Sakramenty Święte KAPŁAŃSTWO - Magazyn Parafialny :: Parafia

Sakramenty Święte KAPŁAŃSTWO - Magazyn Parafialny :: Parafia
Ro
kJ
ubi
leu
szo
w
yM
P
Sakramenty Święte
KAPŁAŃSTWO
Życząc Bożego błogosławieństwa
numer ten dedykujemy Jubilatom
ks. kan. Andrzejowi Perdzyńskiemu
i ks. Andrzejowi Szymańskiemu
fot. Piotr Warsztocki – Msza św. kapłańska – Wielki Czwartek
Czwartek,, 2005 r.
Kim jest dla mnie
kapłan
kap
an i czego od
niego oczekuj
oczekuję??
Jakie znaczenie
ma dla mnie jego
konsekracja? Czy
jest on wa
ważnąą
osobąą w moim
osob
życiu
yciu duchowym?
Czy to tylko szafarz
sakramentów?
sakrament
w?
Doznania
Temat tych „Doznań”
przypomina mi spotkanie
z o. Markiem (OMI), a był
to dzień mojego nawrócenia. Spotkałam Go na ulicy 15 lat temu. Wtedy byłam nauczycielem
akademickim, pół roku przed obroną mojej pracy doktorskiej. Nasza rozmowa szybko przerodziła się w mój monolog przez łzy
o problemach, które miałam. Słuchał, a na
koniec powiedział: „Bóg przygotował dla
ciebie coś specjalnego, przyjdź jutro do kościoła”. Przyszłam i usłyszałam, że jeżeli nie
oddam moich problemów Jezusowi, jeżeli
nie zawierzę Mu swojego życia, dojdę donikąd. To była pierwsza lekcja pokory, zaufania Bogu, a nie sobie. Kapłan, którego
spotkałam, pomógł mi abym zaprosiła do
swojego życia i moich problemów Chrystusa. Ta trudna lekcja pokory trwa do dzisiaj,
tylko ja wiem, że nie jestem sama, wiem, że
moja siła jest blisko, bo w sakramencie pojednania i w wielkiej mocy Eucharystii. Dla
mnie kapłan jest przewodnikiem do poznawania siebie i innych tak, aby moje życie
miało sens. O tych prawdach przypominają
mi kapłani bardzo często, w sakramencie
pojednania. To jest wielka łaska, moc i siła w zmaganiach dnia codziennego. Modlę
się, aby nigdy nie zabrakło nam kapłanów
dobrych, mądrych, ofiarnych.
Halina Kość
Żona, mama Agatki i Krzysia,
dr nauk chemicznych
Stary Testament ustanowił
kapłaństwo w celu głoszenia
Słowa Bożego i przywracania
jedności człowieka z Panem
i niech tak zostanie. Kapłan
to lekarz i ogrodnik nie tylko w przenośni.
Medyk choremu pomaga stanąć na nogach
i cieszyć się zdrowiem. Dla strapionego ducha szukam ratunku w konfesjonale i tam
znajduję „ogrodnika”, który pomaga mi „odciąć dziczki i zeschłe pędy”. Podpowiada, jak
pielęgnować duszę, by wydała dobre owoce.
Po takim spotkaniu i pojednaniu z Bogiem
jestem wdzięczny za kapłaństwo człowieka,
którego Pan postawił na mojej drodze. Jego
rola jest trudna i odpowiedzialna, a oczekiwanie niesienia dobra jeszcze większe. Cały
świat tak bardzo kochał i kocha Jana Pawła II
właśnie za słowa kierowane do wiernych, które będziemy jaszcze długo rozważać i odkrywać. Sądzę, że zbyt małą wagę przykładamy
do obecności kapłanów w naszym codziennym życiu. Zaaferowani codzienną bieganiną
nie dostrzegamy, że oni są, że czekają, by służyć, by tak jak Jezus oddawać nam siebie, by
w trudnych momentach podtrzymywać nas
na duszy. Zatrzymajmy się, zastanówmy, jaki byłby świat, gdyby obok nas zabrakło tych
przewodników światła? Dlatego otoczmy ich
naszą nieustającą modlitwą.
Ryszard Stański, 62 lata, emeryt
Żonaty, ojciec dwu córek
Anny i Aleksandry
Kapłan – powołany przez Boga spośród nas, dopuszczony
do sprawowania wielkiego misterium. Jednocześnie podlega
tym samym co my pokusom,
słabościom i boryka się z nimi w samotności.
Rzadko znajduje oparcie i zrozumienie wśród
ludzi. Piękne i trudne powołanie. Często przytłoczony pracą administracyjną lub budowlaną
nie znajduje czasu na to, w czym jest niezastąpiony. Odczuwamy brak kapłanów posługujących mniejszym wspólnotom – młodzieżowym
i rodzinnym. To tak ważny odcinek dla dzisiejszego Kościoła. Katecheza, choć nie jest podstawowym zadaniem księdza, powinna stać się
sposobem dawania świadectwa żywej łączności
z Chrystusem. Powinna kształtować chrześcijańskie postawy młodzieży. Wiem, że w wychowaniu nikt nie zastąpi rodziny, ale często nastolatki
poszukują wzorca poza nią konfrontując wyniesione z domu wartości. Obserwując własne
dzieci wiem, jak to ważne, gdy mają okazję spotykać wartościowych ludzi chętnych do rozmowy z nimi. Wiem, że to trudne do wykonania, bo
czasu nie jest wiele, ale dobrze by było, gdyby
w naszym małym kościółku sakrament pojednania mógł się odbywać chwilę przed Mszą Świętą,
a nie w jej trakcie. To, jacy będą nasi kapłani,
w dużym stopniu zależy od nas. Módlmy się za
kapłanów (apostolat Margaretka). Zachęcam
też do zbliżania się do siebie z miłością.
Małgorzata Słodkowska
Żona, matka czworga dzieci
analityk
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
1
Spis treści
W zakrystii, ks. kan. A. Perdzyński, rozważania o powołaniu ...
Trzy osoby i Pasterz, A. Tomaszewska-Antoniewicz – felieton
Słowo Boże
Natchniona (cz. 1), M. Gogacz, rozważania o związku Matki Bożej z trzecią
Osoba Trójcy Świętej
Misjonarz, D.P. Zielińscy i L. Skupiński, rozmawiają z ks. Piotrem
Jubileuszowe rozważania
o powołaniu i służbie
Panu
1
2
3
30 lat
4
6
8
Książki, które polecam, T. Poręba o kardynale Auguście Hlondzie
Kąpiel duszy, G. Porębska-Rodak o sakramencie pojednania, cd.
9
Życiem dziękować, M. Goławska rozmawia z ks. Andrzejem Szymańskim 10
Kalendarium parafialne, czyli porządek mszy św. i nabożeństw
11
12
Wieści z Australii, s. G. Rocławska – korespondencja
13
List zza oceanu, J. Hozer – korespondencja z USA
Misja Miłości (2), L. Kulczyńska-Pilich rozmawia z Misjonarką Miłości
14
Armia Jezusa, T. Belka, o Legionie Małych Dusz Serca Jezusowego
18
Z relacji świadka, L. Kulczyńska-Pilich, ostatnia część opowieści A. Zwolskiej 20
Gość, wieści zza miedzy od Aldony Kraus
24
25
Wniebowstąpienie – reprodukcja grafiki z XIII w.
26
Módlmy się – do Ducha Świętego
Dzień Pięćdziesiątnicy – reprodukcja miniatury z ok. 870 r.
27
28–29
Z sercem do serca – fotoreportaż K. Rodaka z Dnia Chorego
30
Akwarele – reprodukcje prac B. Matyni-Łyżwińskiej
Igraszki z pędzlem, L. Kulczyńska-Pilich rozmawia z B.Matynią-Łyżwińską 31
33
O chwilach i przypadkach, krótkie rozważania K. Jany
35
Wokół tradycji, I. Domańska-Kubiak o Zielonych Świątkach
Notatki dla potomnych (6), T. Terlecki o wojennych przygodach swojego
dziadka Antoniego
36
37
Wokół tradycji – Boże Ciało, I. Domańska-Kubiak
38
Z pamiętnika mojego ojca, E.Lindner
40
Boże znaki – nowy krzyż przy ul. Pruszkowskiej
Prawy foka szot wybieraj, felieton W. Irmińskiego
41
Czuwaj, rubryka harcerska redagowana przez dh. P. Wiszniewską
42
43
Gawęda czwarta, A. Kraus o harcerzach i harcerstwie w dawnych czasach
44
Wielcy Polacy – Władysław Bełza
Marzenia do spełnienia, gawęda młodej matki
45
– A. Tomaszewska-Antoniewicz
Kto ty jesteś .., o patriotyzmie w wychowaniu, pisze s. M. Weronika
Bartkowiak
45
47
O smutnym sklepikarzu, K. Nowosielska – bajka dla najmłodszych
Sami o sobie – wolny głos młodzieży Komorowa
49-55
Jubilaci A.D. 2007 – lista
56
Okładka I, Andrzej Pilich – Sakramenty Święte „Kapłaństwo”
Okładka II, Doznania, fotografia P. Warsztockiego
Okładka III, Kto ty jesteś... – fotoreportaż
Okładka IV, Jubilaci A.D. 2007, fotografie K. Rodak
Prusakiewiczem
ISSN 1505-9839,
Numer 3 (73), 19 maja 2007 r.
Wydawca: Parafia Narodzenia NMP
w Komorowie;
05-806 Komorów, ul. 3-go Maja 9, tel. 0 22 758-06-15
Mail: [email protected]fialny.org
Kolegium Magazynu Parafialnego: ks. Andrzej Szymański – asystent kościelny,
S.M. Weronika Bartkowiak (dział dziecięcy), Wojciech Irmiński, Małgorzata Goławska
(sekretarz redakcji), Katarzyna Nowosielska, Lidia Kulczyńska-Pilich – red. naczelny,
Andrzej Pilich, Gabriela Porębska-Rodak, Maciej Lis, Lech Skupiński, Lucyna Terlecka,
S.M. Joanna Wiśniewska (dział młodzieżowy), Piotr Zieliński
Skład komputerowy: BGD Studio sc., ul. Wilcza 51/32, Warszawa, tel. 0 22 622-53-79
Druk: OJA, ul. Sporna 2 F, Warszawa, tel. 0 22 643-77-63
W zakrystii
T
ego roku Benedykt XVI przynagla nas,
abyśmy przyjrzeli się swemu powołaniu.
Prosi, by uczynili to wszyscy, świeccy i osoby
konsekrowane, młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety. Mamy z pomocą Ducha Świętego rozeznawać, jakie jest to nasze ziemskie tu i teraz.
Przy okazji Ojciec Święty zwraca uwagę na coś,
co nam umyka, a jest oczywiste. Że poza powołaniami sakramentalnymi, takimi na całe życie,
jak małżeństwo czy kapłaństwo, Bóg każdego
dnia zsyła zadania nowe i nowe. Ale chce, byśmy podejmowali je świadomie. Zaostrza naszą
czujność. Nim się zaangażujemy, poleca, byśmy
wzywając Ducha Świętego rozeznali, od kogo
ponaglenie pochodzi, komu służy. My ludzie
Kościoła mamy podejmować trud pomnażający Bożą chwałę i dobro człowieka. Ale zawsze
w zgodzie z dekalogiem, bo wszyscy uczestniczymy w Chrystusowym Kapłaństwie. Księża
przez Sakrament Kapłaństwa, wierni przez Sakramenty Chrztu Świętego i Bierzmowania.
Przyglądam się więc i ja swemu powołaniu.
Przyglądam się często, ale teraz trafia się podwójna okazja. O pierwszej wspomniałem,
druga – to dzień 5 czerwca, dzień moich święceń kapłańskich. Tego roku szczególny, bo
mija równo 30 lat od chwili, gdy ks. kardynał
Stefan Wyszyński – Prymas Polski – w 1977
roku na moją głowę nałożył swoje ręce i wezwał ku mnie Ducha Świętego.
Jaką moc otrzymałem? Czy ją należycie wykorzystałem? – Nie mnie oceniać.
Są jednak sprawy, które chcę poddać refleksji. Na
ile dobrze, ja osobiście i my wspólnota Komorowa, realizujemy nakazy Boga wcielonego – Jezusa, owo Chrystusowe przesłanie nieznane Staremu Człowiekowi. Mam na myśli „Przykazanie miłości” – brzmiące: 1. Będziesz miłował Pana Boga
twego z całego serca swego, z całej duszy swojej
i ze wszystkich sił swoich. I owo novum 2. Będziesz
miłował bliźniego swego jak siebie samego.
W odniesieniu do tego właśnie nakazu pytam
siebie, jak realizuję swoje powołanie, ja pasterz
sporej gromady ludzi – różnorodnych w pragnieniach, dążeniach i w patrzeniu na świat. Właśnie
świadomość tej różnorodności sprawia, że pytam swego sumienia o granice tolerancji. Proszę
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
2
o dar rozgraniczenia szacunku i miłości do drugiego człowieka – od zwykłego ludzkiego konformizmu, lub nie
daj Boże oportunizmu, które dopadają także kapłana. Tymczasem Jezus
w Janowej Apokalipsie (3. Rozdział),
mówi: Abyś był zimny albo gorący, jeżeli jesteś letni, wyrzucę cię z moich ust.
W innym miejscu znów woła, by nasze
słowa były spójne: niech tak znaczy
tak, nie – nie. Napomina nas, byśmy
nie zmarnowali w sobie owej Boskiej
mocy, jaką jest dar Ducha Świętego.
Dla mnie oczywiście najważniejsza
jest modlitwa. Ona jest celem nadrzędnym. Ją chciałbym zaszczepić
w tych, którym przewodzę, by ich
uczestnictwo w Eucharystii – trwało
w nich szczególnie wtedy, gdy idą do
swoich domów, do miejsc pracy. By
byli świadomymi głosicielami Ewangelii. Ale przecież nasze lokalne
Kościoły nie są wyobcowane. Są organizacjami narażonymi na wszystkie
grzechy dotykające współczesnego
człowieka, w tym na ten najgroźniejszy, zwany przez etyków zmorą
naszych czasów – relatywizm. Uzbrojeni w nic nieznaczącą ideologię ludzie, w imię jakiejś tam poprawności,
napierają na Kościół i domagają się
ustępstw w sprawach ważnych i mniej
ważnych. Np. takich, czy wspólnota
w modlitwie będzie miała poczucie
bycia na swoim, albo w sprawie krzyża, znaku naszej tożsamości.
W takich chwilach pytam swego sumienia: Kiedy można ustąpić, a kiedy trzeba być nieugiętym? Jakich zachowań
oczekuje ode mnie moje powołanie?
Dlatego winny jestem odpowiedzi
tym, co sądzą, iż odnieśli triumf
i tym, którzy czują się przegrani
w związku ze zniknięciem krzyży
ustawionych na Cmentarzu z okresu
Powstania Warszawskiego. Stało się
tak, bo ja Wasz pasterz, ze świętego
krzyża nikomu drwić nie pozwolę,
ale sprawy nie uważam za zamkniętą. Miejsce jest święte i wymaga naszej czci. Może słowa te są ostre, ale
mój urząd nakazuje ich wypowiedzenie. Gdybym tego nie uczynił, źle
bym wypełniał swoje powołanie.
Ks. kanonik Andrzej Perdzyński
– Proboszcz
Trzy osoby i Pasterz
Stanisław Witkiewicz „Owce we mgle”, 1899–1900. Olej na płótnie. 75 x 96 cm.
Własność prywatna
Zbłąkałem Ci się, Dobry Pasterzu,
ja owca czarna nie czarna.
Aleś mnie odnalazł, wstać kazał,
tknął pasterskim kijem
i oto znowu drepczę za Tobą?
ja owca czarna nie czarna.
(Harry Duda – Almanach poezji religijnej
«A Duch wieje kędy chce», Lublin 1997)
„N
a początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była
bezładem i pustkowiem: ciemność
była nad powierzchnią bezmiaru wód
a Duch Boży unosił się nad wodami.” (Księga Rdz 1,2) Potem „Pan
Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie
życia” (Rdz 2,7) – Ducha Świętego.
Anioł przemawiając do Maryi powiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i
moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego
też Święte, które się narodzi, będzie
nazwane Synem Bożym« (Łk 1,35).
Następnie Duch Święty namaścił Jezusa, a Jezus powiedział: „Duch Pański spoczywa na Mnie” /.../ (Łk 4,18).
W mocy Ducha świętego Pan Jezus
dokonuje wszystkich swoich czynów.
Ludzie nie są w stanie powiedzieć
bez pomocy Ducha Świętego: „Jezus jest Panem” (1 Kor 12,3). Duch
Święty przychodzi do nas w modlitwie
i w sakramentach, których udzielają
kapłani. To oni proszą o odnowienie
relacji z Duchem Świętym. To właśnie
kapłani uczą modlitwy i wzywają Jego
obecności, przypominając, że „wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży,
są synami Bożymi. Nie otrzymaliście
przecież ducha niewoli, by się znowu
pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście
ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!»”
(Rz 8,14) Z wielką przychodzą tu
pomocą: To oni nauczają, że „Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec
pośle, wszystkiego was nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. (J 14,26).” Nawołują do
postępowania według Ducha, który
obdarowuje nas łaskami i darami. Nie
należy tych darów porównywać, trzeba umieć je przyjąć i dobrze się nimi
posługiwać. W każdej modlitwie przywołać Ducha Św.
Warto przypomnieć słowa Ojca
Świętego Jana Pawła II: „Złożenie rąk
jest od czasów apostolskich znakiem
przekazywania Ducha Świętego, który
sam jest Najwyższym Sprawcą i Szafarzem świętej władzy kapłańskiej:
władzy sakramentalnej i służebnej.”
[...] „Gdyby nie było kapłanów, którzy wzywają ludzi świeckich do wypełnienia ich zadań w Kościele i świecie,
którzy pomagają w formacji świeckich do apostolatu, podtrzymując ich
w tym trudnym powołaniu, brakowałoby zasadniczego świadectwa w życiu Kościoła”. A droga kapłańska nie
jest łatwa. Dlatego słudzy Wiecznego
Kapłana – Chrystusa – Księża – głoszą Ewangelię i służą ludziom wielbiąc Boga; uobecniając sobą Ducha
Św. przewodzą owczarni
Pana. Wspierajmy kapłanów modlitwą.
Agata Tomaszewska-Antoniewicz
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
3
Słowo Boże
20 V
VII Niedziela
Wielkanocna
Uroczystość
Wniebowstąpienia
Pańskiego
Dz 1.1-11
Ps 47
Ef 1,17-23
Łk 24,46-53
Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy.
Wy jesteście świadkami tego.
27 V
Niedziela
Zesłania
Ducha
Świętego
Dz 2,1-11
Ps 104
Kor 12,3b-7.12-13
J 20,19-23
Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy
razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby
uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły,
i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch
pozwalał mówić.
3 VI
Niedziela
Trójcy
Przenajświętszej
Prz 8,22-31
Ps 8
Rz 5,1-5
J 16,12-15
Ale nie tylko to, lecz chlubimy się także
z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość
wypróbowaną cnotę, wypróbowana cnota zaś nadzieję.
A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest
w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.
7 VI
Uroczystość
Najświętszego
Ciała i Krwi
Chrystusa
Rdz 14,18-20
Ps 110
Kor 1,23–26
Łk 9,11b-17
Ja otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej
nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał
i rzekł: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją
pamiątkę”.
Podobnie skończywszy wieczerzę wziął kielich, mówiąc: „Ten Kielich
jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”.
10 VI
X Niedziela
Zwykła
1Krl 17,17–24
Ps 30
Ga 1,11–19
Łk 7,11–17
Śpiewajcie psalm wszyscy miłujący Pana
i pamiętajcie o Jego świętości.
Gniew Jego bowiem trwa tylko przez chwilę,
a Jego łaska przez całe życie.
17 VI
XI Niedziela
Zwykła
2 Sm 12,1–7–10.13
Ps 32
Ga 2,16.19–21
Łk 7,36-8,3
Bracia:
Przeświadczeni, że człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez
wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę
w Jezusa Chrystusa, my właśnie uwierzyliśmy w Chrystusa Jezusa,
by osiągnąć usprawiedliwienie z wiary w Chrystusa, a nie przez
wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, jako że przez wypełnianie
Prawa nikt nie osiągnie usprawiedliwienia.
Na poddruku Albrecht Dürer (1471–1528) Zesłanie Ducha Świętego – miedzioryt
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
4
Więź Matki Bożej z Duchem Świętym
Natchniona (cz. 1)
obór Watykański II stwierdza, że
Najświętsza Maryja Panna jest
„Rodzicielką Syna Bożego, a przez
to najbardziej umiłowaną Córą Ojca
i świętym Przybytkiem Ducha Świętego” [KK 53]. Jest to zespół prawd
wiary, które znajdujemy w Ewangeliach i w dokumentach soborowych.
Dziś chcemy bliżej rozważyć związek
Matki Bożej z trzecią Osobą Trójcy
Świętej.
S
1. Duch Święty
Według Nowego Testamentu Duch
Święty przebywa w każdym ochrzczonym człowieku, w każdym chrześcijaninie. Mieszka w każdym chrześcijaninie,
aby odnowić serce. Odnowić serce, to
z powrotem ożywić w człowieku podstawy jego odniesień do Boga. Duch
Święty mieszka w nas właśnie w tym
celu, aby odnowić serce, uzdolnić nas
do działań właściwych dziecku Bożemu. Zostaliśmy bowiem powołani do
tego, aby być dziećmi Boga. Znaczy to,
że zostaliśmy powołani do podejmowa-
nia z Bogiem odniesień przez miłość,
do wiązania się z Bogiem przez miłość.
To są działania chrześcijanina. Nie ma
innych ważniejszych działań. Inne są
pomocnicze. I podobnie Bóg mieszka
w nas dzięki miłości i przez miłość.
Duch Święty zamieszkał też w Matce Bożej przez miłość. Jak bliżej teologia ujmuje te więzi Ducha Świętego
z Matką Bożą?
2. Bliżej ujęte powiązania Ducha
Świętego z Matką Bożą
a) Duch Święty tworzy w Matce Bożej nowe serce, które pozwala
Jej dać Bogu odpowiedź pełną wiary. Duch Święty daje Jej nowe serce.
Duch Święty więc swoiście uwalnia
Matkę Boską od różnych zniekształceń kulturowych, od skutków grzechu, przywracając Jej tę podstawową
wrażliwość intelektu możnościowego,
dzięki któremu rodzi się w Niej słowo
serca, nowe serce, które pozwala Jej
na skierowanie się do Boga z wiarą.
Matka Najświętsza daje Bogu odpo-
wiedź pełną wiary. Tak jest według św.
Łukasza 1,38.
b) Duch Święty dokonuje w Maryi dziewiczego poczęcia Chrystusa [św. Łk. 1,35 i św. Mt. 1,20]. Jest
to zarazem bardzo ciekawy moment
w osobowości Matki Bożej. Matka
Boża pomyślała więc swoje życie jako
wyłączne odniesienie do Boga i otrzymuje propozycję stania się Matką
Syna Bożego. Zaplanowała dziewictwo i widzi swoiste zakłócenie Jej planu. Z całym spokojem i odwagą dopytuje więc o to: „jak to się stanie, nie
znam swego męża”. A jest w tym i ta
myśl, że przecież Jej pomysłem życia
jest wyłączność miłości skierowanej
do Boga. I anioł odpowiada, że Duch
Święty to sprawi, że Duch Święty rozwiąże ten problem. Taka jest odpowiedź. Problem ten tylko w wypadku Matki Bożej jest tak rozwiązany,
że Jej miłość do Boga, do całej Trójcy Świętej, miłość wyłączna, nie zostaje zmieniona, gdyż Jej synem jest Syn
Boży, jest Bóg. Miłość do Boga speł-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
nia się w całym Jej człowieczeństwie
i w całej Jej duszy. Rozwiązanie niezwykle wspaniałe, w wypadku Matki
Bożej nawiązujące do wszystkich Jej
umiłowanych projektów życia.
c) Duch Święty daje Matce Bożej
natchnienie, dzięki czemu wypowiada Ona „Magnificat”. Ta pieśń ukazuje nam głębokie zrozumienie prawd
wiary, głębokie zrozumienie właśnie
tego, jak dokonuje się zbawienie, na
czym ono polega, jaki jest los ludzi, co
mają robić, jak odnosić się do Boga,
który w miłosierdziu swoim
kieruje się do nas, jak zapowiedział to już Abrahamowi. Znaczy to, że miłosierdzie jest wciąż miłością natychmiast nas wspomagającą, jest budzeniem w nas
poczucia godności [Łk 1,46-55, Łk 2,19,51].
d) Duch Święty odradza Matkę Bożą, jak każdego człowieka, jako dziecko
Boże [J 3,5].
e) Duch Święty włącza Matkę Bożą do jedności wierzących. Moglibyśmy
powiedzieć, że włącza Matkę Najświętszą do jedności
ludu Bożego. Maryja jest
dzięki temu wciąż w Kościele, jest pierwszą w tym
Kościele osobą zbawioną,
w której skutki Odkupienia spełniają się w jakiejś
największej mierze. Zarazem teologowie mówią też
rzecz wzruszającą, że Chrystus pozostawia Kościołowi
w darze Ducha Świętego i Najświętszą Maryję Pannę, gdy została wprowadzona do jedności wierzących [J
14,16; 16,13-14].
f) Duch Święty powoduje zabranie Maryi do nieba. Taka jest prawda wiary i – świadomość religijna Kościoła. Duch Święty bowiem wskrzesza ciało. Jest to akcent teologiczny.
W analizach filozoficznych mówi
się, że forma, która jest pryncypium,
która jest zasadą lub kodem ciała,
odtworzy potem ciało człowieka po
zmartwychwstaniu bez większego trudu, gdyż kod jest podstawą zgromadzenia wszystkich tych elementów fizycznych, które stanowią nasze ciało.
Mówi się też, że zmartwychwstanie
ciał nie jest naturalnym procesem,
5
lecz, że jest to proces specjalny, wydarzenie specjalne.
To Duch Święty wskrzesza ciała, czyni je ciałami nieśmiertelnymi
i dawcami życia. Taka jest myśl wydobyta przez teologów z pierwszego listu do Koryntian 15,42-45.
Duch Święty jest dawcą życia,
sprawił poczęcie Chrystusa. W związku z tym cała rola Matki Bożej polega
na współuczestnictwie w dziele zbawienia i zarazem na swoistym wstawiennictwie czyli na pośredniczeniu
re odnosimy do Matki Bożej, te które na przykład odnajdujemy w litanii,
w godzinkach, wszystkie tytuły Matki
Bożej wyjaśniają Jej udział w dziele
zbawienia. Ale jaki udział i jaką rolę?
Tę rolę, którą pełni w Kościele Duch
Święty. Wszystkie tytuły Matki Bożej
są opisaniem, wskazaniem na rolę,
jaką Duch Święty pełni w Kościele,
rolę uświęcającą dzięki odkupieniu
przez Chrystusa.
Krótko zestawmy powiązania
Ducha Świętego z Matką Bożą. Duch
Święty zamieszkał w osobie Matki Bożej, w istocie
Jej osoby. Napełnił sobą
Maryję. Zamieszkał w Niej
także w ten niezwykły sposób, który jest spowodowaniem poczęcia Syna Bożego. Właśnie uczynił Maryję
matką Chrystusa Mesjasza,
więc matką Chrystusa zbawiającego. Uczynił Ją pierwszą wierzącą osobą według
prawd Nowego Testamentu. Uczynił zarazem Matkę Bożą matką wszystkich
wierzących, gdyż stanowimy
Ciało Mistyczne Chrystusa.
Nasz związek z Chrystusem
jest pełniejszy niż związek
przyjaźni. To jest stanowienie mistycznego ciała Chrystusa. Jesteśmy jak gdyby wbudowani w Chrystusa
stanowiąc Jego mistyczne
ciało, stanowiąc Kościół.
Mieczysław Gogacz
Koniec cz. 1
w Chrystusie między ludźmi i Bogiem.
Matka Boża wstawia się za nami.
Teologowie zwracają tu uwagę na
to, że ta rola pośredniczenia, wstawiania się Matki Bożej za nami, jest zrozumiała tylko w świetle wstawiennictwa Ducha Świętego. To Duch Święty nieustannie wstawia się do Ojca
za nami. W starych przekładach Pisma św. czytamy, że Duch Święty jest
w nas i modli się w nas wzdychaniem
niewymownym. Bardzo lubię to wyrażenie. Duch Święty modli się w nas
do Boga. To On wstawia się za nami
i to jest Jego rola, Jego zadanie. Matka Boża ma w tym udział przez Ducha
Świętego i w Nim się wstawia za nami
do Boga. Znowu teologowie zwracają
uwagę na to, że wszystkie tytuły, któ-
_____________
Mieczysław GOGACZ. Ur. w 1929 r.
Emerytowany prof. zw. dr hab. Akademii
Teologii Katolickiej w Warszawie. Studiował filozofię na KUL, Papieskim Instytucie Studiów Mediewistycznych w Toronto
i paryskiej Sorbonie. Od 1967 do 1997 r.
był kierownikiem Katedry Historii Filozofii Starożytnej i Średniowiecznej warszawskiej ATK (obecnie Uniwersytet im. kard.
Stefana Wyszyńskiego). W 1996 r. odznaczony papieską Komandorią z Gwiazdą św.
Sylwestra. Wydał m. in. „Problem istnienia
Boga u Anzelma z Cantenbury i problem
prawdy u Henryka z Gandawy” (1961),
„On ma wzrastać” (1965), „Obrona intelektu” (1969), „Ważniejsze zagadnienie
metafizyki” (1973), „Błędy brata Ryszarda” (1975), „Poszukiwanie Boga” (1976),
„Filozoficzne aspekty mistyki” (1985),
„Modlitwa i mistyka” (1987), „Wprowadzenie do etyki” (1993), „Platonizm i arystotelizm. Dwie drogi metafizyki” (1996).
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
6
Wspomnienia dawne, ale bliskie sercu,
czyli rozmowa z ks. Piotrem Prusakiewiczem
Misjonarz
fot. Krzysztof Rodak
Czy pamięta Ksiądz Komorów,
bo my doskonale pamiętamy Misję
w 1998 roku...?
Oczywiście, że pamiętam. Trudno
zapomnieć, zwłaszcza, że ta Misja namaszczona była działaniem Bożym.
Bardzo odczuliśmy to działanie.
Wszyscy tu obecni wtedy właśnie nawróciliśmy się i wiele zmieniło się
w naszym życiu osobistym i rodzinnym. Było to efektem tamtej misji.
Bliskie mam osoby też były pod wrażeniem głoszonych nauk. Skąd czerpie
Ksiądz wzorce? Proszę uchylić rąbka
tajemnicy swojej misyjnej „kuchni”.
Będąc jeszcze w seminarium
w Krakowie przygotowywałem się do
pracy chodząc po kościołach i słuchając kazań różnych księży. Nauczyłem
się tego, że należy mówić prostym
językiem, a teologiczne myśli ilustrować pozytywnymi przykładami. Muszę przyznać, że w czasie PRL w literaturze trudno było znaleźć egzemplifikacje budującego optymizmu, bo
cenzura wykreślała z wszelkich publikacji pozytywne przykłady postaw katolików. Zostawały same negatywne,
zniechęcające do zaufania Bogu. Dowody na bezsens wiary.
Czym poza głoszeniem rekolekcji
na co dzień Ksiądz się zajmuje?
Jestem redaktorem naczelnym czasopisma „Któż jak Bóg”. To jest dwumiesięcznik, który wychodzi w naszym
wydawnictwie. Jest to jedyny w Polsce
dwumiesięcznik katolicki. Głównie
traktuje o aniołach i różnych aspektach
życia duchowego, o dobrych i złych duchach. Jesteśmy ze zgromadzenia św.
Michała Anioła i dlatego szczególnie
czujemy potrzebę prowadzenia takiego
pisma. Na Gargano we Włoszech jest
grota objawień św. Michała, którą my
się opiekujemy. Jest teraz wiele publikacji o aniołach z kręgu New Age, gdzie
pojęcie aniołów jest bardzo dalekie od
tego, jak je przedstawia Pismo Święte.
Zamieszczamy wiele tekstów poważnych autorów, na przykład ks. Zwolińskiego. Odpowiadam za skład i treść.
Zapraszamy do współpracy wiele osób
zainteresowanych aniołami, które mogą
nam coś powiedzieć o nich. Ostatnio
była Magda Anioł. Są działy, takie jak:
Analiza tekstów o aniołach, Z aniołami przez życie, Spod pióra egzorcysty,
Anioły w życiu świętych, Aniołowie w
poezji, Aniołowie wg ojców Kościoła
oraz odpowiedzi na pytania. My jeste-
Niedziela Palmowa
śmy od trzeźwości, więc jest coś o uzależnieniach, ja i za to odpowiadam.
Poza tym dużo też głoszę rekolekcji
i misji, m.in. takie jak teraz, wielkopostne parafialne, no ale też i zamknięte,
w domach rekolekcyjnych, głównie na
tematy anielskie, bo jest takie zainteresowanie. Czasem jestem zapraszany do
parafii na tzw. Anielską Niedzielę. Głoszę cały dzień kazania o aniołach, zaś po
południu jest konferencja dla chętnych.
Przy okazji rozprowadzam publikacje
książkowe naszego wydawnictwa traktujące o tej tematyce. W zgromadzeniu
mamy ruchy apostolskie. Jeden z nich
to Rycerstwo św. Michała, nad którym
też czuwam. Trochę też jeżdżę za granicę do środowisk anglojęzycznych. Głoszę konferencje głównie o Miłosierdziu
Bożym, siostrze Faustynie i też o aniołach. Tak wygląda moja praca.
Czy za granicą znają kierowane przez siostrę Faustynę przesłanie
o Bożym Miłosierdziu?
Tam gdzie jeżdżę, zasadniczo
znają, tylko w różnym stopniu. Bo ten
wyjazd wiąże się z głoszeniem dobrej
nowiny, jaka zawiera się w tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Prowadzę
też katechezy, które wyjaśniają obraz, koronkę i Święto Miłosierdzia.
To daje teologiczny fundament, aby
zagadnienia te nie były traktowane
powierzchownie albo magicznie. Zawsze biorę relikwie siostry Faustyny
z klasztoru z Żytniej i są one eksponowane i zawsze odbywa się błogosławieństwo relikwiami. Dużo dobrych
rzeczy wtedy się dzieje.
Zapytaliśmy o to, bo był u nas kolega z Kanady, nawet pozostający w dość
bliskim kontakcie z Kościołem, ale on
nic nie wiedział o św. Faustynie...
Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia ma polskie korzenie, ale
szczęśliwie rozeszło się po świecie.
Ojciec Święty Jan Paweł II znacznie
się do tego przyczynił. Natomiast bardziej je przenieśli świeccy niż kapłani,
którzy są często o krok za nimi. Niejednokrotnie jeżdżę na zaproszenie
świeckich apostołów, dlatego wiem co
mówię. Księża wtedy przychodzą, słuchają i często przyznają się, że wcześniej nic nie wiedzieli.
Przyjęcie wizji Faustyny w naszym zlaicyzowanym świecie jest
trudne, niekiedy wręcz przerażające.
Widzi ona demony i odbiera bardzo
dużo cierpienia Pana Jezusa. Przenika ją świat Boga i ludzi. Czy tak?
Faustyna była mistyczką i dlatego
jej Dzienniczek należy dawkować, podobnie jak Pismo Święte. Jest to księga, do której są różne klucze. Najpierw
jednak należy otworzyć jedną komnatę,
potem drugą, trzecią, aż się wejdzie
w głąb. Zasadniczo najpierw głosi się
tę podstawową prawdę, co to jest Boże
Miłosierdzie, o tym, jak możemy go do-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
fot. Krzysztof Rodak
świadczać w życiu, jak czcić, o obrazie,
który jest ikoną, o koronce, która jest
modlitwą wstawienniczą odmawianą
o godz. 15.00 – w godzinie śmierci Jezusa na krzyżu. Faustyna mówi o miłosierdziu w czynie, czyli miłości, która
się udziela, rozlewa się jak woda z przewróconej szklanki. Na początku lektury
Dzienniczka można zrozumieć zaledwie kilka słów, może on być jak zapis
nut dla kogoś, kto się na tym zupełnie
nie zna – to nic nie znaczące kropki,
kreski i krzyżyki. Gdy weźmie je muzyk,
on to wszystko słyszy. Dzienniczek – jak
mówi sama Faustyna – to tajemnica i ja
zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Chcielibyśmy zapytać jeszcze
o rolę świeckich w misyjnej posłudze, czy ma Ksiądz jakieś specjalne
„wsparcie” z ich strony?
Teraz mieszkam w domu zakonnym w Markach, ale kiedy gdzieś jadę,
szukam wsparcia u lokalnych grup
ewangelizacyjnych. Nawiązuję z nimi
kontakt, proszę o pomoc, o modlitwę,
o prowadzenie śpiewu. W parafiach,
do których jadę, również za granicą,
są takie wspólnoty. Kiedyś w Oakland
koło San Francisco spotkałem grupę żywej wiary – młodzieżowy zespół
muzyczny, który kapitalnie prowadził
modlitwę dla 2000 młodych ludzi. Jednak stałej grupy wsparcia nie mam.
Kiedy gdzieś wyjeżdżam, wysyłam 100
esemesów i 100 maili, to jest ogromna siła. Elektroniką wspieram dzieło
Boga. Zresztą czuję, że Pan Bóg mi też
błogosławi, bo to Jego sprawa „lt is not
only my business”...
Wróćmy jeszcze do tematu naszych rekolekcji — do powołania. To
trudny temat, z którym osobiście się
ciągle borykam, choć lat mi przybywa. Jak je odkrywać w każdym dniu
danego okresu życia [pyta L. Sku-
7
piński – przyp. red.]? Przyznaję się,
przypowieść o talentach spędza mi
sen z oczu... Ksiądz wydaje się być
przykładem spełnionego powołania.
Jak doszło do usłyszenia głosu Boga?
Kiedy i jak Ksiądz ruszył w tę drogę?
Ten temat tego roku Kościół zadał nam do rozważania. Traktować go
trzeba szeroko. W rozmowach z wami
mówiłem o wielu powołaniach: do patriotyzmu, do miłości, do umierania
na wzór Jana Pawła II. Powołanie ma
wiele aspektów, chodzi o podążanie za
Jezusem nie tylko w rzeczywistości zawodowej, ale i o powołanie do stanu:
kapłana czy też osoby zamężnej. Co do
mnie – kiedy byłem w szkole średniej,
czułem, że Pan Bóg mnie pociąga. To
się pojawia przez pragnienia. Ja zaś
naiwnie czekałem na jakieś objawienia. Będąc w kaplicy czekałem, że Pan
Jezus mi się objawi, ale oczywiście tak
się nie stało. Tymczasem ksiądz powiedział mi, że Bóg mówi przez znaki, przez sytuacje, przez wydarzenia.
To sprawiło, że potem takich znaków
szukałem. To, że byłem w parafii michaelitów, że mnie pociągał taki charyzmat, reguła, całkowita abstynencja od
alkoholu i tytoniu. Dlatego czułem, że
to jest coś dla mnie, że się Pan Bóg tym
posłużył. Tak, że w wieku 19 lat wstąpiłem do zgromadzenia. Wyobrażałem
sobie, że idę za Panem Jezusem, ale realia okazały się nie takie piękne. Przyszła praca w nowicjacie, a ja miałem
takie miękkie paluszki... A tam były
widły, siekiera, budowa, chlewik, praca ze świniami. To wszystko jest ważne
u nas, zwłaszcza na początku formacji
– praca duchowa, ale i fizyczna. Miałem dużo kryzysów. To wszystko okazało się potrzebne do tego, by nauczyć
się samego siebie przełamywać, by rozumieć, że jest w tym jakiś plan Boży.
Kiedy zostałem księdzem, byłem dwa
lata na parafii, potem studiowałem
psychologię. Mieszkałem w klasztorze
sióstr Matki Bożej Miłosierdzia jako
kapelan. Myślałem: Boże, taki młody
ksiądz jako kapelan, aż 40 sióstr – to
była największa pokuta. Wszyscy mi
współczuli. Ale nigdy tego nie żałowałem, a przez to Pan Bóg wpisał w moje
serce to nabożeństwo do MIŁOSIERNEGO. Proszę, jaki to był plan? Pan
wysłał mnie do klasztoru, żeby za kilka
lat odzyskać to, co zainwestował, żebym ten skarb przekazywał innym. To
jest właśnie plan Boży. Myślę, jestem
tego pewien, że każdy ma powołanie
tylko dla niego przeznaczone. Nie
warto porównywać, które jest cięższe,
które lżejsze, bo powołanie matki lub
ojca też nie jest łatwe. Każdy ma taki
stan łaski, jaki Pan zaplanował.
Ale czasami ten plan trudno odczytać, bo na przykład cierpienie małych dzieci trudno zrozumieć.
Cierpienie jest całkiem innym zagadnieniem, choć może być cenne w rozeznawaniu, które przyznaję, nie jest łatwe. To wielka sztuka. Ono przychodzi
z Duchem Świętym, TEN zaś oczekuje
od nas cierpliwości, uległości i pokory. To niekiedy są lata mozolnej pracy
wspieranej modlitwą i Słowem Bożym
głoszonym także przez MISJONARZY. Dopiero czas pokazuje, a może
dopiero po tamtej stronie dowiemy się,
czy droga była słuszna. A wracając do
cierpienia, to nas księży uczono, że gdy
człowieka coś dotyka, najpierw przychodzi fala buntu. Oto mój młodszy 41-letni brat miał wylew – całą lewą stronę
ma sparaliżowaną. Spadł na mnie grom
z jasnego nieba. No, ale – „bądź wola
Twoja”. Po buncie przychodzi akceptacja, z nią łaska uspokojenia. Myślę,
że rozeznawania naszego powołania
warto się uczyć, ono wiąże się z poznawaniem własnej duchowości, tego, co
w nas dobre, miłe Bogu i tego, co nas
od niego oddala. Właśnie o owo rozeznawanie w tym roku prosi nas Ojciec
Święty kierując apel o przyjrzenie się
swemu powołaniu.
Bardzo dziękujemy za nauki misyjne, za każde skierowane ku nam
słowo, także w czasie tej interesującej
wymiany myśli.
Dziękuję i z serca błogosławię
was, waszych księży Jubilatów i całą
wspólnotę Komorowa.
Rozmawiali Dorota Zielińska,
Piotr Zieliński, Lech Skupiński
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
8
Z naszej parafialnej biblioteki
Książki, które polecam...
Romana Brzezińska: „Ku zwycięstwu. Rzecz o kardynale Auguście
Hlondzie.” Ząbki 2004
utorka książki jest dziennikarką,
prezesem poznańskiego oddziału
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. W roku 1999 za dziennikarską
rzetelność i dokonania publicystyczne
została uhonorowana wielkopolską
nagrodą „Dziennikarskie Koziołki”.
Jej książka w serii Victores wydana
przez „Apostolicum” ma za zadanie
przypomnieć wielkość dokonań kardynała Augusta Hlonda, przysłoniętą przez monumentalną postać jego
następcy Prymasa Tysiąclecia Stefana
Kardynała Wyszyńskiego.
Obszerne kalendarium życia i działalności kardynała Hlonda, zamieszczone przed głównym tekstem publikacji,
zawiera nie tylko daty związane bezpośrednio z życiem kardynała. Wpleciono tam także daty ważnych wydarzeń z życia Kościoła Powszechnego
oraz daty urodzin Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły.
August Hlond urodzony w 1881 roku,
dwadzieścia lat starszy od Stefana
Wyszyńskiego, pochodził z biednej,
wielodzietnej rodziny śląskiej. Od najmłodszych lat ujawniał wszechstronne
talenty. Był świadkiem i uczestnikiem
A
przełomowych wydarzeń, spotykał się
z największymi osobistościami swoich
czasów, kształcił się w wielu szkołach.
Szczegóły tego bogatego życia ukazuje
autorka na kartach omawianej książki.
Mało kto wie, że Hlond jako dwunastoletni chłopiec uczył się w zakładach
salezjańskich kształcących młodzież
we Włoszech, pod Turynem. Obdarzony wrodzoną inteligencją i fenomenalną pamięcią w krótkim czasie
tak doskonale opanował język włoski,
że mógł udzielać korepetycji. Jako
dziewiętnastolatek obronił na Gregorianum w Rzymie doktorat z filozofii.
Przyjechał do Polski i podjął pracę jako
wychowawca i nauczyciel w zakładzie
salezjańskim w Oświęcimiu. W roku 1905 przyjął święcenia kapłańskie
i jako salezjanin pełnił ważne funkcje
w tej wspólnocie zakonnej.
W listopadzie 1922 roku dekret Stolicy Apostolskiej mianujący mało znanego 41-letniego salezjanina administratorem polskiego Górnego Śląska
zaskoczył i Polaków i Niemców. Wielu przypuszczało, że ten „biedny zakonnik nie da sobie rady”.
W trakcie dalszej lektury poznajemy kolejne etapy działalności Augusta Hlonda na rzecz scalenia narodu
rozbitego przez zabory, a także trudy
i niedostatki jego codziennego życia.
Data 3 stycznia 1926 roku to dzień
otrzymania przez Hlonda sakry biskupiej i objęcie na sześć miesięcy
diecezji katowickiej. Już 6 października tego roku otrzymał najwyższą godność w hierarchii polskiego Kościoła,
godność prymasa.
W miesiąc po objęciu rządów odbył się
w Poznaniu doroczny, już VII Zjazd
Katolicki, na którym nowy prymas
Polski wygłosił swoje pierwsze przemówienie, które zakończył „nakazami dla narodu” szczegółowo omówionymi przez autorkę. Poznajemy także
jego troskę o zaangażowanie świeckich w działalność Kościoła. W liście
pasterskim „O chrześcijańskie zasady
życia państwowego”, uważanym za
swego rodzaju encyklikę, gdyż był
tłumaczony na język angielski, francuski, niemiecki i włoski – podkreślił
obowiązki państwa wobec rodziny.
By wspierać pogłębianie wykształcenia
religijnego i pracę nad sobą ludzi świeckich, powołał w roku 1938 w Poznaniu
Instytut Wyższej Kultury Religijnej.
Troszcząc się o spopularyzowanie społecznej nauki Kościoła powołał do istnienia w 1933 roku Radę Społeczną
przy Prymasie Polski. Jako prymas Polski pragnął objąć opieką duszpasterską
nie tylko Polaków mieszkających w kraju, ale także 7 milionów rodaków żyjących poza jego granicami. W roku 1929
powstało Seminarium Zagraniczne
z tymczasową siedzibą w Gnieźnie.
W roku 1930 zdecydował się utworzyć
nowe zgromadzenie zakonne służące
polskim emigrantom. Powołał ks.
Ignacego Posadzego na organizatora
Towarzystwa Chrystusowego. Jako
założyciel, prymas czuł się bardzo
związany z chrystusowcami i troszczył
się o ich duchowość.
W roku 1935 ostrzegał przed importowanym z Niemiec antysemityzmem
– „Przestrzegam przed importowaną
z zagranicy postawą etyczną, zasadniczo i bezwzględnie antyżydowską.
Jest ona niezgodna z etyką katolicką.
Wolno swój kraj więcej kochać, nie
wolno nikogo nienawidzieć”.
Autorka ukazuje koleje losu prymasa
tuż przed wybuchem i w czasie II wojny
światowej, jego działania w celu ukazania całej Europie i światu prawdziwego
oblicza hitlerowskich Niemiec. Cytuje
jego krzepiące rodaków przemówienia
w Radiu Watykańskim. „Ogłoszenie
tak zwanego sprawozdania Prymasa
Polski o okrucieństwach okupanta zrobiło w całym świecie wielkie wrażenie.
„Na przykład na Stany Zjednoczone:
była to najlepsza propaganda dla nas
i dla aliantów, jaka w ogóle miała miejsce” – pisał Ignacy Paderewski w liście
do hrabiego Sobańskiego.
W lipcu 1945 roku prymas powrócił
do kraju, zamieszkał w Poznaniu, na
9
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
plebanii przy kościele Matki Boskiej
Bolesnej.
W marcu 1946 r. Stolica Apostolska
podjęła decyzję o rozwiązaniu istniejącej od 1821 roku unii łączącej archidiecezje poznańską i gnieźnieńską
oraz połączeniu archidiecezji gnieźnieńskiej unią personalną z metropolią warszawską. Chodziło o to, by prymas, którym tradycyjnie był arcybiskup
gnieźnieński, zamieszkał w Warszawie,
gdzie zapadać miały najważniejsze
decyzje dotyczące stosunków między
państwem a Kościołem.
August Hlond zgodnie z wolą papieża
pożegnał diecezję poznańską i udał
się do Warszawy, która przyjęła owacyjnie nowego arcypasterza. Z jego
inicjatywy powstała wkrótce Rada
Prymasowska Odbudowy Kościołów
Warszawy, która w dużej mierze przyczyniła się do odrestaurowania wielu
świątyń.
Relacje autorki świadczą o tym, że
Warszawa przyjęła prymasa z nadzieją i przekonaniem, że tylko on zdoła
uratować Kościół i Polskę. Po okresie zawieruchy wojennej miał obronić katolickie normy moralne, wiarę
i polskość. „Był stanowczy i nieugięty,
gdy chodziło o obronę praw Kościoła i poszanowanie zasad moralności
chrześcijańskiej, podważanych coraz
częściej przez ateistyczny rząd.”
Największym triumfem życiowym
Augusta Hlonda było uroczyste ofiarowanie narodu Niepokalanemu Sercu Matki Bożej, które dokonało się
8 września 1946 roku na Jasnej Górze
z udziałem miliona Polaków. Na łożu
śmierci powiedział: „Zwycięstwo, gdy
nadejdzie, będzie zwycięstwem Matki
Najświętszej”.
Jego następca prymas Wyszyński wielokrotnie zaznaczał, że był realizatorem duchowego testamentu swego
poprzednika: „Ta żywa wiara w potęgę Matki Najświętszej była dla mnie
– jako jego następcy – zobowiązująca.
Wydało mi się, że mam wszystko czynić, co w ludzkiej mocy leży – aby to
widzenie prorocze umierającego prymasa się urzeczywistniło”.
… 22 października 1978 roku, dokładnie w trzydziestą rocznicę śmierci
prymasa Augusta Hlonda, odbyła się inauguracja pontyfikatu papieża
Polaka – Jana Pawła II.
Teresa Poręba
Sakrament pokuty i pojednania, cd.
Kąpiel duszy (5)
„Wyznanie grzechów wobec kapłana stanowi istotą część sakramentu pokuty: Na
spowiedzi penitenci powinni wyznać wszystkie grzechy śmiertelne, których są świadomi po dokładnym zbadaniu siebie, chociaż byłyby najbardziej skryte i popełnione tylko przeciw dwu ostatnim przykazaniom Dekalogu, ponieważ niekiedy ciężej
ranią one duszę i są bardziej niebezpieczne niż popełnione jawnie.” (KKK)
oza żalem do najważniejszych czynności spowiadającego się należy samo
wyznanie grzechów. Przystępując do konfesjonału, gdy nie ma tłoku, stwarzamy szansę na spokojniejszą i głębszą rozmowę ze spowiednikiem. Warto
również pokusić się o zmniejszenie anonimowości. Garść niezbędnych informacji o sobie ułatwi wzajemny dialog.
W samym wyznawaniu grzechów trzeba zachować umiar, mówić to, co konieczne: przede wszystkim grzechy śmiertelne, a później grzechy lekkie. Warto pamiętać,
że należy spowiadać się ze złych czynów według oceny własnego sumienia. Ocena
ta może nastąpić przed popełnieniem lub w czasie dokonywania grzechu. Umiar
należy zachować ponadto przy ujawnianiu okoliczności. Należy wymieniać te, które
wpływają na „jakość” grzechu. Trzeba uważać, aby przez „rozgadanie” nie popełnić
grzechu obmowy i aby spowiedź nie straciła charakteru samooskarżenia. Nie należy w spowiedzi szukać za wszelką cenę ulgi, bo nie to jest najważniejsze. Niekiedy
zdrowszy jest niepokój, który pobudzi penitenta do twórczego wysiłku.
W chwili otrzymywania rozgrzeszenia starajmy się nigdy nie myśleć o tym, czy
wszystko powiedziałem. Najlepiej zakończyć wyznanie słowami: „Za te wszystkie
grzechy, które powiedziałem lub zapomniałem(am) wyznać, żałuję i postanawiam
poprawę”. Wyrażam w ten sposób żal za wszystkie grzechy, nawet zapomniane i jestem spokojny. Nie mogę przecież przeoczyć najcenniejszego momentu, gdy dzięki
Krwi Chrystusa, przelanej na krzyżu, staję się znowu czysty i napełniony łaską.
„Wiele grzechów przynosi szkodę bliźniemu. Należy uczynić wszystko, co możliwe, aby ją naprawić (na przykład oddać rzeczy ukradzione, przywrócić dobrą
sławę temu, kto został oczerniony, wynagrodzić krzywdy). Wymaga tego zwyczajna sprawiedliwość. Ponadto grzech rani i osłabia samego grzesznika, a także jego relację z Bogiem i z drugim człowiekiem. Rozgrzeszenie usuwa grzech,
ale nie usuwa wszelkiego nieporządku, jaki wprowadził grzech. Grzesznik podźwignięty z grzechu musi jeszcze odzyskać pełne zdrowie duchowe. Powinien,
zatem zrobić coś więcej, by naprawić swoje winy: powinien ‘zadośćuczynić’
w odpowiedni sposób lub ‘odpokutować’ za swoje grzechy. To zadośćuczynienie
jest nazywane także pokutą.” (Katechizm Kościoła Katolickiego)
Trzecim istotnym elementem spowiedzi świętej jest zadośćuczynienie, czyli
wypełnienie należnej pokuty. Często jesteśmy zaskoczeni nieproporcjonalnością
pomiędzy karą a winą. Trzeba zauważyć, że pokuta, nawet najsurowsza, nigdy nie
będzie proporcjonalna do winy, a nawet nie powinna być taka. Właśnie brak tych
proporcji nam o czymś mówi, a mianowicie, że istotne zadośćuczynienie zostało
dokonane przez Jezusa Chrystusa na krzyżu. Jeśli ktoś przesadnie przecenia swoje
zadośćuczynienie, może zapomnieć o wyrównaniu naszej winy przez Boga, ale ze
względów pedagogicznych winowajca powinien odczuć na sobie skutki popełnionego zła. Powinna nam jednak towarzyszyć zawsze świadomość, że nawet najcięższa pokuta jest zawsze współuczestnictwem w zbawczej mocy zadośćuczynienia
spełnionego na Golgocie. Penitent jest uprawniony do dyskusji ze spowiednikiem
na temat wymierzonej kary, aby jak najbardziej urealnić możliwość spełnienia
zadośćuczynienia. Niewykonanie otrzymanej kary może w konsekwencji nawet
spowodować grzech, o ile nic poważnego nie stanęło na przeszkodzie.
Po wypełnieniu pokuty należy się jeszcze postarać o wynagrodzenie wyrządzonych szkód. Dotyczy to zarówno wyrównania strat
materialnych, jak i tych w sferze duchowej. Gdybyśmy na serio
traktowali obowiązek wynagradzania szkód, na pewno bylibyśmy
ostrożniejsi w grzeszeniu.
Gabriela Porębska-Rodak
P
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
10
10 lat w służbie Chrystusa
Życiem dziękować
Dnia 24 maja nasz wikariusz ks. Andrzej Szymański obchodzić będzie
dziesięciolecie święceń. Z tej okazji
przeprowadziliśmy krótką rozmowę z
Jubilatem o początkach kapłańskiej
drogi i jego doświadczeniach.
* * *
ak wielu spośród tych, którzy odpowiedzieli „tak” na Chrystusowe wezwanie „pójdź za mną”, miał
swoje plany i inny pomysł na życie.
Podobnie jak większość młodych ludzi marzył o własnym domu i szczęśliwej rodzinie. Nawet podjął w tym
kierunku pierwsze kroki, ale Boże
plany okazały się zupełnie inne. Początkowo nie był pewny tego głosu
i tak wspomina: Miałem bardzo duże
wątpliwości, uciekałem od tej myśli jak
biblijny Jonasz. Pan Bóg mnie jednak
pokonał. Kiedy powiedziałem „tak”,
poczułem wewnętrzny spokój, minęło
wcześniejsze rozdrażnienie, a dla mnie
był to znak potwierdzający słuszność
wybranej drogi.
Tak naprawdę dopiero dzisiaj,
kiedy ma za sobą 10-letnie doświadczenie pracy kapłańskiej, w pełni
zdaje sobie sprawę z wyjątkowości
swojego powołania, wielkości daru
otrzymanego od Boga. Tę szczególną
wyjątkowość odczuł tu w Komorowie,
gdzie jest z nami już blisko 5 lat. Parafia w Komorowie jest zasadniczo drugą placówką ks. Andrzeja, nie licząc
bardzo krótkich epizodów w dwóch
innych. W poprzedniej parafii na
Tamce, przy charakterystycznej dla
Warszawy anonimowości, nie spotykał się z taką życzliwością ludzi, z ich
modlitwą za kapłanów, ofiarowaniem
za nich Mszy św., a przecież jak mówi:
Otoczenie modlitwą kapłanów ma bardzo duże znaczenie dla naszej posługi.
Podobnie jak i inni ludzie nie jesteśmy
wolni od pokus, a w każdym z nas działa nie tylko Pan Bóg, ale i Szatan, dlatego wdzięczni jesteśmy za każdą formę
modlitwy.
Ma jednak świadomość, że tę
pomoc modlitewną zawdzięcza nie
sobie, lecz Chrystusowi, który udziela
J
łask niezbędnych do wypełniania kapłańskiej posługi.
W rozmowie z ks. Wikarym wyczuwa się jego ogromną skromność i pokorę. Taką postawę oddaje też motto,
jakie zamieścił na swoim obrazku prymicyjnym, a które brzmi” Nie umiem
dziękować Ci Panie, bo małe są moje
słowa, zechciej przyjąć moje milczenie
i naucz mnie życiem dziękować...”
fot. Krzysztof Rodak
Ks. Andrzej podczas pasterki, grudzień 2005
Stając u progu kapłaństwa czuł
w sobie szczególną misję nawracania
grzeszników i wtedy usłyszał od doświadczonego już kapłana te słowa:
Nie zawracaj sobie głowy nawracaniem,
bo naprawdę tylko Bóg może nawrócić
człowieka, a ty rób, co do ciebie należy i staraj się, aby nikogo nie zgorszyć,
postępuj tak, aby nikt przez ciebie nie
odszedł od Kościoła.
Chociaż zawsze stara się realizować
tę zasadę, to przyznaje, że sprostanie
temu jest dużym obciążeniem i tym, co
w realizacji kapłaństwa jest najtrudniejsze. Ludzie mają bardzo duże oczekiwania moralne w stosunku do kapłanów
– mówi – chcą widzieć w nich duchowych
herosów, a to często przekracza naturę
przeciętnego człowieka. Poza tym pojawia się dylemat, czy przyjęta przeze mnie
postawa nie jest zbyt tolerancyjna lub zbyt
rygorystyczna. Jest to ważne w każdej sytuacji, niezależnie czy jestem w sutannie,
czy nie. Dlatego też uważa, że modląc
się za kapłanów wierni powinni wypraszać u Pana Boga siłę i pomoc Ducha
św. do zachowania właściwych postaw.
W realizacji kapłaństwa, tak jak
i każdego powołania, są także chwile
radosne, które wynagradzają wszyst-
11
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
fot. Krzysztof Rodak
Kalendarium parafialne
MAJ
... z kamerą wśród owieczek
kie trudności i nadają sens naszemu
działaniu. Dla ks. Andrzeja takie momenty to przede wszystkim spotkania
w konfesjonale z grzesznikiem, który
po wielu latach życia bez Boga przychodzi, żeby prosić Go przebaczenie.
Współuczestniczenie w radości jego nawrócenia to bardzo budujące doświadczenie dla każdego kapłana.
Drugim powodem jego radości
jest obecność ludzi młodych w Kościele. Nie chodzi mu jednak tylko
o uczestnictwo młodzieży we Mszy św.
czy innych nabożeństwach, ale dojrzałość w przeżywaniu wiary i autentyczną
fascynację nauką Chrystusa.
Kiedy przy końcu rozmowy zapytałam naszego Jubilata, jaka scena
w Ewangelii jest kluczem do realizacji jego wizji kapłaństwa, ze szczególnym wzruszeniem przytacza scenę
spotkania Zmartwychwstałego Chrystusa z Apostołem Piotrem, w której
Chrystus trzykrotnie zadaje pytanie:
„Piotrze, czy mnie miłujesz?”. Scena
ta to w istocie spotkanie Zdradzonego
z grzesznikiem. Piotr, zapewniając Chrystusa o swej miłości, tym razem nie używa wielkich słów, jak w Wieczerniku, ale
dopiero późniejszą postawą przypieczętowuje swoje bezgraniczne oddanie. Myślę, że wcześniej wspomniane motto na
obrazku prymicyjnym w pewnym sensie
nawiązuje do tego obrazu.
Małgorzata Goławska
19. V – sobota – Bierzmowanie na Mszy św. o godz. 18.00
20. V – Siódma Niedziela Wielkanocy –
UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA PAŃSKIEGO
25. V – piątek – adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 16.00.
Koronkę do Miłosierdzia Bożego poprowadzi Grupa Misyjna.
27. V – NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO
28. V – poniedziałek – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła.
31. V – czwartek – Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny.
CZERWIEC
Nabożeństwa Czerwcowe codziennie o godz. 17.15
1. VI – pierwszy piątek miesiąca – spowiedź i adoracja Najświętszego
Sakramentu od godz. 16.00. Koronkę do Miłosierdzia Bożego
poprowadzi Rodzina Radia Maryja.
3. VI – niedziela – UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ
7. VI – czwartek – UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO CIAŁA I KRWI
CHRYSTUSA (Boże Ciało). Procesja po Mszy św. prymicyjnej
ks. Michała Płoszajskiego o godz. 11.00
8. VI – piątek – adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 16.00.
Koronkę do Miłosierdzia Bożego poprowadzi Grupa Charytatywna.
10. VI – Dziesiąta Niedziela Zwykła.
15. VI – piątek – UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA
JEZUSA.
17. VI – Jedenasta Niedziela Zwykła.
20. VI – środa – zakończenie roku szkolnego i katechetycznego Mszą św.
o godz. 16.30. Spowiedź od godz. 16.00.
22. VI – piątek – adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 16.00.
Koronkę do Miłosierdzia Bożego poprowadzi Czwartkowa Grupa
Modlitewna.
Uwaga! 17 czerwca ukaże się ostatni przed wakacjami nr 4 „MP”
Porządek mszy świętych
W dni powszednie o godz. 7.00 i 18.00
W niedziele i święta o godz. 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 i 18.00
Kancelaria Parafialna czynna:
poniedziałek, wtorek, środa, piątek – w godz. 9.00 – 10.00
oraz 16.00 – 17.30; sobota 9.00 – 10.00
w czwartki – nieczynna
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
12
Spotkania w Panu – korespondencja własna z Australii
Dwa portrety
Ucieszył mnie temat przewodni tego
numeru, bo kapłani w Australii, podobnie jak i na całym świecie, są żywym świadectwem istoty pasterskiej
posługi. Podążają za owcami wszędzie tam, gdzie rzuci je los. Dotyczy
to księży wszystkich narodowości. Na
tym polega misyjny charakter Kościoła Powszechnego, by tym, co nie
słyszeli – nieść Dobrą Nowinę i zawsze być blisko swojego ludu.
* * *
diecezji Sydney, w której pracują, ewangelizują polscy księża zakonnicy: chrystusowcy, werbiści
i paulini. Mimo, że ich posługa skierowana jest na Polonię, poza naszym
językiem muszą władać przynajmniej
jeszcze jednym, w tym przypadku językiem angielskim. Nie tylko dlatego,
że bez znajomości mowy danego kraju nie da się w nim żyć, ale także po
to, by móc być otwartym na Australijczyków, którzy również potrzebują
ich kapłańskiego wsparcia i wsparcia
polskiej wspólnoty.
W
Kapłańska Australia ma swoją
rzadką i ciekawą „specyfikę”! Wielu
mężczyzn już w dojrzałym wieku odkrywa swoje powołanie. Oto w ubiegłym roku w naszej diecezji wyświęcono 72-letniego diakona i nie był to
przypadek odosobniony. W dekanacie, do którego należę, jest 15 księży.
Są przedstawicielami różnych ras i narodowości: Wietnamu, Indii, Filipin,
Malty, Włoch, Egiptu i Polski. W tak
wielonarodowym kraju jak ten, kapłani mają naprawdę trudne zadanie.
Muszą pokonywać bariery językowe,
obyczajowe, kulturowe.... Osobnym
tematem jest reewangelizacja, czyli przyciąganie na powrót do chrześcijaństwa. Oderwani od ojczystego
podglebia ludzie łatwiej podlegają
deformacjom duchowym, odchodzą
od praktyk religijnych, od więzi z Kościołem.... Dlatego pracę duszpasterzy
trudno przecenić. Poza sprawowaniem
posługi fundamentalnej naszej wiary
– Eucharystii i udzielaniem sakramentów, niosą oni ukojenie duszom targa-
nym tęsknotami i depresjami. Dlatego
z wielką radością przedstawię Wam
dwu ofiarnych „Lekarzy Dusz”.
Bardzo znanym i cenionym kapłanem w diecezji Sydney jest ks. Arthur.
Urodził się i wychował w rodzinie protestanckiej. W tej wierze odkrył swoje
powołanie i został w niej wyświęcony.
Ale, już jako dojrzały kapłan, w latach 90-tych nie mógł się zgodzić na
rewolucyjność kościoła anglikańskiego, akceptującego m.in. kapłaństwo
kobiet. Podjął więc decyzję dalszego
kroczenia za Jezusem w Kościele katolickim. Ksiądz Artur kocha muzykę.
Jest jej koneserem i ten charyzmat
z powodzeniem wykorzystuje w pracy
duszpasterskiej. W Parafii Św. Patryka
w Blacktown (diecezja Sydney) założył
orkiestrę i chór. Ludzie złączeni pasją
zbliżają się ku sobie i radość wspólnego
śpiewania i muzykowania sprawia, że
dwa, trzy razy gorliwiej się modlą. Liturgia Triduum Paschalnego pod przewodnictwem ks. Artura jest zawsze
niezapomnianym przeżyciem. Przy tym
ma on dar zjednywania ludzi, jest miły
w obejściu, posiada rzadki dar łatwego
komunikowania się z wiernymi.
Bardzo ofiarnym księdzem jest
też Fr. Warren. Ma 40 lat, a kapłanem
jest zaledwie od czterech. Wcześniej
Ślub pana od WF
W sobotę, w przeddzień Niedzieli Przewodniej, w naszym kościele do sakramentu małżeństwa przystąpili Anna
Kazbieruk i Grzegorz Tomaszewski. Sakramentu małżeństwa udzielił rodzony brat Grzegorza, diakon jezuita Maciej
Tomaszewski, który przyleciał na tę uroczystość specjalnie
z Rzymu. Mszę św. prymicyjną odprawi w Komorowie 24
czerwca br. Po zakończeniu ceremonii składania przysięgi
małżeńskiej w całym kościele rozległy się gromkie brawa, a
po mszy świętej na Młodą Parę czekała drużyna w strojach
klubowych, którą prowadzi znany wszystkim trener i na- Diakon jezuita Maciej udziela komunii świętej
uczyciel wf ze szkoły podstawowej w Komorowie, Pan Mło- Grzegorzowi i Annie
dy. Drużyna z piłkami w rękach zrobiła trenerowi ogromną
niespodziankę. Małe dzieci obsypały Młodą Parę ryżem, było mnóstwo kwiatów i życzeń. Świeciło piękne słońce. To tak, jakby tego dnia do nas wszystkich z nieba
uśmiechał się Pan Jezus.
Młodej parze, Państwu Annie i Grzegorzowi Tomaszewskim,
wszystkiego najlepszego na wspólnej drodze życia, Bożego błogosławieństwa i dobra od ludzi z serca życzymy.
Koleżanki i koledzy z redakcji
Anna i Grzegorz wychodzą
Magazynu Parafialnego
z kościoła w szpalerze piłek
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
był nauczycielem. Uczył w szkole
podstawowej i średniej. Wieloletnie
doświadczenie pracy z dzieciarnią
sprawia, że młodzież za nim szaleje.
W maju rozpoczął budowę parafii
w nowo powstającym osiedlu Rouse Hill, co jest raczej wydarzeniem
niezwykłym w Australii, bo więcej
tu kościołów niż pasterzy i rzadko
biskup diecezjalny podejmuje decyzję o budowie nowego kościoła. Co
roku zaledwie jedna lub dwie osoby
rozpoczynają drogę seminaryjną ku
kapłaństwu i jak pisałam wyżej, są to
zazwyczaj osoby w dojrzałym wieku.
Bardzo często zdarza się, że biskup
diecezjalny prosi nawet polskich kapłanów, by obejmowali australijskie
parafie, bo sam nie ma kogo posłać
do wielu „winnic”.
Choć kapłaństwo wszędzie to
samo, jednak specyfika pracy w Jezusowej Owczarni tu różni się radykalnie od rytmicznej pracy w Polsce.
Dlatego proszę Cię Drogi Czytelniku
MP, gdy będziesz się modlił za swoich
księży, westchnij też za tymi uprawiającymi winnicę Pana Boga
w dalekiej Australii.
Specjalnie dla MP
s. Grażyna Rocławska
CSFM
Przy tej okazji już dziś zapraszamy całą
naszą Wspólnotę na Mszę świętą
prymicyjną Ojca Maćka – jezuity.
Odbędzie się ona w naszym kościele dnia
24 czerwca 2007 o godzinie 12.30.
Radujmy się razem z nim całą rodziną
parafialną, bo to wielkie błogosławieństwo dla Komorowa. Bóg wreszcie pozwolił nam doczekać pierwszego pełnego
powołania do służby Jezusa jednego
z naszych synów.
13
List zza oceanu – korespondencja własna z USA
Przyjaciel
Drodzy Czytelnicy
Kilka tygodni temu jeden z księży odwiedzających naszą parafię zwierzał się mniej
więcej tak: „Po długich wahaniach i oczywiście oszczędzaniu, postanowiłem kupić
system nawigacyjny GPS. Nie macie pojęcia, jaka to przyjemność, kiedy łagodny,
kobiecy głos wskazuje właściwą drogę podczas podróży w nieznanym terenie. Oczywiście bardzo szybko postanowiłem przetestować tę „kobietę” wykonując niewłaściwy manewr. O dziwo, nie usłyszałem: dokąd jedziesz idioto, przecież mówiłam, że
trzeba skręcić w prawo. Zamiast tego po chwili milczenia spokojny głos oznajmił,
aby przy pierwszej okazji zawrócić.”
Opowieść ta miała obrazować oczywiście miłość i troskę Boga, który czuwa, prowadzi
nas przez życie i nie opuszcza nawet wtedy, gdy popełniamy błędy. Myślę, że historia ta
pokazuje także bardzo prosto, iż kapłan jest takim samym człowiekiem, jak my, mającym zwykłe pragnienia (takie jak GPS), troski. Jakże często o tym zapominamy.
Historia ta przypomniała mi się, kiedy kilka dni temu Pani Małgosia Goławska napisała, że majowy numer Magazynu poświęcony jest kapłaństwu i zapytała o kapłanów w Stanach, jak realizują swoje powołanie, jak są postrzegani przez wiernych.
Ksiądz tutaj, tak jak i w Polsce, jest oczywiście szafarzem sakramentów, przewodnikiem duchowym, gospodarzem parafii oraz przyjacielem, na którego można zawsze liczyć. Różnice pojawiają się w realizacji powołania. Wynikają one przede
wszystkim z faktu, iż księży jest tutaj zbyt mało. Zwykle jest jeden w parafii. Życie
wymusiło zatem znacznie większy wkład świeckich w codzienność i pracę rzymsko-katolickiego kościoła w Ameryce.
Olbrzymią pomocą dla proboszcza są diakoni. Wraz z księdzem prowadzą świąteczne msze święte, nabożeństwa, czasami wygłaszają homilie, organizują naukę
dla dzieci i młodzieży, nauczanie dla dorosłych chcących przystąpić do sakramentów świętych. Religii uczą specjalnie przeszkoleni świeccy, zwykle rodzice, których
dzieci uczestniczą w lekcjach. Robią to całkowicie społecznie, realizując w ten sposób zadanie nauczania powierzone przez Chrystusa każdemu z nas.
W tutejszych kościołach sobotnia wieczorna msza święta jest taką samą mszą, jak
niedzielna. Wynika to z faktu, iż w wielu małych parafiach w niedzielę jest tylko jedno
nabożeństwo. W większych parafiach, takich jak nasza, niedzielne msze odprawiają
zaprzyjaźnieni księża, którzy cały tydzień pracują np. jako wykładowcy w seminariach
duchownych lub są emerytami. Specjalnie przeszkoleni świeccy udzielają komunii.
Inaczej także zorganizowana jest spowiedź. Zwykle w każdą sobotę jest czas, kiedy
można się wyspowiadać. Przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy odbywa
się spowiedź, w której pomagają proboszczowi zaprzyjaźnieni księża. W każdym innym wypadku po prostu należy zadzwonić i umówić się indywidualnie. Bardzo często
ta spowiedź przypomina rozmowę twarzą w twarz z rozumiejącym przyjacielem.
Będąc gospodarzem parafii tutejszy ksiądz także nie jest pozbawiony pomocy swoich parafian. Wszystkie decyzje finansowe, dotyczące remontów, budowy, rozbudowy, upiększania kościoła, pomocy, jaką parafia niesie potrzebującym, podejmuje
wraz z proboszczem Rada Parafialna. Większe parafie, dysponujące odpowiednimi
funduszami, zatrudniają także pracowników biurowych.
Na zakończenie jeszcze o księdzu jako przyjacielu. Wyraża się to w takim prostym geście, jak witanie parafian przed mszą św. w przedsionku kościoła, żegnanie się z nimi
po nabożeństwie. Uczestnictwo w różnych pozareligijnych spotkaniach, jak np. obiad
parafialny, zabawy, wspólna wyprawa w góry, śniadanie ze Świętym Mikołajem, spotkania przy kawie i herbacie. Księdza – przyjaciela poznajemy jednak przede wszystkim w czasie prób, którym los poddaje indywidualnych parafian lub całe zgromadzenie. Kiedy w tym tygodniu wstrząsnęły światem wydarzenia na Politechnice w Virginii,
jeden z księży zapytany przez reportera, co powiedział rodzinie jednej z
ofiar, po prostu stwierdził: „Cóż ja mogłem powiedzieć? Mogłem tylko
być z nimi, płakać z nimi... otoczyć ramieniem... cóż więcej?...”
Zza Atlantyku specjalnie dla „MP”
Joanna Hozer
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
14
Rozmowa z polską siostrą ze Zgromadzenia Misjonarek Miłości od Matki Teresy z Kalkuty
W
pierwszej części rozmowy s. Marianna opowiadała nam o dynamice rozwoju wspólnoty, do której należy
od 23 lat. Dowiedzieliśmy się, że do zgromadzenia Misjonarek Miłości od jakiegoś już czasu należą nie tylko kobiety niosące pomoc potrzebującym bez względu
na ich wyznanie, narodowość i rasę, ale
również mężczyźni. Jest też odłam kontemplacyjny i bardzo rozbudowany ruch
ludzi świeckich wspierających członków
zgromadzenia i ich dzieło.
Na pytanie: dlaczego obrała tę
drogę służby Bogu, usłyszeliśmy, że to
poszukiwanie MIŁOŚCI w najczystszej
postaci, takiej – jaką miał Jezus – przywiodło Monikę Woźniak do Matki Teresy z Kalkuty. Rozmowę zakończyliśmy opowieścią o doświadczeniu związanym z zetknięciem się z tą niezwykłą
kobietą: „Choć tego dnia nie udało mi
się z nią porozmawiać – wiedziałam, że
chcę iść jej śladem (...), wiedziałam, że
to jest człowiek, który z MIŁOŚCIĄ obcuje na co dzień”.
Czy pierwsze wrażenie potwierdziło się? Jaka była Święta, którą
wszyscy znaliśmy? Jak wielki wpływ
miała na siostry duchowość?
ONA miała bezgraniczny wpływ
na każdą z nas, swoich córek. W jakiś
nieuchwytny sposób nas formowała.
Uderzające było na przykład to, że
choć jej misje rozsiane są po całym
niemal świecie – z każdą miała bliski
kontakt. Swoją drogę zakonną rozpoczęłam w Polsce, w nielegalnej grupie
międzynarodowej „zainstalowanej”
u sióstr w Laskach. Matka Teresa
regularnie raz na kwartał, raz na pół
roku, nas odwiedzała. Wtedy każda
z nas miała do niej dostęp. Pamiętam
dokładnie naszą pierwszą rozmowę,
w czasie której miałam uczucie, że
nikt poza mną dla niej się nie liczy.
Jesteśmy na tym bożym świecie tylko
my dwie, Ona i ja. Cała swoją uwagę koncentrowała na mnie. Słuchała
Chwila po podpisaniu aktu ślubowania wieczystego
mnie z taką czcią, z taką uwagą, jakby
z moich ust spływały słowa największego „objawienia”.
Oto wielki dar, być z drugim człowiekiem w taki sposób! Dar słuchania sercem.
Zauważyłam, że w podobny sposób
na drugim człowieku koncentrował się
Ojciec Święty Jan Paweł II. W mojej
pamięci utkwiło jeszcze coś, co ją charakteryzowało.... Kiedyś, byłam wtedy
na misji w Rzymie, miałam dyżur na
furcie naszego domu, gdy przyszła jakaś kobieta. Mój włoski jest mizerny,
zrozumiałam tylko, że ma kłopoty z synem. Na szczęście dla tej kobiety nadeszła Matka Teresa. Ze słowami zachęty, że oto nadchodzi pomoc, przekazałam ją w jej ręce. Po jakimś czasie
idąc w towarzystwie siostry ze świetną
znajomością języka włoskiego spotykam swoją „znajomą” i słyszę, że chłopak, jej syn, był narkomanem i nasza
Matka go z tego wydobyła. Dlaczego o
tym mówię? Ona uważała, że jeśli Bóg
przyprowadza do niej jakiegoś człowieka, to ma w tym jakiś cel. Dlatego z
miłością nad nim się pochylała i z całą
mocą koncentrowała, aby odkryć, jakiej posługi on potrzebuje. Ta kobieta
stwierdziła, że od chwili otrzymanego błogosławieństwa od naszej Matki
Awers i rewers obrazka pamiątkowego ze ślubów wieczystych s. Marianny
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Matka Teresa w rozmowie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, fot. Adam Bujak
walki szatana z Bogiem. Czy Siostra
uważa, że w takich czasach żyjemy?
Tak. Żyjemy w czasach dużej dominacji ZŁA. Utwierdzają mnie w tym
fińskie doświadczenia. Z moich obserwacji wynika, iż żyje tu wielu ludzi
mocno zaangażowanych w ruchy satanistyczne. Mam liczne spostrzeżenia
i osobiste doświadczenia związane
z tym nurtem. Jedno spotkało mnie
na samym początku mojej misji w tym
kraju. Do wagonu, którym jechałam
z inną siostrą, wtargnął człowiek. Miotając się – niemal rzucił się na nas. Po
długim czasie (podróż trwała 4 godziny) uspokoił się, a przy końcu płynną
Konkurs Jubileuszowy
Jeśli jesteś z nami od początku!
Jeśli potrafisz udokumentować posiadanie wszystkich numerów (łącznie 66
egzemplarzy)!
przystąp do Jubileuszowego Konkursu.
wszystko jak w klepsydrze odwróciło
się. Gdy o tym opowiadała, jej oczy
płonęły, była radosna. W cieniu takich
– małych i wielkich cudów – Bóg nas
formował. Czy może dziwić, iż każda
z nas biegnie za tym wzorem?
Literatura przekazała nam obraz
bardzo aktywnych, zapracowanych
Misjonarek Miłości. Czy to tylko
przekaz medialny? Ile w tym obrazie
jest prawdy, a ile legendy?
Matka Teresa była tytanem pracy. My też dużo pracujemy również
fizycznie. Oprócz tego, że nie mamy
pralek, zmywarek, wszystkie posługi
na rzecz biednych – w naszych stołówkach, jadłodajniach, ochronkach,
punktach medycznych – robimy same
i to jest dobre. Często współczesny
człowiek zapomina, że praca jest
środkiem uświęcenia. Praca uwalnia
nas od koncentracji na własnej osobie, a człowiek skoncentrowany na
innych jest szczęśliwy. Żeby zamknąć
ten wątek powiem tyle – jej przykład
był porywający, on w naszym osobistym życiu działał cuda. Matka miała
taką ufność w Bogu, my staramy się
iść tą samą drogą. Zachorowałam
na nerki. Matka Teresa z taką mocą
powiedziała, że mam słuchać lekarzy
i wszystko będzie dobrze, że nic innego mi nie pozostało jak wierzyć. Choroba jest bardzo poważna, a ja jednak
15 lat obywam się bez dializowania.
Obecnie jest Siostra na misji
w Finlandii. Na początku rozmowy
nazwała ją trudną. Dlaczego? Z trudem misyjnym kojarzą się nam kraje
dalekich kontynentów, z Afryką, a nie
z Europą, nie ze spokojną, dostatnią
Skandynawią.
O, jest Pani w błędzie. W Afryce
jest bieda, potworna bieda materialna
– w Europie skrajne ubóstwo duchowe. Proszę popatrzeć na Hiszpanię,
Francję, Danię, Holandię, Niemcy....
i zastanowić się, co tam się dzieje.
Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że żyjemy w czasach Janowej
Apokalipsy. My, ludzie Chrystusa nie
możemy sobie dziś pozwolić nawet na
jakiekolwiek wewnętrzne kompromisy. Jestem tego pewna, tak jak tego,
że patrzę na panią. Musimy się zdecydować na drogę ku świętości. Nie
możemy tego odłożyć na jutro, czas
na to nie pozwala.
Czas końca – Apokalipsa – to czas
wszechobecnej, namacalnej, jawnej
15
Regulamin jest prosty:
1. Celem konkursu jest uhonorowanie wiernych czytelników, którzy potrafią
udokumentować posiadanie wszystkich egzemplarzy MP.
2. Należy wypełnić kupon, następnie wrzucić go do pudełka wystawionego
na stoliku z prasą w kościele.
3. Termin składania kuponów upływa z dniem 30 maja 2007 roku.
4. Kupony zostaną komisyjnie zweryfikowane:
• pod względem zgodności oświadczeń
• sprawdzone na miejscu w domu u zgłaszającego
• lub w inny sposób dogodny dla osoby zgłaszającej się do konkursu.
5. Przy końcu czerwca nastąpi publiczne losowanie. O terminie powiadomimy
osobnym komunikatem.
6. Wszyscy uczestnicy otrzymają odznakę „Wierny Przyjaciel Magazynu Parafialnego”. Wręczenie – planowane na dzień 16 grudnia 2007 roku w czasie uroczystego zamknięcia Roku Jubileuszowego.
7. Zwycięzca otrzyma dodatkowo (z dostarczeniem pod wskazany adres)
wszystkie numery MP, które ukażą się w 2008 roku.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
16
angielszczyzną objaśnił, że wsiadł do
pociągu, by nam zrobić coś złego, ale
siła, która z nas biła, pokonała go.
Na to ja powiedziałam: „Nigdy nie
jest za późno, by spotkać się z tą siłą,
bo jest nią Chrystus”. Wtedy on powiedział, że jego panem od 6 lat jest całkiem kto inny. Jeszcze chwilę z nami
rozmawiał i w pewnym momencie, na
jedną stację przed naszą, zaczął się
zbierać do opuszczenia wagonu. W tym
momencie znowu z agresją rzucił się na
mnie, ale mój spokój go obezwładnił.
Brr, skóra mi cierpnie na plecach.
Takie spotkanie z opętanym człowiekiem to przykre doświadczenie, które
pamięta się całe życie...
Spowiednikiem naszej wspólnoty
tam w Finlandii jest ksiądz – Francuz
z pochodzenia. Przeszedł niemiecki
obóz koncentracyjny i to zdecydowało, że został kapłanem. Dziś jest już
staruszkiem i ma nadane mu przez
biskupa zezwolenie pełnienia posługi egzorcysty. My, Misjonarki Miłości
mu w tym pomagamy. Uczestniczymy w egzorcyzmach. Gdybym zaczęła
opowiadać o tym, co widziałam, zabrakłoby papieru przeznaczonego na cały
Magazyn. W grupie opętanych są różni
ludzie, katolicy i luteranie. Niestety,
jeśli nie wracają do aktywnego życia sakramentalnego, ulga trwa krótko. Zły
duch czeka na zmęczenie „delikwenta”
i atakuje ze zdwojoną siłą. Tylko Eucharystia poprzedzona sakramentem
pojednania daje nadzieję uwolnienia
się od diabła. To najprostszy egzorcyzm
dostępny dla każdego z nas.
S. Marianna z rodzicami oraz księdzem, bratem jej taty, Częstochowa
W swoim życiu zakonnym doświadczyła Siostra skrajności. Obcowania
z ludźmi świętymi, czyli pod władzą Ducha Świętego i ludzi pod władzą Złego.
Dlatego mówię z pełnym przekonaniem, być świętym wcale nie jest
trudno, a wejść w konszachty z diabłem oznacza katusze i to już tu na ziemi. Zarówno Matka Teresa, jak i Jan
Paweł II, byli w 100% ludźmi, pełnymi radości.... Matce Teresie zdarzało
się czasami złamać zakonne prawidła,
a z drugiej strony czyniła cuda....
Z dziecięcą ufnością szła wszędzie tam,
gdzie ją Bóg wzywał, odpowiadała MU
– „tak” na każde Jego wezwanie.
Zgłoszenie do konkursu
o tytuł Wierny Przyjaciel Magazynu Parafialnego
_____________________________________________________________
Imię i nazwisko
_____________________________________________________________
adres i telefon
Posiadam wszystkie numery Magazynu Parafialnego od 1 do 73,
co stanowi 66 egzemplarzy.
Podpis________________________ dnia _________ w ________________
Odpowiadała na powołanie?
Tak. Nie miała wątpliwości, że
jest na właściwym miejscu i że w tym,
co robi jest dobra, najlepsza, bo inaczej Bóg by jej tam czy tu nie postawił.
Taka była i tego uczyła nas.
Odkryć swoją wspaniałość...?
Odkryć i żyć nią na co dzień. Doświadczyłam tylu cudów od uzdrowień
na duszy począwszy i na ciele z rozległego raka – wydawałoby się w sytuacjach beznadziejnych. Dlatego dla
mnie problemem nie jest brak wiary,
a to, że ona jest zbyt mała, nie dość
pełna. Bóg dał mi szczęście być blisko
dwu wspaniałych postaci.
Dwadzieścia trzy lata w służbie
dla innych. Na misji, poza własnym
krajem. Gdzie?
Najpierw byłam w Londynie. Później w Gruzji, gdy należała do Związku Radzieckiego. Byłam w Moskwie
przez wiele lat. Pomagałam siostrom
na Syberii. Rok w Rzymie – przygotowywałam się do ślubów wieczystych
i znowu Moskwa i Ryga na Łotwie. No
i w tej chwili czwarty rok w Finlandii.
I tę ostatnią fińską misję nazwała Siostra „misją w misji”? Właśnie
tę, a nie wschodnią? Przecież Rosja
w naszej świadomości jawi się jako
przestrzeń duchowego zaniedbania,
ludzkiej biedy mentalnej.... Większej
od materialnej. Czy nie tak?
Nie. Od Moskwy, od Rosji bardziej uboga jest Finlandia. W Moskwie nigdy nie usłyszałam pytania:
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
„Czy Bóg jest?” Oni nierzadko wybierali przeciwną drogę, ale mieli wewnętrzne odniesienie do Boga jako do
Istoty Wyższej. Natomiast już w Londynie i tu, gdzie jestem teraz, często
doświadczam kontaktu z ludźmi o pustych wnętrzach. Luteranizm w Finlandii przetrwał w formie z karzącym
Bogiem. Dlatego ludzi nierzadko dopada choroba duszy, jaką jest depresja
i to nie ma nic wspólnego z małą ilością słońca i zimnem, bo na Syberii też
jest zimno i słońce mniej świeci i nikt
nie wpada w depresję. Depresja targa
tych, którzy tracą nadzieję.
Zawsze sądziłam, że luteranizm,
choć jest religią surową – to jednak
bardzo poukładaną...
A ja zauważyłam, że jest przyczyną lęku. Prowadzi do pęknięć w zachowaniach, żeby nie powiedzieć iż
prowadzi na krawędź schizofrenii, bo
Finowie „grają”, są niejako wewnętrznie przynaglani do skrywania swoich
przeciwności losu. W ich religii Bóg
sprzyja tym wybranym, przeznaczonym
do radości w niebie. Mówiąc z rosyjska
„pagrubom” to jest wyzucie ludzi z nadziei. Tam, tak jak u nas, człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym, ale
już chrzest jest tylko „okryciem płaszczem”, a codzienne życie przynosi znaki czy jesteśmy przeznaczeni do życia
w niebie, czy do potępienia. Niestety
z tym się nie walczy, to się topi w wódce. W potwornym alkoholizmie... Wpada się w nałóg i mówi się „To nie jest
moja wina, to przeznaczenie...”
Czy Siostra chce powiedzieć, że
uważają, iż do alkoholizmu powołał
ich Bóg?
17
Niemal tak, choć może to jest
obraz przerysowany. Dlatego wielu
ratuje się wchodzeniem w związki sakramentalne z katolikami, bo u nas
cierpienie nie jest przekleństwem.
Film M. Gibsona „Pasja” wzbudził
tam wielkie zainteresowanie. Zastanawiałam się, dlaczego aż takie?
Odpowiedź jest prosta. Przesłanie
obrazu dało im promień nadziei. Dlatego powtarzam z uporem: być świętym jest łatwo. Wystarczy naśladować
Jezusa. To każdego dnia robiła Matka
Teresa i Jan Paweł II.
No tak, dla Siostry jest to proste, bo jest osobą skoncentrowaną
na Bogu, poświęconą Mu, ale jak my
świeccy mamy odpowiadać na codzienne wezwania?
Wystarczy nie koncentrować się
na sobie. Włączać zwykłą realność,
w czym mistrzynią była nasza Matka.
Zawsze robiła to, co mogła w danej
chwili. Jak tak podejdziemy do życia – resztę Bóg dopełni. Posłużę się
przykładem zabawnym, ale prawdziwym. Do nowicjatu przyszła dziewczyna, która miała kłopoty z rozeznaniem powołania. Weszłam ze swoją
radą między nią a Boga, ale szybko
uzmysłowiłam sobie, że popełniłam
ogromny błąd. Stropiłam się i wtedy
przypomniałam sobie słowa pewnego księdza. „Między twoimi ustami,
a uchem drugiego człowieka jest wystarczająco długa droga, by Bóg miał
czas na działanie.” Pobiegłam więc do
kaplicy i sprawę Mu powierzyłam. Za
cztery tygodnie spotykam tę siostrę
i ona dziękuje mi za radę. „Wiesz, zastosowałam się do niej i coś wreszcie
S. Marianna w rozmowie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II
się ruszyło” – mówi do mnie. Gdy ją
poprosiłam o przypomnienie moich
słów, okazało się, że ona usłyszała
całkiem co innego, niż ja powiedziałam. Słowa były te same, ale w innym
znaczeniu wypowiedziane. Ot co, to
co ona zrozumiała – było tym, co Pan
Bóg chciał jej powiedzieć. „My jesteśmy ołówkiem w ręku Stwórcy i tylko
ON potrafi nim pisać w krzywych linijkach naszego życia” – to też jedno
z ulubionych powiedzeń Matki Teresy. Drugie – „Żyj dniem dzisiejszym”.
Nieważne co za nami, nie wiemy co
stanie się jutro, ważne jest teraz, dziś.
No tak, w Modlitwie Pańskiej
mówimy: „...Chleba powszedniego
daj nam dziś...”
W pracy z młodzieżą, tą zranioną,
zablokowaną, mówię, że każdy z nas
w swoim sercu nosi negatyw Boga,
tylko proces wywoływania zdjęcia jest
przez nas słabo opanowany. Ten proces
może być lepszy albo gorszy. Starajmy
się o jak najlepszy. Nasza moc sprawcza jest taka, na ile otworzymy się na
działanie w nas Ducha Świętego.
Wcześniej mówiła Siostra, że była
osobą nieśmiałą, nie mogę w to uwierzyć, tak swobodnie Siostra ze mną
rozmawia. Tyle niemal intymnych
szczegółów wyjawia ....
A jednak. Nieśmiałość była tak silna, iż nie byłam w stanie wejść w głębsze relacje z drugim człowiekiem.
Nie potrafiłam dzielić się sobą. To mi
bardzo przeszkadzało. Na szczęście
byłam tego świadoma. Intencję o oddalenie tej uciążliwej cechy skierowałam jako najważniejszą w czasie mego
bierzmowania. Dzień mego przyjęcia
Ducha Świętego, był ostatnim dniem
nieśmiałej Moniki Woźniak.
Kogo Siostra obrała za patrona
przyjmując światło Ducha Świętego?
Matkę Boską, a moim świadkiem
była moja Mama. Był to wybór świadomy, bardzo przemyślany i .......
No, wobec takiej siły, Bóg musiał
skapitulować i szybko zabrać nieśmiałość.
Owszem to prawda – Matka Boska ma znane sposoby przychodzenia
szybko z pomocą. Na podstawie przekazu zawartego w opisie wesela w Kanie Galilejskiej możemy się domyślać,
jak potrafi przyprzeć do muru. Jak
jest skuteczna.....
Rozmawiała
Lidia Kulczyńska-Pilich
Koniec cz. 2 – cdn.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
18
Formacja chrześcijańska
Armia Jezusa
Witamy. Dziś w naszej rubryce zaprezentuje się potężna armia – Legion Małych Dusz Serca Jezusowego.
Może nie aż tak wielka, jak wyjaśnia słownik biblijny, licząca 6 000 wojskowej piechoty i 120 jeźdźców, ale
potężna w siłę ducha. Warto podkreślić, że w Nowym Testamencie terminu tego nigdy nie używa się w sensie
wojskowym, lecz wyłącznie na oznaczenie wielkiej liczby: Mt 26,53 na oznaczenie wielkiej liczby aniołów, Mk
5,9.15 mnóstwa demonów. Takie też zadanie spełnia nasz LEGION MAŁYCH DUSZ MIŁOSIERNEGO SERCA JEZUSOWEGO – „WYSPA ŚWIĘTOŚCI” przy Parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Komorowie, walcząca o dusze nie bronią, ale modlitwą.
Charyzmat tej grupy przedstawi Pani Teresa Belka, animatorka Wyspy Świętości Legionu Małych Dusz.
s. Sabina Monika Pruszyńska MSF
Gdy zaczynamy szukać początków Legionu Małych Dusz, przychodzi
nam na myśl pragnienie św. Teresy od
Dzieciątka Jezus, która w modlitwie do
Pana Jezusa, w liście skierowanym do
siostry Marii od Najświętszego Serca
Jezusowego (8 września 1896) napisała:”...O Jezu tak chciałabym powiedzieć
wszystkim małym duszom, jak niewysłowiona jest łaskawość Twoja...,wiem,
że gdybyś – co jest niemożliwe – znalazł duszę słabszą i mniejszą od mojej,
spodobałoby Ci się obdarzyć ją jeszcze
większymi łaskami, jeżeli tylko ona powierzyłaby się z pełną ufnością Twojemu
nieskończonemu miłosierdziu. Ale dlaczego pragniesz odsłaniać Twoje sekrety
miłości, o Jezu skoro sam mi je objawiłeś i nie możesz już ich objawić innym?
Tak, ja wiem i błagam Cię uczyń to, by
wzrok Twój spoczął na wielkiej liczbie
małych dusz.....Proszę Cię, byś wybrał
legion małych, ofiarnych, godnych Twej
MIŁOŚCI...”.
Ażeby urzeczywistnić pragnienie
małej Teresy, Pan Jezus wybrał „małą”
posłankę Małgorzatę, która pod natchnieniem łaski mistycznej otrzymanej
od Boga, spisywała od 1965 r. w posłuszeństwie swojemu kierownikowi
duchowemu wewnętrzne przesłania
dyktowane jej sercu przez Pana Jezusa, które zawarte zostały w 5-tomowej
książce pt. „Orędzie Miłości Miłosiernej do Małych Dusz”.
Kim jest Małgorzata?
Urodziła się 21 czerwca 1914 r.
w Belgii, w rodzinie skrajnie ateistycznej, w której religia oraz religijność
zawsze były wyśmiewane. Została
ochrzczona po kryjomu dopiero jako
13-letnia dziewczynka, w niecodziennych okolicznościach. Stało się to za
sprawą obcej kobiety, której Małgorzata zdradziła swoje pragnienie. Owa
kobieta i miejscowy proboszcz zostali
rodzicami chrzestnymi Małgorzaty. Ten
akt przez długie lata w niczym nie zmienił jej życia. Ale kiedy przyszedł czas,
dał jej szansę na ponowne narodziny,
w Chrystusie. Ów przełom nastąpił, gdy
zrozpaczona ciężką chorobą swej matki
Małgorzata prosiła Najświętszą Maryję
Pannę o uzdrowienie matki, o darowanie jej choćby pięciu lat życia. Otrzymała znacznie więcej. Matka dożyła
sędziwej starości. Choroba i cudowne
uzdrowienie najbliższej jej sercu osoby
rozpaliły w Małgorzacie ogień wiary.
Poznała ona potęgę żarliwej modlitwy,
aż do mistycznej łączności z Chrystusem. W jednym z przesłań na pytanie
Małgorzaty, co ma powiedzieć małym
duszom, Jezus odpowiada: „Powiedz
im, że czekam na nie z miłością i z niecierpliwością i że wzywam je wszystkie,
by należały do Legionu Małych Dusz.
Spodziewam się od nich tylko trochę
dobrej woli i wiele miłości (Orędzie 12
marca 1967 r.). Posłuszna woli Jezusa
Małgorzata tworzy oficjalnie Legion
Małych Dusz, w dniu 29 września 1971
r. z siedzibą w Chewremont , w diecezji
Liège (Belgia). Jezus mocno podkreśla
ważność tego faktu: „To dzieło jest doprawdy najważniejsze. Ono łączy dusze
z dziełem odkupienia. Ono je utwierdza
w łasce i w gotowości przyjęcia owoców
życia dla wszystkich. To co w tej chwili
wydaje się wam najważniejsze, powinno zejść na drugi plan według mojej
woli (Orędzie z 25 września 1971 r.).
Dalej Pan Jezus wyjaśnia: „Legion Ma-
łych Dusz nie jest dziełem ludzkim, ale
dziełem zbawienia, które zrodziło się
z Mojego Serca umęczonego i pełnego
litości dla nędzy świata” (Orędzie z 12
sierpnia 1974 r.).
Małgorzata wręcza swoją książkę Papieżowi
Komorów ma też swoją wyspę
I oto właśnie przy naszej parafii
Narodzenia Najświętszej Maryi Panny
w Komorowie od kilku już lat istnieje
Legion Małych Dusz – wyspa świętości.
Nasza wyspa liczy obecnie 9 małych
dusz oraz kilka osób sympatyzujących
tej wspólnocie.
W każdy czwartek zbieramy się
na godzinnej adoracji Najświętszego
Sakramentu. Wspólnie modlimy się i
małymi kroczkami podążamy do świętości, jak czyniła to święta Terenia z
Lisieux, będąca wzorcem dla naszej
mistyczki Małgorzaty. Poza zjednoczeniem w modlitwie i działalności
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
apostolskiej staramy się doskonalić
w cnotach miłości bliźniego, dobroci,
sprawiedliwości i braterstwie. Mamy
wielkie nabożeństwo do Matki Najświętszej, która jest naszą opiekunką
w niebie. Przejawia się ono między
innymi w codziennym odmawianiu
różańca świętego. Każdego ranka
ofiarowujemy swoje radości i cierpienia Ojcu Przedwiecznemu jako wynagrodzenie Najświętszemu
Sercu
Jezusowemu i Niepokalanemu Sercu
Maryi za zniewagi, za Kościół Święty,
za Papieża, za Ojczyznę, za naszą parafię, za kapłanów, za grzeszników, za
dusze w czyśćcu cierpiące i za pokój
na świecie. Opieką duchową otoczył
nas ks. Andrzej Szymański. W każdy
czwarty piątek miesiąca po wieczornej
Mszy Świętej spotykamy się z naszym
opiekunem w salce na plebanii, modląc się, czytając i rozważając Pismo
Święte oraz orędzia. Organizujemy
także wspólne spotkania modlitew-
19
Legiony Małych Dusz łączcie się,
czyli światowe spotkania modlitewne
Każdego roku w sierpniu od 35
lat w Centrum Legionu Małych Dusz,
w Chewremont (Belgia) odbywają się
ogólnoświatowe dni modlitwy i adoracji Najświętszego Sakramentu, które
zakończone są uroczystą Mszą Świętą,
celebrowaną przez biskupa Liège i wielu
innych księży przybyłych wraz ze swoimi
grupami z różnych stron świata. W uroczystościach tych bierze udział ok.5 tysięcy osób, przedstawicieli Legionu Małych
Dusz z ok.60 krajów. Z Polski przybywa na to spotkanie grupa ok.100 osób.
Należy podkreślić, że podczas modlitw,
w których uczestniczy jednocześnie kilka tysięcy Małych Dusz z całego świata,
panuje niezwykła atmosfera i wielkie
skupienie modlitewne przepełnione jednoczącym duchem. Ponadto dotychczas
nasza grupa z Polski zawsze uczestniczyła
w prywatnym spotkaniu z charyzmatyczką założycielką Legionu, co było dla nas
ogromnym wyróżnieniem i wielką ucztą
duchową. Małgorzata szczególnie ukochała Polskę i papieża Jana Pawła II
i zawsze mimo swojej choroby i wielkiego
cierpienia przybywała na spotkanie z polską grupą. Te niezapomniane spotkania
dawały nam siłę i moc do dalszej drogi ku
świętości. Dlaczego „dawały”, a nie nadal
„dają”? Tak, otóż 14 marca 2005 roku
Pan powołał Małgorzatę do siebie. Od
tego czasu przybywające do Centrum Legionu w Chewremont Małe Dusze odwiedzają mogiłę naszej charyzmatyczki, aby
prosić ją o wstawiennictwo u Boga i znajdować pociechę oraz siłę w dalszej drodze
ku świętości. Na grobie jej umieszczono
napis: MAŁGORZATA – UŚMIECH
BOGA , zgodnie z obietnicą Pana Jezusa daną jej w Orędziu z 19 października
1994 r.:”...odtąd Uśmiech Boga. W Niebie
– takie będzie twoje imię...”.
Co mówi Jezus
W Orędziu z 19 sierpnia 1993r. Pan
Jezus powiedział do Małgorzaty: „...dla
ciebie będę czynić cuda. Uwierz i będziesz
widzieć moją chwałę”. Bóg jest wierny
w swojej obietnicy. Ale On żąda także
ofiar od jego Małych Dusz i wysiłku, by
rozprzestrzeniać bezcenny skarb, który
On dał światu poprzez Jego małą posłanniczkę. Obietnica Jezusa dana Małgorzacie została jeszcze raz powtórzona.
W Orędziu z 8 listopada 1994 r. Jezus
powiedział: „Ludzie będą rozumieć tylko
w Niebie to, co świat otrzymał od ciebie
przeze Mnie (...) Powiedziałem pewnego
dnia: dla ciebie będę czynić cuda.”
Dołączcie do nas
Wobec wielkiej, naglącej potrzeby
ratowania chorego, wątpiącego i doznającego ciągłych wstrząsów świata,
który marzy o pokoju i sprawiedliwości,
zapraszamy wszystkich, którzy chcą lub
w pojedynkę dążą już do świętości, aby
dołączyli do nas, gdyż wtedy razem skuteczniej będziemy mogli wypraszać potrzebne łaski u Naszego Pana, Księcia
Pokoju – Zbawcy Świata.
Teresa Belka
Rozmyślania o kapłaństwie
ne, które kończą się agapą. Bierzemy
również czynny udział w życiu naszej
parafii. Stolicą polskiego Legionu
Małych Dusz jest Łódź, a duchowym
opiekunem jest ksiądz Grzegorz Nowak, który w listopadzie ubiegłego
roku przebywał z wizytą w naszej parafii. Ogólnopolskie spotkania Małych
Dusz odbywają się 1 raz w roku, w Łodzi, natomiast w trzeci piątek marca i
listopada spotykamy się w Częstochowie na nocnym czuwaniu u stóp Matki
Bożej Jasnogórskiej. Ponadto 1 raz w
roku ksiądz Grzegorz organizuje dla
wszystkich grup Legionu Małych Dusz
dni skupienia w Olszy.
Kapłan jest dla mnie przewodnikiem duchowym po trudnych
drogach życia. Przez swoje nauki pokazuje, które wartości są
najważniejsze, w jaki sposób powinienem żyć. Jest również
tym człowiekiem, do którego idę, gdy jest mi ciężko, gdy nie
radzę sobie z problemami przerastającymi moje siły. Jest też
moim spowiednikiem, któremu mogę powiedzieć wszystko
i usłyszeć słowa pociechy oraz rozgrzeszenie.
Dariusz Kwiatkowski,
mąż, ojciec, właściciel firmy
„Kapłan, który podał mi dłoń” nadaje się na rozprawę filozoficzną. Karol Wojtyła całym swoim życiem dawał przykład
kapłaństwa najwyższej próby. Zawsze – jako wikary i będąc
papieżem, zawsze był dobrym, skromnym człowiekiem, starającym się zrozumieć innych, a jednocześnie wskazującym
kierunek, cel, ku któremu należy dążyć, nie godząc się na
kompromisy. Budował Kościół w naszych sercach, największy i najtrwalszy gmach. Chwyćmy podaną nam dłoń, starajmy się naśladować ten wzór.
Jacek Jaśkiewicz,
mąż Marty, ojciec Hani, Jacka i Stefka
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
20
Wojenny Komorów we wspomnieniach Aliny Zwolskiej, cd.
Z relacji świadka (cz. 3, ostatnia)
Jestem w posiadaniu wspomnień,
z których podobnie jak z książki Aliny
Zwolskiej wyłania się obraz Komorowa czasów II wojny światowej. I nie
jest to bynajmniej obraz wyspy szczęśliwości, ani też miejsca na obrzeżach
historii.
Przyjmując niezliczone rzesze
uciekinierów, później wypędzonych
cywilów i rozbitków Armii Krajowej –
wojenny Komorów „pękał w szwach”.
Na wiele tygodni przed wybuchem
Powstania Warszawskiego w centrum
miejscowości Niemcy zajęli wiele do-
miętał, pamięta i będzie pamiętać...
Ten duchowy testament nas
współczesnych zobowiązuje. Zobowiązuje niezależnie czy jesteśmy obywatelami Komorowa pięć, dziesięć,
czy więcej lat.
* * *
Przechodząc do przytoczenia
ostatniego fragmentu z książki „Flirt
z Eskulapem i Melpomeną”, opisującego dzieje komorowskiego szpitalika przyjmującego ludzi z Powstania
Warszawskiego – cywilów i żołnierzy,
informujemy, że świadomie nie do-
dziadek i ciotki – staruszki? Co z resztą rodziny, przyjaciółmi, koleżankami?
Nie miałyśmy żadnej wiadomości. Nie
wiedziałyśmy, kto przeżył, a kto zginął.
Kto jest na wolności, a kto w obozie?
Martwiłam się też o moje przyjaciółki
szkolne, o których wiedziałam, że były
sanitariuszkami w Powstaniu: o śliczną i zdolną Krysię Budzyńską i o moją
najbliższą przyjaciółkę od najmłodszych
lat – Zosię Jarkowską. (Obie zginęły
podczas Powstania, o czym dowiedziałam się dużo później.) Bardzo też denerwowałam się nie mając żadnej wieści
mów, wysiedlając z nich prawowitych
mieszkańców. Ludność kierowano
do kopania rowów, ziemianek oraz
innych prac... Nie gdzie indziej, jak
właśnie w Komorowie, powstawało
militarne zaplecze do walki z niepokorną Warszawą, „sławne” magazyny
z bronią i amunicją wzdłuż obecnej ul.
Marii Dąbrowskiej.
W czasie pięciu lat ponurej wojny Komorów CUDEM aż trzykrotnie
uniknął wielkiej tragedii. To są fakty!
Ale pamięć zbiorowa jest ułomna. Socjologowie twierdzą, że „nie odkurzana” przechowuje wiedzę, co najwyżej
20 – 25 lat. Potem fakty wypierane
przez nowe przeżycia zamazują się...
Aby do tego nie dopuścić, grupa światłych obywateli z ks. Józefem Jakubczykiem na czele wystawiła KAPLICĘ WOTYWNĄ jako dziękczynienie
Bogu i dowód na to, że Komorów pa-
konaliśmy skrótów w opisach lęków
autorki, Aliny Zwolskiej, o bliskie jej
osoby. Uważamy bowiem, że są one
dopełnieniem obrazu okrutnej wojny.
o kuzynie Januszu Chajeckim, którego
uważałam prawie za brata. O wiele później, już po powrocie do Warszawy, dowiedziałam się o jego losie. Janusz poległ podczas potyczki na moście w podwarszawskim Piasecznie. Był w jedynym
chyba konnym oddziale, jaki brał udział
w Powstaniu. Całe życie marzył, by być
kawalerzystą. Od dzieciństwa świetnie
jeździł konno u swego brata w Ułanowicach, gdzie wspólnie spędzaliśmy wakacje. Lubił śpiewać wojskowe piosenki,
a zwłaszcza tę o Wąwozie Somosierry:
– „Skoczył Kozietulski, jak piorun się
rzucił, wziął pierwszą baterię i więcej nie
wrócił”. Janusz także nie wrócił z wymarzonej, ułańskiej szarży na swoim koniu,
którego sprowadził z Ułanowic do Warszawy na miesiąc przed Powstaniem...
W końcu listopada do naszej chorej
kuzynki przyjechali krewni i zabrali ją
z Komorowa do Krakowa, by zapewnić
W tym czasie okupanci szaleli po
okolicach podwarszawskich, legitymowali ludzi, a wielu – zwłaszcza młodych
– aresztowali jako „warschauer Banditen“. Praca w szpitaliku polowym
– mimo, że tak fizycznie ciężka – dawała
mi wewnętrzne zadowolenie. Mogłam
pomagać ludziom w sposób konkretny
i bezpośredni. My – personel – zastępowaliśmy chorym ich rodziny, o których
losie przeważnie nic nie wiedzieli, gdyż
Powstanie przeżyli poza rodzinnym domem. Chorzy natomiast stanowili dla
nas namiastkę naszych bliskich. Przeżywając klęskę Powstania z dala od
nich, zamartwiałyśmy się z Mamą, co
też z nimi się dzieje? Gdzie przebywają
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
21
jej stałą opiekę, Pewnego dnia Mama
spotkała przypadkiem dwie krewne
z Warszawy, które miały zamiar wędrować do Grójca. Tłumaczyły Mamie, by
wraz ze mną dołączyła do nich, gdyż w
Grójcu mieszkał zamożny brat jednej
z nich i miały nadzieję, że zapewni on
nam wszystkim lokum i jakąś stałą pracę. Trzeba było myśleć o przyszłości. Nie
istniała jeszcze wtedy perspektywa powrotu do Warszawy. Niemcy wysadzali
w powietrze lub podpalali warszawskie
domy, z których uprzednio po upadku
Powstania wysiedlili ludzi. Warszawa
według planów okupanta miała zniknąć z mapy Europy. Mama zgodziła się
na propozycję kuzynek i pewnego dnia
„wyemigrowałyśmy” do Grójca. Jechałam tam z ciężkim sercem. Żal mi było
opuszczać moich pacjentów. Na szczęście nasz komorowski szpitalik prawie
niu naszego szpitalika. Dowlekli się resztą sił. Był to już „ostatni dzwonek”, aby
się nimi zająć!
Obaj byli poważnie ranni. Rany
były opatrzone strzępami straszliwie
brudnych opatrunków sprzed wielu dni.
Zdziś miał przestrzeloną stopę, a Kazik
podudzie. Na stopie Zdzisia zmiany
martwicze były tak daleko posunięte, że
nasi „chirurdzy” (to jest lekarz pediatra
i student weterynarii) uznali, że dla ratowania życia chłopca konieczna jest
amputacja stopy. Równie niebezpieczne było zranienie Kazia – przestrzał
podudzia ze strzaskaniem kości. Nie
było szansy na uratowanie kończyny!
Nie można było czekać, każda zwłoka
groziła chłopcom śmiercią, nie było też
czasu na pertraktowanie z okolicznymi
szpitalami o przyjęcie rannych, ponadto w „prawdziwych” zdarzały się bardzo
Kilka następnych nocy dyżurowałam przy obu chłopcach. Zdzisiek
ciągle prosił, by mu poprawić stopę,
gdyż zdrętwiała. Nie wyprowadzając go
z błędu, udawałam, że robię to i troskliwie przekładałam stopę, której nie było.
Chwilami ledwie mogłam powstrzymać się, by nie wybuchnąć zwyczajnym
dziewczyńskim szlochem! Na szczęście
umiałam się jakoś opanować i usiłowałam pocieszać rannych.
Zdzisiek bardzo mnie polubił. Był
załamany psychicznie, w powstaniu
stracił młodszego brata – harcerza. Nie
wiedział też, co się stało z jego dziewczyną – łączniczką. Miała na imię Joasia,
tak jak mój okupacyjny pseudonim.
Było tych „Joaś” wówczas dużo, jedne
pochodziły zapewne od Joanny d’Arc,
drugie od nieszczęśliwej ukochanej doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”.
opustoszał, pacjenci rozjechali się w różne strony, poszukując rodzin. Mimo to
wyjeżdżałam z ciężkim sercem. Trudno
mi było rozstać się z moimi podopiecznymi, których traktowałam niemal jak
rodzinę. Najbardziej przeżyłam pożegnanie ze Zdziśkiem z „Parasola”. Był
to jeden z naszych najciężej rannych,
przywlókł się do Komorowa wraz z towarzyszem broni, Kaziem, zaraz po kapitulacji Powstania. Tym dwóm rannym
chłopcom udało się uciec z niemieckiego
konwoju. Ukrywali się w ruinach i piwnicach i przemykając chyłkiem między
niemieckimi posterunkami wydostali się
poza granice miasta i kierowali w stronę
Leśnej Podkowy, gdzie mieszkali jacyś
kuzyni Kazia. Szli, podpierając się wzajemnie. Zataczali się z osłabienia, spowodowanego wykrwawieniem i głodem.
Spotkany po drodze mieszkaniec okolic
Komorowa poinformował ich o istnie-
często kontrole niemieckie. Bywało, że
Niemcy wywlekali ze szpitalnych łóżek
rannych czy chorych młodych ludzi i
wysyłali ich do obozu jako „Banditen”.
Trzeba więc było działać i to jak najprędzej. Operacja Zdzisia trwała przeszło
dwie godziny, a Kazia cztery. Przez cały
czas rolę, asystentki – instrumentariuszki pełniła sanitariuszka Joasia. Przygotowałam pole operacyjne i narzędzia
chirurgiczne. Pomagałam hamować
krwawienia i szyć skórę. Nie mieliśmy
zestawu narzędzi chirurgicznych i musieliśmy zastępować je gospodarczymi,
jak: piła do cięcia metalu, tasak, nóż
rzeźnicki itp. Nie było oczywiście narkozy. Obu chłopców upiliśmy bimbrem
i to tak mocno, że Kazik spał później
48 godzin! Pracowaliśmy wówczas do
późnej nocy. W dodatku wyłączono
elektryczność i końcowe szwy zakładaliśmy przy karbidówkach.
Moja Joasia była harmonijną krzyżówką obu tych ukochanych przeze mnie
bohaterek. Zdziś bardzo wolno przychodził do zdrowia. Rana źle się goiła i długo gorączkował. Kazik natomiast – choć
amputowano mu dużą cześć podudzia
– zdrowiał bardzo szybko. Miał ogromnie żywe i wesołe usposobienie i mimo
wszystko nie przestał być optymistą.
– Można żyć i o jednej nodze – mawiał
– i nawet nosić mundur generała. A jeszcze po 150 latach o takim pamiętają.
Znam takiego jednego, wprawdzie tylko
z wiersza, ale zawsze...
Dowcipkując tak, myślał oczywiście o generale Sowińskim, bohaterskim
obrońcy Woli w Powstaniu Kościuszkowskim. Gdy tylko kikut Kazia nieco
się podgoił, chłopak zaczął wstawać i
chodzić, wsparty na kuli, zrobionej ze
zwykłej szczotki do zamiatania. Kusztykał po szpitaliku i pomagał przy karmie-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
22
niu i toalecie chorych. Potem wystrugał z
drzewa i obrobił – przy pomocy miejscowego stolarza – protezę kończyny. Pewnego dnia zniknął nagle, jak kamień w
wodę. Koledzy mieli jakieś głupie miny,
ale nie chcieli mi powiedzieć, co się z
nim stało. W końcu, widząc moje zaniepokojenie, zdradzili, że Kazik wybrał
się do Kampinosu, gdyż słyszał, że tam
koncentrują się – „popowstaniowe niedobitki”. Byłam przerażona! Jakże ten
jednonogi kaleka z zaledwie podgojonym kikutem, zaopatrzony w amatorsko
zrobioną protezę i wsparty na kuli dojdzie do celu, oddalonego o kilkanaście
kilometrów, otoczonego żandarmerią
nieprzyjaciela? Nigdy nie dowiedziałam
się jaki los spotkał Kazia... Zdzisiek natomiast po jego odejściu rozkleił się do
szłam z moim mężem przez Dworzec
Centralny w Warszawie, usłyszałam za
sobą wołanie: – Siostro Joasiu! Siostro
Joasiu! – Odwróciłam się. To był Zdzisiek! Elegancki i uśmiechnięty raźnie
maszerował w moją stronę, (miał teraz przecież porządną protezę stopy!).
Uściskom i opowiadaniom nie było
końca! Zdziś skończył Politechnikę
i pracował w Szczecinie. Ożenił się ze
swoją łączniczką Joasią i mieli dwóch
synków, z których, starszy nosił imię
„naszego Kazia”. Przewspominaliśmy
całe popołudnie, siedząc w warszawskim „Krokodylu”. Od czasu do czasu
Zdziś wygłaszał peany na moją cześć
– jaką to byłam wspaniałą sanitariuszką! Mój mąż słuchał uważnie. Był nieco zdziwiony, że jego połowica – osoba
nym momencie, zapewne w lęku
o własne życie, zniknął z Komorowa. Prawdopodobnie w ogóle opuścił
Polskę. Z końcem wojny już go u nas
na pewno nie było. Zatem to nie tych
właścicieli domku odwiedzała Alina
Zwolska. Może miała na myśli właścicieli domku przy ul. Bankowej, w którym mieściła się siedziba Rady Głównej Opiekuńczej z punktem opatrunkowym i jadłodajnią. Może, ale tego
nie wiemy. Pan Zawadzki natomiast
uważa, że był jeszcze inny „fragment”
owego szpitalika w jakimś domu przy
ul. Brzozowej. W tej jej części, która
dziś nosi imię M. Dąbrowskiej, czyli
od torów do pałacu. To właśnie tam
według niego miał umrzeć ś.p. prof.
Aleksander Janowski. Niestety tych
reszty. Leżał apatyczny, patrzył w sufit,
gorączkował, nie sypiał i nie jadł.
Kosztowało mnie wiele wysiłku, by go
mobilizować. Rozmawiałam z nim, opowiadałam kawały, przynosiłam książki.
Przy pożegnaniu z moją „popowstaniową rodzinką” miałam łzy w oczach
i szpitalne przeżycia przesuwały mi
się w pamięci jak obrazy na kinowym
ekranie.
Gdy po zakończeniu wojny odwiedziłam w Komorowie właścicieli domku*), który oddali w czasie Powstania na
szpitalik, dowiedziałam się, że Zdzisiek
mieszkał jeszcze około pół roku po naszym wyjeździe do Grójca. Odnalazła
się jego rodzina i pewnego dnia krewni
przyjechali po niego. Potem jeszcze kilkakrotnie pisał do naszych drogich gospodarzy i zawsze pytał, czy nie wiedzą,
co się dzieje z siostrą Joasią?
Później, gdy byłam już młodą
lekarką i w latach sześćdziesiątych
zupełnie pozbawiona zdolności manualnych – umiała jednak „dzielnie sobie
poczynać” w charakterze sanitariuszki,
instrumentariuszki i prawie vicechirurga, na dodatek w tak trudnych okolicznościach. Cóż! Potrzeba jest podobno
matką wynalazków...
wiadomości nikt inny nie potwierdził,
ale p. Zawadzki jest wiarygodnym informatorem. W czasie okupacji pracował na rzecz wywiadu AK. Miał
za zadanie rozpracowywanie między innymi Niemców stacjonujących
w Pruszkowie i Komorowie.
Natomiast długoletnia nauczycielka
naszej szkoły, p. Elżbieta Jeleńska zna
tylko jeden szpital – ten przy Kolejowej.
W nim we wrześniu 1944 roku zmarł jej
47-letni wuj, Jan Romaniewicz, czynny
żołnierz AK, który po schwytaniu przez
Niemców zbiegł do rodziny w Komorowie z obozu przejściowego w Pruszkowie. Wuj zatrzymał się u nas. Opiekowaliśmy się nim w chorobie. Gdy dostał
wysokiej gorączki z powodu opryszczki,
oddaliśmy go do szpitala. Tam zmarł.
Osobiście zajęłam się jego pochówkiem
– wspomina p. Jeleńska. – Ceremonia
pogrzebowa odbyła się w Pęcicach. Wuj
spoczął na tamtejszym cmentarzu. Pa-
*)
W odpowiedzi na przypis
Niestety dziś, jak sądzę, nie jesteśmy w stanie autorytatywnie ustalić, jakich właścicieli, jakiego domu
autorka miała na myśli. Według mojej wiedzy potwierdzonej kwerendą
i rozmowami m.in. z państwem: Zofią
i Mieczysławem Górskimi, panią Elżbietą Jeleńską i Zdzisławem Zawadzkim, synem Czesława Zawadzkiego
(członka Komitetu Budowy Kaplicy),
szpital był na rogu ulic Kolejowej
i Krótkiej. Dom należał do Polaka,
który ożenił się z Niemką i w czasie
okupacji podpisał „volkslistę”. W pew-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
23
miętam, ks. Józef Jakubczyk za pochówek nie wziął ani grosza.
Ta wypowiedź nasuwa pytanie:
Dlaczego proboszcz pęcickiej parafii
i kapelan Wojennego Szpitala zakłada cmentarz na Zieleńcu, co odnotuje
w obu kronikach – Pęcic i Komorowa? Dlaczego nie chce korzystać z już
istniejącego przy swojej parafii?
Przyczyna mogła być ważna lub
całkiem „prozaiczna”. Tę ostatnią sugeruje wypowiedź pani Zofii Górskiej
mieszkanki domu, w którym mieścił
się szpital: Kiedyś odwiedził nas nieżyjący już stryjeczny dziadek Piotra Mrozowskiego, szwagier jego babci a mojej
przyjaciółki, Barbary Mrozowskiej z d.
Sopoćko. Powiedział nam, że w pewnym momencie w szpitalu umierało tak
odnajdywaliśmy ludzi pamiętających
sławny wybuch składów amunicji,
a co dopiero cmentarza z okresu Powstania Warszawskiego. Dziś ci sami
ludzie, którzy w świetle dokumentów
nie są w stanie podważyć jego istnienia, z mocą twierdzą, że miała miejsce
ekshumacja.
Pytam, w oparciu o jakie dokumenty budują tę pewność?
Dla kronikarskiego porządku
dodam, że istotnie pani Elżbieta Jeleńska jakąś ekshumację pamięta.
Czy dotyczyła ona wszystkich pochowanych na Zieleńcu, czy tylko niektórych? Na to pytanie nie potrafiła dać
jednoznacznej odpowiedzi.
Owszem, wiem, że częściowa ekshumacja była. Oto choćby szczątki śp.
prawdą, że zainspirowana przez list p.
Tomasza Terleckiego zaczęłam drążyć
w sprawie, ale nigdy nie twierdziłam,
że leżą tam osoby bezimienne i że na
pewno są to żołnierze Armii Krajowej, bo w 2004 roku zwyczajnie takiej
wiedzy nie posiadałam – to po drugie.
Gdy jednak w czerwcu ub. roku pan
Tomasz Terlecki wszedł w posiadanie
pełnej listy osób pochowanych na Zieleńcu, grupa „Wieczorów w Wieczerniku” rozpoczęła przygotowania do listopadowych Zaduszek. Do uroczystej
modlitwy za osoby niegdyś tam pochowane i do dziś być może spoczywające.
To tyle, lub aż tyle i nic więcej.
Uważam, że w miejsce krzyży,
które były częścią naszej zaduszkowej
pamięci powinien stanąć obelisk upa-
wiele chorych, iż personel nie mógł dać
sobie rady z pochówkami. Szczególnie
osób starszych, pozbawionych rodziny,
takich jakich wtedy niestety było wiele.
Ceremonii pogrzebowej trzeba
było dokonać szybko i zapewne na
koszt parafii. Może dlatego ks. J. Jakubczyk chciał mieć miejsce pochówku nieopodal szpitala. Pamiętajmy
jednak, że cmentarz wyświęcił, a więc
na jego założenie musiał mieć zgodę
władz świeckich i kościelnych, o czym
informuje w Kronice Parafialnej powołując się na stosowne załączniki.
Rodzi się jednak kolejne pytanie:
Dlaczego obie kroniki milczą w sprawie dalszych losów cmentarza? Dlaczego ks. J. Jakubczyk nie odnotował
momentu likwidacji cmentarza, czy
też ekshumacji zwłok dokonywanych
zawsze w obecności księdza?
Magazyn wykonał mrówczą pracę. Jeszcze pięć lat temu z trudem
profesora A. Janowskiego przeniesiono na Powązki.
Ile jeszcze takich było? Nie wiem!
Ale, uważam, że przy dobrej woli
nietrudno to ustalić.
miętniający martyrologię Powstańców Warszawy wypieranych przez
okupantów ku zachodnim rubieżom
stolicy. Obelisk, na którym znalazłaby się pełna lista osób. Nade wszystko
jednak miejsce to powinno upamiętniać tych, którzy powstańcom udzielali wsparcia i schronienia, którzy ratowali innych z narażeniem własnego
życia. Ta kwestia nie powinna różnić
komorowian, bo inaczej utracimy poczucie własnej godności, żeby nie powiedzieć tożsamości.
Świat staje się „globalną wioską”,
coraz mniejsze znaczenie ma obywatelstwo, dlatego tak ważne jest poczucie narodowych korzeni. Tymczasem
warszawska sonda uliczna wykazała,
że na 10 – tylko 3 pytanych prawidłowo skojarzyło datę 1 sierpnia z wybuchem Powstania. Czy może dziwić, że
na jego temat INNI nic nie wiedzą?
Reasumując
Na początek stwierdzam: Magazyn Parafialny nie był i nigdy nie chciał
być stroną w sporze dotyczącym kwestii cmentarza wojennego. Choć ten
toczy się o pryncypia. Dlaczego? Razi
nas nieodpowiedzialny, jątrzący sposób prowadzenia dyskusji. Przy okazji
nazwijmy rzeczy po imieniu. Uważam,
iż nawet najwznioślejsze intencje (a takie z całą pewnością przyświecały działaczom poprzedniej Rady Osiedla),
nie uprawniają do drogi na skróty, co
skończyło się poniekąd zaświadczeniem nieprawdy w tablicach ku czci.
Tymczasem miejsce jest bolesne i aż
nadto prawdziwe – to po pierwsze. Jest
Lidia Kulczyńska–Pilich
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
24
Wieści zza miedzy o II Anińskim Spotkaniu Przyjaciół Księdza Jana
Gość
Jan Twardowski – ksiądz piszący
wiersze – przez nas w Aninie zwany
żartobliwie, tak jak to lubił, KPW.
Swymi wierszami, swą prozą uskrzydla naszą radość, wspiera w smutku.
T
o z Nim odczytujemy łatwiej Pana
Boga w całym dziele stworzenia
i odkupienia. Odnajdujemy siebie, albo
na medal, albo na pałę. Zbliża nas do
drugiego człowieka, a czerpiąc z tego,
co napisał, widzimy jakże często niedostrzegane, prawdziwie rajskie piękno
ziemi. Przyjeżdżał w dniach wiosennych
spotkań, gdy Anin stroił się w barwy
Jana Pawła II (czas kwitnienia mirabelek i forsycji). Kilkakrotnie kolędował w moim domu. W ostatnich latach
swego życia spędzał w moim domu
przy ulicy Niemodlińskiej swoje wakacje. Tak jak lubił, w słońcu, które mu
zawsze sprzyjało, z lasem szumiących
strzelistych sosen, świergotem ptaków,
zapachem skoszonej trawy, aromatem
resztek mazowieckiej puszczy, deszczem, burzą z piorunami i gradobiciem.
Raz nawet był z nami podczas remontu
całego domu i związanego z tym rozgardiaszu. Przy rodzinie – jak często mówił.
My, domownicy z domu przy ulicy Niemodlińskiej, mieliśmy to szczęście mieć
Go wśród nas. Wakacyjny czas, zwykła
i niezwykła codzienność. Zwykła – jak
to w domu. Spotkania przy stole podczas posiłków, pogaduszki, rozmowy
na zielonej ławce przy małym ognisku,
pod gruszą, na tarasie. Podczas tych wakacji, kiedy siły pozwalały – schodził na
dół. Rozmowy z nami, z odwiedzającymi przyjaciółmi, na balkonie, w pokoju,
w którym On – Buszujący w książkach
– (tak też go nazywaliśmy), zawsze znajdował coś do przeczytania. Rozmowy,
czytanie nasze Jego wierszy, czytanie na
głos tego, co napisali inni, nawet tych
wierszy do tej pory pisanych do szuflady.
Aż żal, że nie znosił dyktafonu, którego
nikt z nas nie śmiał użyć bez jego zgody.
Uczestnictwo we Mszy Świętej, odprawianej u nas w domu przez sędziwego,
bardzo schorowanego kapłana, było dla
wszystkich przeżyciem, do którego stale
wracamy. Oparci tak jak pragnął – z ufnością na jego kapłańskiej duszy – byli-
Kamień upamiętniający pobyty ks. Jana Twardowskiego w Aninie. W głębi za nim widoczny
balkon, na którym lubił przesiadywać zacny GOŚĆ. Uroczystość odsłonięcia kamienia i jego
poświęcenie odbyły się 18 września 2006 roku. Na zdjęciu: Zosia Kraus, wnuczka autorki
tekstu i jej stryjek Sergiusz
śmy z Nim i w Betlejem i w Wieczerniku
i na Golgocie.
Ani na chwilę nie zapominamy
o Nim – Polaku, warszawiaku, dumie
herbowego rodu Twardowskich i tylu
z nim skoligaconych: bracie, kuzynie,
koledze, przyjacielu, kapłanie, zawsze
na klęczkach przed panem Bogiem.
Zawsze na klęczkach przed – darem
i tajemnicą – kapłańskiego powołania.
Ubiegłoroczna anińska uroczystość poświęcenia tablicy wpisanej
w ogromny głaz, czczącej i upamiętniającej Księdza Jana, dar słowa i obecność u nas, zgromadziła wielu kochających to, co napisał, wdzięcznych za
to, że ubogacił Anin swoją w nim obecnością. Tak jak wtedy, gdy bywał u nas
na wakacjach, ulica Niemodlińska była
miejscem spacerów pragnących zobaczyć Go, tak i teraz głaz postawiony
ku Jego czci przyciąga ludzi, stając się
miejscem zadumy i radości. O każdej
porze roku jest tu pięknie. Przychodzą
rodziny z małymi dziećmi. Zimą zatrzymywali się biegacze na biegówkach.
Przystaje młodzież, ludzie każdego
wieku, z których wielu wyciąga z toreb tomik wierszy księdza Jana i czyta. Przewodnicy warszawscy przyprowadzają tu wycieczki, zatrzymują się
całymi rodzinami cykliści, przychodzą
ludzie z Uniwersytetu Trzeciego Wie-
ku, nasza anińska – Chata z pomysłami – (ludzie z porażeniem mózgowym,
ze swymi opiekunami), uczniowie ze
swoimi nauczycielami. Grupy teatralne śpiewają przy kamieniu i czytają
księdza wiersze. Pacjenci pobliskiego
Centrum Kardiologii wędrują do kamienia codziennie. Salutują żołnierze,
harcerze, zuchy, wojenni weterani,
kapłani, zakonnice, a nawet niewierzący. Ptaki zlatują tu, by śpiewać, tak
jak lubił, wiewiórki śmigają po drzewach, a my spoglądając w niebieskie
– Janowe oczy biegnące z magicznego
zdjęcia ku nam oraz we wszechobecnej anińskiej przyrodzie, czujemy Jego
miłość do nas i akceptację. Spotkaliśmy przy kamieniu prawosławnych,
grekokatolików, żydów, protestantów.
Ludzie palą znicze, modlą się i pytają,
a my z radością i dumą opowiadamy
o Księdzu Piszącym Wiersze. Rośnie
w Aninie – osiedlu nie tylko poetów
– ANIŃSKA RODZINA KSIĘDZA
JANA TWARDOWSKIEGO.
W dniu 28 maja 2007 r. (poniedziałek) o godzinie 11.30 przy ul. Niemodlińskiej w Warszawie odbędzie się
II ANIŃSKIE SPOTKANIE PRZYJACIÓŁ KSIĘDZA JANA,
na które w imieniu organizatorów
zaprasza wszystkich Komorowian
Aldona Kraus
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
25
W 40 dni po Zmartwychwstaniu Bóg wstępuje do Nieba
„W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział.
Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie
i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem.” (J 14:2-3).
Wniebowstąpienie – grafika z XIII wieku
Wniebowstąpienie nie jest rozstaniem, ale odkryciem tajemnicy naszego powołania.
Jego centrum stanowi pielgrzymowanie do prawdziwego domu, do NIEBA.
Gwarancją osiągnięcia celu jest trwanie przy Chrystusie i głoszenie Ewangelii.
Dlatego 10 dni później Bóg wyleje na Apostołów swą moc – Ducha Świętego.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
26
Trzecia Osoba –Duch Święty
Módlmy się
P
rzez ponad rok – drukowane w kolejnych numerach
„MP” – rozmowy z dziewięcioma artystami plastykami Komorowa pomagały nam kontemplować słowa św.
Pawła z listu do Galatów zawarte w zdaniu: „Postępujcie
według ducha, a nie spełniajcie pożądania ciała. Owocem
ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość,
dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od
Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Gal 5,16.22.25). Jakże
ważne są to napomnienia, bo Duch Święty – Trzecia Osoba
Boska, jest niewyobrażalnie wielką siłą sprawczą wszystkiego, co w nas dobre. Przez całe nasze ziemskie życie ON
jest tak blisko nas, iż bliżej już być nie może, bo ON jest
tchnieniem Boga „zamkniętym” w nas. Czy pamiętamy
o tym? Czy dajemy MU w sobie działać? Czy przyjmujemy
GO z pokorą? Od niepokornych Duch Święty odwraca swe
oblicze, nie bierze ich w „swoje władanie”.
Nie jestem teologiem, nadto nawet nie mam w sobie wrodzonego ducha pokory, ale bojaźń Boża, niejako
instynktownie przymusza mnie, nakazuje wielbić Boga
w Trzeciej Osobie. Dziękować, że w tych niespokojnych
czasach, zapędzonym świecie, Bóg przez swego Ducha
daje siły do wytrwania. Owa bojaźń każe wołać słowami
świętego Augustyna:
Bądź mym oddechem Duchu Święty,
ażebym rozważał to co święte;
bądź moją siłą Duchu Święty,
ażebym czynił to, co święte;
bądź mym pragnieniem Duchu Święty,
ażebym ukochał to co święte;
bądź moją mocą Duchu Święty,
ażebym strzegł tego co święte;
W modlitwie do Ducha Świętego możemy też kontemplować miniaturę z
biblii z rzymskiej bazyliki San Paofo fuori le Mura. Ukazano na niej z niezwykłą dynamiką scenę Zesłania Ducha
Świętego. Ożywione pozy postaci, ich
gwałtowne gesty, podkreśla nasycona
czerwień – kolor Ducha Świętego. Miniatura (jedna z 24 w tej biblii), przedstawia kulminacyjny moment zesłania,
szczegółowo opisany w rozdziale 2
strzeż mnie od złego Duchu Święty,
ażebym nie stracił tego co święte.
Amen.
Gdy wołamy z pokorą, ON przychodzi. Daje wytchnienie, radę, moc, męstwo, wskazuje najlepsze wyjście, stawia
na ścieżce życia posłańca – człowieka pełnego miłości,
przyjaznego. W codziennych modlitwach nie zapominajmy, że Bóg działa przez Ducha Świętego. ON jest z Niego
i w Nim. ON jest w nas. Dlatego przyzywajmy GO, wielbijmy i prośmy.
Modlitwa o siedem darów Ducha Świętego
Duchu Przenajświętszy, racz mi udzielić daru mądrości,
abym zawsze umiejętnie rozróżniał dobro od zła i nigdy dóbr
tego świata nie przedkładał nad dobro wieczne; daj mi dar
rozumu, abym poznał prawdy objawione na ile tylko jest to
możliwe dla nieudolności ludzkiej; daj mi dar umiejętności,
abym wszystko odnosił do Boga, a gardził marnościami tego
świata; daj mi dar rady, abym ostrożnie postępował wśród
niebezpieczeństw życia doczesnego i spełniał wolę Bożą; daj
mi dar męstwa, abym przezwyciężał pokusy nieprzyjaciela
i znosił prześladowania, na które mógłbym być wystawiony;
daj mi dar pobożności, abym się rozmiłował w rozmyślaniu,
w modlitwie i w tym wszystkim, co się odnosi do służby Bożej;
daj mi dar bojaźni Bożej, abym bał się Ciebie obrazić jedynie
dla miłości Twojej. Do tych wszystkich darów, o Duchu Święty dodaj mi dar pokuty, abym grzechy swoje opłakiwał, i dar
umartwienia, abym zadośćuczynił Boskiej sprawiedliwości.
Napełnij Duchu Święty serce moje Boską miłością i łaską
wytrwania, abym żył po chrześcijańsku i umarł śmiercią świątobliwą. Amen.
Dziejów Apostolskich. Widzimy na niej
pobożnych Żydów oraz pogan przebywających w owym czasie w Jerozolimie.
Zbiegli się tłumnie pod wieczernik. Jedni są w pozie zdumienia, inni patrzą z
niedowierzaniem, a nawet drwią z tego,
co się dzieje. Apostołowie są w trakcie
otwierania szczelnie zamkniętych drzwi
swego schronienia, by pod natchnieniem Ducha Świętego z radością i
podnieceniem głosić wieloma językami
(eLKa)
Dobrą Nowinę. Część słuchających będzie myśleć, że apostołowie są pijani.
Kodeks powstał około 870 roku. Był
przeznaczony dla Karola Łysego. W
roku 875 biblia trafiła do Rzymu, zapewne jako podarunek władcy z okazji
cesarskiej koronacji.
Od klasztoru, w którym była przechowywana, zwana jest niekiedy Biblią z
San Callisto Pergamin. Karta o wymiarach 44,8 x. 34,5 cm.
Dzień Pięćdziesiątnicy
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Miniatura Biblii z San Callisto Pergamin z około 870 roku
27
Z serem do serca
28
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
„Choroba może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet
do rozpaczy i buntu przeciw Bogu, ale może także być drogą do większej dojrzałości,
może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu,
co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego.”
KKK
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
29
Ustanowiony przez Ojca Św. Jana Pawła II „Dzień Chorych” w naszej parafii już tradycyjnie obchodzimy
w przeddzień Niedzieli Palmowej. Tego roku pogoda sprzyjała tym spośród nas, którzy nieczęsto
mogą przybyć do świątyni, aby wziąć udział we mszy świętej. Podczas nabożeństwa kapłani udzielili
sakramentu namaszczenia chorych. Wymawiali następujące słowa: „Przez to święte namaszczenie
niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego. Pan, który
odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie.”
Po uroczystości panie z grupy charytatywnej zaprosiły
wszystkich do pięknie nakrytego stołu ustawionego
pod „brzózkami”.
Szkoda, że w tym roku powtórzyło się to, co
reporterzy magazynu odnotowali w latach
poprzednich. Kompletny brak w spotkaniach
z seniorami ludzi młodych i w średnim wieku.
Pamiętajmy – WSPÓLNOTA to więź serc. Serce
okazuje się w działaniu – byciu z drugim człowiekiem.
Zdjęcia: K. Rodak
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
30
Barbara Matynia–Łyżwińska
AKWARELE
AKWAREL
1
2
3
4
5
6
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
31
Jako dziecko, dorosła, a później bardziej dojrzała osoba, nigdy się z nim nie rozstała
Igraszki z pędzlem
Jest w takim wieku, że mówi o nim otwarcie, z dozą
ciepła i kobiecej kokieterii, ale i ze świadomością, że na
swoje lata nie wygląda. Sportowym ubiorem dopełnionym
kapelusikiem dodaje sobie fantazyjnej zadziorności. Całość podkreśla młodzieńczego ducha i ona o tym wie. Jeszcze wie, że życie składa się z rzeczy ważnych i drobiazgów
i to, co ważne, wcale nim nie musi być, a drobiazg nieraz
ma moc sprawczą.
Moja córka, dziś dorosła kobieta, babcia wnukom, miała chyba 16 lat, gdy wybraliśmy się całą rodziną na wakacje
do Starych Jabłonek na Mazurach. Basia, takie imię po mnie
w geście odwzajemnienia dał jej mąż za to, że syna z miłości do
męża – Janem nazwałam. No, więc na tych wakacjach Basia
z koleżanką mieszkała w namiocie. Jednego razu mimo naszego zakazu wybrała się na późny koncert. Odkryłam szalbierstwo i bardzo się wzburzyłam. Tak bardzo, że następnego dnia
nie mogłam w niczym znaleźć ukojenia. Kupiłam więc pędzle,
zaczęłam malować i odkryłam, że niepostrzeżenie napięcie minęło. Odtąd właściwie nie rozstaję się z pędzlem.
Pani Barbara jest z zawodu architektem. Dlatego na jej
akwarelach królują budowle wtopione w pejzaż. Ale ulubionym tematem, malowanym z porywu serca, są portrety.
Przez 40 lat malowania tą trudną techniką, wymagającą
dobrego oka i szybkiej decyzji, doszła do niemałej wprawy.
Wie, że wsiąkająca w papier wodna farba nie znosi „przemęczenia”, wielu dotknięć pędzla. To technika niezwykłej
malarskiej wrażliwości.
Że tak jest, można było się przekonać oglądając ponad trzydzieści obrazów niewielkiego formatu pani Barbary Matyni-Łyżwińskiej na wystawie zatytułowanej „Architektura i pejzaż Polski” w Art – Café przy stacji WKD
w Komorowie. Prace to pokłosie licznych plenerów artystki związanej od 30 lat z grupą „Plener”. Grupa działa
przy Warszawskim Oddziale Stowarzyszenia Architektów
Polskich (SARP). Ma liczne zagraniczne kontakty z Francją, Włochami, Anglią i Szwajcarią. Pani Barbara przez 15
1. Kościół murowany, barok, w miejscowości Kurozwęki, praca z 1999 r. o wymiarach 26x36 cm
2. Koczew, 750-letni zamek w odbudowie, akwarela
26x36 cm z 2002 r.
3. Dębno Podhalańskie, kościół drewniany z XV w.,
akwarela 26x36 cm z 2006 r.
4. Tylicz – ulica prowadząca do synagogi, akwarela
26x36 cm z 2000 r.
5. Kościół NMP w Warszawie, widok z Wisłostrady,
akwarela 26x36 cm z 2004 r.
6. Rzepiska, opuszczona chałupa, widok z wierchu
Grocholów, akwarela 26x36 cm z 1999 r.
Pani Barbara z mężem Janem Matynią-Łyżwińskim w ogródku
w Komorowie 2002 rok
Rodzina pp. Łyżwińskich, siedzą: (od lewej) córka – Barbara
obok niej (jej) synowa i syn z dziećmi, stoją (od lewej) syn – Jan
Antoni, mąż p. Barbary – Jan i obok niego bohaterka tekstu
– Barbara Matynia-Łyżwińska
Wernisaż
32
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Wystawa w SARP 1998 r. Pani Barbara z mężem Janem
Szczęśliwa prababcia z prawnuczkami Joasią i Zosią, 2004 r.
Wernisaż
lat prezesowała Kołu, uczestnicząc w ponad 30 wystawach
zbiorowych i 3 indywidualnych w kraju i za granicą. Od
lat „Plener” wiosną wystawia w Królewskich Łazienkach,
a jesienią w bibliotece na Zamku.
Maluję dużo, ale nigdy nie sprzedaję. Myślę, że my Polacy, a specjalnie artyści, nie mamy zmysłu kupieckiego. Przez
usta nie może mi przejść cena za coś, co robię z miłości i dla
przyjemności. Nie znaczy, bym swymi obrazami nie „handlowała”. Są moją „wywdzięczającą się walutą”. Gdy komuś
z wdzięczności za coś je daję, mam satysfakcję widząc radość
obdarowanej osoby.
Zamiłowanie do sztuki ma we krwi, bo jej przodek
– Austriak – Józef Laska, był znanym zakopiańskim rzeźbiarzem. Onegdaj pojął za żonę Emmę – najmłodszą córkę leśnika Gustawa Fingera i z nią po I wojnie światowej
osiadł w Toruniu. Tam w 1922 roku ujrzała świat przyszła
pani Barbara Matynia-Łyżwińska z d. Kropaczek. W 1927
roku rodzina przeniosła się do Warszawy, gdzie po latach
Basia zrobiła maturę, skończyła wydział architektury Warszawskiej Politechniki uwieńczony dyplomem mgr nauk
technicznych i wydała się za spokrewnionego z Wiechem
Janka Łyżwińskiego. Przez lata pracowała w biurze projektowym i uczyła rysunku w Technikum Kolejowym w Warszawie przy ul. Szczęśliwickiej. Już 13 lat jest komorowianką od zawsze złączoną z pędzlem.
Bardzo jestem wdzięczna mej córce za jej nieposłuszeństwo przed laty. To był impuls, który wyzwolił moją pasję, a te
są po to, by poznawać smak życia. To nic innego jak pierwotne boskie powołanie, za które dziękuję Panu. Gdybym go nie
miała, czym bym żyła? Czym bym zapełniała dni po odejściu
mego Janka?
Lidia Kulczyńska-Pilich
Barbara Matynia-Łyżwińska, wernisaż wystawy „Architektura i pejzaż polski”. Art-Café 21. IV – 4. V 2007 r.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
33
Krótkie rozważania
O chwilach i przypadkach
W
ładysław Broniewski, mój ulubiony poeta napisał kiedyś:
Cisza w sercu. Jakże ją łatwo
spłoszyć lub zatruć.
Weź tę chwilę w dłonie jak światło,
osłoń od wiatru.
A ja w wieku kilkunastu lat odkryłam, że nie wierzę w przypadki.
Moja filozofia życiowa składa się z
tych dwóch rzeczy. Chwil, które są mi
dane i tego, że przypadki zdarzają się
w gramatyce, ale nigdy w życiu.
To co nas spotyka – sytuacje, emocje, ludzie – wszystko jest nam z jakiegoś powodu dane. Mamy to przeżyć,
przeanalizować i wyciągnąć wnioski.
Pytanie „dlaczego” jest najbardziej naturalne z wszystkich pytań
i każdy z nas zadaje je sobie chociaż raz
w życiu, tyle że często niewłaściwie.
Bo na przykład kiedy tracimy
kogoś bliskiego, pytamy dlaczego on
umarł i nie potrafimy sobie odpowiedzieć. Ale jeżeli zapytamy, dlaczego
żył i co ze znajomości z nim wynikło
dla mnie?... Na tak zadane pytanie
każdy znajdzie odpowiedź. I tak jest
ze wszystkim. Z każdym zdarzeniem
i każdym człowiekiem, którego nie
przypadek, a Bóg z jakichś powodów
postawił na naszej drodze.
Nie płacz
Wiem że ten wiatr
przetoczył się przez Twój dom
nie trwoń łez
po tych co odeszli
dla nich teraz inny świat
coś czego nie znamy
ale przecież tylu już wróciło do domu
niech zdąża i on
wprawną dłonią zatoczony został krąg
niech nie będzie żal tych co odeszli
stąd
cicha modlitwa
to ostatnie co możesz mu dać
nie trwoń łez...
nad tymi co zostali płacz
Jestem w stanie wymienić wszystkich ludzi, którzy ukształtowali mnie
na którymś etapie mojego życia, od
czasu, gdy skończyłam piętnaście lat.
Dokładnie wiem, które cechy swojego
charakteru im zawdzięczam.
Zaczęło się od ks. Oszańskiego,
który w moim liceum prowadził Nocne Czuwanie. Opowiadał o narkomanach, o pracy z nimi i o tym, że nic
w życiu nie jest dziełem przypadku, a
ja postanowiłam, że będę studiować
pedagogikę resocjalizacyjną. Życie
skorygowało mój zapał i optymizm.
Nigdy nie pracowałam w swoim zawodzie, ale okres studiów ukształtował moje spojrzenie na wiele kwestii i
postawił mnie twardo na ziemi.
W liceum znalazłam się w kółku
poetyckim. Jego opiekunka, s. Maria
Małgorzata, była pierwszą osobą, która uświadomiła mi, że wiersz nie jest
zbitką słów, które przelewamy na papier, ale materiałem, nad którym należy pracować. Jego treść i użyte słowa nie mogą być przypadkowe. Głównym celem wiersza ma być wywarcie
zamierzonej reakcji u czytającego.
Wśród ludzi, którzy znacząco
wpłynęli na moje życie, nie mogę pominąć swojego syna, dziś już pięcioChrzest Kamilka
letniego, który udzielił mi lekcji życia
już w momencie swoich narodzin.
Mam syna
były granice,
których już nie ma
za którymi
wszystko się kończy
i wszystko zaczyna
gdzie wiatr jest już inny
i inny smak dnia
gdzie niebo i ziemia
mają nowy
jeszcze tak obcy kształt
a uśmiech jakiś pełniejszy
ma nowy smak
były granice
których już nie ma
granice miłości i milczenia
wszystko się kończy i wszystko zaczyna
pokonałam horyzont
przyniosłam życie
dałam ci syna
Kamil urodził się z poważną deformacją czaszki. Pierwszym odru-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
34
Autorka tekstu Katarzyna Jany z synkiem Kamilem
chem było obwinianie lekarzy, którzy
znacząco się do tego przyczynili. Ból,
strach i bezradność towarzyszyły mi
przez pierwsze pół roku jego życia. Lekarka, która się nami opiekowała, nie
widziała absolutnie żadnego problemu
i zarzuciła mi nadwrażliwość typową
dla młodej matki. Kiedy Kamil miał
półtora miesiąca, jego lekarka miała
poważną kontuzję biodra (przypadek?) i trafiliśmy pod opiekę młodej
lekarki, która zajęła się nami naprawdę
poważnie. Zaczęła się walka z czasem,
bo głowa rosła, a szanse na jej bezinwazyjne wyprostowanie były z każdym
miesiącem mniejsze. Przy okazji zdiaKamil z tatą Krzysztofem
gnozowano również porażenie lewej
strony ciała. Przerażała mnie wizja
prostowania głowy poprzez operację,
a z upływem czasu rosło prawdopodobieństwo, że któreś ośrodki (wzrok,
słuch…) zostaną zahamowane.
Dlaczego to piszę? Zarówno młoda pani doktor, jak i nasza rehabilitantka, były osobami, które niby przypadkowo pojawiły się w naszym życiu,
a obie miały na nie ogromny wpływ.
Po półtora roku walki dostałam jakby z powrotem swoje dziecko, tyle że
zdrowe. A Kamil uzmysłowił mi jak
dużo, wbrew pozorom, potrafię znaleźć w sobie siły.
Zawsze szukam powodów. Jak
Hiob potrzebuję uzasadnienia każdej rzeczy, która się dzieje w moim
życiu. Poszukiwanie powodów stało
się moim nałogiem do tego stopnia,
że poznając nową osobę od razu się
zastanawiam dlaczego?, ile z tej znajomości mogę wziąć dla siebie, jaki to
będzie miało na mnie wpływ? Potem
wystarczy wsparcie Ducha Świętego
żeby znaleźć odpowiedzi.
Jak wielu innych ludzi, nieprzypadkowo w moim życiu pojawiła się
również pani Lidia Kulczyńska-Pilich.
Poznałyśmy się w zeszłym roku,
kiedy zwróciła się do mnie z prośbą
o wykorzystanie jednego z moich wierszy w Magazynie Parafialnym. I znowu
ten nieprzypadkowy przypadek, bo
wybrała wiersz, który dla mnie osobiście jest dość ważny i zamyka pewien
etap mojego życia. Od razu pojawiło
się pytanie, dlaczego kobieta, która poszukiwała wiersza w internecie, trafiła
akurat na moją stronę internetową.
Od maila do maila poznałyśmy
się bliżej. Mogę śmiało stwierdzić,
że się zaprzyjaźniłyśmy. Jakież było
moje zdziwienie, gdy okazało się, że
jest osobą o wiele starszą ode mnie.
W jednym z listów wspomniałam,
że piszę strony internetowe (przypadkiem). Pani Lideczka od razu to
podchwyciła i poprosiła o stworzenie
strony dla Magazynu Parafialnego.
Tworzymy tę stronę, a ja każdego
dnia poznaję coraz lepiej Komorów,
w którym nigdy nie byłam i w jakiś
sposób czuję się częścią Waszej niezwykłej społeczności.
Co z tego wynika dla mnie? Przyjaźń z osobą bogatszą w wiele doświadczeń, to na pewno, ale też po raz pierwszy zostałam postawiona w sytuacji, kiedy muszę się uczyć własnej pracy jakby
od nowa, z zupełnie innej perspektywy,
bo dziennikarskiej. Pani Lidia uświadomiła mi, że „diabeł naprawdę tkwi
w szczegółach” i umożliwiła mi czytanie MP, którego przecież nie można zaprenumerować, szczególnie gdy jest się
osobą z drugiego końca Polski.
To zostało mi dane.
Warto żyć chwilami i wierzyć, że
nic w naszym życiu nie jest dziełem
przypadku. Warto pytać dlaczego, bo
to pomaga zrozumieć to, co dzieje się
wokół nas i to, co dzieje się w naszym
wnętrzu. A to nas zawsze wzbogaca.
Tego Państwu z całego serca życzę.
Katarzyna Jany
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
35
Wokół tradycji
Zielone Świątki
Zesłanie Ducha Świętego, czyli Zielone Świątki – święto obchodzone
na pamiątkę zesłania Ducha Św. na
Matkę Boską i apostołów zgromadzonych w wieczerniku w pięćdziesiątym
dniu po Zmartwychwstaniu, w tradycji ludowej rozpoczyna lato.
Sądzę, że wyobraźnia ludowa potraktowała dosłownie określenie Ducha
Świętego jako „Ożywiciela” i skojarzyła to z żywą zielonością roślin.
* * *
Polskie zwyczaje
W całej Polsce powszechny był
zwyczaj, dotychczas jeszcze zachowywany na wsi, majenia ścian domów,
wrót i płotów zielonymi, najczęściej
brzozowymi
gałęziami.
Podwórka zaś, podłogi w
izbach i nawet psie budy
wyściełano grubo tatarakiem, dla świątecznej dekoracji, dla pięknego zapachu
i także... przeciw pchłom,
komarom, muchom i innym
insektom. Do dnia dzisiejszego tradycyjnie w wielu
domach, w Zielone Świątki
ustawia się dzbany i wazony
z tatarakiem, czyli kalmusowym zielem. Pola majono
gałązkami różnych drzew,
w zależności od potrzeb.
Olchę zatykano w zagony
ziemniaków, aby były białe i sypkie
jak krucha jest olcha, natomiast zboża majono leszczyną, aby były giętkie
i nie powalał ich wiatr.
Pasterskie obrzędy
Zielone Świątki to tradycyjne
święto pasterzy. Ten spośród nich,
który pierwszy przypędził bydło w
umówione miejsce na pastwisku, uzyskiwał tytuł króla. Najpiękniejsza zaś
pasterka otrzymywała tytuł królowej.
Królewska para, ustrojona w wieńce
i wstęgi, wybierała sobie świtę, a ta
musiała wystarać się o jadło: chleby,
pierogi, sery i – koniecznie – o jajka
i słoninę oraz przynieść to wszystko
na pastwisko. Wieczorem pasterze
wesoło ucztowali, bawili się, cały czas
czyniąc honory królowi i królowej
pasterzy. Innym ciekawym zwyczajem zielonoświątkowym było tzw.
wołowe (lub końskie) wesele, zabawa ludowa nazywana także rodusiem,
podczas której pasterze wodzili pięknego wołu lub konia przybranego w
wieńce z kwiatów i wstęgi. Czasami
na grzbiecie wołu sadzano słomianą
kukłę. Towarzyszył mu zawsze orszak
młodzieży, dziewcząt i chłopców oraz
muzykanci, a wszyscy wołali głośno:
roduś, roduś. Wymachiwali przy tym
zielonymi gałązkami i wiązankami
wiosennych kwiatów oraz trzaskali z
batów. Zabawę tę znano w Polsce już
w XVI w. Mogła też mieć związek z
dawnymi, starosłowiańskimi obrzędami pasterskimi, podczas których oprowadzano w procesji wołu – czczonego
jako uosobienie siły.
Zabawy od Podlasia
Na Podlasiu, nad Narwią, jeszcze w początkach XX w. w Zielone
Świątki odbywał się obchód z królewną. Najładniejszą we wsi dziewczynę
pięknie ubierano, wkładano jej na
głowę koronę z kwiatów i w orszaku
innych dziewcząt prowadzono granicami pól. Śpiewano przy tym, zaklinając urodzaj:
Na maj królewna chodziła
a cóż w tym maju robiła?
Zielone żyto sadziła.
A cóż nad tym żytem mówiła?
Rośnijże żyto wysoko,
puszczaj korzenie głęboko.
Obchód kończył się ucztą z tańcami, urządzaną w domu najlepszego
gospodarza lub we dworze, na cześć
królewny oraz na chwałę zwycięskiej
wiosny, na szczęście i urodzaj.
Warszawskie majówki
Dawniej obchód Zielonych Świątek trwał dwa dni. W Warszawie, w
świąteczny poniedziałek istniał zwyczaj majówek, czyli podmiejskich
zabaw na Bielanach. Była
to niegdyś leśna osada podmiejska, która z czasem stała się dzielnicą Warszawy.
Wzmianki o tych majowych
zabawach, finansowanych
nierzadko z kasy królewskiej i niekiedy zaszczycanych obecnością króla
(odwiedzał je czasem król
Stanisław August Poniatowski), znajdują się w XVIIIwiecznych gazetach. Pisano
w nich np. o urządzanych
na Bielanach fajerwerkach,
kramach, o grach i tańcach
na świeżym powietrzu, o
przejażdżkach po Wiśle umajonymi
łódkami, o występach sztukmistrzów
oraz urządzanych tam przedstawieniach i żywych obrazach. Na Bielany
zjeżdżała cała Warszawa, zarówno
dwór i arystokracja, jak i mieszczanie
oraz plebs.
Dziś wszystkie te zwyczaje uległy
zapomnieniu, czasem ktoś jeszcze pamięta o tataraku. Szkoda, bo to jedyne w kalendarzu święto poświęcone
Duchowi Świętemu, a skoro nie obchodzimy go uroczyście, to możemy
zapomnieć i o tak ważnym Patronie.
Irena Domańska–Kubiak
etnograf
36
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Historia z szuflady wyjęta
Notatki dla potomnych (cz. 6 ost.)
Tak oto kończę moją opowieść o Antonim Terleckim, który
1 stycznia 1940 roku ruszył na wojnę, by bić się o wolną Polskę pokonując po drodze niedostępne Alpy i wiele innych
trudności. Pragnę zwrócić uwagę – szczególnie młodych
czytelników – na wielki hart ducha i przymioty charakteru
ludzi tamtego pokolenia. Ale także na dylematy, które były
ich udziałem. Powodowani pragnieniem posiadania wolnej Ojczyzny gotowi byli do nieprawdopodobnych poświęceń. Później wracając – targani tęsknotą za pozostawioną
w okupowanym kraju rodziną – doświadczali upodlenia,
życia na marginesie, a nierzadko więzienia. Mojego dziadka na szczęście to ominęło, bo wrócił do Polski późno,
w czasie daleko posuniętej odwilży, w 1969 roku.
W
Komorowie dziadek nie do końca radził sobie z dziczejącym ogrodem i nowo nabytym domem, który
trudno było remontować, zważywszy na ówcześnie ubogi
rynek materiałów budowlano-wykończeniowych.
Być może jacyś starsi mieszkańcy Komorowa pamiętają
jego osobę, a szczególnie to, co zostało i w mojej pamięci,
a mianowicie pewien rodzaj dystyngowanej elegancji w jego zachowaniu i ubiorze. Rzeczą, która zapewne zaznaczyła się w obrazie Komorowa tamtych kilku lat, mógł być jego
niebieski Mercedes 180D – samochód w tamtych realiach
bardzo elegancki i dość rzadko spotykany nawet w samej
stolicy. Przejażdżki tym autem były dla mnie niesłychaną
wprost atrakcją. Pamiętam jedną z emocjonujących wycieczek, na którą dziadek zabrał naszą rodzinę, a która to ekspedycja przedwcześnie skończyła się zaklęśnięciem w bezdennym błocie drogi okalającej park w Pęcicach. Dzisiaj
biegnie w tym miejscu nowo odremontowana jezdnia drogi
z Pruszkowa do Reguł, niezbyt inteligentnie i odkrywczo
Wizyta dziadka w Komorowie w 1965 roku: Lucyna Terlecka ze swoją
matką oraz dziećmi Barbarą i Tomkiem, z tyłu Antoni Terlecki oraz
jego pierwsza żona Eleonora Terlecka
nazwana ulicą Pęcicką. Wtedy, a był to zapewne rok 1970,
nasza jazda skończyła się złorzeczeniem dziadka i parą
koni wyciągających mercedesa z błota.
Poza tym były oczywiście rozmaite święta z jego udziałem,
imieniny, odwiedziny, kiedy zjeżdżali goście i kuzyni. Pamiętam je jako pełne gwaru szczęśliwe rodzinne chwile z nieodłącznym akcentem pięknego zapachu dymu z jego fajki.
Na piętrze dziadkowego domu mieszkał przez pewien czas mój kuzyn – wówczas student prawa. W pamięci
rodziny przechowała się pewna pocieszna historia z nim
związana. Kuzyn mój – dzisiaj szacowny prawnik i redaktor poważnego pisma – wybiegając do kolejki EKD porwał
z wieszaka przez pomyłkę czapkę dziadka. Ich czapki były
przypadkiem identyczne. Był to historyczny pamiętny marzec 1968 roku. Kuzyn mój dotarł do uniwersytetu i tam
natknął się akurat na najbardziej zaciekłą bitwę między
protestującą młodzieżą studencką a oddziałami robotników warszawskich fabryk uzbrojonych w drewniane drągi.
Zaczęła się kotłowanina, bieganina i pałowanie. Kuzyn mój
– nie będąc przesadnie wysportowanym studentem (studiował prawo, a nie AWF – w tym drugim przypadku zapewne
występowałby „po drugiej stronie barykady”) – w pewnej
chwili w akcie desperacji, potraktowany pałą, przesadził
dość wysoki żywopłot koło BUW-u. W tym momencie
czapka spadła mu z głowy... Kiedy dotarł do domu oszołomiony i podtruty gazami milicyjnymi, okazało się, że w rzeczonej czapce miał dziadek zaszyte i przemycone do Polski
„dewizy” w dość pokaźnej sumie. Widocznie – jak myślę
dzisiaj – trzymanie ich w czapce było w tamtych czasach
lokatą bezpieczniejszą niż krajowe banki. Sprawa pogrążyła dziadka w zmartwieniu do czasu, kiedy kuzyn mój – nie
zważając na zagrożenia – podjął wyprawę w celu znalezienia zguby i mozolnie odtwarzając przebytą poprzedniego
dnia drogę znalazł o dziwo w żywopłocie czapkę z całą nieA. Terlecki zadowolony ze swojego nowego samochodu
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
37
naruszoną zawartością. Wracając do Komorowa drżał cały
na myśl o historycznych dniach, których był bezpośrednim
świadkiem, ale może bardziej na myśl o szeleszczącej zawartości czapki trzymanej w dłoniach, która zdawała mu
się być fortuną...
Mieszkając w Komorowie dziadek prowadził spokojne życie przerywane czasem odwiedzinami przyjaciela ze
Szkocji, brał udział w jakichś uroczystościach kombatanckich w Warszawie, odbył też z moimi rodzicami wycieczkę
do Jugosławii, gdzie przeżyli rozmaite przygody. Latem
1970 roku zaplanował wyjazd z nami w Tatry, które bardzo
lubił, mając do nich wielki sentyment jeszcze z czasów młodości, gdy wyjazdy do eleganckiej Krynicy były ekskluzywną rozrywką. Kilka dni przed wyjazdem poczuł się nienajlepiej, ale lekarz zalecił tylko nieprzemęczanie się i spacery
na świeżym powietrzu. Góry wydawały się więc właściwym
wyborem. Naciskany przez nas, czyli przez wnuki, widząc
nasz entuzjazm i zniecierpliwienie zdecydował się na wyjazd nie czując się jeszcze zupełnie dobrze. Pamiętam bardzo wyraźnie całą podróż i pobyt w górach – wycieczki po
dolinkach tatrzańskich – jakby to było dziś. Dziadek cieszył
się każdym dniem i był pełen energii. Okazało się jednak,
że jego gorsze samopoczucie przed wyjazdem było spowodowane chorobą serca i powinno być bardzo poważnym
ostrzeżeniem.
Pewnego dnia wsiedliśmy do samochodu zaparkowanego na szczycie wzniesienia, vis-à-vis jedynej kawiarni w Bukowinie Tatrzańskiej. Dziadek przekręcił kluczyk i ruszył
powoli w dół, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że traci przytomność. Ostatnim odruchem doświadczonego kierowcy
(był przecież kierowcą wojskowych samochodów w czasie
wojny) zaciągnął hamulec ręczny i wyłączył stacyjkę. I tak
oto nagle zakończył życie, pozostawiając nas w samochodzie oniemiałych. W ostatniej chwili swojego życia ocalił
życie całej naszej czwórki. Wielokrotnie później myślałem,
że dzięki niemu urodziliśmy się powtórnie...
Od tamtych wakacji minęło ćwierć wieku. W szufladzie
pozostało po dziadku trochę zdjęć, garstka papierów, kilka
listów, zaśniedziałe odznaczenia i malutki drobno zapisany
ołówkiem notatnik, który stał się podstawą tych wspomnień.
Dziadek opisał w nim swoją dramatyczną ucieczkę z kraju
w 1940 roku i początki wojennej tułaczki. Gdyby nie te szczegółowe i realistyczne zapiski, wiedzielibyśmy o nim jeszcze
mniej niż wiemy, czyli prawie nic. Zdjęcia i przypadkowe pamiątki stałyby się niezrozumiałe, bo pozbawione klucza.
Na końcu swojego wzruszającego notatnika dziadek
mój – Antoni Terlecki – zapisał podkreślonym tekstem
ostatnią myśl: „Może jednak to, co jest [w tych zapiskach]
wystarczy, by przypomnieć przeszłość sobie i innym”.
Myślę, że w jakimś niewielkim stopniu jego myśl zapisana przed 67 laty urzeczywistniła się. Dzięki uprzejmości
Redakcji MP i cierpliwości czytelników, fragmenty wspomnień jeszcze raz ujrzały światło dzienne.
Drobny fragment życia Antoniego Terleckiego – krótki okres, w którym związał się z Komorowem osiadając tu
i mieszkając, dołącza jego osobę do bogatej
listy komorowian, a jego losy stają się dzięki
temu również skromną cząsteczką dziejów
naszej miejscowości.
Tomasz Terlecki
Wokół tradycji
Boże Ciało
Kościół Katolicki obchodzi święto Bożego Ciała od siedmiu wieków, od kiedy papież Urban IV ustanowił je w 1264
roku. W Polsce pierwsze obchody odbyły się w Krakowie
w 1320 roku i do połowy XV wieku były już znane i praktykowane w całym kraju.
* * *
Historia procesji
Procesja ukształtowała się na wzór uroczystego wjazdu
monarchy. Dawniej towarzyszyły jej też żywe obrazy. Przy
ołtarzach odgrywane były sceny z Biblii, a uczniowie wygłaszali wiersze.
Król Jan Kazimierz rozkazywał stawić się braciom cechowym (czyli kupcom i rzemieślnikom) „osobiście wraz ze starszymi sługami w szaty przystojne i poczciwe przybrani, z rusznicami i szablami, z bębnami, trębaczami i chorągwią cechową.
Mają być trzeźwi, skromni i pokorni, bez śmiechów, wołania
i innej płochości…” Za czasów Stanisława Augusta zabroniono strzelać z armat oraz wyglądać damom z okien wzdłuż trasy
procesji, aby nie górowały nad Najświętszym Sakramentem.
W czasie rozbiorów procesje były okazją do okazania
uczuć patriotycznych, czego wyrazem mógł być strój narodowy, tj. kontusz i karabela. Tam, gdzie władze carskie
zabraniały manifestacji, organizowano prywatne procesje
w dworskich parkach.
Obyczaje ludowe
W kulturze ludowej Boże Ciało obrosło w elementy
obrzędów najbliższych mu kalendarzowo, czyli świętojańskich i zielonoświątkowych. Stąd wzięło się majenie domów i ogrodów gałęziami zrywanymi przy ołtarzu, święcenie wianków, kąpiele i rozpalanie ognisk.
Wierzono także, że w Boże Ciało uaktywniały się czarownice, które zbierały rosę, przechadzając się po miedzach i łąkach. Gdy w czasie wędrówek napotkały krzaczastą wierzbę, targały nią i zwracając się do diabła Rokity
mówiły: „Rokita daj mleka, oddaję ci duszę i ciało, bo mi
się mleka zachciało”. Żeby uchronić się przed ich działalnością, uczestnicy procesji zbierali ziemię spod ołtarzy
i rozsypywali dookoła swojego domu.
Dziś warto się wybrać w okolice Łowicza, gdzie nadal
kultywowany jest zwyczaj uczestniczenia w procesji w strojach ludowych.
Irena Domańska–Kubiak, etnograf
Włodzimierz Tetmajer „Procesja w Bronowicach” 1900. Olej na
płótnie. 114 x 174 cm, Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa
38
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Z pamiętnika mojego Ojca
wojny walczył orężem, jakim w walce
z okupantem było słowo pisane i drukowane. Podjął też współpracę z departamentem informacji i prasy Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj.
Po wojnie zajął się pracą społeczną w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy i zaczął
prowadzić dział ekonomiczny w „Tygodniku Warszawskim” – piśmie katolickim zlikwidowanym w 1949 r.
przez władze komunistyczne.
Za swoją działalność okupacyjną
i powojenną został w 1948 r. aresztowany i po 3-letnim procesie skazany na 14 lat więzienia, utratę praw
obywatelskich na 5 lat i całkowity
przepadek mienia. Po śmierci Stalidam Grabowski, przeżył 84 lata,
na w 1953 r. władze komunistyczne
niestety nie doczekał się wolnej
postanowiły nieco zmniejszyć reprePolski. Z zawodu prawnik i ekonosje wobec niepokornej inteligencji
mista, przed II wojną był wydawcą
i wypuścić część skazanych z przepełi publicystą gazety „Czas” oraz sekrenionych więzień. Tak to opisuje mój
tarzem generalnym Rady Naczelnej
ojciec w swoim pamiętniku:
Organizacji Ziemiańskich. W czasie
Stopniowo opuszczali więzienie ci,
co mieli wyroki poniżej 10 lat i odbyli już połowę kary. Pozostałym
zezwolono na korzystanie z biblioZ REDAKCYJNEJ POCZTY
teki więziennej i zaproponowano
pracę w więziennych zakładach
----- Wiadomość oryginalna ----metalowych, prowadzono do kina
Od: Elżbieta Lindner
więziennego, a nawet zezwolono
Do: Magazyn Parafialny
na zorganizowanie sobie „DziaWysłano: 9 kwietnia 2007 11:15
dów” mickiewiczowskich.
Temat: propozycja
Mogłem i ja być zwolniony,
Szanowna Pani!
ale nie skorzystałem z tego dobroJestem mieszkanką Komorowa i z
dziejstwa. Pewnego dnia zostałem
przyjemnością czytam „Magazyn
zaprowadzony do kancelarii więParafialny”.
ziennej i w niej zobaczyłem oficeNapisałam krótki tekst oparty na urywku
ra śledczego z okresu wczesnego
pamiętnika mojego ojca.
śledztwa w Warszawie. Był to ten
Może zespół redakcyjny uzna,
łagodny, który pocieszał mnie po
że nadaje się do rubryki „historie rodzinne”
poturbowaniu. Powitał mnie jak
lub innej.
dobrego znajomego i powiedział:
Pamiętnik mojego ojca jest obszerny, bo
przyjechałem tu autem z Warszaliczy ponad 150 stron maszynopisu.
wy i mogę pana zawieźć wprost
Gdyby redakcja była zainteresowana,
do dzieci, z pana strony potrzebna
mogłabym udostępnić urywki
jest drobna formalność, akt dobrej
np. opisujące prace mojego ojca na rzecz
Kościoła.
woli, a mianowicie podpisanie
Przesyłam tekst i proszę o odpowiedź.
oświadczenia lub krótkiego artyElżbieta Lindner - Komorów kułu, który zostanie zamieszczony
A
w prasie katolickiej współpracującej
z władzą ludową, że pan odżegnał się
od współpracy z Watykanem. Byłem
zaskoczony propozycją. Nie współpracowałem z Watykanem, jak więc mogę
się tego wypierać, oświadczyłem. Dowiedziałem się, że w dalszym ciągu nie
mogę zrozumieć aktualnej sytuacji politycznej w kraju i należycie wyprowadzić
wniosków. Na tym skończyła się propozycja mojego wcześniejszego zwolnienia z więzienia. Później z mojego najbliższego otoczenia dowiedziałem się,
że postąpiłem co najmniej lekkomyślnie. Czyżby wolność osobistą można
było mieć za wszelką cenę? Ani wtedy,
ani teraz nie żałuję, że nie skorzystałem
z takiej oferty do wolności. Odwrotnie, dziękuję Bogu, że udzielił mi siły
i oparłem się pokusie. Dziękowałem
ponownie po wyjściu z więzienia, kiedy
dowiedziałem się, że niektórzy koledzy
z okresu walki z hitlerowską zbrodnią,
nawet jeden ksiądz, nie oparli się pokusie i poszli na ustępstwa i podpisali, jak im się zdawało, mało znaczące
oświadczenia. Uniknęli aresztowania
i ciężkiego więzienia, ale może później
żałowali, że odtąd nigdy już nie mogli
być sobą. Rozumiem ich dramat wewnętrzny i daleki jestem od przypisywania im winy. Winni są oczywiście tylko
ci, co posługują się nieludzką metodą
pozbawiania człowieka jego godności.
Zawiązana w 1947 r. spółka wydawnicza „Rodzina Polska” rozpoczęła
wydawać „Tygodnik Warszawski” oraz
kalendarze katolickie. Podzielałem założenia ideowe, jakie postawili sobie działacze duchowni i świeccy spółki wydawniczej w osobach: ks. Zygmunta Wądołowskiego, ks. prałata Mystkowskiego,
Józefa Kwasiborskiego, Franciszka
Kwasiborskiego, Juliana Żebrowskiego.
Już po zawiązaniu spółki wszedłem na
udziałowca i zostałem wybrany do jej
Zarządu. Redaktorem naczelnym „Tygodnika Warszawskiego” mianował Prymas August kard. Hlond księdza prałata
Zygmunta Kaczyńskiego. Sekretarzem
redakcji został Antoni Madej, który wraz
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
39
Uroczystość poświęcenia kamienia węgielnego odbudowy katedry: red. Adam Grabowski odczytuje akt erekcyjny, który za chwilę
podpisze prymas August kard. Hlond, Przewodniczący Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów bp Wacław Majewski i inni
członkowie Rady
z Jerzym Kierstem prowadził także dział
literacki. Mnie przypadł oczywiście dział
ekonomiczny.
Redakcja „Tygodnika Warszawskiego” mieściła się w gmachu „Romy”
przy ul. Nowogrodzkiej. Odwiedzało mnie w niej wielu dawnych pisarzy
i wydawców. Byłem wzruszony, gdy zjawił się sędziwy Stefan Krzywoszewski
i z życzliwym uśmiechem wręczył mi
swą ostatnią książkę pt. „Długie życie”.
Po jej przeczytaniu, jego życie wydało
mi się nie tylko długie, ale ciekawe, takie barwne i takie ludzkie. Teraz wspominaliśmy przedwojenną współpracę
i okupacyjną, i wzajemnie zapytywali,
co jeszcze zajść może.
Jeszcze bardziej od pracy wydawniczej zajęła mnie praca w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy, którą powołał w dniu 24 kwietnia
1947 roku kardynał Prymas August
Hlond niedługo po swym wspaniałym
ingresie do stolicy. Przypadło mi zadanie
zorganizowania pracy tej społecznej instytucji, jednoczącej w działaniu osoby
zarówno duchowne, jak i świeckie. Tym
ostatnim ksiądz prymas wyznaczył szczególne zadania. W dniu 24 czerwca 1947
roku ogłosił ksiądz prymas orędzie, które szerokim echem odbiło się nie tylko w
kraju, ale i na całym świecie. Wzywało
ono wszystkich Polaków do współdziałania w historycznym dziele odbudowy
kościołów. Miało wtedy miejsce uroczyste wmurowanie aktu odbudowy w
fundamenty katedry Św. Jana Chrzciciela. Zapamiętałem dobrze ten moment,
ponieważ przypadł mi zaszczyt odczytania, przed zebranym dostojnym gronem
dokumentu, napisanego na pergaminie,
pismem gotyckim, w języku łacińskim,
co okazało się nie tak łatwe.
Ojciec nie podpisał „lojalki”,
przesiedział w więzieniu prawie 9 lat
i doczekał się w 1956 r. rehabilitacji.
Był człowiekiem nieugiętym. Za jego
postawę ja, jego córka, zapłaciłam
wysoką cenę. Do nikogo nie mam
pretensji, bo wiem, że są ludzie tacy
jak mój ojciec – mocni, są i słabi....
Dlatego, uważam, że dziś w pierwszej kolejności powinno się ujawnić
tych, którzy łamali, nakłaniali do podpisywania różnego rodzaju „zobowiązań”, natomiast ich ofiary moim
skromnym zdaniem godne są naszego
miłosierdzia....
Elżbieta Lindner
Komorów w kwietniu 2007 roku
Z REDAKCYJNEJ POCZTY
----- Wiadomość oryginalna ----Od: Marta Wielochowska
Do: Magazyn Parafialny
Wysłano: 8 kwietnia 2007 22:21
Temat: Re: Wielkanoc 2007
Kochani!
Gratuluję pięknego Wielkanocnego Magazynu!
Pomijam samo doskonałe opracowanie graficzne - ale teksty są bardzo
ciekawe, no i dział młodzieżowy bardzo „dojrzał”! I rozrósł się! Wspaniały
zespół!
Marta Wielochowska
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
40
Boże znaki
Tylko pod krzyżem,
tylko pod tym znakiem
Polska jest Polską,
a Polak Polakiem.
(A. Mickiewicz)
O
d dziesięcioleci to miejsce przy
przelotowej drodze powiatowej
jest przeznaczone na drewniany krzyż,
widoczny znak wiary w Bożą Opatrzność i wdzięczności mieszkańców Granicy za opiekę Stwórcy nad tą okolicą.
Tego roku w Wielki Piątek odbyło się uroczyste poświęcenie nowego
krzyża, który stanął przy ul. Pruszkowskiej, w miejscu „poprzednika”
– 30-letniego złamanego przez wiatr.
Państwu
Ewie i Stanisławowi Izdebskim,
Piotrowi Lisowi, Andrzejowi Górskiemu, Alfredowi Brulińskiemu, Tadeuszowi Listoszowi, Przemysławowi
Sawickiemu oraz ich rodzinom, a także wszystkim, którzy przyczynili się do
wykonania i ustawienia przy ul. Pruszkowskiej nowego pięknego krzyża
– uroczyście poświęconego w Wielki
Piątek – 6 kwietnia 2007 roku
składamy z głębi serc płynące
podziękowania dołączając do nich
życzenia obfitości Bożych łask i błogosławieństwa
Wdzięczni mieszkańcy Granicy
Do tych pięknych podziękowań dopisuje się też cała wspólnota.
Niech Wam Bóg darzy, a Maryja
towarzyszy i błogosławi.
„[...] ka ino spojrzyć drogom
idącemu wsiowom,
wszędy dojrzy figurę tu starom tam nowom –
kazdo grubso topola, wierzba
i przypłocie
wprasa świentom opatrzność
znużonej tęsknocie –
Chrystuski frasowane, Matkiboski zielne,
Barbary, Floryjany i świente
kościelne
Któryk się wypierają wszyćkie kalendarze [...]”
(E. Zegadłowicz)
fot. Krzysztof Rodak
Pasterze i parafianie
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
41
I tak Bóg stworzył świat..., czyli okiem geologa
Prawy foka szot wybieraj!
N
asza łódź niemal majestatycznie zbliżała się do brzegu. Niska temperatura nadzwyczaj przejrzystej wody
jeziora, jej przypadkowe, granatowo-krystaliczne bryzgi
z niewielkich fal rozcinanych stewą dziobu gasły, znikały
i wtapiały się w masę ustępującą przed kadłubem. Przygotowałem cumę dziobową i po chwili zeskoczyłem na pomost,
by zacumować łódkę. Tak zakończył się mój rejs po Wielkich
Jeziorach Mazurskich w ostatni, ale pamiętny, bo mroźny,
majowy długi weekend. Pływanie jachtem po właściwie pustawych Śniardwach, Tałtach, Mamrach i kanałach nasunęło
mi kilka refleksji. Można było je snuć już na pokładzie, gdzie
głowa wolna od trosk, a ręce zajęte albo
wybieraniem szotów, albo unoszone w geście pozdrowienia dla innych mijanych
żeglarzy.
Zmarzły orzechy. Wrażliwe drzewa,
zmuszane do życia w naszym, nie śródziemnomorskim klimacie, sczerniały
i oklapły na pędach, zwarzone utrzymującym się nocnym mrozem. Mało będzie
owoców. Pamiętam z dzieciństwa takie
zabawy, gdyśmy z połówki orzechowej
łupiny, plasteliny, patyczka i papierka robili małe łódeczki, puszczane potem na
wodę w stawie. Nasze dumne „galeony”
o wydętych, papierowych żaglach posuwały się bezwolnie, popychane najpierw
podmuchami z naszych płuc, potem zabierał je wiatr. Wyścigi – cięższe i stabilniejsze orzechowe łódeczki płynęły wolniej, ale bez wywrotek, a lżejsze, choć szybsze, to jednak
podatne na przewrócenie, częściej tonęły „napadnięte”
gwałtowniejszym wiatrem.
W życiu możemy być łupinami orzecha z papierowym
żagielkiem, ale większość z nas to chyba jednak takie mazurskie jachty, bo…
Sztuka żeglowania polega wszak na wykorzystaniu
wiatru, który gnałby nas przez życie, ale my, mając swoje
regulowane żagle – stosunek do rzeczywistości i ster – zasady wpajane od najmłodszych lat, możemy sami ustalić
nasz kurs podróży. Jak na dużym jeziorze, albo raczej jak
na morzu, gdzie nawet nie widać brzegów, znamy teoretycznie nasz cel, ale na początku go długo nie widzimy
– jest zamglony lub skryty za horyzontem. I każdy płynie
własnym sposobem.
Są żeglarze, którzy lubią ostry kurs na wiatr. Idą, niemal wbrew całemu światu, a to lewym, a to prawym hal-
sem i, mówiąc językiem potocznym, krótkim zygzakiem
docierają do celu. Czują przy tym swoje możliwości, a tych
nieuważnych, co zbytnio „ostrzyli” i nie czuli swojej łódki,
obrócił wiatr, musieli wykonać zwrot, zmienić nagle kurs,
wytracili prędkość.
Są wszak i tacy z nas, którzy żeglują ostrożniej. Robią
szerokie halsy, nadkładając niejako drogi, ale w konsekwencji
płyną spokojniej, choć i im jakaś nagła, życiowa „bryza” nieraz gwałtownie przechyliła łódź zmuszając do korekty kursu.
A gdy mamy wiatr od tyłu? Oba żagle pracują równo,
a nam się zdawać może, że nie wieje nic, bo płyniemy prawie tak prędko, jak wiatr. Tylko kilwater, ślad łódki na wodzie, świadczy, że
płyniemy. Wtedy dopiero możemy się
rozkoszować żeglowaniem, podziwianiem świata, ale… dla innych taki kurs
to istna nuda.
Bo są i żeglarze, którzy czują smak życia, gdy dmie „szóstka”, gdy gnasz na zrefowanych żaglach, a inni już nie pływają.
To sztuka dla ludzi żądnych przygód i bardziej wprawnych.
Trzeba pamiętać jednak, gdy schodzimy ze szlaku żeglownego, że pod wodą są
płycizny, z których gapowicze mozolnie
muszą się potem wygramolić. A są i głazy
(za to niektórzy nie lubią Śniardw) – co
grozi nawet rozerwaniem kadłuba i marnym końcem żeglugi. Trzeba umieć „czytać” wodę, mieć mapy i wiedzę.
No i w końcu pamiętamy, że w żeglowaniu przez jezioro
i życie nie jesteśmy sami. Nasze kursy się przecinają, krzyżują, nieraz płyniemy za kimś lub mamy kurs kolizyjny. Musimy wiedzieć komu ustąpić, kto ma trudniej. Nieraz, mimo
najlepszej sytuacji trzeba zrzucić żagle, wytracić prędkość,
zawrócić i pomóc dryfującym – im wicher życia porwał wanty, złamał ster, spycha w trzciny lub na mieliznę.
I ostatnia refleksja – o wypaleniu. Biwak, wieczór,
łódź przycumowana do drzewa, załoga najedzona i wesoła.
Niektórzy wspominają, co zauważyli, inni opowiadają swoje stare historie. Ten i ów patrzy w rozgwieżdżone niebo,
czegoś szuka. A ogień nie podsycany dogasa. Wieczorny
powiew rozżarza jeszcze węgielki, powoli zamienia wszystko w popiół. Nieraz wypalamy się
i my. I co wtedy? Odpowiedzcie, proszę…
Dr Wojciech Irmiński
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
42
Rubryka harcerska
Czuwaj
Oto ciąg dalszy niezbędnych informacji o strukturze naszego Związku. Ostatnio powiedziałam, ze praca w
ZHR prowadzona jest w grupach wiekowych. Różnice w
ich pracy można scharakteryzować następująco:
Zuchy – to przede wszystkim zabawa! Gromadą zuchów zajmuje się drużynowy i przyboczni. Każda gromada
ma swoją nazwę. Zuchy przestrzegają Prawa Zucha, zdobywają sprawności oraz Gwiazdki (1 gwiazdka – oznacza
zucha wtajemniczonego, 2 gwiazdki – oznaczają zucha
sprawnego, 3 gwiazdki – oznaczają zucha opiekuńczego),
by w końcu złożyć Obietnicę zuchową.
Obietnica Zucha
Obiecuję być dobrym zuchem i zawsze przestrzegać
Prawa Zucha.
Prawo Zucha
1. Zuch kocha Boga i Polskę.
2. Zuch jest dzielny.
3. Zuch mówi prawdę.
4. Zuch pamięta o swoich obowiązkach.
5. Wszystkim jest z zuchem dobrze.
6. Zuch stara się być coraz lepszy.
Harcerki/Harcerze – na tym etapie kończy się ciągła zabawa, zaczynamy się czegoś uczyć, dostajemy zadania, zdobywamy sprawności i stopnie (już trudniejsze niż w zuchach),
by rozwijać naszą wiedzę, zainteresowania i umiejętności
harcerskie. Teraz w swym życiu kierujemy się również zasadami wynikającymi z Prawa i Przyrzeczenia Harcerskiego.
Wędrowniczki / Wędrownicy – są to drużyny dla starszych osób, których służba realizowana jest wewnątrz organizacji, ale również poza nią. Przeprowadzane zadania indywidualne lub zespołowe mają charakter wyczynu. W ten
sposób młody człowiek odnajduje swoje zdolności i zainteresowania. W ramach obozów są organizowane wędrówki,
prowadzące do „szczytu”.
Mam nadzieję, że przybliżyłam Państwu strukturę naszej organizacji.
Czuwaj!
Dh. Paulina Wiszniewska
Z REDAKCYJNEJ POCZTY
----- Wiadomość oryginalna ----Od: Maria Mączyńska
Do: Magazyn Parafialny
Wysłano: 12 kwietnia 2007 16:40
Temat: Magazyn Parafialny
Warszawa, 12.04.2007
Dziś do naszych rąk dotarł Magazyn Parafialny.
Jest niezmiernie interesujący. To wspaniała lektura dla
dzieci, młodzieży i dorosłych. Nie mogliśmy się od niej
oderwać!
Wszystkie rozważania, refleksje, wspomnienia,
informacje są na bardzo wysokim poziomie.
Życzymy całemu Kolegium dalszych sukcesów
w redagowaniu Magazynu.
Pozdrawiamy serdecznie życząc dobrego zdrowia
i wielu łask Bożych.
Maria i Stanisław Mączyńscy
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Druhna Drużynowa
Zielonooka nauczycielka, jej
nauczycielka od matematyki, a jednocześnie druhna drużynowa, pani
Albina, wpadła w serce Aldony niewiadomo jak. Aldona nie lubiła matematyki. Ba, nawet czasami udawała
chorą, i nie szła na lekcje, zostawała
w domu, i było jej okropnie źle, nie,
wcale nie z powodu grzechu kłamstwa, które panoszyło się w jej sercu,
nawet nie z powodu zmartwienia jej
zdrowiem mateńki, czy babuni, ale leżąc w domu, tyle traciła. Tego – niby
z chorobą – dnia, nie widziała swojej
druhny drużynowej.
Mateńka dosyć szybko odkryła,
na co choruje jej kochana córka.
– Znów chorujesz na matematykę
– mówiła zmartwionym głosem. Co
ty wyprawiasz?! Pogłębiasz tylko zaległości, a i spowiadać się musisz, to
przecież kłamstwo.
– Martwię się mateńko, poradź
coś. Kocham panią Albinę, moją drużynową, dlaczego los sprawił, że uczy
ona matmy. Ula najlepiej z całych naszych klas zna się na matmie. Kocha
też panią Albinę, a jej łatwiej pokochać piątkową uczennicę niż mnie,
z tymi moimi dwójami czy, pożal się
Boże, trójkami – żaliła się Aldona.
– Skończ już te wagary – radziła mateńka. – Tracisz dobre stopnie
z przedmiotów, które lubisz. Do szkoły musisz chodzić.
To nie pani Ama, dziewczynki wychowawczyni, to pani Albina, druhna
drużynowa Aldonki przyszła do niej
do domu, weszła na górę do jej pokoju. Aldonka czytała, zakopana po
uszy w pościeli. W pokoju był idealny
porządek, zdobiły go śliczne kwiaty.
Nigdzie nie widać było ani kawałka
podręcznika do matematyki, trygonometrii, żadnych linijek, cyrkli, zeszytów, za to wszędzie królowały książki,
i malarskie albumy.
– Jak z twoim zdrowiem? – zapytała druhna drużynowa, patrząc z serdeczną powagą jasnozielonymi oczami w oczy dziewczynki.
43
Dzieci z Komorowa na szkolnej wycieczce w Karkonoszach. Dziewczynka, której
wychowawczyni Ama Kotońska zaplata warkocz, to autorka gawęd harcerskich
– Dobrze – odpowiedziała.
– Chorujesz tylko na matematykę, czy chorujesz i na nauczycielkę
tego przedmiotu?
– Tylko na matematykę – wyszeptała Aldonka.
– Powstają zaległości, pokaż odkąd je narobiłaś.
– O widzę, że trzeba zacząć od
początku! Jak można nie lubić matematyki, przecież lubisz muzykę. Wstaniesz z tego łóżka, zdejmiesz z półek
wszystko, co dotyczy matematyki.
Ograniczysz to twoje czytanie. Jeśli
naprawdę mnie lubisz, to musimy się
dogadać, ty przede wszystkim z matematyką. Dwa razy w tygodniu chcę
cię widzieć u siebie w domu przy ulicy
Słowackiego, zawsze przygotowaną
do spotkania. Przez miesiąc ciebie nie
pytam z matematyki, a ty postaraj się
poznać ją i choć trochę polubić.
– Umowa stoi! – Stoi! Dobrze.
Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy – Czuwaj! – pożegnała Aldonkę druhna drużynowa.
Dziewczynka jeszcze słyszała, co
powiedziała do mateńki, już wychodząc z ich domu.
– Żadnych pieniędzy, nie ma potrzeby płacić. W harcerstwie jedni pomagają drugim.
Aldona pokochała panią Albinę
całym sercem, ani spodziewając się, że
to miłość na całe życie, choć nadal ani,
ani, nie miała jej do matematyki. Dlatego trójka z tego przedmiotu, ponieważ mimo pomocy drużynowej przykładała się do matematyki zbyt mało,
psuła jej piękną cenzurę, i nie było na
to rady. Żadne naciąganie stopnia nie
wchodziło nigdy w rachubę.
Czuwaj!
Aldona Kraus
Kto kryje się pod numerem 14?
Niestety nie udało nam się ustalić imienia
i nazwiska osoby zajmującej w ogólnym
spisie nr 14. Dlatego prosimy o pomoc
w dotarciu do Pani, którą na załączonej
fotografii obwiedliśmy kółkiem.
Redakcja
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
44
Wychowawcy dzieci i młodzieży
Wielcy Polacy
W
poczet wielkich polskich pisarzy i publicystów śmiało można
zaliczyć – Władysława Bełzę (ur. 17.
XI 1847 w Warszawie, zm. 29. I 1913
we Lwowie). Tymczasem poetę – neoromantyka, piszącego w duchu patriotycznym, nazywanego przez krytyków
literatury piewcą polskości – w pamięci zachowuje już nieliczne grono,
głównie ludzi starszego pokolenia, bo
pedagodzy i nauczyciele nie sięgają
po jego wiersze. Dlaczego? Przecież
jeszcze żyje pokolenie które obowiązkowo (obok Ojcze Nasz i Zdrowaś
Mario), musiało znać choćby jeden
wiersz Bełzy, ten pochodzący z cyklu
„Katechizm polskiego dziecka”:
- Kto ty jesteś?
- Polak mały.
- Jaki znak twój?
- Orzeł biały.
- Gdzie ty mieszkasz?
- Między swemi.
- W jakim kraju?
- W polskiej ziemi.
- Czem ta ziemia?
- Mą Ojczyzną.
- Czem zdobyta?
- Krwią i blizną.
- Czy ją kochasz?
- Kocham szczerze.
- A w co wierzysz?
- W Polskę wierzę.
- Coś ty dla niej?
- Wdzięczne dziecię.
- Coś jej winien?
- Oddać życie.
Na okres lwowskiej ponad czterdziestoletniej pracy literackiej Władysława Bełzy przypada ogromna
liczba publikacji wydanych z myślą o młodym czytelniku: „Zaklęte
dzwony. Legenda z dziejów polskich”
(1876 r.), „Dawni królowie tej ziemi.
Treść dziejów polskich dla dzieci...”
(1887) i wreszcie „Katechizm polskiego dziecka. Wiersze” (1900).
W „Zaklętych dzwonach”, będących
poematem opiewającym przeszłość
narodową, Bełza starał się, jak sam
Okładka 40-stronicowej książeczki, która
kiedyś w każdym domu była traktowana
jak modlitewnik. Wydanie wznowione w
2006 roku
napisał w przedmowie: „zaszczepić
w młodziutkich sercach miłość i cześć
dla tej ziemi, która je wykarmiła,
i ukołysać je wspomnień ojczystych
urokiem”.
W drugiej, wymienionej książeczce poświęcił miejsce władcom Polski
– od Mieszka I do Stanisława Augusta
Poniatowskiego. Słynny „Katechizm”
jest z kolei zbiorem liryków napisanych z myślą o „polskim chłopięciu”
i „polskiej dzieweczce”, zawierającym przejmujące utwory o tematyce
religijno-patriotycznej. W tytułowym
wierszu Bełza oparł się na schemacie
pytań i odpowiedzi często stosowanym w nauce religii i w dialogu, który
prowadzi dorosły człowiek z kilkuletnim chłopcem. Pytania i odpowiedzi
są zestawione w taki sposób, by dać
klarowny wykład zasad patriotyzmu,
które każde polskie dziecko powinno
znać.
Pamiętajmy, patriotyzm nie przychodzi sam, trzeba go w serce naszych
dzieci wszczepić. Można to czynić
w oparciu o świetną literaturę, która
wyszła spod pióra Wielkiego Polaka
– Władysława Bełzy.
Opracowała
Grób Władysława Bełzy, Lwów – Cmentarz Łyczakowski
LP
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
45
Do sławy – gawęda młodej matki
Marzenia do spełnienia
N
iesamowita wydaje się historia małego chłopca Chrisa, który zmarł
na białaczkę w wieku lat 7, trzy dni po
spełnieniu największego ze swoich marzeń – chciał zostać policjantem. Wolontariusze ze Stanów Zjednoczonych
zajechali przed szpital, w którym leżał
Chris i ubrali chłopca w odświętny strój
policjanta. Zawieźli małego dzielnego
pacjenta do gubernatora, który mianował go oficerem policji patrolowej
i wręczył identyfikator oraz przybory
do pracy. To geneza jednej z fundacji,
która działa dzisiaj niemal we wszystkich krajach i spełnia marzenia chorych
dzieci. Bo choroba dziecka wydaje się
niezwykle niesprawiedliwa – mały człowiek, na starcie drogi życiowej cierpi
czasami w sposób niewyobrażalny, a
znosi to wielokrotnie lepiej niż nieje-
den dorosły. Wraz z dzieckiem cierpi
jego otoczenie, ale tak naprawdę cierpi
cały świat. To dobrze, że ludzie skupieni
w organizacjach działają charytatywnie
przynosząc ulgę w cierpieniu.
A spełniane marzenia są czasami
tak proste, dzieci mówią:
Chciałbym mieć komputer.
Chciałabym zobaczyć morze.
Chciałabym spotkać słynnego aktora...
Jeden z prezesów organizacji powiedział, że im więcej marzeń spełnia, tym bardziej chce pomagać. Że
spełnienie marzenia daje dziecku i
jego rodzinie nadzieję, siły do walki
i radość chwili. Pozwala na moment
zapomnieć o strasznej tragedii, która
ich dotknęła. Nagrodą za to wszystko
jest uśmiech dziecka.
Nie ofiarujemy dziecku raju, ale
spróbujmy ofiarować mu chociaż cząstkę nieba tu, na ziemi. „Trzeba tylko wierzyć i marzyć, bo wszystko,
co dobre może się zdarzyć”.
[K. Polak – „Bajki polskie”]
Agata Tomaszewska-Antoniewicz
Patriotyzm, ważny cel wychowania
Kto ty jesteś ...
Niedawno obchodziliśmy rocznicę
uchwalenia Konstytucji 3 Maja – jedno z największych naszych świąt narodowych. Ale czy rzeczywiście? Ilu z
nas tak naprawdę wie, co wydarzyło
się 3 maja 1791 roku, jak i dlaczego
doszło do uchwalenia Konstytucji?
* * *
przecież to był tak ważny dzień,
wydarzenie bez precedensu w
ówczesnej Europie. Czy mówimy
dzieciom o tych wydarzeniach historycznych, tak znaczących dla naszej
Ojczyzny? Może ktoś powie: dzieci są
jeszcze za małe, gdy będą starsze, to się
dowiedzą. Nieprawda, jeżeli w przystępny dla dziecka sposób pokażemy
naszą historię, to osiągniemy oczekiwany skutek, czyli zainteresowanie
dziejami naszej Ojczyzny. Początki są
trudne, wiem z doświadczenia, ale naprawdę warto. Chronimy dzieci przed
tym, co ważne, a pozwalamy na oglą-
A
danie tego, co rzeczywiście wzbudza u
dziecka strach i trwogę. Dzieci potra-
fią wiele zrozumieć, jeżeli my – dorośli
przedstawimy im to w odpowiedni spo-
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
46
sób. Niedawno byłam z sześciolatkami
w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Niektórzy uważają, że miejsce to nie
jest dla małych dzieci, że to, co tam
pokazane, może spowodować szok u
przedszkolaka. Jednak ten, kto miał
możliwość uczestniczenia w przygotowanych przez Muzeum lekcjach wystawienniczych wie, że jest inaczej. Na
stronie internetowej tej wspaniałej placówki możemy przeczytać: „Sala Małego Powstańca jest miejscem, w którym
pod opieką instruktorów nasi najmłodsi
goście mogą stawiać swe pierwsze kroki
w poznawaniu historii. Zajęcia prowadzone są w przyjaznej dziecku atmosferze i otoczeniu, wśród zabawek, gier,
łamigłówek nawiązujących do wydarzeń
sprzed 60 lat oraz stylizowanych lub reprodukowanych przedmiotów z tamtego okresu.” Organizatorzy tych lekcji
wkładają wiele wysiłku, aby przedstawić dzieciom historię Powstania w
bardzo przystępny sposób. Lekcje są
doskonale przygotowane pod względem dydaktycznym, merytorycznym, z
zastosowaniem różnych metod. Osoby
prowadzące są bardzo miłe i serdeczne, potrafią wspaniale prowadzić dialog z dziećmi i podkreślać w rozmowie
rzeczy ważne. Pod koniec lekcji muzealnej każde dziecko otrzymuje dużego
misia. Ten miś towarzyszy dzieciom
w poznawaniu Muzeum dodając otuchy, gdyż panuje tam półmrok – dzieci
mogą się do niego przytulić podczas
szukania bijącego serca Muzeum.
Do odwiedzenia tego miejsca przygotowywaliśmy się przez kilka miesięcy.
We wrześniu podczas zwiedzania Warszawy byliśmy przy Pomniku Powstania Warszawskiego i modliliśmy się za
tych, którzy walczyli o wolność naszej
stolicy. Dużo rozmawialiśmy o tym wydarzeniu, ponieważ zainteresowanie
dzieci było bardzo duże. Piątego listopada uczciliśmy w Komorowie pamięć
osób, ofiar Powstania. Przedszkolaki
uczestniczące w „Requiem dla Zapomnianych” wiedziały, że tym ludziom
należy się szacunek i cześć, ponieważ
to m. in. dzięki nim możemy żyć w wolnej Polsce. Jestem bardzo wdzięczna
Pani Lidii Kulczyńskiej-Pilich za włączenie sześciolatków w to misterium
– wiele to dla nich znaczyło. Było to
jakby bezpośrednie przygotowanie do
wizyty w Muzeum Powstania Warszawskiego. Myślę, że to miejsce powinien
odwiedzić każdy Polak. Nie mówmy,
że dzieci trzeba chronić przed opowiadaniem o tragicznych wydarzeniach
z historii naszej Ojczyzny, o krzyżu,
o śmierci. Czy choć raz pokazaliśmy
swoim dzieciom miejsca pamięci narodowej w Warszawie, Komorowie,
Pruszkowie, Pęcicach lub innych okolicznych miejscowościach? Jeżeli nie,
to chyba powinniśmy się zawstydzić.
Józef Piłsudski powiedział: Naród, który traci pamięć, przestaje być narodem,
a Zbigniew Herbert ujął to trochę inaczej: Naród, który traci pamięć, traci
sumienie. Czy chcemy zatracić własną
tożsamość? Czy nie zależy nam na tym,
aby dzieci nasze znały swoje korzenie?
Chcemy, by dziecko miało do nas szacunek, a czy widzi ono nasz szacunek
do osób starszych, rodziców, sąsiadów
czy do małego dziecka. Wymagamy od
dziecka szanowania rzeczy, a czy szanujemy to, co jest dobrem narodowym,
czy szanujemy symbole religijne? Czy
dziecko będzie dumne z tego, że jest
Polakiem, jeżeli nie zna dziejów swojego narodu, czy postawi krzyż na naszym
grobie, jeżeli będzie się tego krzyża
bało, bo nikt mu nie wytłumaczył, jakie
ma on znaczenie dla nas – ludzi wierzących? Krzyż jest przecież znakiem miłości Boga do człowieka, a nie czymś,
co powinno budzić w nas strach.
s. M. Weronika Bartkowiak
(Patrz reportaż. Wewnętrzna
strona okładki)
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
47
Bajka dla najmłodszych
O smutnym sklepikarzu
– Maciek, widzisz tego drewnianego
dzięciołka, tam z tyłu? – rozmarzonym głosem zapytał chłopiec w niebieskiej kurtce.
– Tego zielonego? – jego młodszy brat
zbliżył się do witryny sklepowej.
– Nie, tam z tyłu jest drugi, większy.
– A, już widzę! – chłopiec dotknął palcem szyby. I natychmiast opuścił rękę. Ten
drobny ruch nie umknął uwadze właściciela
sklepu, który teraz patrzył groźnie na chłopca, jednocześnie zdążając w kierunku drzwi.
– Szybko, uciekamy! – chłopiec w niebieskiej kurtce złapał brata za rękę i pobiegli w dół ulicy. Gdy sklepikarz wyszedł na
próg, oni byli już daleko.
Skręcili za róg i zwolnili kroku. Uliczka
była wąska, a małe domki stały ciasno po
obydwu stronach. Idąc nią do końca dochodziło się do rzeki, w której chłopcy kąpali
się w lecie. Ale do lata trzeba było jeszcze
trochę poczekać, chociaż słońce zaczęło już
grzać całkiem mocno.
Ich dom stał w połowie drogi nad rzekę. W środku pachniało ciepłym obiadem.
Chłopcy szybko zdjęli buty i pobiegli do
kuchni. Tata właśnie nakrywał do stołu,
a mama nakładała jedzenie.
– A co wy tacy zziajani jesteście? Ktoś
was gonił? – spytała mama widząc wypieki
na twarzach dzieci.
– Maciek dotknął palcem szyby w sklepie Smutnego.
– Tato, ale jakie on miał oczy! Jak bazyliszek! A ja tylko tak mało dotknąłem...
Cała rodzina zasiadła do stołu. Gorąca
zupa miło rozgrzewała brzuchy.
– Ale dlaczego właściwie on jest taki zły,
przecież sprzedaje zabawki – powiedział
starszy z chłopców.
– Jedz Przemku, bo ci wystygnie – upomniała go mama.
– No właśnie, dlaczego jest taki zły...
– zamyślił się tata. – To dłuższa historia.
Opowiem wam po obiedzie.
Chłopcom nie trzeba było dwa razy
powtarzać. Zjedli w rekordowym tempie,
nawet pomogli mamie zbierać talerze, żeby
jak najszybciej usłyszeć opowieść taty.
– Jak myślicie, ile lat ma Smutny? – zaczął tata.
– Chyba z 50. – Przemek ocenił wiek
sklepikarza.
– Nawet nie wiesz, jak się mylisz, synku.
Smutny ma tyle lat, co ja.
– To pewnie twarz mu się wykrzywiła,
bo ciągle się złości na dzieci – podsunął
Maciek.
– Bardzo możliwe – uśmiechnął się
tata. – Pewnie nawet nie wyobrażacie sobie, że Smutny był kiedyś małym chłopcem,
takim małym, jak wy teraz.
Przemek i Maciek popatrzyli z niedowierzaniem na tatę.
– Był małym chłopcem i nawet chodził
ze mną do jednej klasy.
– To kto wtedy prowadził sklep? – zainteresował się Maciek.
– Sklep prowadził jego tata. Też sprzedawał zabawki. Mieszkali we dwóch w małym mieszkaniu nad sklepem. Smutny zawsze pierwszy wychodził po lekcjach ze
szkoły. Tak się spieszył, że prawie biegł.
Nigdy nie zostawał z nami grać w piłkę, nie
chodził nad rzekę. Pakował swoje książki
i szedł do ojca do sklepu.
– Pewnie miał dużo zabawek, skoro jego
tata miał sklep. I musiał wychodzić szybko
ze szkoły, żeby zdążyć się nimi bawić, zanim
dostanie nowe – powiedział Przemek.
– My na początku też tak myśleliśmy.
Że w domu ma lepszą piłkę i prawdziwy
miecz i hełm, a nie patyki i dziurawe garnki, którymi my bawiliśmy się w rycerzy. Ale
wcale tak nie było. Smutny nie bawił się po
szkole. Całymi dniami siedział w sklepie.
Ojciec Smutnego był stary i chory. Trzymał
syna krótko. Zawsze powtarzał mu, że to
on kiedyś będzie prowadził sklep.
I od najmłodszych lat uczył syna zawodu. Smutny zamiatał, układał zabawki
na półkach, potem zaczął nawet sam prowadzić księgi i zamawiać towar. Ojciec
powtarzał mu, że musi być prawdziwym
mężczyzną, który będzie w stanie utrzymać
rodzinę. No i Smutny nigdy nie miał nawet
miecza z patyka ani hełmu ze starego garnka. Codziennie patrzył, jak rodzice kupują
swoim dzieciom zabawki, podczas gdy on
od ojca nie dostawał nic.
– To jak mieć czekoladowe cukierki
i nie móc rozwinąć ich z papierków. – Przemek współczuł sklepikarzowi.
– Gdy Smutny miał 16 lat, umarł jego
ojciec i teraz on zaczął prowadzić sklep.
Ale już wtedy nie lubił dzieci. Zazdrościł
im, że mogą się bawić, podczas gdy on nigdy tej możliwości nie miał. Nie lubił, gdy
jakieś dziecko dotykało zabawek w sklepie
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
48
albo gdy cieszyło się z zabawki, którą przed
chwilą dostało. Najlepiej, gdy przychodzili
sami rodzice.
– Do tej pory tak jest. Przecież, gdy ty
kupujesz nam zabawki, to też wchodzisz
sam do sklepu, a my czekamy na zewnątrz.
– zauważył Maciek.
– Tak, my tylko możemy sobie wcześniej wybrać przez szybę, co chcemy. I to
najlepiej tak, żeby Smutny nas nie widział.
– dodał Przemek.
– Tato, a dlaczego w takim razie ten
sklep nie upadł? – zapytał Maciek.
– Może dlatego, że nasze miasteczko
jest małe i to jedyny sklep z zabawkami.
Poza tym ludzie chyba przyzwyczaili się, że
jest tak, jak jest.
– To źle – powiedział buntowniczo
Przemek. – Trzeba coś wymyślić.
Wieczorem mama położyła chłopców
do łóżek i zgasiła światło. Przemek nasłuchiwał, jak schodzi po schodach, gotuje wodę
na herbatę i siada na kanapie. Gdy usłyszał,
że rodzice rozmawiają, wstał i podszedł do
łóżka brata.
– Maciek, śpisz?
– Nie, myślę o tym sklepikarzu – Maciek odwrócił się od ściany.
– Ja chyba mam pomysł...
– Jaki?
– Trzeba mu dać jakąś zabawkę – powiedział z przejęciem Przemek.
– Ale on jest przecież dorosły...
– No i co z tego. Przecież nigdy nie dostał zabawki i zazdrości dzieciom, które je
dostają. To tak, jakby był małym chłopcem
– Przemek wyjaśnił bratu.
– To co mu damy?
– Właśnie nie wiem... To musiałaby być
taka zabawka, z której cieszyłby się jako
dorosły i jako dziecko, taka jakby... uniwersalna... Może masz jakiś pomysł?
Maciek zamyślił się na chwilę.
– Pamiętasz, jak dwa lata temu dostaliśmy na Gwiazdkę kolejkę na baterie z torami? Jak tata, wujek Marek i wujek Tomek
się nią wieczorem bawili?
– Pamiętam, aż mama się z nich śmiała.
A gdzie jest teraz ta kolejka?
– Na strychu. Jutro ją odkopiemy – powiedział sennym głosem Maciek. – Dobranoc.
– Dobranoc.
Przemek po cichu wrócił do łóżka, ale
nie mógł zasnąć. Był zbyt podekscytowany
pomysłem, a potem zaczął obawiać się, czy
przypadkiem mama nie wyrzuciła starej kolejki. Przypomniał sobie, że pod dywanem
ma schowany kawałek papieru w samoloty do pakowania prezentów. Trzymał go
na specjalną okazję i taka okazja właśnie
się nadarzała. Wreszcie zasnął pogrążony
w myślach o jutrzejszym dniu.
Rano Maciek obudził się pierwszy. Od
razu zerwał się z łóżka i podbiegł do brata.
– Wstawaj, idziemy na strych po kolejkę – potrząsnął ramieniem Przemka, który
ziewnął szeroko i przetarł rękami oczy.
W piżamach pobiegli na strych. Na
szczęście kolejka nie została wyrzucona, okazało się, że ciągle działa. Chłopcy znaleźli do
niej nowe baterie, wytarli wszystkie wagoniki
i tory szmatką. Wyglądała prawie jak nowa.
Przemek wydobył spod dywanu papier w samoloty i obaj bracia poszli do mamy, by zapakowała ładnie kolejkę. Mama na początku
była zdziwiona, ale Maciek szybko wyjaśnił
jej, dla kogo to ma być prezent. Pomysł bardzo jej się spodobał, dorzuciła nawet torebkę
ciastek owsianych domowej roboty.
– Jeśli się pospieszymy, to zdążymy zostawić mu kolejkę jeszcze przed otwarciem.
– zasugerował Przemek. Sklep był otwierany o 10., a Smutny był bardzo punktualny.
Do otwarcia zostało tylko 10 minut.
Chłopcy zabrali paczkę i wybiegli z domu.
Po pięciu minutach byli przed sklepem.
– Jeszcze go nie ma, zamknięte. Połóż
prezent.
Maciek położył pakunek na progu sklepu, po czym obaj bracia schowali się za rogiem. Mieli stąd dobry widok.
Smutny przyszedł punktualnie. Zdziwił
się, widząc paczkę leżącą pod drzwiami.
Spojrzał w prawo, w lewo, ale nie dostrzegł
na ulicy nikogo. Podniósł prezent i obejrzał
go dokładnie. Otworzył drzwi i wszedł do
sklepu. Trzymając paczkę pod pachą, wolną
ręką podniósł rolety i przekręcił tabliczkę z
napisem „Otwarte”.
Po kilku minutach Przemek i Maciek
odważyli się wyjść z kryjówki. Ostrożnie podeszli do okna sklepowego. Pośrodku sklepu, na podłodze, siedział Smutny. Wycierał
chusteczką oczy, ale jednocześnie śmiał się.
Przed nim leżały rozłożone tory, po których
jeździła kolejka, wesoło kołysząc się i ciągnąc za sobą trzy niebieskie wagony osobowe i dwa towarowe z węglem.
Do okna sklepowego podeszło jeszcze
kilku kolegów Maćka i Przemka. Wszyscy
ze zdziwieniem przyglądali się człowiekowi
siedzącemu na podłodze. Nagle Smutny
odwrócił się w kierunku okna. Ale już nie
wydawał się groźny jak dawniej. Ruchem
ręki zaprosił dzieci do środka.
Specjalnie dla dzieci
z Komorowa
napisała i rysunkami opatrzyła
Katarzyna Nowosielska
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
49
Sami o sobie
Wolny głos młodzieży Komorowa
JAN PAWEŁ II żyje w naszych sercach
„Kościół potrzebuje świadectwa waszej nadziei i waszej żarliwości, aby lepiej pełnić swoje posłannictwo. (...) Wnoście tam
cierpliwie siłę waszej młodości i talenty, które otrzymaliście”.
Jan Paweł II do młodzieży, Holandia 15 maja 1985 r.
Kościół tworzą księża, zakonnicy i zakonnice, ale również my – “zwykli” ludzie, członkowie wspólnoty chrześcijańskiej zorganizowanej w parafiach. Zadaniem Kościoła
jest dostarczanie światła wiary i Słowa Bożego do różnych
środowisk społecznych i zawodowych w różnych miejscach naszej ziemi. Niezależnie od szerokości geograficznej, chrześcijanie mają możliwość uczestniczenia we mszy
świętej, która jest mistycznym spotkaniem z Chrystusem.
Jako praktykujący katolik mam świadomość odpowiedzialności za głoszenie Ewangelii w szkole i w mojej
rodzinie. Czynię to poprzez wybór odpowiednich postaw
moralnych oraz kształtowanie mojego zachowania na co
dzień tak, aby stanowiło ono wypełnienie zasad Dekalogu.
Swoją ambitną pracą, wykonywaniem zadań i realizacją
szlachetnych celów, swoją postawą wobec kolegów i koleżanek, szacunkiem dla rodziców, rodzeństwa i nauczycieli
staram się zasłużyć na godne miano chrześcijanina.
Uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej pozwala mi
czerpać niezgłębioną wiedzę z nauki Chrystusa, która jest
dla mnie drogowskazem w chwilach słabości i zwątpienia.
Dzięki modlitwie uzyskuję cenne wsparcie dla moich celów
i marzeń.
Nasz kościół parafialny pod wezwaniem Najświętszej
Maryi Panny jest niewielki, ale za to pięknie położony
i malowniczo wkomponowany w zaciszną atmosferę sta-
O Duchu Świętym
Duch święty rozlany w nas czyni to, co
woda: obmywa, ochładza, odnawia, nawadnia. Oczyszcza nas z brudu i uśmierza
płomienie naszej pożądliwości; odnawia nas
pokarmem Boskiego Słowa oraz Sakramentem
ołtarza; wlewa w nas duchowe pocieszenie.
(św. Albert Wielki)
Kiedy słowo Boże przenika łaską pobożności duszę, natychmiast roztapia się lód serca, płyną święte uczucia, Duch Święty zlewa
na was obfitość słodkiego pocieszenia, a dusza
wylewa swoją radość łzami oczu.
(św. Albert Wielki)
Duch Święty tym potężniej zaznaczy swoje działanie w
dziejach świata, im częściej, goręcej i bardziej publicznie
będzie wzywany.
(bł. Arnold Janssen)
rej części Komorowa. Podczas mszy świętej nie tak trudno
znaleźć sposób na skupienie oraz modlitewną kontemplację w miejscu, nad którym także czuwa i przemawia ciepłem rozpostartych rąk Jan Paweł II.
Jako uczeń Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia
im. F. Chopina w Warszawie i miłośnik muzyki barokowej
marzę, aby któregoś dnia w naszej świątyni usłyszeć pieśni
chóralne lub muzykę organową wielkich mistrzów. Byłoby
to dopełnieniem duchowych przeżyć i symboli piękna, których nie brakuje w tym miejscu.
Piotr Podwysocki: „Jako praktykujący katolik mam świadomość
odpowiedzialności za głoszenie Ewangelii w szkole i w mojej rodzinie”
Piotr Podwysocki
kl. II a gimnazjum
Duch Święty ostrzega, oświeca, porusza: ostrzega pamięć, oświeca rozum,
porusza wolę. A właśnie na tych trzech
władzach zasadza się cała dusza nasza.
(bł. Arnold Janssen)
Różne są łaski Ducha Świętego, ale jeden jest
Duch, który ich udziela.
Duch Święty – w sercach naszych – jest orędownikiem
naszym u Ojca; w sercu Ojca jest naszym Panem.
(św. Bernard)
Trzeba usilnie błagać Ducha Świętego, aby
wszystkim kierował (św. Edyta Stein)
Jesteście bowiem kamieniami świątyni Ojca, przygotowani
na budowę, jaką sam wznosi. Dźwiga was do góry machina Jezusa Chrystusa, którą jest Krzyż, a Duch Święty służy
wam za linę.
(św. Ignacy Antiocheński)
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
50
Nastolatki i Dekalog
Bóg nie lubi „ciuciubabki”
Bez tytułu
Widziałem ją,
co nad brzegiem morza stała
Widziałem ją,
co na zielonej łące siedziała
Widziałem ją,
co na białe chmury patrzyła
Widziałem ją
Jak o szczęściu marzyła
Widziałem ją, widziałem miłość
Ale dlaczego Ty jej nie zauważyłaś?
Wojciech Sztyk
Rys. Paulina Miracka
– Oczywiście! Przecież nie wierzę
w boga słońca, wody, ani nic w tym
stylu. Nie modlę się do żadnych posążków...
Tak odpowiedzieć mógłby którykolwiek z zapytanych ludzi. Czy odpowiedziałby źle? Nie. Miałby rację. Czy jednak dobrze rozumiemy, co tak naprawdę kryje się za słowami: „Nie będziesz
miał bogów cudzych przede Mną”?
Uważam, że I przykazanie, przynajmniej w moim otoczeniu, jest najmniej zauważane. W życiu codziennym
nastolatka, jak i dorosłego, znajdziemy
miejsce na pracę, rozrywkę i Boga.
Jakkolwiek często ta – dla przykładu
– rozrywka, zajmuje nam więcej czasu niż sam Bóg. Nie jest czymś złym
oglądać telewizję, grać na komputerze, czy w jakiś inny sposób „rozrywać
się”. Granice przekraczamy wtedy, gdy
przyziemne czynności stawiamy wyżej
niż modlitwę, Kościół.
Naszym bożkiem może stać się
cokolwiek. Zwłaszcza w czasie dorastania, gdy gubimy się, odchodzimy
od Boga, znajdujemy sobie coś, co
jest dla nas ważniejsze, co zapełni naszą pustkę.
Chrześcijanin prowadzony przez Ducha Świętego nie trudzi się, zostawiając
dobra tego świata, aby biec za dobrami
nieba. Umie docenić różnicę.
(św. Jan Maria Yianney)
Duch Święty jest przewodnikiem duszy; bez
Niego nic nie można.
Dusza z Duchem Świętym, jest jak winogrono, z którego wydobywa się smakowity
likwor, kiedy się je ciśnie.
Bez Ducha Świętego dusza jest jak kamień,
z którego nic nie można wycisnąć.
Dusza, która ma Ducha Świętego, rozsmakowuje się w modlitwie tak, że czas na nią wydaje się jej zawsze zbyt krótki
– nigdy nie traci świętej obecności Boga.
Wraz z Duchem Świętym wszystko widzimy duże: widzimy
wielkość najmniejszych czynów spełnionych dla Boga oraz
wielkość najmniejszych błędów.
Kiedy w niedzielę rano mówisz:
„Nie, dziś nie idę do kościoła, pójdę za tydzień, no bo w końcu dziś są
rozgrywki ligi mistrzów” – wybierasz
swego bożka.
Ostatnio były święta Wielkanocy. W Wielki Czwartek jeździłam na
rolkach z innymi. Gdy pytałam znajomych, czy idą na mszę, jedni mówili,
że im się nie chce, a inni, że tylko na
chwilę, bo to nie jest obowiązek. Ja
wtedy również nie poszłam. Wiedziałam, że msza będzie trwała długo. Nie
chcąc mieć poczucia winy, próbowałam usprawiedliwić się tym, że jestem
jeszcze „za mała”
Z własnego doświadczenia, chciałabym ostrzec i zwrócić uwagę na
to, by nie próbować wmawiać sobie
czegoś tylko po to, by nie czuć się
winnym, choć jest to czasem o wiele
prostsze i wygodniejsze.
To, czy Bóg będzie dla nas na
pierwszym miejscu, zależy tylko od
nas samych. Dlatego też starajmy się,
by żadna rzecz ani czynność nie wchodziła w rolę „zastępcy” Boga.
Magda Walkiewicz,
kl. I a gimn.
Wtedy kiedy przychodzą nam dobre
myśli, nawiedza nas Duch Święty,
(św. Jan Maria Yianney)
Na tym polega działanie Ducha Świętego w duszy przemienionej w miłości, że
jej akty, które wzbudza wewnętrznie, rozpłomieniają ją i są żagwiami miłości.
(św. Jan od Krzyża)
Kto orze, ten odrzuca skiby ziemi; podobnie Duch
Święty odrzuca grunt naszej przewrotnej i zmysłowej
woli.
(św. Katarzyna ze Sieny)
A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość
Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. (Rz 5,5)
Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie
należycie do samych siebie? (l Kor 6,19}
... wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. (Rz 8,14)
(św. Paweł)
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
51
Chodzę do pierwszej klasy komorowskiego liceum. Na 33 osoby jedna uczennica zadeklarowała się jako
niewierząca i zrezygnowała z uczęszczania na lekcje religii. Tymczasem,
podczas dyskusji na lekcji języka polskiego okazało się, że większość klasy
popiera aborcję i eutanazję. Co więcej,
niektórzy są nawet zwolennikami małżeństw homoseksualnych. Świadczy
to o ogromnym wpływie mediów na
umysły młodych ludzi. Przez brak ściśle określonego światopoglądu, jest to
najbardziej podatna na manipulacje
grupa wiekowa. Duża część młodzieży, zgodnie z wolą rodziców, uczestniczy w niedzielnych mszach świętych,
kwestionując jednocześnie głoszoną
tam naukę. Efektem tego jest dziwaczny twór – ani katolik, ani ateista, który
niby w Boga wierzy, ale uważa się za
mądrzejszego od Niego.
Niezdecydowanie i wahanie się
między sprzecznymi ze sobą warto-
Rys. Joanna Walkowiak
O dylemacie doktora Jekylla
ściami nikomu nie wychodzi na dobre,
a już na pewno nie ma na nie miejsca
w życiu chrześcijanina. Wierzyć powinniśmy całym sercem. W myśl słów
Pisma Świętego, mamy być zimni albo
gorący, gdyż dla letnich nie ma miejsca w Królestwie Niebieskim.
Postawa współczesnej młodzieży
(a nierzadko spotykam się z nią również
u ludzi dorosłych) przywodzi mi na myśl
Stevensonowskiego „Dra Jekylla i Pana
Hyda”. Z jednej strony przedstawiony w
niej został człowiek uczciwy i prawy, pełen cnót i godzien naśladowania, z drugiej nieokrzesany potwór zasługujący
na potępienie. W życiu katolika nie ma
miejsca na łączenie postaw niezgodnych
ze sobą nawzajem. Oczywiście wszyscy
upadamy i popełniamy błędy. W naturę ludzką wpisana jest niedoskonałość.
Jednak przyjmowanie określonych zasad
wiary musi być wyborem świadomym
i przemyślanym. Decydując się na wyznawanie wiary katolickiej, mamy obowiązek ponieść konsekwencje tego wyboru.
Bezmyślne przyjmowanie poglądów
niezgodnych z naszą wiarą
powoduje jedynie duchowe
i życiowe błądzenie.
Joanna Walkowiak
kl. I a LO
Historyczny kącik kolegi Melchiora
Katolicka Królowa
Melchior Jakubowski jest już znany czytelnikom MP.
W poprzednim numerze zadebiutował jako autor „Doznań” oraz tekstu „Młodzi, zdolni, ciekawi...”. Zaprosiliśmy go do stałej współpracy i tak powstał pomysł na
rubrykę, w ramach której Melek będzie się dzielił z czytelnikami swoją historyczną wiedzą i pasją.
* * *
Niewiele kobiet odgrywało decydującą rolę w dziejach
Europy. Także w Hiszpanii. Jednakże to właśnie tam najwybitniejszym władcą w historii była kobieta. W dodatku
władcą, który po 500 latach wciąż budzi emocje. Izabela
Katolicka bywa określana jako święta, a także jako okrutna
manipulantka, która religię traktowała instrumentalnie.
Izabela (1451–1504) była córką króla Kastylii, największego z państw istniejących wówczas na Półwyspie Iberyjskim. Kastylia zajmowała część centralną, na wschodzie
istniała Aragonia, na zachodzie – Portugalia, na południu
– Emirat Grenady (ostatnie państwo islamskie w zachodniej Europie), a na północy niewielka Nawarra.
W 1469 roku Izabela poślubiła Ferdynanda, dziedzica
tronu Aragonii. Po licznych zawirowaniach wokół następ-
stwa tronu w 1474 objęła władzę w Kastylii. Pięć lat później
Ferdynand został królem Aragonii. Hiszpania została zjednoczona pod władzą jednego małżeństwa, w którym „tyle samo
znaczyła Izabela, co Ferdynand”– rzecz w tamtych czasach
MAGAZYN
MAGAZYN PARAFIALNY
PARAFIALNY 33 (73)/2007
(73)/2007
52
52
niezwykła. Wielu zresztą uważa, że Izabela znaczyła więcej.
W Kastylii Ferdynand był jedynie księciem małżonkiem.
Pod rządami Izabeli Kastylia szybko się rozwijała. Ukrócono samowolę możnych, wzmocniono sądy, władzy królewskiej podporządkowano wszystkie urzędy państwowe, ale
i kościelne. Izabela była głęboko religijna, występowała przeciw nadużyciom i niewolnictwu, ale najbardziej zasłynęła jako
twórczyni Inkwizycji (co skutecznie blokuje jej proces beatyfikacyjny). O znaczeniu Królowej świadczy również nazwanie
hiszpańskiej odmiany późnego gotyku stylem „izabelińskim”.
Rok 1492 był przełomowy i słusznie uznaje się go za
granicę średniowiecza i nowożytności. W tym roku Hiszpanie zdobyli Grenadę, kończąc ponad 700-letni okres władzy
arabskiej na Półwyspie Iberyjskim. Wtedy też Izabela przychyliła się do próśb Kolumba i wysłała go do Indii. Skończyło się to odkryciem Ameryki, źródła przyszłych bogactw
Hiszpanii. Wkrótce potem ustalono „hiszpańsko-portugalską linię podziału świata”, wyznaczającą strefy zamorskich
podbojów. Również w 1492 Izabela i Ferdynand wydali dekret, nakazujący wszystkim Żydom chrzest albo wygnanie;
później podobny los spotkał muzułmanów. Małżonkowie,
nazwani przez papieża „Królami Katolickimi”, osiągnęli
cel: jedność wyznaniową Hiszpanii, którą jednak opuściło
wielu wybitnych mieszkańców, zaś krajem wstrząsały kolejne powstania nawróconych pod przymusem. Wypędzeni
Żydzi często osiedlali się w gościnnej Polsce.
Los nie sprzyjał Izabeli jedynie w życiu rodzinnym. Jedyny syn i najstarsza z czterech córek wcześnie zmarli. Córka Katarzyna, zasłynęła jako jedna z żon Henryka VIII,
który utworzył anglikanizm właśnie przez brak papieskiej
zgody na rozwód z nią. Izabela zmarła w 1504 r. Jej następczynią została córka, Joanna Obłąkana, odsunięta od
władzy przez własnego ojca z powodu choroby psychicznej.
Ferdynand zmarł dwanaście lat po Izabeli, zdążywszy jeszcze przyłączyć do swojego królestwa Nawarrę. Ostatecznie,
poprzez małżeństwo Joanny z Filipem Pięknym, korona
hiszpańska przypadła Habsburgom. Władzę objął syn Joanny i Filipa, Karol V, który sięgnął po koronę cesarską.
Małżeństwo Izabeli i Ferdynanda zjednoczyło dwa
państwa, a ich mądra i odważna polityka dała Hiszpanii
podstawy do uzyskania statusu światowego mocarstwa,
obejmującego m.in. południowe Włochy, Holandię i olbrzymie połacie Ameryki. Izabela była kobietą niezwykłą,
wybitną władczynią, dalekowzroczną i zdecydowaną. Pozostaje pytanie: jakim była człowiekiem?
Melchior Jakubowski
Z dziennikarskiego warsztatu
Działał z pasją
Dobre artykuły nie powstaną bez
ogromnego zaangażowania dziennikarza, bez jego talentu, ciekawości
świata i pasji, z jaką tworzy swoje
dzieło. Z tak wielką dziennikarską fascynacją spotykamy się czytając dzieła Ryszarda Kapuścińskiego, legendy
polskiego i światowego reportażu, podróżnika, fotografa i poety.
Z zamiłowaniem opisywał on swoje podróże po najdalszych zakątkach
świata. Przez wiele lat samotnie przemierzał kontynenty, docierając tam,
gdzie często nie postała noga białego
człowieka. Tak pisał o tej manii poznawania: „Tak naprawdę nie wiemy, co
ciągnie człowieka w świat. Ciekawość?
Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego
dziwienia się? (...) W człowieku, który
uważa, że wszystko już było i nic nie
może go zadziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia”.
Opisując wielkie wydarzenia polityczne konfrontował je z codziennym
ciężkim życiem zwyczajnych ludzi,
którzy albo znaleźli się w wirze wydarzeń, albo byli ich ofiarami. Dzięki ogromnej empatii, wszędzie, gdzie
pojawił się, zyskiwał przychylność
tubylców. Ludzie otwierali się przed
nim, ponieważ był skromnym człowiekiem, a swoich rozmówców traktował
z szacunkiem.
Kapuściński często ryzykował życiem i zdrowiem. Był świadkiem wielu
rewolucji i zamachów. Sam kilkakrotnie uniknął rozstrzelania. Mimo, że
przeszedł ciężkie choroby tropikalne,
nie powstrzymało go to od dalszej realizacji marzeń. Chciał i całą duszą
musiał być tam, gdzie działo się coś
ważnego. Sam przyznawał, że niejednokrotnie mógł z tych podróży nie
wrócić, ale wracał i po pewnym czasie
znowu ciągnęło go w daleki świat.
Zrezygnował z wygód na rzecz
fascynacji. Nie były mu potrzebne ani
drogie hotele, ani nawet komputer.
Twierdził, że „prawdziwy reporter nie
mieszka w Hiltonie, ale śpi tam, gdzie
śpią bohaterowie jego opowieści, je
i pije to samo, co oni. Tylko w ten sposób powstanie uczciwy tekst”. Przemierzał więc kontynenty z aparatem
fotograficznym i notatnikiem w ręku.
Zamiast bagażu „brał” ze sobą coś
o wiele cenniejszego: wiedzę o danym
kraju i jego mieszkańcach.
Ryszard Kapuściński pisał z nadzieją, że pomoże obudzić świadomość
w czytelnikach żyjących na innych kontynentach i w innych, dużo lepszych
warunkach. Pragnął namówić świat do
pokoju i współistnienia różnych kultur.
Przypomniał, że istnieje nie tylko cywilizacja zachodnia, ale obok nas rozwijają się inne kultury, religie, rasy.
Pozostawił spuściznę, z której
z pewnością korzystać będą kolejne
pokolenia.
Anna Paczkowska
kl. III c gimnazjum
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
53
Proszę o gościnę
Czy wiedziałaby o nas i naszym „Magazynie”? Oczywiście,
że nie, gdyby nie pani Teresa Kawińska autorka okładki
do pierwszego w tym roku numeru „MP”. Wpadł jej w ręce
no i pozazdrościła nam szansy wychodzenia do innych
z własną twórczością. Dlatego za pośrednictwem swojej
cioci poprosiła o gościnę na naszych łamach. Kto prosi
– zawsze otrzymuje, czy nie tak? Dlatego ścieśniliśmy się
i wygospodarowaliśmy miejsce dla niecodziennego gościa,
naszej koleżanki – Izabeli Kieszek*), która podobnie jak
my, jest uczennicą Gimnazjum, tyle, że Nr 2 w Sadkowicach. Jest to oddalona o 20 km od Rawy Mazowieckiej wieś
gminna. Liczy 6040 mieszkańców.
Wojciech Sztyk
Lider zespołu
działu młodzieżowego
Obecność wiatru
Jesteś samotny jak ja, Boże
– w Niebiosach nikogo równego z Tobą
stworzyłeś z nadzieją cały świat ludzi,
którzy cię pojąć nie mogą
Błądzą szukają do śmierci zdziwieni
bijąc w mur głową
wierzą – to los zmieni
Rzucają się w wir zarazy
by nie bez otępienia
wyjść z kurzu wojen
od śmierci zbliżenia
Na przestrzeni lat – zawsze tacy sami
w chciwości dobrzy, w kłamstwie – niezrównani
kryją się przed Tobą na samym końcu świata
umywają ręce (wspomnienie Piłata)
by na koniec jak dzieci niegrzeczne
z grzechu sztywną zmorą
„Przebacz nam” – cicho poprosić z pokorą
Sadkowice – kościół parafialny
Izabela Kieszek, 2005
Witam
Na początek chciałabym napisać kilka słów o sobie.
Zawsze byłam dzieckiem spokojnym, niespokojna była tylko moja wyobraźnia. Skłonność do tworzenia nowych światów dawała znać (jak to u dzieci) w codziennych zabawach,
do których zmuszałam rodziców. W naszym domu panował
rytuał wieczornego czytania – rodzice wiedzieli, że bez bajki, nawet takiej, którą znam na pamięć, nie zasnę.
Na szczęście dla nich szybko, w wieku czterech lat,
nauczyłam się czytać. Czytałam bez przerwy i wszystko.
Otwierałam też książki i patrząc na obrazki wymyślałam
niekończące się opowieści. Postanowiłam więc nauczyć się
pisać. W wieku sześciu lat stworzyłam pierwszą – może to
zbyt dumnie zabrzmi, ale jednak – książkę o przygodach
niesfornego kocura. Pierwsze lata szkolnej edukacji nie
dostarczały mi wyzwań. Minęły na czytaniu „skomplikowanych” tekstów w stylu „Lata osa koło nosa”. Przełom nastąpił w czwartej klasie szkoły podstawowej. Przeszłam pod
skrzydła wspaniałej polonistki, która zresztą uczy mnie do
dzisiaj. Moja Pani, przez trzy lata także wychowawczyni,
była pierwszą osobą (po rodzicach), która zainteresowała
się wyobraźnią swojej uczennicy. Otaczała mnie opieką,
dbała, abym nie traciła czasu, wymyślała indywidualne zadania, co sprawiło, że szkoła stała się dla mnie miejscem
nadzwyczaj ciekawym. Z zainteresowaniem czytała moje
pierwsze wiersze i opowiadania, ale nigdy nie była wobec
mnie bezkrytyczna, co „napędzało” mnie do pracy. „Pożerać” wszystko, co mi wpadnie w ręce, czytać bez przerwy. Na marginesie dodam, że dziwi mnie ogólna niechęć
rówieśników do tej „czynności”. Moja polonistka wysyłała
mnie na rozmaite wewnątrzszkolne konkursy, na których
zajmowałam jakieś tam miejsca. Aż wreszcie stwierdziła,
że światło dzienne powinny ujrzeć moje poetyckie próby.
Dlaczego to piszę?
Pasja, zostałaby pasją..., gdyby nie MISTRZ – dobry
nauczyciel, któremu udało się rozbudzić we mnie chęć
poznawania nauk humanistycznych. Za to bardzo, bardzo
Mojej Kochanej Nauczycielce dziękuję! Dziś oprócz nieśmiertelnej pasji pisania i zgłębiania tajników literatury
interesuję się filozofią, religiami, historią i językami obcymi, oczywiście mową ojczystą też, ona wciąż jest dla mnie
pasjonującą niezmierzoną głębią wiedzy.
To tyle. Pozdrawiam młodzież Komorowa. Dziękuję za
życzliwość i gościnę....
Izabela Kieszek, Sadkowice, maj 2007
_____________________
*)
Izabela Kieszek zdobyła:
Rok 2003 i 2004 – wyróżnienie na poetyckim konkursie powiatowym.
Rok 2003 – laur w ogólnopolskim konkursie zwanym „Alfikiem
Humanistycznym” – nagroda – uczestnictwo w warsztatach na
obozie w Serpelicach nad Bugiem.
W roku 2005 – III miejsce za wiersz poświęcony matce.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
54
Pan Zbigniew Zamachowski ocenia konkurs filmowy gimnazjalistów
Robota na 5
Prosimy o uwagi na gorąco na temat filmów nakręconych przez naszych
gimnazjalistów.
Nie spodziewałem się, że tak „zawodowe” filmy tutaj dziś zobaczę.
Przyznaję, że jestem pod dużym wrażeniem, zwłaszcza wykorzystania możliwości technicznych sprzętu, którym
można kręcić filmy amatorskie. Uważam, że montaż filmu, pomysły i scenariusze były naprawdę bardzo dobre.
Który film podobał się Panu najbardziej i dlaczego?
W takiej kolejności wymieniłbym,
w jakiej padł werdykt, a więc – „Zabili
go i uciekł” – na pierwszym miejscu.
Film ten podobał mi się najbardziej.
Przede wszystkim dlatego, że był
świetnie pomyślany, zrealizowany,
a jednocześnie ma dość dużą dozę poczucia humoru oraz żartu typowego
dla westernu. Podobała mi się także
Pan Z. Zamachowski oraz p. K. Wołek (organizatorka konkursu)
„Ostatnia Gospoda”. To trochę inny
rodzaj filmu, taki bardziej poetycki.
Jako trzeci wymieniłbym film „Dress
Wors”.
Michał Pastor oraz Anatol Bohdanowicz wygrali w Gimnazjalnym Konkursie Filmowym.
Prosimy o rady dla tych, którzy
w przyszłości chcieliby pracować w branży filmowej.
Przede wszystkim radziłbym im,
by wierzyli w to, że ta robota ma sens
i że może się udać. Jak wiadomo,
nie jest łatwą sprawą zdać do szkoły
teatralnej, zostać aktorem czy reżyserem. Chętnych jest zdecydowanie
więcej niż wolnych miejsc na uczelni.
Myślę jednak, że wiara w siebie jest
czymś zasadniczym. Jeśli ona jest, to
już połowa sukcesu.
Jak się zostaje dobrym, cenionym i
popularnym aktorem, takim jak Pan?
Myślę, że trzeba sporo pracować,
wierzyć w siebie i mieć bardzo dużo
szczęścia przy okazji!
Rozmawiały
P. Kwaśna, K. Bartosińska
kl. 1 c gimnazjum
Rozmyślania o kapłaństwie
Kapłan jest bardzo bliską osobą, w jakimś sensie przyjacielem, któremu nie wstydzimy się opowiedzieć
o naszych tajemnicach i najskrytszych uczuciach. Jego
przyjazne nastawienie do parafian, cierpliwość i wyrozumiałość sprawiają, że darzymy go wielkim zaufaniem.W konfesjonale jest przedstawicielem Boga
i świadomość ta jest bardzo pomocna w przeżywaniu
sakramentu pojednania. Przez jego ręce powierzamy
Bogu nasze życie z jego słabościami.
Marta Kwiatkowska, uczennica kl. I gimn.
Kapłan ostoją, osobą, do której mam ogromne zaufanie i mogę porozmawiać z nią o wszystkim. Szukający
wspólnego języka z wiernymi. Pamiętający, iż codzienne problemy są odległe od prostych rozwiązań. Kapłan to ktoś, kto powinien umieć rozmawiać z ludźmi
tak, aby między nimi nie tworzył się mur. Ważne, by
dystans między księdzem a zwykłym grzesznikiem był
taki jak należy, ale by się między sobą rozumieli. Kapłan jest dla mnie kimś wyjątkowym, dlatego tak ważne jest porozumienie z wiernymi i zaufanie.
Karolina Kantorska, uczennica kl. III d gimn.
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
Krzyżówka
Zadania układały: K. Bartosińska, I.
Ciesielska oraz P. Kwaśna, a więc uczennice kl. I c. gimn.
1
2
3
4
5
6
55
Babuni, mamuni i już moje, czyli coś na ząb
Sprawdzone przepisy
Drogie, a niekiedy nawet kochane koleżanki!
Przysłowia mądrością narodów, czy nie tak? Jedno
z nich mówi: „Przez żołądek prowadzi droga do serc płci
brzydkiej”. Pora, więc zabrać się poważnie za edukację
w tej niełatwej sekretnej dziedzinie. Możecie liczyć na
moją pomoc. Dlatego, że postanowiłam od bliższych i dalszych ciotek, sąsiadek i krewnych, ale przede wszystkim
od babuni i mamuni uszczknąć trochę wiedzy „w temacie”
i z wami się nią podzielić.
Dziś przepis na rarytas – wspaniały deser.
7
8
9
10
1. Moment mszy św., w którym chleb i wino
stają się Ciałem i Krwią Chrystusa
2. Siedziba namiestnika rzymskiego oraz
miejsce uwięzienia św. Pawła - Dz 23,23n.
3. Tora
4. Autor Dziejów Apostolskich
5. Tam nauczał św. Paweł podczas swojej
podróży misyjnej - Dz 17,1n.
6. Trzecia księga Pięcioksięgu
7. Arcykapłan żydowski, który sprawował urząd
w okresie wystąpienia Jana Chrzciciela
8. Ogród położony na górze Oliwnej. Tam
aresztowano Jezusa
9. Rodzaj kapłaństwa obejmujący wszystkich
wierzących na mocy sakramentu chrztu
10. Grupa zwolenników Heroda Wielkiego i jego
następców - Mt 22,16
Rajskie mleczko
Składniki:
6 jajek
1,5 szklanki mleka
0,5 szklanki wody
4 łyżki żelatyny
1 kostka masła roślinnego (250g)
1 szklanka cukru
Przygotowanie:
Ugotować 1,5 szklanki mleka. W 0,5 szklanki wody
rozpuścić żelatynę – 4 łyżki (trzeba sprawdzić na opakowaniu żelatyny, w jaki sposób się ją przygotowuje). Dodać
do gorącego mleka i zostawić do ostygnięcia. Kostkę masła
roślinnego utrzeć z 6 żółtkami i szklanką cukru na puszystą
masę. Do masy dodać wystudzone mleko z żelatyną i ubitą na sztywno pianę z 6 białek (można podzielić na 2 części i do jednej z nich dodać
ok. 2 łyżek kakao). Smakuje wybornie!
Paulina Kwaśna
Humor z zeszytów
szkolnych
Kandydaci do sakramentu bierzmowania wybierają sobie patronów świętych i błogosławionych. Jeden z nich za swojego
patrona wybrał Aleksandra. Uzasadniając
swój wybór stwierdził: „Aleksander Wielki był wybitnym wodzem i wojownikiem”.
Nauczyciel do uczennic przeglądających katolog z kosmetykami: „Dziewczyny zostawcie
tego Avona, bo i tak wam nie pomoże”.
Ksiądz prefekt do licealistów: „Prowadziłem kiedyś kursy przeciwmałżeńskie...”.
Podczas lekcji religii uczeń wymienia
główne prawdy wiary: „Bóg jest sędzią
sprawiedliwym, który za dobre karze, a za
złe wynagradza”. Innym razem: „Bóg kazał
Mojżeszowi nabić węża na wielki bal” albo:
„Na pamiątkę wyjścia z Egiptu Izraelici
obchodzili co roku świętego Pasucha”.
Jeden z uczniów ciagle się myli wymieniając 10 Przykazań Bożych. Koledzy, doceniając jego wysiłki doradzają katechetce: „Niech siostra postawi mu celujący, bo wymienił już jedenaste”.
56
MAGAZYN PARAFIALNY 3 (73)/2007
JUBILACI A.D. 200
2007
60-lecie:
Skowron Krystyna i Jan
Urbańscy Teofila i Jan
Czarnoccy Zofia i Krzysztof
50-lecie:
Woźniak Teresa i Waldemar
Skalscy Jadwiga i Henryk
Zielińscy Alina i Tadeusz
Tuszyńscy Krystyna i Marian
Piotrkowicz Helena i Kazimierz
Burzykowscy Lucyna i Jan
25-lecie:
Więch Ewa i Wiesław
Skwiecińscy Irmina i Andrzej
Szmaus Dorota i Marek
Korczak Danuta i Józef
Adamczuk Barbara i Krzysztof
Słodkowscy Małgorzata i Marek
Krysińscy Bożena i Krzysztof
Patruch Danuta i Stanisław
Ćwilichowscy Joanna i Waldemar
Bednarscy Elżbieta i Marek
Szkodzińscy Marzenna i Mirosław
Augustyniak Danuta i Roman
Podwysoccy Grażyna i Tadeusz
Perdzyńscy Janina i Jacek
Rosińscy Elżbieta i Leszek
Gralak Elżbieta i Krzysztof
Zagrajek Jolanta i Jan
Dąbroś Anna i Wiesław
Mrowiec Elżbieta i Wojciech
Oleksiak Ewa i Sylwester (30-lecie)
Kto ty jesteś...
Edukacja przedszkolaków z Ochronki Sióstr Służebiczek w Komorowie obejmuje kilkanaście godzin lekcji historii Polski. Dzieci odwiedzają miejsca pamięci i warszawskie muzea.
Na zdjęciach: wizyta w Muzeum Wojska Polskiego, lekcja historii
w Muzeum Powstania Warszawskiego zakończona chwilą zadumy
przy pomniku Powstańców Warszawskich (pl. Krasińskich)
JUBILACI A.D. 2007
2007
„Bóg, który stworzył człowieka z miłości,
powołał go także do miłości, która jest
podstawowym i wrodzonym powołaniem
każdej istoty ludzkiej. Człowiek został bowiem
stworzony na obraz i podobieństwo Boga,
który sam jest Miłością. Ponieważ Bóg stworzył
mężczyznę i kobietę, ich wzajemna miłość staje
się obrazem absolutnej i niezniszczalnej miłości,
jaką Bóg miłuje człowieka. Jest ona dobra, co
więcej bardzo dobra, w oczach Stwórcy…”
KKK
Po raz kolejny dzieliliśmy
radość par małżeńskich
świętujących jubileusze
zawarcia sakramentu
małżeństwa. Ksiądz Proboszcz,
jak zwykle, świetnie wszystko
zorganizował, zadbał o
podniosłą atmosferę, miły
nastrój i tylko pogoda troszkę
nie dopisała.
Serdecznie gratulujemy
Jubilatom i życzy wielu
łask Bożych na każdy dzień
dalszego wspólnego życia.
Wspólnota Parafialna
Zdjęcia
djęcia:: K. Rodak
Was this manual useful for you? yes no
Thank you for your participation!

* Your assessment is very important for improving the work of artificial intelligence, which forms the content of this project

Download PDF

advertisement