przyznaję, ale opinie na „niezależnych
forach” są generalnie o wiele gorsze; albo równie niemądre, jak niezależne; albo zależne i też
niewiele mądrzejsze). Premiuje się więc firmy
niejapońskie, chociaż kilku japońskim markom
udało się tam zaistnieć (Accuphase, Luxman,
Leben, częściowo Marantz). Firmy, które kiedyś
były znane i lubiane, w audiofilskim rankingu
spadły do drugiej ligi, po części na własne
życzenie, ale po części niesprawiedliwie. Wiele
z nich faktycznie „odpuściło sobie” oferowanie
wysokiej klasy sprzętu stereofonicznego, przy
czym w tym miejscu nie utożsamiam „wysokiej
klasy” tylko z hi-endem. Niektóre próbują do
tego nurtu wrócić, innym ten powrót się udał,
ale najczęściej pozostają kojarzone z tym, w co
same głęboko wdepnęły – z wielokanałowym
kinem domowym. Piszę „wdepnęły” nie z osobistego przekonania, że tym samym utraciły
zdolność produkowania dobrego stereo, ale
aby odzwierciedlić opinię większości audiofilów – mniej lub bardziej deklarowaną – że
prawdziwie audiofilska firma nie zajmuje się
kinem domowym. Do tego doszło jeszcze jedno
uwarunkowanie, którego nie było kilkadziesiąt lat temu – swoiste wyemancypowanie się
hi-endu i działających w jego obszarze firm.
www.audio.com.pl
Hi-end rządzi się podobnymi prawami jak inne
luksusowe segmenty różnych branż. Nie wystarczy zaproponować luksusowy produkt – trzeba
zadbać o postrzeganie marki, która za nim stoi,
a więc ustrzec ją przed kojarzeniem z produktami z niższej półki. Marka hi-endowa, jeżeli ma
trzymać fason i przyciągać klientów z grubym
portfelem, musi zaostrzać ich apetyt szczelną
ekskluzywnością. Z kolei firma znana z rynku
masowego, czy nawet „specjalistycznego”,
ale z jego średnich półek, nie wywoła entuzjazmu w hi-endowym światku nawet świetnym
urządzeniem – mało kto uwierzy, że „potrafiła”,
a raczej uzna się taki ruch za uzurpację. Oczywiście takimi ruchami można, a nawet należy,
powoli wzmacniać prestiż, lecz wymaga to
wielkiej pracy i cierpliwości. Nawet łatwiej jest
wskoczyć do hi-endu „znikąd”, kreując „firmęobjawienie”, niż z marką, która ma ofertę pełną
amplitunerów i miniwież... Już wiecie, w którym
miejscu znajduje się Yamaha? Pewnie wciąż
nie wiecie... Przecież ma ona w swoim dorobku
rasowe, zaawansowane i w swoim czasie
bardzo szanowane urządzenia stereofoniczne!
Tylko że było to tak dawno temu... Ale przecież
od ładnych kilku lat ma w swojej ofercie dobre
stereo, z modelami serii 2000 na czele! Tylko że
co roku wypuszcza kolejne stada amplitunerów
AV i nimi determinuje swój wizerunek... Kiedyś
było łatwiej, nurt był bardziej jednorodny, płyn-
ny i jednokierunkowy. Po prostu mieliśmy sprzęt
hi-fi, lepszy i gorszy, każdy japoński producent
sięgał tak wysoko, jak mu na to pozwalały jego
możliwości techniczne, umiejętności konstruktorów, planowanie zysków. Nie było jednak tylu
„ale” natury ściśle marketingowej; nikt przecież
się nie obrażał na firmę za to, że robiła np.
korektory graficzne, ani za to, że produkowała
urządzenia tańsze i droższe jednocześnie.
Zresztą rozpiętość cen była znacznie mniejsza
niż dzisiaj, hi-end miał dopiero nadejść, wraz
z odkryciem, że są ludzie gotowi zapłacić za
sprzęt majątek, o ile tylko uwierzą, że jest tyle
wart, a uwierzą, jeżeli będzie... dużo kosztował,
pięknie wyglądał, będzie sygnowany „specjalistyczną marką” i będzie miał odpowiednie
recenzje.
Szukając w internecie wypowiedzi na
temat nowej Yamahy, szybko wpadłem na
następujący wpis: „seria 2000 ceny w okolicy
6 kzł a seria 3000 20 kzł ? ktoś oszalał ! za takie kwoty to się kupuje prawdziwe audiofilskie
marki i produkty.”
To chyba najlepsze potwierdzenie dla
przedstawionych zjawisk, zachodzących
głównie w głowach „audiofilów”. Kto oszalał?
Ktoś tylko zgłupiał – i to niejeden, niestety, który
sądzi, że są „prawdziwe audiofilskie marki
i produkty”. Cytowany mądrala nie miał szansy
ocenić samego produktu, bo wówczas (wpis
z końca kwietnia) urządzenia serii 3000 były
dopiero anonsowane, ale uważał za słuszne
zdeprecjonowanie ich przez pryzmat marki, którą oczywiście znał – Yamaha to Yamaha, żadna
to audiofilska marka, nieprawdaż? Wzmacniacze od 20 kzł wzwyż ma prawo robić Accuphase
i wielu innych, ale Yamaha? Haha! Niech się
cieszy, że audiofile zaakceptowali serię 2000
w okolicach 6 kzł, ale brnie jeszcze wyżej?
O wiele wyżej? Kto tam na nią czeka?
Trzydzieści lat temu wszyscy byli zakochani
w Techniksie i jego wspaniałych parametrach.
Dziesięć lat później Technics oraz inne japońskie
firmy zostały wyszydzone przez nową generację
audiofilów, którzy znaleźli lepsze podstawy do
oceniania jakości sprzętu – odsłuchy i „muzykalność”. W pierwszym szeregu stanęły więc
firmy, których urządzenia miały często słabe
parametry, ale ponoć pięknie grały. Dostały
niemal monopol na zaspokajanie audiofilskich
gustów. „Specjalistyczna” arystokracja stworzyła
hi-endową kastę.
Yamaha próbuje łamać te „reguły gry”
i pokazać, że produkowanie amplitunerów,
soundbarów i minisystemów nie oznacza utraty
zdolności do tworzenia rasowych komponentów
stereofonicznych. Czy oznacza to zdolność do
ich sprzedawania? Albo inaczej – czy audiofile
wykażą się zdolnością do ich kupowania?
Andrzej Kisiel
R E K L A M A
www.audio.com.pl
wrzesień 2013
121