Kresowy Serwis Informacyjny

Kresowy Serwis Informacyjny
ORGAN MEDIALNY POROZUMIENIA POKOLEŃ KRESOWYCH
K R E S OWY
Serwis Informacyjny
PAMIĘTAĆ O KRESACH, O MAŁEJ OJCZYŹNIE PRZODKÓW,
TO NIE TYLKO OBOWIĄZEK, ALE ZASZCZYT
Kto pamięta?
„Złoczowskie Orlęta”
Ważne nie tylko dla Kresowian wydarzenia z naszej narodowej historii co pewien czas musimy
przypominać aby nie uległy zapomnieniu. Większość Polaków posiada ogólną wiedzę o „Lwowskich Orlętach”, warto wspomnieć , że nie były to
jedyne ofiary oddane ojczyźnie. Dzisiejszy materiał poświęcamy mało znanym epizodom z naszej historii. Na przełomie marca i kwietnia 1919
r. doszło w Złoczowie do dramatu, który można
uznać......strona 4
Ze wspomnień powstańczych
galicyjskiego powstańca
W dzień Matki Boskiej Gromnicznej, dnia 2. lutego 1863 r., wyjechaliśmy koleją z Rzeszowa w
pięciu kolegów szkolnych, a byli nimi: Emanuel
hr. Moszyński, Henryk Róża, Kazimierz Salwach, Edward Webersfeld i Marceli Zboiński,
udając się według polecenia tamtejszej organizacji do tworzącego się oddziału powstańczego
pod dowództwem pułkownika Kurowskiego w
Ojcowie.....strona 8
70. Rocznica zagłady
BORSZCZÓWKI
Borszczówkę zamieszkiwali Polacy. Było tu 54
gospodarstw, sady, ogrody, żyzne pola uprawiane starannie z najwyższą kulturą rolną, kuźnia,
szkoła, strażnica KOP która została przez Ukraińców rozebrana do fundamentów w 1941 r. po
inwazji ZSRR na Polskę.
Władysław Gruszecki: Było to o świcie 3 marca
1943 roku. ..........strona 10
Listy bez odpowiedzi
Przeczyłem artykuł “Pokłosie Wisły” opublikowany w Polityce, autorstwa prof. Wiesława
Władyki , który zaprezentował problematykę
związaną z oprotestowanym przez organizacje
pozarządowe poselskim projektem uchwały
potępiającej operację ”Wisła”. Poniżej prezentuję list który napisałem do prof. Wiesława
Zygmunta Władyki urodzonego w Baligrodzie
- polskiego dziennikarza i profesora historii
na Uniwersytecie....strona 14
Mord na duchownych
W CZORTKOWIE
Czortków to miasteczko położone 76 km od
Tarnopola i 82 km od Czerniowiec. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1427 roku.
Na mapach z czasów panowania Władysława
Jagiełły miejscowość ta jest oznaczona jako
Czortkowice. Jednym z jej pierwszych właścicieli był Jerzy Czortkowski. W 1522 roku król
Zygmunt I Stary nadał osadzie prawo magdeburskie. W 1610 roku w mieście rozpoczęto
budowę zamku. Należał on do Holskich, a następnie do Potockich. .....strona 19.
CZY TYLKO
SAMOSPEŁNIAJĄCE
SIĘ PROROCTWO?
20 marca 1991 roku Agencja Konsularna Rzeczypospolitej Polskiej we Lwowie przesłała do
Sejmu, do Departamentu Prasy i Radia Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz do Instytutu Historii PAN w Warszawie liczący 60 stron
maszynopisu tekst Uchwały Krajowego Prowidu
Organizacji Ukraińskich ...strona 20
Numer 3/2013 (22)
1 marca 2013
NIEZBĘDNIK KRESOWY 2013
ISSN 2083-9448
Trwa AKCJA zbierania podpisów pod projektem Ustawy mającej na celu uchwalenie
11 lipca jako Dnia Pamięci Męczeństwa Kresowian - DOŁĄCZ DO AKCJI
Faszyzm bohaterem
narodowym Ukrainy
7 lutego niektóre polskie media podały informację, że Naczelny Sąd Administracyjny Ukrainy
podtrzymał dekrety byłego prezydenta Wiktora
Juszczenki z 14 października 2006 i 29 stycznia
2010 roku uznające Organizację Ukraińskich
Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię
za „uczestników walk o niepodległość Ukrainy”.
Dwa dni później były prezydent Wiktor Juszczenko – kawaler Orderu Orła Białego i Krzyża
Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski przyznanych mu przez prezydenta Lecha. strona 26.
Co zrobić z nielegalnym
upamiętnieniem ukraińskim
w Przemyślu?
Krzyż z tablicą w języku ukraińskim, nielegalnie
postawiony w ub. roku na Cmentarzu Głównym
w Przemyślu, może wkrótce zostać usunięty.
Na odosobnionym i nieogrodzonym skrawku
miejscowego Cmentarza Głównego, w kwaterze
58 (tzw. „kwaterze samobójców”) mieszczącej
się tuż nad górnym parkingiem, w sąsiedztwie
Cmentarza Wermachtu, ktoś w lipcu ub. roku
nielegalnie postawił wielki brzozowy krzyż z
zedstawiam .........strona 31
Sąd za modlitwę
20 lutego w Lidzie na dzisiejszej Białorusi odbył
się sąd nad prezesem Polskiego Towarzystwa
w Lidzie- Aleksandrem Kołyszko. W czym że
jego wina? Może był złapany na kradzieży, a
może brał udział w pijackiej bijatyce, czy w
czymś podobnym? Nie, jego wina była duża poważniejsza i straszniejsza, bo 22 stycznia z okazji 150-tej rocznicy Powstania Styczniowego na
naszych ziemiach....strona 35.
Z dala słychać trzask gałęzi,
to zajączek przez las pędzi.
Chociaż Wielka jest sobota,
ciężka czeka go robota.
Z hukiem wpada do kurnika,
bierze jajka, szybko znika,
w drodze wszystkie je maluje,
z trudem tempo utrzymuje.
Z pisankami zdążyć musi
zanim z Rezurekcji wrócisz.
Potem trochę chłop odpocznie,
w ciepłym gniazdku sobie
spocznie
Miejsca długo nie zagrzeje,
coś mu się na głowę leje.
Głośno śmieje się baranek:
To już Lany Poniedziałek!
POLAK Z WYBORU
W bieżącym roku mija 25 lat od czasu, gdy Polacy na terenie byłego Związku Radzieckiego,
na fali gorbaczowowskiej „głasnosti” zaczęli
podejmować pierwsze, nieśmiałe próby organizowania swojego życia religijnego i kulturalnego. Mija także 25 lat od chwili, kiedy w Lublinie rodziła się idea utworzenia instytucji, która
zajęłaby się udzielaniem pomocy Polakom na
Wschodzie, zwłaszcza w zakresie nauki języka
ojczystego.......strona 42.
Malarstwo Kresowe
Cóż może lepiej oddać barwy kresów jak nie malarstwo kresowe?
Odwiedziłam Muzeum Narodowe we Wrocławiu, przejrzałam wiele albumów. Zbierając materiały do tego zagadnienia zastanawiałam się:
Jak to usystematyzować, od czego zacząć?
Może alfabetycznie- Axentowicz na pierwszy
ogień? - Eeee nie, tak nieciekawie. Może datami? – Nuuuda. Może tematami?- Hmm… to już
ciekawiej. Nie - już zdecydowałam, opracuję to
geograficznie, ..strona 46.
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 1
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Zapomniana postać z Kresów:
ppor. Witold Maleńczyk „Cygan”
Bogusław Szarwiło
D
ata Narodowego Dnia
Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", 1 marca, upamiętnia rocznicę stracenia
z rąk funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa kierownictwa IV Komendy Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". 1 marca 1951 r. ponieśli
śmierć w stołecznym więzieniu na
Rakowieckiej. To dzień pamięci i
hołdu wszystkim żołnierzom formacji poakowskich jakie walczyły
o prawdziwie wolną Rzeczpospolitą. Przywróćmy ich pamięci współczesnych pokoleń wspominając nie
tylko tych najbardziej znanych ale
również zapomnianych. Kazimierz
Krajewski
w swoim artykule:
„Ostatni leśni na polskich Kresach” napisał: ….Po latach kłamstw
okazuje się, że nie byli garstką przestępców i szaleńców nieprzystosowanych do życia w "normalnym"
państwie (ciekawe, jak stalinowska
PRL mogła być uważana za normalne państwo?), lecz najdzielniejszymi i najwierniejszymi żołnierzami
Rzeczypospolitej Polskiej. Okazuje się, że stawiany przez nich opór
był potężnym narodowym ruchem
(ćwierć miliona ludzi w konspiracji, w 1945 r. około 20 tysięcy walczących z bronią w ręku, a łącznie
przez szeregi zbrojnego podziemia
niepodległościowego przewinęło
się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, nie licząc kolejnych dziesiątków tysięcy
osób wspierających Żołnierzy Wyklętych). Nazwiska organizatorów
owego ruchu, takie jak Łukasza
Cieplińskiego "Pługa", Antoniego Olechnowicza "Pohoreckiego",
Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", Hieronima Dekutowskiego
"Zapory", Jana Tabortowskiego
"Bruzdy", Franciszka Jaskulskiego
"Zagończyka", Władysława Łukasiuka "Młota" czy Kazimierza
Kamieńskiego "Huzara", i setek
im podobnych bohaterów Polski
Walczącej są wydobywane z mroków niepamięci, na którą skazali
ich komuniści i ludzie wysługujący
się im. Do społeczeństwa współczesnej Polski dociera powoli
prawda o skali strat zadanych Narodowi przez komunistów podczas
instalowania otrzymanej z mandatu
Stalina władzy.(…) Witold Wróblewski, "Dzięcioł" ("Okruchy
wspomnień. Losy kresowego żołnierza Armii Krajowej po II wojnie światowej") opisuje w swych
wspomnieniach działalność najsilniejszego ośrodka polskiego oporu
działającego na Kresach niemal do
końca lat czterdziestych, jakim był
Obwód 49/76, obejmujący teren
dawnych powiatów szczuczyńskiego i lidzkiego. (…)Lektura "Okruchów wspomnień" uzmysławia, że
rok 1945 nie stanowił końca walki
Polaków z sowieckim zaborcą na
Kresach
Północno-Wschodnich.
Mimo iż dowództwo opuściło
ten teren i kontynuowało walkę
z "komuną" w granicach obecnej
Polski, na Nowogródczyźnie, Wileńszczyźnie i Grodzieńszczyźnie
pozostały dość liczne ogniwa sieci
konspiracyjnej AK, tzw. placówki,
oraz szereg oddziałów i grup partyzanckich. Ludzie biorący udział w
polskiej działalności konspiracyjnej i zbrojnej po 1945 r., mimo iż
Armia Krajowa została rozwiązana, a Komenda Okręgu zakończyła działalność, nadal uważali się
za żołnierzy AK. Jeszcze w końcu
lat czterdziestych używali tej nazwy. (…) Propaganda sowiecka,
a dziś będąca jej kontynuacją propaganda rosyjska, usiłowała i nadal usiłuje przedstawiać ostatnich
żołnierzy polskiego podziemia na
Nowogródczyźnie jako złoczyńców i przestępców (np. nakręcony
ostatnio przez kinematografię rosyjsko-białoruską serial "Smiersz",
mówiący o walce szlachetnych
czekistów z "białopolskimi bandami", dosłownie nurzającymi się w
okrutnych zbrodniach). W rzeczywistości powojenna działalność
polskiego podziemia na Ziemiach
Utraconych (w Białoruskiej i Litewskiej SRS) była w prostej linii
kontynuacją walki o niepodległość
Polski zapoczątkowanej jeszcze w
latach okupacji niemieckiej, walki
w obronie kresowej ludności polskiej. Uczestnicy polskiej konspiracji mieli pełną świadomość, że
nie są żadną "bandą", jak głosiła
propaganda sowiecka, lecz żołnierzami polskimi, partyzantami, że
walczą z nieludzkim i zbrodniczym
systemem o słuszną sprawę - całość i niepodległość swej Ojczyzny,
wolność człowieka i wiarę przodków. (…) Stan liczebny Obwodu
49/76 oceniany był przez NKWD
Białoruskiej SRS w 1945 r. na ok.
800 ludzi, w większości pozostających w konspiracji. Zapewne organizacja zbudowana przez komendanta "Olecha" była jednak jeszcze
liczniejsza, niż sądzili czekiści.
Współczesny historyk i publicysta z Białorusi Andrzej Poczobut
szacuje siły podległe "Olechowi"
na tysiąc ludzi, zaś jego zaplecze,
tj. wszystkich współpracujących,
choć niezaprzysiężonych - na kilka
tysięcy. (..)
Występowali w mundurach Wojska
Polskiego lub dla zmylenia przeciwnika w mundurach sowieckich
(co widać na nielicznych zachowanych fotografiach). Niektóre
placówki terenowe (konspiracyjne)
dysponowały własnymi patrolami samoobrony. (…) Obwód dowodzony był przez ppor. Anatola
Radziwonika „Olecha”, „Mruka”,
„Ojca”, „Starego”. Zastępcą „Olecha” był sierż. Paweł Klukiewicz
„Irena”, zaś po jego śmierci w
maju 1947 r. ppor. Witold Maleńczyk „Cygan”. [1] Wspomniany
powyżej Andrzej Poczobut pisze:
Spośród AK-owskich dowódców
na Nowogródczyźnie „Cygan” był
/ Jeden z pododdziałów ppor. "Olecha" przed ziemianką. Ppor. "Olech" siedzi przed grupą, nad nim NN "Lis". Drugi od lewej (w rogatywce)
adiutant ppor. "Olecha", Zygmunt Olechnowicz "Zygma", "Grom". W okresie okupacji niemieckiej partyzant oddziału ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera"; ciężko ranny wiosną 1949 r. wpadł w ręce NKWD. Skazany na 25 lat łagrów, po wyjściu zamknięty w psychuszce, gdzie
zmarł. Zdjęcie ze stycznia 1948 r.[2]
Strona 2 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
chyba najbardziej bezwzględny
dla bolszewików i ich agentów.
Jeszcze wiele lat później miejscowi mówili o znienawidzonych
naczelnikach: - Cygana na niego nie ma...Podporucznik Witold
Maleńczyk „Cygan” urodził się w
Starodworcach niedaleko Szczuczyna. Przed wojną skończył seminarium w Szczuczynie, ale nie
wiadomo, czy zdążył podjąć jakąś
pracę. W czasie okupacji walczył
w szeregach Armii Krajowej, a po
operacji „Ostra Brama” trafił do
komunistycznego Ludowego Wojska Polskiego. Ale niedługo w nim
służył. Kiedy młody podporucznik
w 1944 roku przyjechał z frontu
na odpoczynek do rodzinnych Starodworców NKWD przypomniało sobie, że wcześniej należał do
AK. Ale czekiści nie docenili pana
Witolda. Aby go aresztować wysłali tylko dwóch funkcjonariuszy.
„Cygan” rozbroił ich, a następnie
kazał... wleźć pod stół i szczekać.
I NKWD-ziści pokornie szczekali.
Potem wyprowadził ich za chatę i
rozstrzelał, zabrał NKWD-dowski
pistolet maszynowy i ruszył znowu
do lasu. Z bronią tą nie rozstawał
się już do samej śmierci... Spośród
AK-owskich dowódców „Cygan”
był chyba najbardziej bezwzględny dla bolszewików i ich agentów.
Nie bez powodu jeszcze wiele lat
później miejscowi chłopi mówili
szeptem o szczególnie wrednych
naczelnikach: - Cygana na niego
nie ma...Wystarczy przypomnieć
choćby jedną z jego akcji – likwidację agenta NKWD w Wasiliszkach. Był to Żyd, który przetrwał
okupację dzięki temu, że jedna z
miejscowych rodzin ukrywała go
przed Niemcami pod podłogą swojej chaty. Zakochał się nawet w
dziewczynie, która mu pomagała
i kiedy przyszli sowieci ożenił się
z nią przyjmując nazwisko żony –
Filmanowicz. Osiedlił się w Wasiliszkach. Na nieszczęście dla partyzantów w czasie wojny ukrywano
go w tej samej chacie, w której
mieściła się także tajna placówka
AK. Siedząc pod podłogą słyszał
więc niejedno. I teraz postanowił
„podzielić się” tymi informacjami
z NKWD. W wyniku jego donosów zaczęły się aresztowania. „Cygan” już dawno chciał zlikwidować
zdrajcę i był gotów zorganizować
w tym celu rajd na Wasiliszki, ale
nie pozwalał mu na to „Olech”.
(Anatol Radziwonik - ostatni dowódca zorganizowanych struktur
polskiego podziemia niepodległościowego na Nowogródczyźnie).
W Wasiliszkach stacjonował bowiem silny garnizon sowiecki i taka akcja kosztowałaby życie
wielu partyzantów. Wtedy „Cygan” postanowił załatwić sprawę
sam. Śnieżną zimą 1946 roku pojechał furmanką do Wasiliszek. Przy
wjeździe do miasteczka zatrzymał
go patrol. - Dokąd? - Milicja kazała
mi się stawić z podwodą. A po co –
nie wiem. W tamtych czasach była
taka powszechna praktyka: kiedy
komunistyczni naczelnicy chcie-
li gdzieś jechać, wzywali kogoś z
miejscowych z furmanką. Na „Cygana” nikt nie zwrócił więc uwagi.
Partyzant podjechał pod posterunek milicji. W tym samym budynku mieszkał bowiem Filmanowicz.
Nie wiadomo ile godzin „Cygan”
czekał na jego pojawienie się. Ale
doczekał się. Kiedy zdrajca wyszedł „Cygan” wyciągnął spod siana swój pistolet maszynowy i skosił go długą serią. Potem tą samą
furmanką bez przeszkód uciekł do
swoich. Od 1944 roku Witold Maleńczyk niezmiennie powtarzał, że
żywym go bolszewicy nigdy nie
dostaną. Albo zwycięstwo, albo
śmierć... I dotrzymał słowa kiedy
w kwietniu 1949 roku wpadł w
zasadzkę zastawioną przez funkcjonariuszy MGB (Ministerstwo
Bezpieczeństwa
Państwowego).
Ostrzeliwał się do ostatniego naboju, a kiedy zrozumiał, że to już
koniec – strzelił sobie w skroń. A
przecież miał szansę przeżyć bo
w tamtym czasie kary śmierci w
ZSRR nie było...Jego ciało przywieziono do Wasiliszek i rzucono
na ziemię, na postrach miejscowej
ludności. Żeby wszyscy widzieli co
spotyka wrogów władzy sowieckiej. Gdzie go pochowano – nie
wiadomo do dziś. Myślę, że „Cygan” był najbardziej kontrowersyjną postacią wśród miejscowych
partyzantów. Nie okazywał żadnej
litości. Znam dwa przypadki kiedy zastosował zbiorową odpowiedzialność rodzin za współpracę ich
członków z bezpieką. Zresztą trudno okazywać innym litość kiedy
nie ma się jej dla samego siebie...
Ale kiedy patrzę na dzisiejsze Starodworce, na poprzewracane ze
starości chaty, na pijanych w dym
aborygenów, wśród których nie ma
nikogo młodszego niż 50 lat... I
kiedy rozmawiam z nimi to widzę,
że to straszne spustoszenie i ruina
panuje nie tylko naokoło, ale także
w nich samych... Wtedy znacznie
cieplej myślę o bezlitosnym „Cyganie”, który do końca próbował
bronić swoje Starodworce przed
spustoszeniem komunizmu.[3]
Zamiast zakończenia myśl zapożyczona chociaż nie pamiętam
od kogo: Zapomniane postacie
KRESÓW-Wciąż ta sama na sercu troska: Że tam gdzieś zostały
trzy ziemie: Wileńska, Wołyńska i
Lwowska. Jak w nowych Księgach
Pielgrzymstwa, Genesis naszego
tułactwa: Trzy ziemie, trzy ofiary
największego na świecie łajdactwa.
1]
Ostatni leśni na polskich
Kresach- Kazimierz Krajewski
(IPN O/Warszawa ) http://stary.
naszdziennik.pl/index.php?dat=20120301&typ=pz&id=nn02.txt
2]
http://podziemiezbrojne.
blox.pl/2008/01/Nieulowimyj-8222Olech8221-czesc-4.html
3] Bohaterowie Kresów: „Cygan” Andrzej Poczobut
http://wierni-ojczyznie.pl/index.
php?topic=3386.0
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
PRZYJACIELE Z WOŁYNIA
Feliks Budzisz
P
rzedwojenny Wołyń był wielonarodowościowy. Zamieszkiwało go – wg encyklopedii
z 1939 r. – 2 084 790 ludności. Najliczniejszą grupę stanowili Ukraińcy
wyznania prawosławnego – 68%.
Drugą co do liczebności i najbardziej
dynamiczną była ludność polska –
17%, trzecią żydowska, przeważnie
miejska – 10%. Czwartą grupę stanowili Niemcy, zamieszkali głównie
na wsi – 2%, piątą Czesi, również na
wsi – niespełna 2%. Inne narodowości – Rosjanie, Białorusini, Litwini,
Karaimowie – około półtora procent.
Tak więc ludność województwa wołyńskiego II Rzeczypospolitej stanowiła prawdziwy konglomerat wyznań
i narodowości, a co należy pokreślić
– żyła w przykładnej zgodzie, bez
konfliktów narodowościowych, które zrodziły się dopiero pod koniec
1939 roku, a szczególnie ostrą postać
przybrały podczas okupacji niemieckiej, w latach 1941–44, nazywanej
nie bez uzasadnienia hitlerowsko-ounowską. Różnie potoczyły się losy
wołyńskich narodowości, najczęściej
były one dramatyczne, a nawet niewyobrażalnie tragiczne. Ludność
niemiecka – na podstawie umowy z
28 listopada 1939 r. między ZSRR i
Niemcami – została prawie w całości
przemieszczona w styczniu 1940 r.
do Generalnego Gubernatorstwa. Jej
majątek przejęli Ukraińcy. Ich łupem
stał się również majątek po deportowanych na wschód Polaków w latach
1940–41, ludności polskiej, eksterminowanej przez OUN-UPA w latach 1943–45, i po ekspatriowanej do
Polski w następnych latach. Podobnie
majątek po Czechach, którzy w 1947
r. wyemigrowali do swojej ojczyzny,
dostał się w ręce Ukraińców. Czesi
zaczęli przybywać na Wołyń, głównie
do powiatów łuckiego i dubieńskiego,
od 1868 r., nabywając parcelowaną
ziemię wielkiej własności, której nie
mogli nabywać Polacy z powodu zakazu osiedlania się na Wołyniu. Jak
informuje M. Orłowicz, kolonialiści
czescy, którzy przybyli przed rokiem
1881, pozostali katolikami; ci, którzy
przybyli później, przyjęli prawosławie, gdyż wedle ukazu z r. 1881 ziemie na Wołyniu mogli nabywać tylko
prawosławni i to nie Polacy.
Czesi wołyńscy, podobnie jak i Niemcy, zajmowali się przede wszystkim
uprawą ziemi. Jedynie w wypadku
braku możliwości założenia nowego
gospodarstwa przez młodych podejmowali naukę rzemiosła. Poziom
zamożności ludności czeskiej był
wyższy niż Niemców. Większa też
była ich aktywność społeczna o zabarwieniu politycznym – głębokiej
więzi z krajem ojczystym. Czesi byli
wzorowymi rolnikami o wysokiej
kulturze rolnej oraz wzorowej organizacji życia społecznego. Stali się na
Wołyniu niedościgłym wzorem pracowitości i zamożności. Dzięki tym
cennym zaletom cieszyli się autorytetem i sympatią u innych nacji, odwzajemniali się życzliwością i pomocą
innym. Mówiono, że u Czecha to jak
w banku – zawsze można było liczyć
na pożyczkę, gdy się było w potrzebie. Kolonie czeskie wyróżniały się
dużymi, najczęściej murowanymi zabudowaniami, czystością i ładem gospodarczym. Otoczone były sadami
i ukwieconymi ogródkami. We wsi
www.ksi.kresy.info.pl
była zazwyczaj gospoda, dom ludowy, szkoła czeska, a koło wsi piękne
chmielarnie. W 1929 r. było na Wołyniu – jak podaje Orłowicz – 35 szkół
z 35 nauczycielami Czechami, a nadto w trzech szkołach państwowych
polskich uczono języka czeskiego
jako przedmiotu. Wiele młodzieży
czeskiej pobierało nauki w polskich
gimnazjach i szkołach zawodowych.
Życiem kulturalnym – czytelnictwem, teatrzykami, orkiestrami, wycieczkami – opiekowała się Czeska
Macierz Szkolna, założona w 1923 r.
We wszystkich większych koloniach
istniały dobrze zorganizowane gniazda „Sokoła” oraz straże ogniowe, w
których często koncentrowało się
życie kulturalne. Na Wołyniu Czesi
zamieszkiwali w 638 miejscowościach, nieraz wtopieni pojedynczymi
rodzinami w polskie czy ukraińskie
wsie. Największą i najlepiej urządzoną kolonią czeską na Wołyniu była
Wołkowyja, licząca aż 5000 ludności.
Do większych czeskich osad na Wołyniu należał Kupiczów, położony o
25 km na południe od Kowla, otoczony mniejszymi czeskimi koloniami.
Kupili go Czesi w 1870 r. od Marii
Zagórskiej, która była córką Marii
Naryszkinej, faworyty cara Aleksandra I, a żoną polskiego ziemianina
Aleksandra Zagórskiego. Za udział
w powstaniach 1831 i 1863 r. jego
majątki zostały rozparcelowane i rozprzedane; 6 tysięcy morgów kupili od
M. Zagórskiej – już po śmierci męża –
Czesi, za 70 tys. rubli w srebrze. Taki
był początek czeskiego Kupiczowa,
którego mieszkańcy chlubnie i bohatersko spletli swoje losy z tragicznymi losami ludności polskiej w latach
okupacji, zwłaszcza w czasie krwawego banderowskiego terroru. Czesi
wołyńscy zdecydowanie potępiali terror ukraiński wobec ludności polskiej,
udzielali jej pomocy, ukrywali zbiegłych przed rzeziami, przeprowadzali
do bezpieczniejszych miejscowości.
Kupiczowski pastor Jan Jelinek – który ocalił wielu Polaków, podobnie
jak i inni Czesi z Kupiczowa i okolicznych kolonii – pisze w swoich
wspomnieniach: Ukraińscy nacjonaliści kierowali się hasłem, że Ukraina
musi być czysta „jak łza”. To znaczy
składać się z samych Ukraińców.
Mordowali więc Polaków, później zabrali się do Czechów. W Kupiczowie
zamordowali 10 lub 11 mieszkańców
narodowości czeskiej. Ginęli i przedstawiciele innych nacji, np. Rosjanie.
Trzeba tutaj wnieść istotną informację: z rąk UPA zginęło na Wołyniu
330 (1%) Czechów, Polaków około
60 tysięcy (18%). Wstając rano – pisze J. Jelinek – nie wiedzieliśmy, co
nas czeka do wieczora, a wieczorem –
czy doczekamy rana... Wiem, że wielu uciekinierów przechowywało się w
Kupiczowie jeszcze przed nadejściem
do nas samoobrony z Zasmyk. Przechowywał Polaków Baloun, Żatecki i
wielu, wielu innych. Nie było rodziny,
która by nie pomagała. Pomagaliśmy
uciekinierom dostać się do Zasmyk
albo do Kowla. Wymagało to od przewodników wielkiej odwagi. Groziła
im śmierć, podobnie jak uciekinierom. Ofiarnymi przewodnikami byli
m.in. Zapotocki oraz Wacław Kaczerowski z Dażwy (kolonia k. Kupiczowa – FB).
8 września 1943 r.
Kupiczów i okoliczne urodzajne tere-
ny z wyludnionymi polskimi miejscowościami zajęli Niemcy i Litwini w
celu młócenia zboża i zbioru okopowych, bo zdezorganizowana wieś już
kontyngentów nie dostarczała. Ale w
pierwszych dniach listopada wojsko
opuściło Kupiczów, który zaraz zajęli
banderowcy. Sytuacja Czechów stała się krytyczna – groziła im zemsta
za sprzyjanie ludności polskiej. 11
listopada delegacja Czechów ubłagała dowódcę polskiej samoobrony w
Zasmykach, por. Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”, by roztoczył
nad Kupiczowem opiekę. Mimo braku zgody ze strony Inspektoratu AK
w Kowlu „Jastrząb” następnego dnia
zajął Kupiczów, przepędzając banderowską załogę. Ale UPA nie dała za
wygraną. 13 i 22 listopada przypuściła silne ataki celem odbicia tej strategicznej miejscowości, ufortyfikowanej bunkrami, rowami strzeleckimi
i zasiekami. W dramatycznych walkach Polacy i Czesi odparli ataki. Od
tej pory szybko rosła rola Kupiczowa
w polsko-czeskim ruchu oporu, w
rozwoju terytorialnym i zbrojnym
zasmycko-kupiczowskiej bazy samoobronnej, co zdecydowanie zwiększyło bezpieczeństwo polskiej i czeskiej
ludności. W Kupiczowie przez pewien czas mieściły się sztaby Okręgu
AK i kowelskiego zgrupowania 27.
WD AK oraz jej szpital, wielokrotnie
kwaterowały oddziały Dywizji. Tam
polscy partyzanci w domu ludowym,
wspólnie z Czechami, obchodzili
uroczyście Wigilię 1943 r. przy suto
zastawionych przez czeskie gospodynie stołach. I stamtąd, poderwani
alarmem w pierwszy dzień Bożego
Narodzenia, wyruszyli na ratunek
polskiej ludności w bazie zasmyckiej,
napadniętej przez UPA. Brawurowym
atakiem zniosły banderowską zasadzkę i razem z polską samoobroną napadniętych wsi przepędzili rezunów,
którzy zdążyli już spalić dwie wsie
oraz wymordować ponad 50 osób,
w tym wiele dzieci. Kupiczowscy
Czesi dali schronienie i wyżywienie
tysiącom polskich uciekinierów ze
spacyfikowanych przez Niemców
Zasmyk 19 stycznia 1944 r. W takich
ekstremalnych warunkach pogłębiała się dawna, sprzed wojny, przyjaźń
wołyńskich społeczności – Polaków
i Czechów. Wojenne losy wołyńskich
Czechów, a więc i kupiczowian, są
bardzo podobne do losów Polaków,
nie tylko zresztą z Wołynia. Czesi byli
deportowani na Sybir, prześladowani
przez OUN-UPA i walczyli na wielu
frontach, również na zachodzie – we
Francji, w bitwie powietrznej o Anglię
i w innych formacjach armii alianckich. Tylko z Kupiczowa i okolic 250
Czechów zgłosiło się na ochotnika
do Czechosłowackiego Korpusu gen.
Ludwika Swobody. Korpus stoczył
wiele bitew, a najkrwawszą o Przełęcz
Dukielską. Trzeba tutaj podkreślić, że
Czesi nie dzielą swoich kombatantów
na słusznych i mniej słusznych, lecz
wszyskim oddają należną cześć, a ze
szczególnym pietyzmem czczą pamięć poległych w najkrwawszej bitwie dukielskiej. Podobieństwo losów
i emocjonalny stosunek do ziemi młodości – Wołynia II Rzeczypospolitej
– łączy trwale Polaków i Czechów
wołyńskich. I pamiętam piękny dzień
– wspomina Czech z Kupiczowa, Józef Tomanek, mieszkający obecnie w
Nowym Jorku – kiedy z młodzieżą, z
pieśniami i kwiatami przeszliśmy 25
km do odległego Kowla na powitanie
prezydenta Ignacego Mościckiego.
Przyjazd prezydenta na Wołyń w
1929 r. z sentymentem wspomina w
liście do mnie Jaroslav Mec z Pragi,
były mieszkaniec Łucka: Witaliśmy
Pana Prezydenta i jego korowód przy
wjeździe do Łucka... Dalszy niezapomniany dla mnie moment to, gdy
podczas poświęcenia lotniska przez
biskupa A. Szelążka Pan Prezydent
przechodził obok pola namiotowego Wołyńskich Hufców Harcerzy.
Stałem wówczas na warcie przy wejściu do namiotu naszego hufca. Pan
Prezydent pogłaskał mnie po twarzy.
Wspólna jest dla Polaków i Czechów
z Wołynia tęsknota do ziemi młodości. Pięknie ją wyraził J. Tomanek,
poeta i kompozytor, który o sobie
powiedział: „Czech z pochodzenia,
Polak z urodzenia, a Słowak z przekonania”:
Jak wczoraj widzę pól bezkres spokojny,
Błotniste drogi, strzechy wśród drzew
cieni,
Miasta i sioła, i lud bogobojny
i tych, co leżą już w cmentarnej ziemi.
Obłok jak żagiel nad Wołyniem płynie
Do nieboskłonu, gdzie jarzy się złoto...
Ech! żal mój gorzki chcę utopić w winie
Wraz z mą bolesną za krajem tęsknotą.
Parę lat temu Czesi z Kupiczowa
uroczyście obchodzili w Krasnym
Dvore koło Pragi 130. rocznicę przybycia na Wołyń i założenia czeskiego Kupiczowa, bo Kupiczów jako
Kupiaczów wymieniany jest w starych zapiskach już w XII wieku, a w
XVII, w czasie wojen kozackich, był
podobno ufortyfikowaną osadą, po
której niestety nic nie zostało, prócz
śladów po starych grobowcach na
Kresowy Serwis Informacyjny
cmentarzu. Na jubileusz 130-lecia
przybyło blisko 200 byłych kupiczowian i wielu gości. Władze lokalne
pomogły zorganizować wystawną
i uroczystą imprezę. Rozpoczęto
ją mszą św., celebrowaną przez legendarnego 88-letniego pastora J.
Jelinka, ks. Aleksandra Piudzika z
Elbląga i popa o. Aleksandra, podkreślając w ten sposób trójwyznaniowość wołyńskich Czechów. Z okazji
jubileuszu wydano zbiór wspomnień
Obrazky z Kupicova, w opracowaniu
Vaclava Kytla i Miloslavy Żakovej.
Stanowią one wyjątkowo ciekawą
i wprost urokliwą lekturę o Wołyniu, życiu i trudzie oraz obyczajach
Czechów, a również o współżyciu
z innymi nacjami. Pobieżny rejestr
najważniejszych wydarzeń z historii
wołyńskich Czechów, naszych wypróbowanych przyjaciół, pozwala
wysnuć wiele, mimo wszystko, optymistycznych wniosków. Ale mnie
nasuwa się trochę inna, aktualna refleksja, bo oto nasze media, zwłaszcza telewizja, jakby zapomniały, że
za południową granicą mamy bliskich nam swoją historią słowiańskich przyjaciół. A mogłyby nam te
media pokazać wiele interesujących
i pouczających faktów z niedawnej
przeszłości i ciekawej teraźniejszości, zamiast natrętnego epatowania
wzorcami życia z marginesu społecznego.
Literatura
Włodzimierz Mędrzecki, Województwo wołyńskie 1921–1939. Wrocław
1988.
Mieczysław Orłowicz, Ilustrowany
przewodnik po Wołyniu. Łuck 1929.
Josef Toman, Pamatnik. Ucast zahranicnych Cechu z obce Kupicov na
Volyni v bojich za ceskoslovenskou
samostatnost. 1946.
Josef Toman, „Zpravodaj” nr 8,
1999.
Josef Tomanek (Toman), Niepowrotny czas. Nowy Jork 1999.
Leon Karłowicz, Wydarzenia w
Kupiczowie w świetle wspomnień
mieszkańca miasteczka. [w:] Okrutna przestroga, w opracowaniu J.
Dębski, L. Popek. Lublin 1977.
Józef Turowski, Pożoga. Walki 27.
Wołyńskiej Dywizji AK. Warszawa
1990.
Vaclav Kytl, Jaroslav Mec, Volyn.
Maszynopis w posiadaniu autora
oraz Obrazky z Kupicova, w opracowaniu Vaclav Kytl i Miloslava Żakova, 2000. Również: „Kupičovsky
hlasatel” nr 8, 9, 12, 13, 14.
1 marca 2013 - strona 3
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Kto pamięta?
„Złoczowskie Orlęta”
Redakcja
W
ażne nie tylko dla Kresowian wydarzenia z
naszej narodowej historii co pewien czas
musimy przypominać aby nie uległy
zapomnieniu. Większość Polaków
posiada ogólną wiedzę o „Lwowskich Orlętach”, warto wspomnieć ,
że nie były to jedyne ofiary oddane
ojczyźnie. Dzisiejszy materiał poświęcamy mało znanym epizodom
z naszej historii. Na przełomie marca
i kwietnia 1919 r. doszło w Złoczowie do dramatu, który można uznać
za zapowiedź przyszłych czystek
etnicznych, jakich dopuszczali się w
czasie II wojny światowej banderowcy. Wiosną 1919 r. toczyła się wojna
polsko-ukraińska,
zapoczątkowana ukraińskim zamachem stanu we
Lwowie 1 listopada 1918 r. Ukraińcy
stworzyli wówczas na krótko na przestrzeni od Mościsk po Stanisławów
swoje państwo o nazwie Zachodnia Ukraińska Republika Ludowa
ze stolicą we Lwowie. Ich ambicją
było połączyć w przyszłości ziemie
między Nowym Sączem a Bukowiną w Rumunii w jeden organizm
państwowy. Po zwycięskich bojach
Orląt Lwowskich i odsieczy Lwowa
22 listopada 1918 r. Polacy wypierali
wojska ukraińskie z Galicji Wschodniej, odbijali poszczególne miasteczka i stopniowo likwidowali państwo
ukraińskie, co nastąpiło w połowie
1919 r. Wojna ta, mało znana w historii Polski, miała wiele tragicznych
i krwawych epizodów. Ale to, co stało się w Złoczowie wczesną wiosną
1919 r., nabrało form monstrualnych.
Objawiło się sadystycznym okrucieństwem, które dotychczas w stosunkach polsko-ukraińskich w takich
drastycznych formach nie występowało. Ukraińcy przejęli władzę w
Zło¬czowie w nocy 31 października
1918 r. Nad miastem szalała wówczas gwałtowna burza z piorunami
i ulewą. Polacy nie przypuszczali,
że rano spotka ich groźniejsza burza, bo polityczne trzęsienie ziemi.
Nowe porządki rozpoczęły się od
zrzucenia z cokołu przy pomocy liny
pomnika Adama Mickiewicza, który leżał później na głównym placu
Złoczowa z odbitą głową wieszcza
jako symbol "końca rządów Polaków”. Trzeciego dnia zaczęły się w
mieście aresztowania. Na pierwszy
ogień poszedł profesor Gimnazjum
im. Króla Jana III Sobieskiego, szanowany i popularny Włodzimierz
Stępień. Pikanterii dodawał fakt, że
tym, który w mundurze oficera ukraińskiego przyszedł go aresztować,
był jego uczeń Bezpalko. Profesora
Stępnia oskarżono o "organizowanie
oporu młodzieży przeciwko nowemu
ukraińskiemu porządkowi”. Trzy tygodnie później aresztowano i uwięziono w zamku Sobieskich ponad
100 osób, wśród nich kilku nauczycieli, księży, właścicieli ziemskich,
urzędników, kolejarzy, uczniów,
studentów i starostę złoczowskiego. Wszystkim postawiono zarzut
"spiskowania przeciwko młodemu
państwu ukraińskiemu”. W prasie
poczęły pojawiać się artykuły na-
kręcające spiralę nienawiści, nawołujące do czystek etnicznych. Uwięzieni wychodzili jednak z aresztu po
wpłaceniu wysokich kaucji, aż do
27 marca 1919 r., kiedy to nastąpiła
kolejna fala aresztowań. Uwięziono tego dnia w zamku Sobieskich
około 150 osób w różnym wieku i
różnych zawodów, oskarżając ich o
zamiar "wymordowania inteligencji
ukraińskiej” w Złoczowie. Aresztowanych poddano ciężkim torturom,
bito ich tzw. bykowcami ze skóry z
drutami w środku. Ukraińcy stworzyli "doraźny sąd”, jak na froncie, i
zaczęli zabijać. Samozwańcza grupa
sędziów w przyspieszonym tempie,
w ciągu kilku minut ogłaszała wyrok
przyprowadzanym do sali częstokroć
zbitym i skrwawionym aresztantom.
W sumie ogłoszono kilkadziesiąt
wyroków śmierci, z których 22 wykonano niemal natychmiast. Sprawcy tego mordu sądowego posiadali
dyplomy uniwersyteckie. Toczyła
się później w polskiej prasie długa
dyskusja; próbowano dociec, co się
stało, że w spokojnym dotąd Złoczowie, gdzie większość mieszkańców
znała się nawzajem, nagle bliscy dotąd sąsiedzi działali "jak obłąkańcy
w napadzie szaleństwa”. Skazani na
śmierć nie byli osobami prominentnymi w środowisku polskim: kolejarze, studenci, młodociani robotnicy,
osoby przypadkowe. Szukano logiki
i nie dopatrzono się jej. 27 maja 1919
r. wojska polskie zdobyły Złoczów.
Wycofujący się Ukraińcy zdążyli
jeszcze podpalić kilka budynków w
mieście. Po przejęciu władzy w Złoczowie przez administrację polską
w dniach 5-6 czerwca 1919 r., dokonano ekshumacji zwłok 22 ofiar
zabójstwa. Ciała, w obecności misji
alianckiej (dwóch Amerykanów i
Anglika), wydobyto z dołów odkopanych za murem cmentarnym.
Zabici pochowani byli tam bez trumien i z widocznymi śladami tortur:
z rozbitymi czaszkami, połamanymi
nogami i rękami. Były to dowody,
że nad ofiarami przed śmiercią pastwiono się. Mord złoczowski bardzo zaszkodził stronie ukraińskiej na
arenie międzynarodowej w Wersalu,
gdzie rozstrzygano sprawę przyszłych granic państwowych. Bardzo
ich obciążył, gdy okazało się, że
zabito w sumie ludzi niewinnych,
przypadkowych, nie mających nic
wspólnego z polityką. Wśród zabitych byli m.in.: Jan Herzog – niepełnoletni gimnazjalista, Kazimierz
Iżykiewicz – 21-letni kolejarz, Ludwik Miller – 26-letni fotograf oraz
dwaj 21-letni bracia Zdzisław i Leon
Czepielewscy, student i pomocnik
kancelaryjny. Jak mocno tragedia
złoczowska utkwiła w świadomości
polskich złoczowian, świadczy fakt,
że na tamtejszym cmentarzu wzniesiono okazałe mauzoleum poświęcone pamięci zabitych. Jest to stojący
do dziś potężny grobowiec wykonany według projektu lwowskiego
architekta Wiesława Grzymalskiego.
Przedstawia rotundę przypominającą
kształtem i wielkością słynną kaplicę
Orląt z Cmentarza Łyczakowskiego
we Lwowie – stąd też czasem w literaturze spotyka się określenie "Mauzoleum Orląt Złoczowskich”. Rotunda, do której prowadzą kamienne
schody, stoi na potężnej, betonowej
podstawie w kształcie koła, gdzie
wewnątrz umieszczono katakumby,
w których złożono zwłoki 22 zabitych z informacją, kim byli. Oficjalne
otwarcie mauzoleum złoczowskiego
nastąpiło 29 września 1921 r. połączono je z pogrzebem ofiar. Towarzyszyła temu potężna polityczna
manifestacja z udziałem 40 tys.
osób, w tym 22 posłów i senatorów
RP. Przejście pochodu przez miasto
trwało kilka godzin. Trumny składano do nisz mauzoleum przy salwach
armatnich. Pomimo burzliwych powojennych dziejów Złoczowa i utraty miasta przez Polskę mauzoleum
złoczowskie zachowało się do dziś
w dobrym stanie. Położone jest przy
bramie wejściowej na cmentarz, na
którym jest wiele interesujących polskich nagrobków, m.in. piękny pomnik z reliefem skauta grającego na
trąbce apelowej. Spoczywa pod nim
zmarły w 1932 r. syn prezesa Sądu
Okręgowego w Złoczowie Zygmunta Osuchowskiego, 14-letni harcerz
Adam Roch Gozdawa Osuchowski.
Musiała to być jakaś wielka tragedia.
Rodzice polecili wykuć na tym po-mniku sentencję: "Podobał się Bogu
ten kwiat młodzieńczy, przeniósł go
z ziemskiego na niebiańskie ogrody”. [1]
Artykuł ukraińskiego „Zołocziwśkoho Słowa” z dnia
3-go grudnia 1918 r.
/zapis fonetyczny/
Zołocziw, 3. hrudnia 1918.
Ukraińśkyj naród, szczo własnymy
robuczymy rukamy zdobuw sobi
wolu, szczo własnymy syłamy i na
własnych pieczach wydwyhnuw
osnowy swojeji chłopśkoji i robit-
nyczoji derżawy, w swojij wełykodusznosty pzyznaw spiwhorożanamy na swojij zemli żydiwśki i polski
menszosty. — Daw jim taki prawa,
jaki sam posidaje, daw jim zabezpeczenie majna i żytia. W swojim
poczutiu prawdy i sprawedływosty,
daw nawit prawa tym, kotrych powynen buw w perszij chwyli zmesty
z łytia zemli. — Daw prawa i ochoronu żytia i majna, i tomu polskomu
starosti, szczo w lute wremja, koły'jeho batky, syny i mużi hynuły na
wsich czotyroch kinciach Ewropy
— win hnaw jich żinki, nemicznych
starciw, batkiw i dityj, nemowlat
robyty na pańskych łanach. Daw
prawa i ochronu polśkym didyczam,
jakych zemlu zroszuwaw swojim
potom i kriwoju a wony nazywały
jeho praceju wełyki majetky i buduwały jomu Talerhofy, szybenyci,
zapowniuwały nym wiaznyci. Ałe
ta polska menszist ne wmila ocinyty ceji hostynnosty, ceji wełykodusznosty ukraińśkoho narodu. Ta
polska menszist za wsiaku cinu
chocze buty dalsze panom nad ukrainśkym narodom, chocze, szczob
cej ukrainśkyj muzyk i robitnyk dalsze praciuwaw na polśkoho pana, a
polśkyj pan min dalsze weseło hulaty i zabawliaty sia za hranyceju,
i w karty prohrawaty chlopśkyj pit,
chłopsku kerwawyciu. Zamist buty
wdiacznym ukrainskomu narodowy,
ta pomohty jomu w budowi derźawy, de i cia polska menszist najszła
swij prytułok, to Polaky użyły wsich
pidłych i nehidnych, a wrodżenych
jim sposobiw, szczob dalsze pokripostyty ukrainśkoho selanyna,
ukrainśkoho robitilyka. Cia polska
men-szist pidniała bunt proty ukrainśkoho prawytelstwa, proty ukrainśkoho narodu, proty ciłoho świta, proty słiw Wilzona, łysze tomu,
szczob mohły dalsze panuwaty nad
ukrainśkym narodom, szczob jeho
ponewoluwaty na dalsze. Ta pol-
/ Kaplica Złoczowskich Orląt. (fot. Fot. Archiwum prywatne)
Strona 4 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
ska menszist dopustyła sia zrady
w Peremyszły; de zakluczeno miż
Ukrainciamy y Polakamy uhodu,
jakoju Peremyszl maw buty w rukach Ukrainciw, a Zasanie w rukach
Polakiw aź do myrowoho kongresu,
na jakim mała riszyty sia dola Peremyszla. Ałe Polaky ne doderżały
umowy, jaku pidpisaly — i koły
Ukrainci wirjaczy w czesnist polśkoho narodu, buły najspokijnszczi
— w noczy napała ich zradływa
banda. Bezboronnych porabuwała, pryaresztuwała i pomorduwała. Szczob mohły dalsze panuwaty
nad naszym narodom, użyły Polaki
pidstupu u Lwowi. Koły buło zawiszenie oruża, szczob rnohty pochoronyty pobytych, polski heroji proty
wsiakych zasad, peresunuły swoji
bandy z Kulparkowa i kadetskoji
szkoły na Łyczakiw i w deń, koły
szcze obowiazuwało peremyrje i
koły naszi niczoho ne spodiwały sia,
kynuły sia na zady naszych żowniriw, w naslidok czoho naszi musiły
opustyty Lwiw. Cioho szcze mało!
— Polśkyj urjadnyk, jakoho ukr.
muzyk żywyw ciłi desiatky lit swojeju kerwawyceju, bezłyczno śmiw
widmowyty posłuchu Ukrainśkyj
Derżawi, śmiw widmowyty dalsze
spowniaty swij urjad todi, koły w
ukraińskim Lwowi i Peremyszły,
szczo je pid polśkoju inwazijeju, ne
wilno pid polśkym terrorom promowyty pubłyczno sło-wa po ukraińsky, ne wilno pokazatyś Ukraincem,
bo zaraz polska „bohaterska młodzierz” zlinczuje — znyszczyt. I
todi, koły w Peremyśzły i u Lwowi
polski heroji kydajut do zemli ikopajut nohamy bezboronni ukraiński
diwczata, łysze za ce, szczo widważyłyś prypniaty ukraiński widznaky.
tut u cim samim czasi polśkyj pip
pubłyczno widważujet sia pidmowiaty żownira, szczo stojaw na słuźbi, kynuty kris i tikaty do domu. W
cej sam czas widważujet sia polśkyj
ksiondz organizuwaty bojiwku w
Strutyni wełykim i ubywajut troch
naszych żandarmiw. W tim własne
czasi zorganizowani bandy napadajut naszi seła, jak Soroćko, Wikno,
Proszowa, nyszczut jich, hrabujut,
- ubywajut bezbo-ronnych selan, zabyrajut jim jich poślidnyj, kriwawo
zarobłenyj hrisz, ubywajut dityj. A
ukrainśkyj naród, mymo cych wsich
prowokacyj, terpeływo mowczyf.
Ałe koneć jeho terpciu, koneć joho
pobłażływosty! Ciu ohnennu żmiju treba znyszczyty ohnem! Treba
znyszczyty, szczob ślidu ne buło, de
żyw wirołomnyj pidstupnyj Polak!
Chaj tiamlat, szczo szcze deń, szcze
dwa, a terpciu ne stanę i nastanę narodnyj samosud. Todi za pizno bude
kajatysia! [2]
1] Fragment art. Moje Kresy. Złoczów łanami zbóż malowany Autor:
Stanisław S. Nicieja
http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/
article?AID=/20101127/REPORTAZ/503696473
2]
http://www.kki.pl/pioinf/przemysl/dzieje/rus/artykul.html
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
PRZEDWIOSENNE ZAPOWIEDZI
KRWAWEGO LATA 1943 r.
Bogusław Szarwiło
To, co 70 lat temu działo się na
kresach Rzeczypospolitej, należy
do najokrutniejszych wydarzeń w
historii całej ludzkości. Niestety,
wiedza o tych zbrodniach jest ciągle
mizerna, a wśród młodzieży praktycznie żadna. Prawie polowa Polaków nie wie o tym nic albo bardzo
niewiele. Dlatego w tym miejscu
należy zwrócić uwagę na fakt, że
nim doszło do rzezi Polaków w 99
miejscowościach Wołynia w dniu 11
lipca 1943 r. początek fali zbrodni
miał miejsce już w pierwszych miesiącach feralnego roku. Nikt z Polaków zamieszkałych na Wołyniu nie
był w stanie sobie wyobrazić sobie
tego co ich czekało. Wszyscy bardziej zwracali uwagę na zagrożenie
ze strony głównego niemieckiego
okupanta niż na znanych od dawna
ukraińskich sąsiadów. Jak wyglądała sytuacja najlepiej przedstawiają
świadkowie minionych wydarzeń.
łuny palących się wsi.
Jadwiga Bogdanowa : ze wsi Rudna – Lwa, pow. Sarny woj. Wołyń.
Anna Kownacka – Góral: z kolonii Popowina koło miasteczka
Kołki.
..o świcie w 1943 r. kilkuset upowców okrążyło naszą wieś oraz
pobliską Aleksandrówkę. Rozpoczęła się krwawa rzeź, ludzie w
panice uciekali do lasu, tam tylko
można było się skryć. Ci ,którzy
nie zdążyli uciec, zostali porąbani siekierami, zakłuci widłami lub
pocięci nożami; w ten sposób zginęło dwóch Lechów, a Augustynę
Lech spalono wraz z domem. Zginęli wszyscy, którzy nie uciekli. W
Aleksandrówce, gdzie ludność dała
się zaskoczyć, od noży banderowskich zginęło około 40 osób. W czasie ucieczki z domu nam dzieciom
towarzyszył niewyobrażalny strach.
Po raz pierwszy trzeba było nocować w lesie. Pamiętam staliśmy
obok mamy i ustalaliśmy, do którego szałasu dziś pójdziemy spać. Ludzie mówili, że tu będzie nasz dom,
bo tam gdzie napadną banderowcy
zostają porąbane trupy Polaków,
zgliszcza i popioły.
Pierwsze mordy pojawiły się nieśmiało, pojedynczo, nocami, ale
nienawiść rosła szybko, podsycana
krwią niewinnych ludzi. Nienawiść
Ukraińców przerodziła się w szaleństwo, które dziś trudno zrozumieć.
(…) Pierwszy z naszych znajomych
zginął mąż naszej kuzynki Fabian
Rosiński ze wsi Chmielówka. (…)
Drugi bardzo głośny mord został
popełniony na całej polskiej rodzinie Kunickich we wsi Omelno. Była
to duża wieś ukraińska, w której
mieszkała chyba tylko jedna polska
rodzina. (….) Była to duża rodzina. Zamordowano 6 albo 8 osób.
(…) wtedy nikt z nas nie podejrzewał, że to wszystko przerodzi się w
okrutną rzeź. Również jesienią 1942
r. nastąpił pierwszy masowy mord
ludności polskiej. Ofiarą tego okrucieństwa padli wszyscy mieszkańcy
wsi Obórki. (…) Była to pierwsza
zbrodnia schutzmanów i banderowców w okolicy Przebraża, Kołek,
Łucka i Kiwerc. To samo zaczęło
się dziać wkrótce na całym Polesiu,
Wołyniu i Podolu. Wiosną 1943 r.
mieszkaliśmy jeszcze we własnym
domu, chociaż było już niebezpiecznie. Ciągle mówiło się o mordach. Niektórzy ludzie wyjeżdżali
do miast, w obawie, że w każdej
chwili może to również ich spotkać.
Nasi sąsiedzi bali się spać w nocy w
domu i wychodzili do lasu. Po pewnym czasie my również spaliśmy
w lesie. (…) Pakowaliśmy pościel,
poduszki, w ciepły koc i szliśmy
daleko do lasu w gęste krzaki. (…)
Początkowo bandyci mordowali
pojedyncze rodziny polskie, które
mieszkały we wsiach ukraińskich
lub tych Polaków, do których mieli
pretensje o jakieś dawne zatargi. Potem napadali na całe wsie, mordując
wszystkich ludzi, grabiąc mienie i
inwentarz a domy podpalali. Prawie
każdego wieczora widoczne były
Barbara Gawęda – Kuchta: Stepań, powiat Kostopol, województwo wołyńskie .
Ta cisza przed burza trwała do początków lutego 1943 roku. Zaraz po
imieninach Mamy, tj. 9 lutego dotarła do nas okrutna wiadomość, że
w Parośli, polskiej kolonii od wielu
pokoleń (ok. 30 km. Od Stepania na
północny – zachód), zostali bestialsko zamordowani prawie wszyscy
mieszkańcy, ok. 180 osób, uratowało się tylko kilka osób. Śmierć była
zadawana siekierami, bagnetami,
nożami, duszono także sznurami,
Zachodzili w Stepaniu Polacy w
głowę, kto mógł dokonać tej makabrycznej zbrodni. Nikt jeszcze nie
przypuszczał, że sprawcami mogą
być ukraińscy nacjonaliści. (…) Zaraz po tej tragicznej wieści następna
paraliżująca nas. W odległej o ok.
8 km. Od Stepania, w ukraińskiej
wiosce Butejki, zostało zamordowanych 7 Polaków, w tym dwoje
dzieci – jedno nowo narodzone,
prawdopodobnie podczas zbrodni.
P. Sokołowski i Kalus byli pracownikami administracyjnymi w byłym
majątku Chamców, w tym czasie
pod zarządem niemieckim. Zbrodni dokonano w dworku z 7/8 lutego
1943 r. Ofiary mordowano ścinając
im głowy siekierą przy związanych
rękach drutem kolczastym. Ciała
małżeństwa Sokołowskich i ich córki wraz z jej 2-letnim synkiem i nowonarodzonym dzieckiem przywieziono do pochowania w Stepaniu,
zaś ciała pozostałych 2 osób, tj. E.
Jucewiczówny i E. Kalusa zabrane
do rodzinnej wsi w Hucie Stepańskiej. I znowu tragedia w Hucie Stepańskiej. Bandyci – Bulbowcy mordują z 9/10 lutego w centrum dużej
wsi polskiej , Hucie Stepańskiej,
broniącego się zaciekle Stanisława
Piotrowskiego, który pozbawia życia jednego z nich a drugiego cięż-
www.ksi.kresy.info.pl
ko rani. Ginie także w sąsiednim
domu jego syn Henryk oraz dwóch
młodych mężczyzn z Huty.(…) Z
początkiem marca 1943 r. przywiózł
na saniach chłop z Werbcza ciała
uduszonej nauczycielki Meczewskiej i jej dwoje dzieci w wieku
12-10 lat. (…) Po bestialskich moedach w Parośli, Butejkach, Hucie Stepańskiej, Werbczu, a także
innych dokonanych na drogach i
w domach rozrzuconych polskich
gospodarstw, Rodzice postanowili
ukrywać się, przynajmniej w nocy.
Józef Karaś: Komaszówka, pow.
Dubno woj. Wołyń.
Około godziny pierwszej, w nocy
z 18 na 19 marca, obudziły matkę
odgłosy trzaskającego ognia i dym
w mieszkaniu. Spojrzała w okno i
ujrzała przed domem łunę pożaru.
Obudziła ojca, który zerwał się z
łóżka i kazał matce mnie obudzić.
Ojciec w bieliźnie i boso wybiegł
z domu i zobaczył stojącego na
wprost człowieka z wycelowanym,
gotowym do strzału karabinem.
Przez kilka chwil obaj stali patrząc
na siebie. Ojciec rozpoznał w nim
Ukraińca z sąsiedniej wsi Obhów.
Przez chwilę wahał się, czy wracać
do domu, czy uciekać. Pomyślał, że
bandytom zależy ba ujęciu lub zabiciu jego samego, więc zaczął uciekać w stronę lasu, który zaczynał się
kilkanaście metrów od domu. Będąc
już prawie w lesie usłyszał pierwsze strzały. (…) W momencie, gdy
mama mnie obudziła, usłyszałem
strzały. Matka wyszła z do sieni i
zamknęła drzwi wejściowe. Ubierając mnie, powiedziała, ze pali się
dom i musimy uciekać, ale przed
domem są bandyci, którzy strzelali do ojca. Staliśmy w kuchni, a
przez otwarte drzwi do pokoju widziałem języki ognia sięgające już
górnej ramy okna. W mieszkaniu
było pełno dymu, nie było czym
oddychać. Oboje dusząc się i płacząc wyszliśmy do sieni i przez
zamknięte drzwi zewnętrzne mama
błagała „panowie darujcie życie”.
W odpowiedzi na prośby mamy, z
zewnątrz w kierunku drzwi padły
strzały. Kryjąc się za futryną drzwi
wejściowych do kuchni patrzyłem
na drzwi wejściowe, z których sypały się drzazgi odrywane przez wpadające kule karabinowe. Jedna z kul
trafiła mamę w nogę. Mama uklękła
i zaczęła jęczeć. Chwyciła rękoma
za nogę poniżej kolana. Na dłoniach
mamy zobaczyłem krew. Podniosła
się i wróciliśmy do kuchni. Mama
strasznie płakała z bólu i będąc w
szoku krzyczała: „Gdzie jest siekiera? Odrąbię tę nogę”. Płacząc, prosiłem mamę, aby tego nie robiła. Po
chwili mama zdjęła doniczki z parapetu w kuchni i otworzyła okno. Postawiła mnie na krześle przy oknie.
Sama wyszła na zewnątrz, wychyliła się, spojrzała na boki, odwróciła
się i przesadziła mnie. Stanęliśmy
przy wnęce przy oknie, która powstała w wyniku ocieplenia ścian
zewnętrznych ściółką leśną, tzw.
ogatą. Byliśmy tam niewidoczni.
Usłyszeliśmy wyłamywanie drzwi
zewnętrznych i odgłosy Ukraińców
wchodzących do kuchni. Chcieliśmy uciekać, ale przy drzwiach
wejściowych stał bandyta z karabinem. Trudno mi określić, jak długo tak staliśmy, chyba nie dłużej
niż pół minuty. Sam rzuciłem się
do ucieczki w kierunku lasu. Padły
strzały. Kule gwizdały wokół mnie,
a ja biegnąc mocno pochyliłem głowę do przodu, chciałem ją schować
miedzy ramionami. Sadziłem bowiem, że jeśli kula trafi w głowę, to
zabije. Biegłem co sił w nogach. W
pewnej chwili poczułem ból lewej
dłoni i zobaczyłem krew na palcach.
Upadłem, strzały ucichły. Po jakimś
czasie znów się rozległy. Spojrzałem w stronę domu i zobaczyłem
biegnącą, mocno kulejącą mamę.
Zobaczyła mnie leżącego i żywego,
krzyknęła : „Józiu uciekajmy dalej”.
To były, jak się później okazało, jej
ostatnie słowa skierowane do mnie
przed swoją śmiercią. Poderwałem
się i biegłem za mamą. Biegnąc, patrzyłem, aby jej nie stracić z oczu.
W pewnym momencie mama nagle
zmieniła kierunek ucieczki, wykonała jakby unik. W tym momencie
zauważyłem wynurzającą się z zarośli postać człowieka. Z odległości
ok. 5 metrów nastąpił błysk i huk
wystrzału. Upadłem, chyba straciłem przytomność. (…) Jak długo to
trwało – trudno mi określić. Powoli
budziłem się. Otworzyłem oczy i
spojrzałem w kierunku palącego się
domu. Dachu już nie było. Ściany
leżąc dopalały się. (…) Poczułem
straszliwy ból lewego kolana. Dotknąłem ręką, lewa nogawka spodni
była mokra i lepka. Bolała mnie
również lewa dłoń i prawa stopa.
Byłem zupełnie sam, bez mamy i
ojca. [1]
Mieczysław Gaweł: kolonia Tomaszów ,gmina Derażne, pow. Kostopol, województwo wołyńskie.
W swoich wspomnieniach pisze:
Organizowanie się i szkolenie oddziałów Ukraińskiej Powstańczej
Armii rozpoczęło się już zimą
1941/42 roku. Z Tomaszowa brali
w tym udział w Postójnem Wołodika Hancki (lat około 20) i Anton
Błaszczuk (lat około 18). Razem z
Antonem pasłem krowy i wtedy pokazywał mi rewolwer. (…) Rabunki
z bronią w ręku i mordowania pojedynczych rodzin polskich rozpoczęły się późną jesienią 1942 roku.
Pojawiły się również w Derażnem
jakieś plakaty antyniemieckie. Aby
zapobiec tego rodzaju protestom
Niemcy przy pomocy policji ukraińskiej wyznaczyli trzech zakładników, oczywiście spośród Polaków.
Byli to: ksiądz Michał Dąbrowski z
Derażnego, Dyka – były kierownik
szkoły podstawowej w Derażnem
oraz Dawidowicz z Perłysianki. Zakładnicy ci mieli być odpowiedzialni za wyczyny nacjonalistów ukra-
Kresowy Serwis Informacyjny
ińskich.
Oczywiście
plakaty
pojawiły się ponownie. Niemcy zakładników zabrali i stracili. Trzeciego marca 1943 roku bandyci z
UPA wymordowali w Dąbrówce
rodzinę Naumowiczów – 9 osób.
Następnie w Derażnem zabili rodzinę naczelnika poczty Ditmana –
4 osoby oraz uprowadzili Drohomireckiego, który pracował jako
tłumacz u Niemca Kulika, zarządzającego dworem Potockiego i Rusieckich. Drohomirecki w czasie
tłumaczenia Kulikowi zażaleń
Ukraińców zniekształcał ich treść
na niekorzyść skarżących się. Udawało mu się to tylko do pewnego
czasu. Ukraińcy podstawili mu swojego tłumacza jako petenta do Kulika. Za ten czyn Drohomirecki zapłacił życiem. Jego żona z dziećmi
udała się na Pieńki. Po przeczekaniu w ukryciu napadu band ukraińskich wzięła jakiegoś konia z wozem i pojechała do Huty Stepańskiej,
a stamtąd do Równego. Zabudowania Chmielnickiego znajdowały się
całkiem na uboczu, na rogu trzeciej
i czwartej drogi. Według relacji
Janka Chmielnickiego schodzili się
do nich mężczyźni z Tomaszowa i
dyskutowali na temat zagrożenia ze
strony Ukraińców. Nie uszło to widocznie uwadze sąsiada Ukraińca,
gdyż pewnej nocy przyjechali do
nich z Postójnego furmankami, otoczyli zabudowania i weszli do
mieszkania. Okazało się, że mieli
ze sobą jeszcze dwoje Ukraińców,
którzy byli zwolennikami komunizmu i dwóch niewolników radzieckich. W mieszkaniu wszystkich powiązali i pokładli na podłogę za
wyjątkiem Janka Chmielnickiego,
na którego zabrakło sznurka. On położył się niezwiązany. W czasie oddania pierwszego strzału do leżących lampa naftowa zgasła. Janek
wykorzystał to i wczołgał się pod
łóżko. Po zapaleniu światła oprawcy
rozstrzelali pozostałych. Dokonawszy tej zbrodni podpalili zabudowania. Gdy płomienie ogarnęły dach
Janek wybiegł na podwórze. Tam
jednak była jeszcze obstawa. Jeden
z nich zaczął go gonić. Janek wrócił
do mieszkania i schował się za
drzwiami. Bandyta wbiegł za nim,
nie miał jednak czasu go szukać, bo
płomienie zaglądały już przez okna.
Wybiegł zatem z domu. Wówczas
Janek wyskoczył przez okno i zaczął uciekać w pola. Strzelali do
niego, a nawet puścili za nim psa.
Nie wiadomo czy strach zmusił go
do maksymalnego wysiłku w czasie
ucieczki czy pies nie był dobrze wyszkolony, w każdym bądź razie
udało mu się schronić do szwagra
Bolesława Konecznego. Według
jego relacji pies nie mógł go dogonić. Okropny był widok Janka całego zbryzganego krwią. Początkowo
szwagier nie poznał go i nie chciał
wpuścić. Na widok ognia u Chmielnickich niektórzy sąsiedzi zaczęli
biec z pomocą. Od Sałka poszedł
Stefan Sałek (lat 22) i jego siostra
Krystyna (lat 16). Szli krótszą drogą
1 marca 2013 - strona 5
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
przez pola. W tym czasie bandyci
wracali do Postójnego. Na tle
ognia zauważyli dzieci Sałka i po
pościgu złapali je. Decyzja była
krótka rozstrzelać. Odprowadzono
ich trochę na bok od furmanek.
Stefan powiedział wówczas do
Krystyny –„Uciekajmy!”. Sam
zaczął biec w przeciwnym do
ognia kierunku i krzyczeć. Strzelali za nim. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów upadł, przestał krzyczeć i dalej uciekał na
czworakach. Było ciemno i to ich
zmyliło. Zaczęli go szukać, ale
bezskutecznie. Krystyna natomiast
zaczęła uciekać w kierunku ognia.
Była widoczna. Trafili ją w głowę.
Pocisk wyszedł jej przez oko. Widziałem ją. Okropny był to widok.
Następnego dnia poszliśmy oglądać tragedię Chmielnickich. Ciała
były już powyciągane z ognia.
Były popalone od połowy w górę
lub w dół, zaś pozostała połowa
była nietknięta przez płomienie.
Trudno było je zidentyfikować, bo
wszyscy byli bez ubrań. Opłakiwali Polacy swoich krewnych, a
Ukraińcy swoich. Po tym wydarzeniu część mieszkańców Tomaszowa wyjechała do Janowej Doliny, gdzie stacjonowało około 150
żołnierzy niemieckich. Większość
jednak pozostała na miejscu. W
Janowej Dolinie nie było co jeść,
więc ludzie wracali do Tomaszowa
po żywność. Potwierdzało to opinię moich rodziców, że poza domem poumieramy z głodu. Ludzie
starsi wiekiem w ogóle nie opuszczali swoich gospodarstw. Tego
rodzaju morderstwa stały się tak
częste, że już nikt nie był pewny
swego bezpieczeństwa. W domu
niewiele się mówiło, a wszyscy
myśleli tylko o jednym i tym samym – jaka będzie następna noc.
Czy przeżyjemy? To straszne
przez tak długi czas ciągle się bać.
Pewnej nocy zapukali i do naszych drzwi. Mieszkanie nie mogło służyć za warownię. Po pożarze
wszystkich
zabudowań
postawiliśmy naprędce dom z materiałów przeznaczonych na magazyn zboża. Było to jedno pomieszczenie
o wymiarach 5 na 6
metrów, w którym było jedno
małe okno, kuchnia i piec. Do tego
dobudowaliśmy oborę z desek, na
zimę ocieplaną warstwą dębowych
liści. Dach kryty słomą. Wystarczyłaby małą iskra, żeby wszystko
spłonęło. Rodzina nasza składała
się z rodziców, dwóch sióstr –
Marii (lat 18) i Emilii (lat 16),
mnie – Mieczysława (lat 14), Tadeusza (lat 12), Juliana (lat 9) i
Zdzisława (lat 5). Gdy usłyszeliśmy
pukanie ojciec otworzył
drzwi. Weszło ich chyba siedmiu.
Byli poubierani w płaszcze wojskowe – zielone polskie i szare
radzieckie, a niektórzy byli po cywilnemu. Broń też mieli różną. Jeden z nich miał siekierę. Już wyobrażałem sobie, jak to będzie
bolało, gdy nas będzie rąbał. Oni
natomiast zaczęli dopominać się o
czoboty, sapahi i batinki. Są to
ukraińskie i rosyjskie nazwy obuwia. W końcu zabrali teczkę skórzaną, szalik i poszli sobie. Jednym słowem udawali partyzantów
radzieckich. Okazało się, że w ten
sposób obeszli oni wszystkich
mieszkańców Tomaszowa i u każdego coś zabrali. Oczywiście później wykorzystali to jako pretekst
do mordowania Polaków, którzy
rzekomo pomagali radzieckim
partyzantom. W rzeczywistości
było to również rozpoznanie.
Sprawdzali gdzie przechowywana
jest broń i czy Polacy będą się
mieli czym bronić. Pamiętnego
dnia 25 marca 1943 roku było
święto kościelne. Była dość ładna,
wiosenna pogoda. Dużo ludzi z Janowej Doliny wróciło do swoich
domów po żywność. Moja siostra
Maria dwa tygodnie wcześniej poszła na Radomiankę do ciotki
Snopkowej. Mąż ciotki, Jan Snopek, po kampanii wrześniowej powrócił do domu. W czasie okupacji radzieckiej kupił w Równem
kilka par pończoch i sprzedawał je
w Derażnem na rynku. Na tej to
„zbrodni” został złapany, skazany
na półtora roku więzienia za nielegalny handel i wywieziony w
głąb Związku Radzieckiego. On
jeden z całej Radomianki miał karabin schowany w stodole, ale ci,
którzy o tym wiedzieli nie mogli
broni znaleźć. Druga moja siostra,
Emilia z Otylią Furmanek poszła
do Janowej Doliny. Ojciec udał się
do Stanisława Kandyby, a matka
do Skiby. Dwaj najmłodsi bracia
bawili się ze swoimi rówieśnikami
u Ukraińca Dymitra Witoszki. W
domu byłem tylko ja i mój brat
Tadeusz. Żona Neczypora Witoszki wracając od swoich rodziców z
drogi nr 1 powiedziała nam, że
Domeradzcy zostali zamordowani.
Tadeusz poszedł to zobaczyć. Stało się to już po prostu zwyczajem.
Ja pobiegłem po matkę. Gdy wróciliśmy matka posłała mnie po
ojca. W międzyczasie wrócili Julek i Zdzisiek z żoną Dymitra,
Sańką. Ta zaproponowała, że zabierze ich z powrotem do siebie.
Mama zgodziła się na to. Z późniejszych relacji Furmanka dowiedziałem się, że po wymordowaniu
Domeradzkich, z których uratowało się dwoje dzieci, bandyci zabrali ze sobą Antoniego Domeradzkiego. Zabili go później razem
z rodziną Józefa Osowskiego. Od
tego miejsca zabudowania były
już przeważnie polskie, wiec szli
po kolei i mordowali kogo dopadli. Dlaczego więc ominęli Furmanka? Prawdopodobnie nie znali
dobrze mieszkańców Tomaszowa.
Antoni Domeradzki posłużył im
jako przewodnik. Nie zdradził, że
Furmanek jest Polakiem. Był to
bohaterski czyn w ramach jego
możliwości. Zabudowania Józefa
Osowskiego były trochę na uboczu i rozpoczynały ciąg polskich
gospodarstw. Strzały zaalarmowały pozostałych mieszkańców Tomaszowa. Usłyszała je również
przebywająca u Oleszka Siarkowska, która zostawiła w domu śpiącego męża. Pobiegła natychmiast
w kierunku Osowskiego, obudziła
męża. Uciekając zostawiła go próbującego obuć ciasne buty z cholewami. Gdy wracałem od Kandyby mama stała na podwórzu i
wołała nadbiegającą Siarkowską.
We troje zaczęliśmy się zagrzebywać w słomę. W tym czasie usłyszeliśmy strzały od strony zabudowań
Siarkowskiego.
Zauważyliśmy, że ucieka on ścieżką pomiędzy drogą nr 1 a środkową, czyli naszą, w kierunku Pożarek. Był na wysokości końca
naszego pola. Miał już połowę
drogi za sobą. Nie miałby jednak
żadnych szans, nawet gdyby uciekł
do Pożarek. Sańka Witoszko powiedziała mi, że stacjonował tam
cały oddział ukraiński. Następnie
zobaczyliśmy, że jeden z bandytów dosiadł Oleszkowego konia i
doganiał Siarkowskiego. Było to
w odległości około 500metrówod
nas. W tym czasie Tadeusz wracał
od Furmanka do domu i znajdował się w pobliżu przebiegającego
Siarkowskiego. Schował się więc
za kupą obornika, bo nie miał
szans ucieczki i obserwował to
wydarzenie z bliska. Siarkowski
był już ranny w rękę. Gdy bandyta
go dogonił, ten posłusznie położył
się na ziemi. Ukrainiec zsiadł z
konia, przytknął mu karabin do
głowy, strzelił, a następnie zdjął
ofierze buty. Dlaczego Siarkowski
się nie bronił – nie wiem. Był
bardzo zmęczony ucieczką,
a
może ciężko ranny. A miał szansę.
Bandyta siedział na płochliwym
koniu i miał karabin z oberżniętą
lufą, który z pewnością nie strzelał celnie. Z późniejszych opowiadań dowiedziałem się, że ten sam
bandyta zaatakował ukraińską kobietę, która przypadkowo znalazła
się na terenie Tomaszowa. Na jego
wezwanie, aby się położyła, zaczęła go wyzywać wymachując
rękami. Koń się płoszył. Bandyta
oddał do niej strzał, lecz nie trafił.
Spłoszony koń poniósł go. Gdy
wrócił w to samo miejsce, kobieta
miała grudy ziemi w rękach i zaczęła obrzucać nimi konia. Zwierzę znów się płoszyło. Po oddaniu
jeszcze dwóch niecelnych strzałów bandyta zawrócił konia i odjechał. Po zabiciu Siarkowskiego
Ukrainiec wsiadł na konia i rozglądał się za następną ofiarą. My
w tym czasie byliśmy do połowy
zakopani w słomie i obserwowaliśmy jego zbrodniczy wyczyn. Gdy
zwrócił się w naszą stronę, zauważył nas, bo matka miała na głowie
białą chustkę. Przez pewien czas
błagała Matkę Boską o pomoc.
Gdy jednak bandyta ruszył w naszą stronę powiedziała tylko: „Ona
już nas nie słyszy..”.. Zanim przyjechał do nas, zdążyliśmy jednak
pochować się w słomie na dobre.
Czułem końskie kopyta przy samej mojej głowie. Nie ruszałem
się, aby nas nie zdradzić. Bandyta
nie czuł się widocznie pewnie, bo
nie zszedł z chrapiącego konia i
szybko odjechał. Przed wizytą
bandyty wrócił ojciec. Na wezwanie matki, aby się chował, machnął tylko ręką i poszedł do mieszkania. Hołdował zasadzie, że
lepiej zginąć sytym niż w mieście
umierać z głodu. W chwilach
względnego spokoju wychylaliśmy głowy ze słomy i obserwowaliśmy okolicę. Jak już wspomniałem, teren był równy, więc i
widoczność dobra. Widziałem
bandytów przebiegających od zabudowań Oleszka do Konecznego.
Było ich sześciu, a ten na koniu
siódmy. Należy przypuszczać, że
ich celem było wygnanie nas, a nie
wymordowanie, gdyż zaczęli to
robić z jednego końca kolonii i
tylko w siedmiu. A przecież w
Pożarkach mieli duży swój odwód.
Następnie widziałem ich koło zabudowań Hanckiego, kiedy strzelali do wracającego do domu Morki, który na starość miał słaby
wzrok i widział zaledwie na odległość kilkunastu metrów. Nie mógł
zobaczyć kto do niego strzela.
Przystanął tylko na chwilę i dalszej szedł w ich kierunku. Po którymś z kolei strzale upadł. Bandyci dalej zbliżali się do zabudowań
Moska, który kilka tygodni temu
Strona 6 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
wyjechał z całą rodziną do swoich
teściów za Łuck do Sosnowca.
Kolejnym ich celem byliśmy my.
Zastali ojca na podwórku. Zaczęli
go wypytywać, gdzie ma rodzinę
(po ukraińsku oczywiście), lecz on
powiedział, że wszyscy pouciekali. Wówczas rozpoczęli przeszukiwanie gospodarstwa. Matka była
na samym brzegu słomy rozrzuconej od stogiem. Kopnięciem
nogi bandyta odsłonił ją i kazał
wstawać. Matka wstając odkryła
Siarkowską, bo były razem schowane. Ja byłem ukryty oddzielnie
i trochę dalej. W pewnym momencie usłyszałem szczęk zamka
karabinowego wprowadzającego
nabój do lufy. Siarkowska zaczęła
wstawać, ale matka, widząc ,że
bandyta zajęty jest karabinem, popchnęła ją i przykryła słomą.
Sama poszła na śmierć. Kazali im
się położyć i oddali do nich siedem strzałów. Wkrótce po ich
odejściu pojawili się ukraińscy sąsiedzi od Witoszków z kuzynami
Ihnatiukami z drogi nr 1, którzy
zaczęli grabić nasze mienie. Usłyszałem jak syn Ihnatiuka (w moim
wieku) mówił do Neczypora, że
Mila, Otola i Tadeusz ukryli się w
Postójnem u znajomych Ukraińców. Podał przy tym ich nazwisko.
Byłem mu wdzięczny za tę informację, bo wiedziałem gdzie ich
szukać. Jak wspomniałem była to
wczesna i dosyć chłodna wiosna,
a ja byłem tylko w jednym drelichowym ubranku i pod cienką
warstwą słomy. Zauważyłem, że
cały trzęsę się z zimna. Później
stwierdziłem, że nie z zimna a ze
strachu, bo dostawałem drgawek
tylko wtedy, gdy ktoś chodził po
podwórzu. Widocznie kobiety nie
zbliżały się do moich zabitych rodziców, bo żona Dymitra, Sańka
zapytała Neczypora, jak oni wyglądają. Neczypor odpowiedział:
„czerepy heti porozlitałyś” (czyli
że czaszki całkiem się porozlatywały). Widocznie strzelali do nich
z rozrywających się pocisków.
Gdy zapadł zmierzch przeszedłem
z mojej kryjówki do Siarkowskiej,
która oddała mi ciepłą, dużą, wełnianą chustę w rodzaju pledu, pozostawioną przez moją matkę. Jak
się rozgrzałem to usnąłem. Obudziłem się, kiedy było już ciemno.
Chciałem wyjrzeć na zewnątrz,
lecz Siarkowska jednym ruchem
ręki przydusiła mnie z powrotem
do ziemi. Nie chciała się również
zgodzić na ucieczkę w nocy. Po
pewnym czasie szybko wysunąłem głowę ze słomy i zauważyłem, że Klin i Polanówka płoną.
Pali się również zabudowanie Furmanka. Tam rozegrała się następująca scena. W domu był Furmanek
z żoną i córką Heleną. Kobiety
spały, a on czuwał. W krytycznym momencie zdrzemnął się.
Gdy się ocknął, bandyci byli już
pod oknem. Nie było czasu – jego
zdaniem – na budzenie kobiet.
Powstałby szum i ucieczka zostałaby zauważona. Uciekł więc sam
na strych. Drzwi nie były zamknięte. Helena obudziła się, gdy
bandyci wchodzili do mieszkania.
Zdążyła tylko naciągnąć pierzynę
na głowę. Jeden z nich podszedł
do jej łóżka, usiadł na nim i położył karabin na jej nogach. Pozostali przyczepili się do jej głuchej
matki. Nie mogli się z nią dogadać, więc ją zastrzelili. Poznosili
pozabijanych Domeradzkich, których mieszkania nie mogli podpa-
lić w obawie, że spłoną sąsiednie
zabudowania Ukraińca. Tu ich
złożyli i podpalili. Gdy płomienie
objęły dom, Furmanek zeskoczył
ze strychu i w kłębach dymu
uciekł, a Helena wyszła na zewnątrz przez wybite okno po odejściu obstawy. Pożar u Furmanka
nie przekonał Siarkowskiej, że
bandyci spalą wszystkie polskie
zabudowania. Nie chciała uciekać
i mnie też nie pozwalała. Mówiła,
że oni tu gdzieś siedzą i jak tylko
wyjdziemy to zaraz nas zabiją.
Gdy następnym razem się obudziłem, paliły się już z jednej strony
zabudowania Moska, a z drugiej
Kucharczyka. Wyskoczyłem ze
słomy, chwyciłem w ręce drewniaki z nóg i zacząłem uciekać.
Po kilkunastu metrach obejrzałem
się. Zobaczyłem, że za stogiem
stoi kawaleria około sześciu koni,
a do stogu już się zbliża dwóch
pieszych bandytów. Ucieczka nie
miała sensu. Szybko wróciłem do
Siarkowskiej, która szukała w słomie kalosza. Zdążyliśmy się tylko
schować, gdy ci dwaj przeszli koło
nas i weszli do mieszkania. Nie
zważałem teraz na protesty Siarkowskiej. Posypałem głowę lekko
słomą i obserwowałem ich. Obeszli zabudowania, wypuścili z
chlewa krowę, która była chora i
nikt z sąsiadów jej nie wziął, wciągnęli rodziców do mieszkania i
podpalili. Postali chwilę z bronią
gotową do strzału, dopóki płomienie nie ogarnęły całego budynku,
po czym odeszli. Pożar groził zapaleniem się i naszego stogu, więc
zapytałem Siarkowską czy i wtedy
nie będziemy uciekać. Odpowiedziała, że nie. W ten sposób dotrwaliśmy do rana. Wtedy przyszły
Emilia i Helena Furmanek, zabrały niektóre ubrania schowane poza
domem i odeszły. Rozmyślając o
swoim dalszym losie pragnąłem za
wszelką cenę spotkać się z Emilią
i Tadeuszem. W tym szoku zapomniałem zupełnie o najmłodszych
braciach – Julianie i Zdzisławie
oraz o Mariannie na Radomiance.
Około godziny 10-tej zerwał się
silny wiatr i groziło nam zawalenie się stogu na nas. Wykorzystałem to i tym argumentem przekonałem Siarkowską, że musimy
uciekać. Ona poszła do Janowej
Doliny, a ja do Postójnego. Gdy
wyszedłem na pole zobaczyła
mnie Sańka. Ta, która zabrała moich najmłodszych braci. Zawołała
mnie, ale ja pamiętałem jak między innymi i ona rabowała nasze
mienie, więc się jej bałem. Zacząłem uciekać. W Postójnem dowiedziałem się, że moje rodzeństwo,
tj. Emilia i Tadeusz oraz Furmanek, Helena i Otylia poszli do Derażnego i chwilowo zatrzymają
się w tym a tym mieszkaniu. Gdy
wyszedłem na gościniec prowadzący do Derażnego widziałem
ich, idących przede mną. Byli bardzo daleko i w dodatku wiatr wiał
z ich strony, wiec nie słyszeli mojego wołania i gwizdania. Dogonić
też ich nie mogłem. Gdy dochodziłem do Derażnego z lasu Potockiego padł strzał. Byłem zmęczony, a w drewniakach niełatwo
było uciekać, więc pomału szedłem dalej. Chyba to ich zmyliło,
bo nikt z lasu do mnie nie wyszedł. W Derażnem spotkałem
wszystkich we wskazanym mi
domu, na ganku, za wyjątkiem
wujka, który poszedł zobaczyć,
czy most na rzece Horyń nie jest
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
pilnowany. Do mieszkania ich nie
wpuszczono. Dzieci ukraińskie
przechodząc mówiły: „Patrzcie no
gdzie Polacy się pochowali”. Gdy
Emilia zapytała mnie o najmłodszych braci, wtedy dopiero przypomniałem sobie o nich. Wracać
się po nich było już niebezpiecznie. Zostali sami, nawet nie wiedząc, gdzie mogliby uciec... Rano
bandyci dużymi siłami uderzyli na
Pieńki i Pendyki, gdzie Polacy
mieli kilka ręcznych karabinów.
Wokół tych wiosek wykonali okopy i dla zmylenia przeciwnika porobili stanowiska dla ciężkich karabinów maszynowych. To chyba
było powodem zaangażowania tak
dużych sił UPA. (…….) Po przybyciu uciekinierów z Tomaszowa
mieszkańcy Pieńków przenieśli się
do Pendyk, znajdujących się bliżej
lasu. Podczas ataku bandytów – o
świcie 26 marca 1943 roku –
część ludzi pochowała się do swoich schowków, a reszta rzuciła się
do ucieczki do lasu. Obrona była
zbyt słaba. Bandyci zaczęli więc
okrążać wieś, chcąc odciąć ją od
lasu. Przeraźliwy huk wystrzałów i
gwizd pocisków potęgowały grozę
sytuacji. W tym czasie nadleciał
niemiecki samolot. Widocznie
chcieli ocenić siłę atakujących,
którzy wkrótce mogli zagrozić pobliskim miastom, gdzie stacjonowali hitlerowcy. Nie znając niemieckich zamiarów bandyci i
uciekinierzy popadali na ziemię.
Gdy jednak samolot oddalił się, be-
stialstwa UPA potoczyły się dalej.
Ludzie, którym udało się uciec, dotarli do Klewania-Posiołka. Tam
dostali od Niemców broń i na drugi dzień razem z nimi pojechali do
Pendyk. Tymczasem wszyscy, którzy przygotowali sobie schowki w
zabudowaniach podusili się od
dymu z pożaru. Pozostałych, mających schrony na zewnątrz, zabrała
odsiecz do Klewania. (…) Większość z tych uciekinierów wyjechała pociągami towarowymi do
Łucka. [2]
Na zakończenie trzeba wspomnieć
jeszcze o zbrodni we wsi Lipniki.
Dowodami w tej sprawie są liczne
zdjęcia znajdujące się na Wystawie
ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA na Kresach
Południowo-Wschodnich II RP
1939-1947 http://www.stowarzyszenieuozun.wroclaw.pl/wies_lipniki.htm
Lipniki – wieś do 1939 r. położona
w Polsce, w województwie wołyńskim, w powiecie kostopolskim w
gminie Bereźne. Powstały w końcu
pierwszej połowy XIX wieku na terenie dóbr Mikołaja Rybczyńskiego, należących do majątku Jabłonne. W okresie międzywojennym
wieś znana była w okolicy jako
ośrodek oświaty i kultury polskiej.
Była tu szkoła powszechna, dom
ludowy, działało Koło Młodzieży
Wiejskiej, Kółko Rolnicze, Koło
Gospodyń Wiejskich, Kasa Stefczyka, mleczarnia, młyny, kuźnie,
sklepy, przedszkole. Gen. Herma-
/ Kolonia Lipniki w gm. Berezne, pow. kostopolski na Wołyniu. Zwłoki ofiar napadu UPA 26 III 1943 r., podczas którego zamordowano 180
Polaków, 4 Żydów i jedną Rosjankę [ze zbiorów E.Siemaszko].
szewski opowiada: „ Żyliśmy w
zgodzie z Ukraińcami, zwłaszcza
mój dziadek i wujowie. Kiedy narastały niepokoje, wiedziano, że są
napady na polskie wsie, dziadek
mówił: nie bójcie się, to nasi bracia. Tej nocy dziadek zapłacił za
to przekonanie życiem. Cała nasza
wioska przestała istnieć..” [2] A tragedia rozpoczęła się 26 marca 1943
/ Miejsce, gdzie znajdowała się kolonia Lipniki w pow. kostopolskim na Wołyniu, licząca 55 zagród. Jedyny ślad po tej kolonii, to droga - po jej
obu stronach stały domy i zabudowania gospodarcze. Fot. z lat 90-tych XX w. [ze zbiorów E.Siemaszko].
r. o godzinie 2 w nocy. Wieś okrążono, rozpoczęła się straszna strzelanina, pociski zapalające leciały jak
gwiazdy. Drewniane zabudowania,
kryte słomianymi strzechami, płonęły. Skąpa samoobrona zdawała
sobie sprawę, że wsi obronić się nie
da. Kierowano więc mieszkańców
do centrum wsi, żeby następnie
wyprowadzić ich do odległego o 4
km majątku Zurno [gm. Berezne,
pow. Kostopol], gdzie stacjonowali
Niemcy. Niestety nie udało się zrealizować tego planu w pełni. Ludzie zaczęli uciekać w różnych kierunkach. Mordowano ich strasznie.
Ginęli od kul, bagnetów, siekier, w
płomieniach płonących domów, do
których wrzucano ludzi przez okna,
w studniach. W Lipnikach Ukraińcy wymordowali ogółem 182 osoby z czego 103 z samych Lipnik, a
ilości rannych i okaleczonych nikt
nie liczył. Tragedia ta była końcem tak świetnie rozwijającej się
wsi, tego ośrodka kultury i postępu w tej części powiatu Kostopolskiego. Gen. Hermaszewski miał
wtedy półtora roku, opowiada, że
jego rodzina spodziewała się ataku
banderowców. Jego ojciec służył w
tym czasie w oddziale samoobrony.
– Dlatego przez dwa tygodnie spaliśmy w ubraniach. Tego dnia była
jednak przepiękna noc. Fala napadów przesuwała się ze wschodu na
zachód. W marcu objęła powiaty
kostopolski i sarneński (częściowo
także łucki). Bandy nacjonalistów
ukraińskich w marcu 1943 napadły
na miejscowości Kolonia Antonówka, Białka, Kamionka, Kolonia
Zarzeczka, Czudwy, Mokwin, Kolonia Borówka, Hłuboczek, Derażne, Kolonia Polanówka, Kolonia
Tomaszów, Kolonia Hipolitówka,
Kolonia Radomianka, Kolonia Wereczówka ,Lipniki, kolonię Jaśmieniec, Pieńki i Pendyki.
1] Fragmenty wspomnień z książki
„Dzieci Kresów II” – Lucyny Kulińskiej, 2006 .
- „Opowieść o moim koszmarze” relacja A. Kownackiej- Góral.
-„Moja dziecięca gehenna”- relacja
J. Bogdanowej.
- „ Wspomnienia z Wołynia”- B.
Gawęda – Kuchta.
-„Józiu, uciekaj dalej…” relacja J.
Karasia.
2]Fragment z książki „Moje wojenne dzieciństwo ” Tom 11 –
Wspomnienia Mieczysława Gawła
„Tragedia wołyńska”
wydała je
: Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2003.
3] „Ocalałem z rzezi wołyńskiej.
To był cud” Źródło: TVP Info
http://tvp.info/informacje/polska/
ocalalem-z-rzezi-wolynskiej-to-byl-cud/4873217
4] W. Siemaszko, E. Siemaszko,
Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945,
Warszawa 2008, t. II.
Program POMOST w Radiu Wnet
Szanowni Państwo ! Drodzy słuchacze !
Program POMOST to autorski program Zofii Wojciechowskiej. W audycji POMOST są Wasze sprawy - to
zapis historii Kresów, zawiera pamięć o mieszkańcach
www.ksi.kresy.info.pl
wiosek, losy polskich uciekinierów ocalałych z rzezi wołyńskiej, repatriantów wileńskich i białoruskich, przesiedleńców z wielu regionów Polski. Jest to pamięć trudna
ale tym bardziej warta ocalenia. Audycja powstaje przede
wszystkim dla Was. Zawiera informacje o ważnych wydarzeniach, przedsięwzięciach, mających wpływ na rozwój świadomości społecznej. Program jest adresowany
do Polaków na wschodzie i Polonii. Razem z Kresowym
Serwisem Informacyjnym walczymy o sprawy Polaków.
Naszą misją jest ustanowienie Dnia Męczeństwa Kresowian. To od Państwa zależy czy Program Pomost będzie
nadawany. Program potrzebuje wsparcia finansowego.
Zwracam się do moich słuchaczy by zechcieli wesprzeć
Kresowy Serwis Informacyjny
audycję. Program Pomost jest społeczną inicjatywą podjętą w 2009 roku przez mazurskie Stowarzyszenie ZD.
Emisja Programu Pomost jest w internetowym Radio
Wnet w środę o godzinie 13 .
Można nas słuchać i czytać nasze relacje na stronie
http://www.radiownet.pl/etery/program-pomost
Program Pomost potrzebuje wsparcia finansowego.
Wszystkich słuchaczy zapraszam do współpracy!
Mój program można wesprzeć
wpłatą na konto z dopiskiem -Program Pomost
BS 29 8848 0008 0000 5034 1000 0001
1 marca 2013 - strona 7
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Ze wspomnień powstańczych
galicyjskiego powstańca
Edward Webersfeld
/ Webestfeld w powstańczej czamarze.. . zdjęcie przedstawia autora wspomnień a pochodzi ze
zbiorrów rodzinnych Macieja Dęboróg-Bylczyńskiego.
Obóz w Ojcowie i wyprawa
na Miechów
W
dzień Matki Boskiej
Gromnicznej, dnia 2. lutego 1863 r., wyjechaliśmy
koleją z Rzeszowa w pięciu kolegów szkolnych, a byli nimi:
Emanuel hr. Moszyński, Henryk
Róża, Kazimierz Salwach, Edward
Webersfeld i Marceli Zboiński, udając się według polecenia tamtejszej
organizacji do tworzącego się oddziału powstańczego pod dowództwem pułkownika Kurowskiego w
Ojcowie.
Na dworcu kolejowym w Krakowie, dwóch panów, których rozpoznaliśmy po wskazanych nam odznakach, wręczyło każdemu z nas
karteczkę z adresem wyznaczonej
kwatery, polecając byśmy się nazajutrz rano stawili się w domu pod
„Rakiem” przy ulicy Szpitalnej, celem wciągnięcia nas do list poborowych.
Wieczorem wyszliśmy na miasto,
gdzie przewalały się tłumy publiczności, rozprawiając głośno wyłącznie o wybuchu powstania. Niezwykły ten ruch nie osłabł po za północą
i gdzieś dopiero około trzeciej godziny nad ranem zaczął się zmniejszać. Nazajutrz wczesnym rankiem
podążyliśmy na ulicę Szpitalną, którą już od wylotu placu Mikołajskiego zastaliśmy literalnie zapchaną
różnorodną publicznością, pośród
której nie brakowało i eleganckich
pań, ludzi o poważnym wyglądzie,
mnóstwa młodzieży różnego autoramentu, kumoszek z okolicznych
wsi, pełno policji itp. tłum nagromadzonego luda w ciasnej ulicy,
wzrastał z każdą chwilą i zamknął
wszelką komunikację do dworca
kolejowego. Ani próby, a tym mniej
groźby, zziajanych policjantów, nic
nie pomagały, ludziska się dusili,
padały przekleństwa, wyzywania,
szturchańce, lecz nikt na to nie zważał i nie ruszał się z miejsca, chyba popchnięty falą, uderzał głową
o sąsiada, nabijając jemu lub sobie
potężnego guza.
Po półgodzinnym przepychaniu się,
darzeni mniej przyzwoitymi epitetami, dopadliśmy bramy domu pod
„Rakiem”.
W obszernej sali pierwszego piętra siedziało za stołem, nakrytym
zielonym suknem, kilku starszych
panów, na stole krucyfiks, dwie zapalone świece i plik papierów. Zgłaszających się zaciągano do list, zaprzysięgano, wypłacano żądającym
tego jakiś żołd, i wręczano kartkę z
adresem przeznaczonej mu kwatery. Nie wierzyłem własnym oczom,
patrząc jak pod strażą austriackiej
policji i formalnie przy jej pomocy,
odbywał się asenterunek ochotników dla polskiego powstania, lecz
słusznie powiedziano, że u pana
Boga i austriackiego rządu nie ma
nic nieprawdopodobnego.
Trzy dni przetrzymano nas w Krakowie i w tym krótkim czasie mie-
liśmy sposobność stwierdzić całą
prawdę powyższego przysłowia.
Rano ułatwiała c. k. policja komunikację między ulicą a biurem
asenterunkowym pod „Rakiem”, na
zamku sprzedawano przez publiczną licytację wybrakowaną broń,
którą zakupili członkowie powstańczej organizacji, o tej samej porze
odbywała się sprzedaż za pomocą
publicznego przetargu koni wojskowych, tak zwanych „Ausmusterów”, które także przeszły w ręce
organizacji, a już wieczorem tego
samego dnia wkroczyła policja do
biura pod „Rakiem”, zabrała znalezione papiery, skonfiskowała krucyfiks i zapisała nazwiska osób, które
tam zastała.
W nocy wkraczały rewizje do prywatnych domów, w których była
rozlokowana część zaciężnych, żądały wylegitymowania się, a nie
posiadającym tego dokumentu, nakazały pod zagrożeniem aresztowania, opuścić Kraków w przeciągu
24 godzin. W kilkunastu godzinach
rozwiała się idylla o sprzyjaniu Austrii powstaniu.
Wczesnym rankiem otrzymaliśmy
dnia 6. lutego na naszych kwaterach
rozkaz stanąć między 6 a 7 wieczór
na polach u wylotu ulicy Długiej,
lecz udawać się tam nie gromadkami, tylko w pojedynkę i na placu
zboru oczekiwać dalszych poleceń.
O naznaczonej godzinie snuły się
w cieniach bezksiężycowej nocy po
ulicy Długiej tajemnicze postacie,
oglądając się trwożnie na wszystkie
strony i tuląc się do bram domów,
za zbliżeniem policyjnej patroli,
których kilka kroczyło po ulicy tam
i na powrót, nie zaczepiając jednak
nikogo. Wyszedłszy z ulicy Długiej
na rozległe pola, ciągnące się tam na
kilka kilometrów, zaważyłem mimo
ciemności w pewnym oddaleniu,
coś jakby wielką plamę na śnieżnej
powłoce pól, od której dolatywały
ludzkie głosy.
Byli to gromadzący się ochotnicy,
rozprawiający wesoło o przyszłych
swych losach, osłoniętych tajemnicą, stawiali horoskopy podjęte walce, wypytywali się nawzajem o różne rzeczy itp., lecz pełni humoru i
wierzący ślepo w niezawodne nasze
zwycięstwo.
Zegar na wieży Mariackiej wydzwonił siedem uderzeń, niesionych wiatrem na łobzowskie łany.
„W szeregi po czterech!” zabrzmiała krótka i energiczna komenda z po
środka gromady. Młódź uszykowała się szybko, tworząc długą linię
frontową, złożoną z 36 czwórek.
„Marsz, marsz!” zakomenderował
nieznany nam jeszcze przywódca i
pochód ruszył miarowym krokiem
przez puste, śniegiem pokryte pola.
Dziwnie poważny nastrój owiał maszerującą drużynę, która posuwała
się w milczeniu, świadoma teraz,
że dąży tam, gdzie za kilka godzin
może się spotkać z wrogiem. Przed
jednym z licznych ziemnych fortów,
okalających Kraków, a wysuniętych
na przyległe sioła, krzyknął ustawiony tam posterunek austriacki:
Strona 8 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
Halt, wer da!. Gut Freund! – odpowiedział nasz przywódca, i przeszliśmy mimo fortu bez przeszkody.
Po dobrze trzech godzinnym marszu wkroczyliśmy między niskie
zarośla, poza którymi rysował się
w cieniach nocy wysokopienny las
liściasty, świecący teraz nagimi gałęziami.
- Oddział stać! – ozwała się komenda.
Oddział przystanął, a rozglądnąwszy się w ciemności, dostrzegliśmy
tuż przy leśnej drożynie niepokaźną
karczemkę, mimo późnej pory jeszcze oświetloną, jak gdyby przygotowaną na nasze przyjęcie. Tu czekała
nas, niewybredna lecz pożywna,
przekąska złożona z kieliszka wódki, kawała chleba, sera i słoniny. W
lot uwinęła się wygłodzona wiara z
podym jej prowiantem i po półgodzinnym wypoczynku ruszyliśmy
w dalszy pochód, zagłębiając się w
gąszcz lasu. W lesie powycinali i
powyłamywali nowozaciężni potężne drągi, które obok kilku rewolwerów, paru dubeltówek i kilkunastu
pałaszy, stanowiły uzbrojenie całego oddziału, wkraczającego na terytorium ogarnięte wojną. Żadnemu z
nas nie przeszło nawet przez myśl,
że w razie zetknięcia się chociażby
z małym tylko patrolem rosyjskim,
byliśmy w całym tego słowa znaczeniu bezbronni. Jakaś niezachwiana wiara w Opatrzność ożywiała te
młode serca, pełne otuchy, toteż z
swobodnym umysłem, nie myśląc
o jakimś niebezpieczeństwie, przekroczyliśmy zaraz za lasem granicę,
wstępując na ziemie pod zaborem
rosyjskim.
Czartaki pogranicznej straży, tak
zwanych objeżdczyków, około których przechodziliśmy, stały pustką
i wzdłuż całej granicy nie pojawił
się na szerokim obszarze ani jeden
sołdat. Mieszkańcy napotkanych po
drodze chat, objaśnili nas, że Moskale w obawie przed formującym
się w Ojcowie oddziałem Kurowskiego, pościągali wszystkie pograniczne posterunki do sąsiednich
miasteczek, z których nie wychlają
nosa. Dobrze po północy wkroczyliśmy na rządową szosę i około godziny 4 nad ranem schodziliśmy z dość
stromej góry, wiodącej do środowiska Ojcowa, kąpielowego miejsca,
rozsiadłego w dolinę nad przewijającym się przez jej środek małym
potoczkiem, z resztkami zamku, w
którym Wacław Czeski więził króla
Łokietka, a skąd go uwolnili tamtejsi włościanie.
Zaledwie przewinęliśmy się około
skręcającej w tym miejscu drogi,
rozległ się gromki głos, nawołując:
„Stój! Kto idzie?”
„Swoi!” – odpowiedział nasz dowódca, a za nim krzyknęło sto pięćdziesiąt zdrowych gardzieli:
- Swoi idą!.
- Niech żyje Polska! – odpowiedziała obozowa pikieta, bo na nią właśnie się natknęliśmy.
- Hura! Niech żyje Ojczyzna! –
rozległ się jak strzał armatni jeden okrzyk, który otaczające góry
powtórzyły trzykrotnie. Po takim
pierwszym powitaniu wysunął się
na czoło naszego pochodu strzelec
z pikiety i poprowadził nas do wnętrza obozu, rozłożonego o wiorstę
od tego miejsca. Cały obóz zastaliśmy pogrążony w głębokim śnie i
tylko na strażnicy czuwało kilkunastu powstańców, pełniących nocną
służbę obozową. Komendant straży
odebrał nas, a przeliczywszy, skonstatował brak pięciu, którzy widocznie pozostali po drodze nie ufając
swym siłom. Wprowadzono nas na
resztę nocy do ogromnej stodoły,
zapchanej słomą po sam wierzch,
ale bez drzwi i okien. Nie bardzo
nam się uśmiechał nocleg w otwartej szopie, lecz nie było wyboru, toteż nie namyślając się, wyleźliśmy
na sam szczyt nagromadzonej tam
słomy, w którą zakopawszy się z
głowami, usnęliśmy jak zabici.
Nie pomnę dziś jakie widma wytwarzała mi wyobraźnia podczas tego
pierwszego snu w obozie, pamiętam jednak, że zbudził mnie jakiś
grzmiący huk, podobny do surmy
bojowej, jeżeli już nie do trąby Archanioła, zwołującej grzeszników
na sąd ostateczny. Zerwałem się jak
oparzony i wydobywszy się nie bez
trudu spod mierzwy, w którą w czasie snu głębiej zapadłem, widziałem
jak wszystka słoma w szopie zaczęła się poruszać podobnie do falującego morza, a z jej głębin co raz to
nowa wynurzała się głowa, owinięta
mnóstwem mierzwy, która musieliśmy obgartywać, żeby oswobodzić
zasypane nią oczy. Zwolna i nieśmiało zaczęliśmy się zapuszczać w
obszerny dziedziniec między szopą
i okazałym piętrowym domem pod
godłem „Hotel pod królem Łokietkiem”, gdzie przebiegali tam i na
powrót powstańcy różnego wieku,
rozmaitej broni i najrozmaiciej poubierani.
Niebawem zjawił się nasz nocny
przywódca, zwołał swój hufiec,
uszykował w dwa szeregi i zapowiedział, że zostaniemy przedstawieni
dowódcy oddziału obozującego w
Ojcowie, pułkownikowi Kurowskiemu. Chłopcy otrzepali naprędce
odzież z pozostałej jeszcze słomy,
ten i ów podgarnął zjeżoną czuprynę, poprawił czapki i wsparci na,
niedostępnej dotychczas, broni, na
wyłamanych w lesie kijach, oczekiwaliśmy przybycia naczelnika.
Posterunek, ustawiony przed „hotelem pod Łokietkiem”, sprezentował
broń, kręcący się dookoła powstańcy przystanęli w wojskowej pozycji,
dotykając czapek na znak pozdrowienia, a równocześnie wyszło z
bramy hotelu trzech mężczyzn. Na
przedzie szedł pułkownik Kurowski, przepasany biało-czerwoną
szarfą po siwej, bajowej kurtce, obłożonej barankiem, na głowie zwieszała mu ciemna rogatywka, przy
boku kawaleryjska szabla. Za nim
o krok po lewej ręce, szef sztabu
i zastępca wodza, pułkownik Dobrski, a po prawej mały człowieczek
o kościstej twarzy, z żywo biegającymi oczyma, w czerwonym fe-
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
zie, zasadzonym zawadiacko na tył
czarnej, kędzierzawej czupryny, w
granatowym, półkrótkim surducie z
srebrnymi guzikami i w granatowej
kamizelce, na której widniał wzdłuż
i w szerz piersi, naszyty na niej biały, sukienny krzyż. Człowieczek ten
niepokaźny, był to sławny z szalonej odwagi pułkownik Rochebrune
, dowódca kompanii Żuawów, który
zginął później podczas oblężenia
Paryża, w czasie wojny francusko-pruskiej, jako jenerał.
Wszyscy trzej przeszli po przed
frontem uszykowanej kolumny,
przypatrując się badawczo nowo zaciężnym, poczym stanęli w pośrodku frontu.
- Witam was towarzysze broni, którzy pospieszyliście stanąć do walki
za świętą naszą sprawę. Niech żyje
Ojczyzna! – przemówił Kurowski.
- Hura! – wykrzyknął nasz przywódca, za którym powtórzyliśmy
ten okrzyk.
Zaraz potem poprzydzielano nas do
różnych broni, pozostawiając Rochebrunowi pierwszeństwo w wyborze żołnierza dla dowodzonego
przez niego oddziału Żuawów. Z kolegami z Rzeszowa: Emanuelem hr.
Moszyński, Henrykiem Różą i Kazimierzem Salwachem, wszedłem
do oddziału Żuawów, gdy Marceli
Zboiński na własne żądanie, został
przydzielony do kompanii strzelców kapitana Niewiadomskiego.
Żuawi stanowili zupełnie oddzielny
korpus i zażywali w obozie wszelkich przywilejów. Mieli osobną
kwaterę w nowo zbudowanym Domie szwajcarskim, gotowali osobno
dla siebie, byli wolni od pełnienia
służby obozowej, nie dawali żołnierza ani na odwach, ani na wedety, za to odbywali po osiem godzin
dziennie musztrę i ćwiczenia w
strzelaniu do tarcz. Komendę mieliśmy francuską ze względu na Rochebruna, który zaledwie kilka słów
polskich rozumiał. Dnia 11. lutego
ustawiono w ogrodzie obok hotelu
polowy ołtarz na wznoszącym się
tam kopcu, pod którym ustawiono
oddział Żuawów, celem odebrania
od nas przysięgi. Kapelan obozowy,
ks. Kamiński, odprawił mszę świętą i dokonał poświęcenia naszego
sztandaru z czarnej materii noire,
na którym z jednej strony widniał
obraz Najświętszej Panny Częstochowskiej, a z drugiej strony wielki
biały krzyż. Na ten sztandar złożyliśmy przysięgę wierności i męstwa
z dodatkiem nie dawania wrogowi
pardonu i nieprzyjmowanie go od
niego. Po przysiędze odbył Rochebrune przegląd oddziału i przemówił do żołnierzy po francusku, a
przemówienie przetłumaczył nam
kapitan Biernacki. Sztab oddziału Żuawów składali: Rochebrune,
pułkownik i dowódca, Biernacki,
kapitan, Moszyński, adiutant wodza
i Tomkowicz, porucznik. Sierżantami zamianował Rochebrune Rożę i
Salwacha, a chorążym był Heród,
urzędnik skarbowy z Krakowa.
W niedzielę 14 lutego, kiedy oddział
słuchał mszy polowej, pojawiło się
na gościńcu, wiodącym z Krakowa,
sześciu austriackich strzelców w
pełnym uzbrojeniu, prowadzonych
do obozu przez żołnierza z naszej
pikiety. Był to cały patrol, wysłany
z Krakowa na przeszukanie pobliskich wsi, lecz po drodze rozmyślił
się i zamiast wracać do Krakowa,
przeszedł granicę, oddając się na
posługi walczących o wolność. Ciekawszym było, że patrol ten składał
www.ksi.kresy.info.pl
się z pięciu Włochów i tylko jednego
Polaka, Lewandowskiego. Wszyscy
sześciu zostali wcieleni do Żuawów,
przy równoczesnym powierzeniu
sztandaru sierżantowi Orsettiemu i
posunięciu dotychczasowego chorążego Heroda, na stopień porucznika.
Orsetti odebrawszy sztandar ukląkł,
rozwinął go, ucałował obraz Matki Bożej i frunął nim w powietrzu,
wykrzykując po trzykroć: E viva la
Pologna!
Nazajutrz zapanował niezwykle
ożywiony ruch na całym obejściu
obozowym i trwał do późnej nocy.
Opatrywano broń, przekuwano
konia, składano prowiant na sprowadzone furmanki, wydzielano
potrzebującym obuwie, a pod noc
rozesłano na całą okolicę gęste patrole. Równo ze świtem dnia 16
lutego, uruchomiono cały obóz,
oświadczono żołnierzowi, że wychodzimy na nieprzyjaciela, odgotowano i o godzinie 10 ruszyliśmy
drogą ku Skale. Około 12 w południ
stanął oddział na rynku w Skale, tam
wydzielono nam amunicję, składającą się z garści prochu, dwóch
garści ołowianych siekańców i po
kilkadziesiąt kapsli, co każdy z nas
schował jak mógł po kieszeniach,
ponieważ nikt nie otrzymał nic takiego, co by mogło zastąpić ładownicę. O 3 po południu ruszył oddział
w dalszy pochód, poprzedzony szpicą kawalerzycką o pięciu jeźdźcach,
za nią straż ochronna w czterdzieści
koni, następnie w przedniej straży pół kompanii strzelców, oddział
kosynierów z kapitanem Ruczką,
Kurowski z całym sztabem, reszta
strzelców, a Żuawi z Rochebrunem
na czele, kryli pochód jako tylna
straż. Ogólna siła oddziału wynosiła: dwie kompanie strzelców po
160 żołnierza, kompania Żuawów
w liczbie 160, dwie kompanie kosynierów 240 ludzi i około 100
kawalerzystów, ogółem coś ponad
800 ochotników. Uzbrojenie całego
oddziału składało się z 300 dubeltówek, sto kilkadziesiąt pojedynek,
setka pałaszy, połowa tego rewolwerów i 240 kos, nabitych sztorcem na dwumetrowe drążki. Tak
uzbrojonych i w taką zaopatrzonych
amunicję, prowadził Kurowski na
zdobycie Miechowa, obsadzonego 3
rotami strzelców finlandzkich, najlepszego żołnierza rosyjskiego, jedną rotą piechoty smoleńskiego pułku i sotnią kozaków, razem wzwyż
700 wyborowego i wyćwiczonego
wojska regularnego, uzbrojonego w
dalekonośne karabiny i osłoniętego
zabudowaniami miasta.
Gdzieś po północy przystanęliśmy w lesie pod jakąś wsią, gdzie
odgotowano, dano zmęczonemu
przydługim marszem żołnierzowi
dwugodzinny wypoczynek, a nade
dniem ruszono w dalszy pochód. Z
pierwszym brzaskiem świtającego
dnia wyszliśmy z lasu na obszerne
pola pokryte mgła, a gdy się cokolwiek lepiej rozwidniło, ujrzeliśmy
może na oddalenie dwóch wiorst
Miechów, rozsiadły na szerokiej
równinie. Kurowski powstrzymał
oddział w dalszym pochodzie i zarządził nowe rozstawienie sił.
Bitwa w Miechowie, 17 lutego 1863 r.
Kurowski podszedł z powierzonym
mu oddziałem powstańczym nad ranem dnia 17 lutego 1863 r. po pod
Miechów, który postanowił zdobyć.
Wyszedłszy z lasów na czyste pola,
w oddaleniu niespełna wiorsty drogi
od zabudowań miasta, wysunął na
czoło linii bojowej Żuawów, puszczając ich a pierwszy ogień. Pułkownik Rochebrune, towarzyszący
swoim Żuawom w czasie długiego
marszu na koniu, zsiadł z niego
i wlot sprawił linię artyleryjską,
stając z dobytym rewolwerem na
lewym jej skrzydle. Patrole kozackie, objeżdżające miasto, dostrzegły
nasze zbliżanie się, więc kilkunastoma strzałami ostrzegły załogę
miechowską o niebezpieczeństwie i
wyciągniętym galopem skryły się za
okopem, osłaniającym miasto.
Wolnym marszem posuwała się nasza linia tyralierska, wyprzedzając
o kilkaset kroków resztę oddziału,
sprawionego w szyk bojowy, któremu za tylną straż dał Kurowski kompanię kosynierów. Nie napastowani
przez nieprzyjaciela, podeszliśmy
pod sam wał, otaczający Miechów.
Zupełna cisza otaczała maszerujących, nawet żaden wietrzyk nie powiał po rozległych polach, i gdyby
nie regularny odgłos kroków posuwającej się tyralierki, zdawałoby
się, że królestwo zmarłych roztoczyło tu swe panowanie. Żadnego
znaku życia, żadnego śladu ruchu
nie było widać jak szeroko i daleko rozciągały się śniegiem pokryte
pola i tylko stada przelatujących
tam i na powrót wron, węszących
ucztę, przepowiadały złowieszczym krakaniem coś, przejmującego człowieka dziwnym uczuciem.
Tuż u podnóża okopu powstrzymał
Rochebrune swój oddział, ściągnął
łańcuch tyralierski, uszykował we
front bojowy i czekał na zbliżenie
się Kurowskiego z główną siłą. Gdy
reszta oddziału zbliżyła Siudo nas,
na jakich 200 kroków, pchnął Rochebrune kilku Żuawów na szczyt
wału dla rozejrzenia się w sytuacji,
lecz gorąca krew zapaleńca przemogła w nim względy na własne bezpieczeństwo i kilku skokami znalazł
się na wale. Nie dostrzegł widocznie
nic podejrzanego, bo zakomenderował: Zuaves de mort! Par gimnastique en avant!. Biegiem wpadliśmy
na wał a równocześnie spuścił się z
niego Rochebrune na tamtą stronę
ku miastu. Jeszcześmy nie stanęli
na wale pewną nogą, gdy z położonego pod samym jego brzegiem
cmentarza, posypał się na nas grad
kul nieprzyjacielskich, dziesiątkując
atakujących. Moskale przyczajeni
w pojedynkę za mogiłami, nagrobkami i drzewami, wytrzymali spokojni pojawienie się kilku naszych
z Rochebrunem na wale, czekając z
salwą na wystąpienie liczniejszych
sił. Nie mieli jednak czasu nabić
broni do drugiego strzału, bo Żuawi
zwalili się jak huragan na cmentarz,
wpadli na rozrzuconych po nim i na
kolby i pięści poczęli się zmagać z
osłupiałymi na taki sposób walki
sołdatami.
Strzelcy Niewiadomskiego połączyli się już z nami i ostrzeliwując połączonymi siłami wynikających się
ku miastu carskich zuchów, oczyściliśmy z nich cmentarz w przeciągu
kwadransa. Kurowski pojawił się teraz, gdy minęło niebezpieczeństwo
na cmentarzu i polecił Rochebrunowi uformować przetrzebionych
Żuawów w czwórki i ruszyć z nimi
wąską ulicą ku środkowi miasta.
Nasz pułkownik przedstawił mu
całą niedorzeczność takiego przedsięwzięcia, lecz Kurowski wydął
dumnie wargi i rzuciwszy apodyktyczne: Je suis ici le Commendant!
Enevant! – odjechał na tyły oddziału. Rochebrune zaklął wściekle,
pogroził odjeżdżającemu Kurowskiemu, lecz jako stary żołnierz wykonał rozkaz. Biegiem przebiliśmy
dość długą ulicę, lecz gdy pierwsza
nasza czwórka zjawiła się u jej wylotu do rynku, zagrzmiała salwa,
ustawionej tam piechoty i kilkunastu Żuawów potoczyło się po bruku,
brocząc we krwi. Zaraz po pierwszej
nastąpiła salwa drugiej roty, trzymanej z palbą w rezerwie, znów padło
kilkunastu Żuawów i nieunikniony nasz odwrót w popłochu. Teraz
nastąpiło istne polowanie na cofających się. Z każdego okna, z dymników, z dachów domostw wzdłuż
całej ulicy prażyli na s Moskale,
sami bezpiecznie ukryci za ścianami
domów. Złamany na duchu, przerażony ogromem klęski i mnogością
ofiar podczas krótkiej utarczki. Wycofał się młody żołnierz bezradny i
zdemoralizowany, straciwszy wiarę
w zdolność wodzów, którzy na pewną śmierć, a raczej na rzeź wysłali
kwiat młodzieży. W czasie bitwy
stał Kurowski z całym sztabem po
za miastem, wyczekując wyniku
podjętej walki, a otrzymawszy raport, pchnął adiutanta z rozkazem
do dowódcy kawalerii, Ludwika
Mięty, i polecił mu wykonać szarżę na ustawioną w rynku piechotę.
Mięta poskoczył galopem do Kurowskiego, nie dowierzając podobnemu zarządzeniu.
- Czy dobrze zrozumiałem przyniesiony mi rozkaz szarżowania
nieprzyjaciela w ulicach miasta? –
zapytał.
- Takie wydałem polecenie!
- Ależ to szaleństwo!
- Uważam pana za tchórza! – rzucił
gniewnie Kurowski.
- Kto? Ja tchórz? - Z tymi słowy
spiął Mięta konia, jak szalony dopadł oddziału kawalerii, zakomenderował:
- Formuj czwórki! Galopem marsz!
- I wypadł na jej czele w tę samą ulicę, którą cofaliśmy się przed strzałami moskiewskimi. Zagrzmiały w
mieście salwy karabinowe, powietrze wypełnił okrzyk:
- Naprzód! Jezus i Maria! - I na
chwilę wszystko ucichło. W kwadrans potem wypłynęła nasza kawaleria drugą stroną miasta, złamawszy ustawioną w rynku piechotę,
nasiekła sporo mięsa, lecz wyszła
z tej brawury zaledwie z połową
ludzi, reszta legła od kul i bagnetów moskiewskich. Mięta ranny,
resztkami sił zdołał się wydostać z
miasta, by zemdlony i ociekający
krwią wpaść w długotrwałe omdlenie. Około 250 poległych i rannych,
oto zysk z nieopatrznego rzucenia
się na otwarte miasto, którego nawet
w razie zwycięstwa nie bylibyśmy
mogli zatrzymać ponad kilka dni.
Z oddziału Żuawów, liczącego 160
ochotników, legło w Miechowie 81,
rannych mieliśmy 40, a pozostało
po bitwie całych 45.
W zapiskach moich z bitwy miechowskiej, zestawionych w kilka
tygodni po klęsce, znachodzę nazwiska 57 poległych tam Żuawów,
a to: Andrzejewski z Tarnowa, Błażejowski z Sanoka, Chmurowicz,
lwowianin, Dąbek, krakowianin,
Degorski, królewiak, Dobrzański,
krakowianin, Grekowicz, lwowianin, Isakowski, tarnopolanin,
Kaczmarski, syn kupca z Krakowa,
Kiliński z Miechowa, Kisielewski
Teodor, Kleczyński, oficer austriacki, Korsak, oficer rosyjski, Kotnowski, Kowalewski Antoni z Krakowa,
Kryński z Tarnowa, Kulma z Gdowa, Kuligowski, urzędnik rosyjski,
Kresowy Serwis Informacyjny
Kwiatkowski, Krzyżanowski z Krakowa, Latinek Edmund, lwowianin,
Lewandowski, sierżant strzelców
austriackich, Łatwiński, kakowianin, Ławiński z Bochni, Majewski,
akademik krakowski, Majkowski z
Nowego Sącza, Makowiecki Henryk, krakowianin, hr. Emanuel Moszyński, syn Piotra, krakowianin,
Molenda Stanisław z Krasiczyna,
Niemczykiewicz, Nowicki, akademik krakowski, Oberski, lwowianin,
Ochenkowski, medyk krakowski,
Ogrodziński z Kielc, Orzechowski,
burmistrz miechowski, zamordowany przez Moskali, Orsetti, chorąży, Preis, krakowianin, Radoński,
poznańczyk, Reman, krakowianin,
Rzędowski z Radomia, Słomka Ferdynand z Oświęcimia, Smoliński z
Tarnowa, Starzyński, Tarczyński,
Tomkowicz, medyk krakowski, Torosiewicz spod Stanisławowa, Trąpczyński z Poznania, Tyborowski z
Poznania, Wańkowski z Pińczowa,
Wędrychowski Franciszek z Krakowa, Wójcicki, krakowianin, Zaręba,
krakowianin, Zawora Marcin z Balina, Zbrożek Józef, Żalicha, krakowianin, Żebrowski, oficer rosyjski,
Heród, zmarły wieczór 17 lutego we
dworze pod Miechowem.
Z rannych pamiętam: Biernacki, kapitan, Brun, koncypient adwokacki,
Gajdziński, krakowianin, Kahane
Zygmunt, Kisielewski Jan, późniejszy drogomistrz w Gorlicach, Rudziński, Rastawiecki, Sawicki, krakowianin, Szajna, Tabaczkowski z
Wadowic, Tyniecki, Wawrzkiewicz,
krakowianin, Westfalewicz, krakowianin, Wirski, Wnukowski.
Do obecnej chwili żyją: Biernacki
w Bagateli, W. Ks. Poznańskie, Kahane Zygmunt, pełnomocnik dóbr
łańcuckich (stracił rękę w Miechowie), Klemensiewicz, notariusz w
Krakowie, Straszewski, Roża Henryk, emerytowany tajny radca we
Wiedniu, Webersfeld Edward, emerytowany radca rachunkowy w Husiatynie, Wiśniewski.
Ostatni to Mohikanie krwawej bitwy miechowskiej.
[przedruk za: „Kurier Lwowski”,
dodatek południowy, 1913, nr
80,82,84,86,90,92]
Edward Webersfeld (1845-1918)
– szeregowiec w Żuawach śmierci, następnie sierżant w kompanii
strzelców w oddziale płk. Dionizego Czachowskiego. Brał udział w
jedenastu bitwach i potyczkach w
Sandomierszczyźnie. Po powstaniu
styczniowym aktor, wachmistrz ck
policji, urzędnik lwowskiego magistratu. Publicysta, autor wspomnień
i sztuk teatralnych (m. in. poświęconych powstaniu styczniowemu).
Aktywny członek lwowskiego
oddziału Towarzystwa Weteranów 1863/1864 i Tow. Wzajemnej
Pomocy Uczestników Powstania
1863/1864.
Od Redakcji: powyższy materiał, a
są to wybrane fragmenty, przesłał
nam pan Maciej Dęboróg-Bylczyński z okazji 150 rocznicy powstania styczniowego i z tego powodu
postanowiliśmy go zaprezentować
naszym czytelnikom.
__
1. François de Rochebrune (18301870) – francuski pułkownik, organizator oddziału żuawów śmierci w
powstaniu styczniowym.
2. Zuaves de mort (franc.) – Żuawi
Śmierci.
1 marca 2013 - strona 9
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
70. ROCZNICA ZAGŁADY
BORSZCZÓWKI
Bogusław Szarwiło
B
orszczówkę zamieszkiwali
Polacy. Było tu 54 gospodarstw, sady, ogrody, żyzne
pola uprawiane starannie z najwyższą kulturą rolną, kuźnia, szkoła,
strażnica KOP która została przez
Ukraińców rozebrana do fundamentów w 1941 r. po inwazji ZSRR na
Polskę.
Władysław Gruszecki: Było to o
świcie 3 marca 1943 roku. Pamiętam, była straszna wichura. Wiatr
zrywał snopki z dachów, łamał
drzewa. Huczało niesamowicie.
Właśnie oglądałem na podwórku,
jakie wiatr porobił mi szkody, gdy
usłyszałem kilka strzałów od strony
Borszczówki. (…) Wtem z prawej
strony, od strony Lidawki zobaczyłem ogromne kłęby dymu. Paliła się
sąsiednia wieś Lidawka, jak później
się dowiedziałem. Znowu usłyszałem strzały i wybuchy granatów.
Coraz więcej zaczęło zanosić dymem i spalenizną. Biegałem jak
szalony do mieszkania i na dwór,
wchodziłem na strych, skąd przez
okienko widać było sadybę Sikorskich.(…) Wtem zaszczekał pies.
Rzuciłem się do okna. Jechał konno
sąsiada syn. Wybiegłem z żoną na
dwór do niego. Powiedział - jeździłem lasami zobaczyć co tam się
dzieje. Cała Borszczówka się pali.
My w tej chwili uciekamy do Choniakowa. Zawrócił konia i galopem
odjechał. Żona jak posłyszała o tym,
pobiegła do mieszkania i mówi, że
w tej chwili ucieka z dziećmi do Narajówki. Łatwo było powiedzieć, ale
czy tam za lasem nie stoi Niemiec, a
jak zobaczy to śmierć. Ryzyko było
wielkie. Za chwilę żona wyszła z
mieszkania z wystraszonymi dziećmi. Popatrzyłem jeszcze raz dookoła czy nie idą Niemcy. Na szczęście
sypnął taki śnieg, że na dziesięć
kroków nic i nikogo nie było widać.
Z tego skorzystała żona. (…) Nazajutrz wstałem, jeszcze było ciemno,
pożegnałem żonę i dzieci i poszedłem. Do Hłuboczka trzeba było iść
przez Borszczówkę. Dochodząc do
Borszczówki już był biały dzień.
Szedłem szybko. Liczyłem na to, że
rano Niemcy nie przyjadą. Dochodzę do pierwszego domu, tam się
jeszcze kurzy i tli. Tu w pierwszym
domu mieszkała moja siostra i jej
dwie córki. Z domu i zabudowań
ani śladu. Pozostała kupa zgliszcz.
Na zgliszczach jeszcze dyni się. W
powietrzu czuć spalenizną. Podchodzę bliżej - jakiś strach mnie
ogarnia. Wstępuję na pogorzelisko.
Tu był pokój siostry. Na ziemi znajduje znajome metalowe przedmioty
- nożyce, maszynka i dużo innych
rzeczy. Szczątków trupów ani kości
nie widać, może uciekli - pomyślałem. Idę dalej. W drugim pokoju
pod ścianą widzę kości rozmaitych
rozmiarów. Duże, małe i jeszcze
mniejsze. Ale czego tak mało kości i
takie drobne kawałeczki, jak gdyby
kto młotkiem je potłukł. Nigdy nie
wyobrażałem, że człowiek może się
tak spalić, że z ciała nic nie zostanie. Stałem chwilę i patrzyłem na
te szczątki siostry i jej córek. Łzy
cisnęły mi się do oczu. Przypomniałem sobie, jak tydzień temu wstecz
były obie córy siostry na urodzinach
mojej córki, Steni. Była i córka brata - Wala, były wesołe i rozbawione.
Starsza córka siostry grała na gitarze, a te tańczyły i śpiewały. Powiedziałem wówczas do żony: Szkoda,
że nie ma aparatu, dobrze byłoby je
sfotografować. Jakbym przeczuwał,
że już nigdy ich nie zobaczymy. Ale
nie ma czasu roztkliwiać się. Idę
dalej, muszę dowiedzieć się o losie brata i jego córki. Później mogą
nadjechać Niemcy. i ze mną koniec.
Przy następnej sadybie takie same
zgliszcza. Kilka kur chodzi przy
zgorzelisku. Został tylko żuraw
przy studni i kawałek opalonego
płotu, na którym siedziało kilkanaście kruków. Kruki przeraźliwie
krakały. Dalej z lewa kiedyś była
sadyba De'Bobre, z którym służyłem w wojsku. Teraz tylko ruiny. Na
zgorzelisku siedzi pies i przeraźliwie wyje, tam dalej jemu drugi wtóruje. Idę dalej coraz to inne widoki,
jeden od drugiego okropniejszy Tuż
przy samej drodze spalona sadyba
Niezbrzyckiego. Widzę, kilkanaście kruków na czymś żeruje. Co to
może być? Podchodzę bliżej. Kruki
z krzykiem odlatują. Widzę, leży
opalony trup chłopca lat około dziesięciu. Uszy i nos obgryzione przez
psy. Leży o parę kroków od spalonej stodoły. Tu widocznie był zabity
i dlatego nie spalony. Prawdopodobnie był to syn Niezbrzyckiego.
Wszędzie pełno kruków. Przelatują
z miejsca na miejsce i przeraźliwie
kraczą. Skąd to nabrało się ich tyle.
Zleciały chyba z całej okolicy. Czytałem kiedyś, że kruki są bardzo
solidarne i kiedy znajdą gdzieś żer,
sobie tylko znanym. krzykiem zwołują się nawzajem. Idę dalej. Tylko
po płotach i żurawiach widać było,
gdzie były zabudowania. Przyspieszam kroku aby prędzej opuścić to
miejsce kaźni gdzie dwa dni temu
wstecz było życie i radość. Teraz
pozo-stały zgliszcza, przeraźliwe
wycie psów i krakanie kruków. Przy
wyjściu z Borszczówki z prawej
strony zostało nie spalonych kilka
domów. Dlaczego ich Niemcy nie
spalili? Były różne przypuszczenia,
ale tej tajemnicy nikt nie rozwiązał.
Za Borszczówką z lewej strony stało kilka domów. Mieszkali w nich
Ukraińcy. One też zostały spalone i znaku po nich nie zostało. Idę
dalej do Hłuboczka. Tam okrążyła
mnie gromada ludzi. Rozpytują kto
zginął, a kto został żywy. Odpowiadam im, że sam jeszcze nie wiem.
Przyszedłem może tu coś dowiem
się o losie brata. Idę do sołtysa,
może on coś więcej będzie mi mógł
powiedzieć. Niestety nic nie wiedział. Sołtys jedzie zaraz do gminy
na odprawę. Proponuje, aby z nim
jechać. Może tam coś konkretnego
dowiem się. Postanowiłem jechać.
/ Borszczówkę zamieszkiwali Polacy. Było tu 54 gospodarstw, sady, ogrody, żyzne pola uprawiane starannie z najwyższą kulturą rolną, kuźnia,
szkoła, strażnica KOP która została przez Ukraińców rozebrana do fundamentów w 1941 r. po inwazji ZSRR na Polskę.
Po drodze rozmawiam z sołtysem i
furmanem. Dowiaduję się od nich
dużo. Opowiedzieli, jak Niemcy
i ukraińska milicja przyjechali do
Hłuboczka. Tam zostawili furmanki, a sami ruszyli w szyku bojowym
w kierunku Borszczówki. Później
jak wrócili z Borszczówki, zwołali
ludzi i powiedzieli im, że zniszczyli
Borszczówkę za przechowywanie i
sprzyjanie z radziecką partyzantką.
Powiedzieli, że spotka ich to samo,
jeżeli będą zadawać się z partyzantką. W Hoszczy, w gminie nie dowiedziałem się o bracie nic, prawdopodobnie został zabity. Niemcy
tylko powiedzieli sołtysowi, że kto
z mieszkańców Borszczówki został
żyw - niech wraca i pracuje. Nic im
już nie grozi. Nakazali też sołtysowi, aby wziął ze swojej gromady
ludzi ze szpadlami i wykopali mogiłę przy drodze (nie na cmentarzu),
do której mieli zwieźć trupy i kości
pobitych i zakopać nie stawiając
krzyża. Oni rzekomo mieli sami
postawić słup z tablicą, na której
mieli napisać, za co Borszczówka
została zniszczona. Widziałem w
Hoszczy ulotki, w których Niemcy
ostrzegali ludność, aby nie zadawała
się z partyzantami bo spotka ich to
co spotkało ludzi w Borszczówce i
Lidawce. (…) W Borszczówce spotkałem sołtysa z Hłuboczka z ludźmi i dwie fury do zwożenia trupów.
Szukali miejsca do kopania mogiły.
Wybrali małe wzgórze nad drogą na
ogrodzie Trockich, jak kazali Niemcy. Poszedłem z sołtysem do spalonej szkoły, szukać szczątków brata.
Znajduję zniekształcony kadłub
człowieka. Leży na ziemi. Nogi ma
spalone, głowa roztrzaskana Została tylko dolna szczęka, między żebrami wypalone ciało. Przez dziury
widać wątrobę i płuca. Pomyślałem,
czy to brata szczątki? Przypomnia-
Strona 10 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
łem, że brat miał dwa złote zęby w
dolnej szczęce. Trzeba odwrócić.
Obracam spalony kadłub, smarując
ręce w upieczonym i spalonym ciele. Dwa zęby były, błyszczą. Tak, to
jest brat! Dla pewności szukam przy
zwłokach, rozgarniając popiół i węgiel. Znajduję zapalniczkę i klucz
od mieszkania. Teraz już jestem
pewny, że mam przed sobą brata w
postaci bryły spieczonego i okopconego ciała. Stanęło mi w pamięci,
jak tydzień temu byłem u niego i
widziałem jak mył się bez koszuli.
Był taki czyściutki, a teraz? Ale nie
ma czasu rozmyślać. Jeszcze mam
szukać Walę, córkę brata, a później
siostrę z dziećmi. A w głowie kłębią
się myśli czy nie przyjadą tu Niemcy i nie wykończą pozostałych. Idę
do drugiego pokoju, tam pod ścianą
rozgarniam węgle i popiół.
Znajduję kosteczki - żeberka, kawałki czaszki, kości z nóg i rąk. Ciała przy nich ani odrobinę. Były to
kości z małego dziecka, ale czy to
kości Wali? Grzebię dalej i znajduję
blaszany guziczek, jeden, drugi i
medalik Matki Boskiej. Przypatruję
się guziczkom. Tak! Wala miała je
przy sweterku. Są to kości Wali.
Zbieram je na kupę. Rozglądając się
na wszystkie strony, czy nie idą
Niemcy. Pozbierałem tych kości
może połowę. Reszta została pod
gruzami, Spieszę się. Jeszcze trzeba
iść i szukać siostry i jej dzieci. Tuż
niedaleko leży mój spalony rower i
wirówka do mleka, którą brat wziął
na przechowanie do szkoły. Takie
rzeczy trzeba było zdawać Niemcom. Nie przechował... Wszystko i
wszyscy zginęli. W spalonym domu,
gdzie mieszkała siostra, kości nie
znajduję. Jak już pisałem, były w
drugim pokoju. Szukam jakiegoś
naczynia, aby je pozbierać. Na
osmalonym płocie wisi blaszana
brytfanka. Wkładam do niej części
kości - reszta zostaje. Wracam do
miejsca gdzie kopią wspólną mogiłę. Kopią wąski rów na dwa metry
szeroki, na dziesięć długi. Zmieszczą się zwłoki i kości stu dwudziestu siedmiu osób. Kilka trupów dalsza rodzina potajemnie pogrzebała
na cmentarzu. Całych trupów może
było ze trzydzieści, reszta kadłuby i
kości. Nadjeżdża pierwsza fura z
pomordowanymi - była to rodzina
Trockich. Pomagam ich zdejmować. Pierwszy trup był Alojzego,
mego kuma. Chrzcił moją starszą
córkę Stenię. Był ciepło ubrany. Na
palcu widzę, złotą obrączkę. Dostał
dwa postrzały. Kładziemy go na ziemi tuż przy mogile. Mogiła jeszcze
nie wykopana. Zdejmujemy starego
Trockiego. Jest bardzo ciężki. Kładziemy rzędem, jeden przy drugim.
Teraz zdejmujemy Witka - był jeszcze kawalerem. Dzień przed masakrą przyjechał do domu (pracował
w gminie). Teraz zdejmuję małego
chłopca Janusza, syna Alojzego. Ma
może cztery lata. Kula trafiła go niżej czaszki. Kilka zębów wybitych,
jeden na skórce wisi na zewnątrz.
Kładę go na zwłokach jego ojca.
Tak biedny kochał swego jedynaka.
Teraz zdejmujemy starą Trocką. Jest
opalona. Zabita była w sieniach, a
reszta rodziny na dworze. Następną
kobietą była żona Alojzego. Była
ślicznie ubrana. Miała złotą obrączkę na palcu, a na ręku pasek od zegarka. Zegarek ktoś zdążył zabrać.
Teraz zdejmujemy pannę Polę i jej
młodszą siostrę. Były to córy Trockich. Najstarsza córka Trockich została ranna w głowę, straciła przytomność i to ją uratowało. Po
masakrze ludzie ją znaleźli i odratowali. Ostatnią była siostra żony
Alojzego. Była to śliczna młoda
dziewczyna. Zauważyłem, że miała
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
palce uwalane ziemią. Za paznokciami było błoto. Biedna - widocznie ciężko konała, grzebiąc palcami
ziemię. Było ich wszystkich dziesięcioro w rodzinie Trockich. Teraz
jadę z woźnicą do szkoły po brata.
Martwię się, jak tu brata, siostrę i
ich dzieci pogrzebać, aby byli razem. Na jednym podwórku wpada
mi w oczy koryto do pojenia koni.
Jest nowe, dość szerokie. Czy nie
wykorzystać to koryto jako trumnę?
- przychodzi mi do głowy. Postanowione! Zajeżdżamy na podwórko,
wkładam z woźnicą koryto na wóz.
Teraz oglądam się za deskami, którymi można będzie przykryć koryto.
Odbijam od bramy dwie deski - akurat pasują. Już nam gotową trumnę.
Wkładamy zwłoki brata do tej trumny i wsypuję kosteczki Wali. Będą
razem. Jedziemy do miejsca kaźni
siostry i jej córek. Tam z brytfanki
wysypuję ich kości do trumny i jeszcze wybieram z popiołu. Po drodze
do mogiły zabieramy jeszcze szczątki dwóch rodzin. Postanawiam coś
napisać i włożyć do trumny. Znajduję butelkę. Piszę na kartce papieru:
Wieczny odpoczynek Wam Kochani
i Drodzy - Olesiu, Zosiu, Walu, Klaro i Wisiu, niewinnie pomordowani
w dniu 3 III 1943 roku. Zwijam listek i wkładam do butelki. Miałem
na myśli, że przyjdzie czas po wojnie i pochowamy ich szczątki na
cmentarzu. Niestety tak się nie stało. Pod kości włożyłem butelkę z
pismem. Gwoździe już miałem
przyszykowane i zabiłem trumnę
deskami. Byłem zadowolony, że
udało mi się choć tak zebrać szczątki swoich najbliższych. Mogiła była
już gotowa. Dno mogiły wyścielono
słomą. Z jednego końca układano
trupy, z drugiego sypano kości i
wrzucano kadłuby. Dużo trupów
było obgryzionych przez psy, gdyż
minęło cztery doby jak zostali pomordowani. Psów we wsi było
dużo. One musiały coś jeść. Słychać
było i teraz ich okropne wycie. Kruki szukając żeru z krzykiem przelatywały z pogorzeliska na pogorzelisko. Rodzinę Trockich ułożyli jeden
przy drugim. Synka Alojzego ułożyli między tatusiem i mamusią. Jeden
z tych co był na dole zdjął z siebie
marynarkę, obwinął nią małego Janusza i położył go między rodzicami. Był to Pomerański. Postawiłem
trumnę w której byli moi najbliżsi
tuż przy zwłokach Trockich. Była
jeszcze jedna trumna ze szczątkami
Władysława Sikorskiego. Pamiętam, żona jego przywiozła tę trumnę
w ostatniej chwili - gdy już był włożony do mogiły. Z mogiły go wydostali i włożyli do trumny. Był na wpół
spalony. Zabili go w domu Murawskich, do których przybył w odwiedziny i oddać pożyczone wiadro.
Podczas wkładania go do trumny,
żona jego strasznie płakała. Co raz to
podjeżdżała fura do mogiły, przywożąc trupy i kości, które z łoskotem
wrzucano do mogiły. Po włożeniu
wszystkich trupów i kości, mogiłę
przykryto słomą i zasypano ziemią.
Było tam sto dwadzieścia siedem
osób w wspólnej mogile. Byli tam
starcy, młodzi, dzieci i niemowlęta.
Były kobiety stare, ciężarne, śliczne
młode dziewczęta i małe dziewczynki. Nie było tam przy tym pogrzebie
ani księdza, ani żadnego przemówienia. Nikt też nie płakał za wyjątkiem
Heleny Sikorskiej i mnie. Nie postawiono też krzyża na mogile, gdyż tak
kazali Niemcy. Dopiero po jakimś
czasie, ci co zostali przy życiu zrobili
i postawili duży dębowy krzyż. By-
www.ksi.kresy.info.pl
łem i ja przy robieniu i stawianiu
tego krzyża. Po zasypaniu mogiły,
sołtys zdjął czapkę i mówi do swoich
ludzi: pomódlmy się za ich dusze.
Dziś my ich pogrzebali, jutro nas ten
los może spotkać. Wszyscy poklękali
przy mogile i modlili się w Po modlitwie wstali i odeszli do domów. Mieli oni swoje domy, swoje rodziny w
sąsiedniej wsi. A ja co miałem robić?
Stałem sam przy mogile i nie wiedziałem dokąd mam iść i gdzie szukać swojej rozproszonej rodziny żony i córeczki. Zmrok już powoli
zapadał, musiałem gdzieś iść. W tej
chwili zazdrościłem tym, co tu leżą
spokojnie bez żadnych trosk. Po spaleniu Borszczówki rozmawiałem z
tymi ludźmi, do których strzelano i
którzy zostali lekko ranni. Drodzy
natomiast udali zabitych i w ten sposób uszli śmierci. Później, po wyjściu Niemców z mieszkania, udało
się im uciec do lasu. Od nich dowiedziałem się szczegółów mordu. Było
to tak: Zachodzili Niemcy do mieszkań przeważnie po dwóch. Jeżeli
było kilka pokoi, zbierali wszystkich
do jednego i puszczali serię z automatu. Cała rodzina waliła się na ziemię. Potem wychodzili i szli do drugiego domu. Kto był lekko ranny,
czy symulował zabitego, uciekał. Po
tych co zabijali, szli drudzy Niemcy i
ukraińska policja. Wyprowadzali oni
konie, krowy i świnie, a później podpalali wszystkie zabudowania. Uciekło w ten sposób osiem osób. Jedna z
ocalałych Pań opowiadała, że Niemcy weszli do mieszkania i zaczęli od
razu strzelać. Ona otrzymała trzy postrzały. Upadła nieprzytomna. Jak
długo leżała, nie wie. Kiedy odzyskała przytomność, zobaczyła ojca i
męża w kałuży krwi. Na podwórku
byli jeszcze Niemcy. Wyprowadzali
konie i krowy ze stajni. Tylnymi
drzwiami ucieka nieprzytomna ze
strachu do sąsiada. Prawie w ślad za
nią i tu przychodzą Niemcy i tu po
raz drugi razem z sąsiadami została
powtórnie postrzelona. Dostała znowu dwie kule. I tym razem strzały nie
były śmiertelne. Po wyjściu Niemców, kobieta wyczołgała się z domu i
uciekła. Po kilku dniach kobieta ta
urodziła zdrowe dziecko. Drugi wypadek był taki: Niemcy zachodzą do
jednego domu. Była tam liczna rodzina. Zbierają wszystkich pod ścianę, puszczają serię z automatu i
wszyscy padają na ziemię. Matka
całym ciężarem zwala się na swego
syna, młodego chłopaka. Ten udaje
zabitego i leży cicho. Po masakrze
Niemcy wychodzą. Chłopak wysuwa
się spod zwłok matki i przez okno
ucieka do lasu. W ten sposób uratowało się, jak już pisałem kilka osób,
z którymi rozmawiałem i od których
dowiedziałem się, jak Niemcy przeprowadzali tę masakrę. Napisałem
tylko o dwóch uratowanych. Ci, o
których nie piszę, mniej więcej w ten
sam sposób uszli śmierci. Po jakimś
czasie spisałem nazwiska wszystkich
pomordowanych i przechowuję je do
tej chwili. A te pozostałe polskie zagrody na Krańcach Borszczówki w
tym i moja zagroda w krótkim czasie
były spalone przez Banderowców, a
mieszkańcy którzy ocaleli rozbiegli
się we wszystkie strony świata. I tak
przestała istnieć kol. Borszczówka.
Pozostały tam tylko zgliszcza i
wspólna mogiła, zapomniana przez
ludzi i Boga. .[1]
Anna Morawska: Byłam mieszkanką Borszczówki, powiat Równe na
Wołyniu, nazywałam się już wtedy Anna Morawska. Dnia 3 marca
1943 roku przyjechała karna akcja
niemieckiego wojska, której pomagali Ukraińcy. Ponieważ to była
okolica samych Polaków zabijali
każdego nawet przechodniów. Od
rana Niemcy wchodząc do każdego
domu zabijali wszystkich. W moim
domu została moja siostra Zofia
Musił i lokatorka Honorata Sitracka. Mój mąż został zabity u sąsiada Niezbrzyckiego. Władysław Sikorski chrzestny mego syna zdążył
swoje piękne konie zaprowadzić do
naszej stajni i tam zostały spalone, a
ich gospodarz został zabity na progu mojego domu granatem. Z mego
domu uciekła moja lokatorka pani
Sitracka - matka zabitej Honoraty.
Uciekając przez okno niedaleko
domu schowała się pod gałęzie ściętego drzewa, ponieważ w tym dniu
padał śnieg. Śniegiem przykryło ją i
to ona mnie opowiedziała – bo była
naocznym świadkiem tej strasznej
tragedii. Sołtys poprzez odezwę
kazał żeby wszyscy byli w domu w
dniu 3 marca 1943r. Przeżyłam dlatego, że pojechałam do moich rodziców do Żytynia Cukrowni po swego
trzyletniego synka Józefa Morawskiego, który był tam kilka tygodni,
bo tam było bezpieczniej, ale Tata
mój prosił żebym nie wracała dzisiaj tylko na drugi dzień. Widocznie
tak los chciał, bo gdybym pojechała
w tym dniu to zginęłabym razem z
synkiem i mężem. Kiedy miałam
na drugi dzień pojechać, przyjechał
do nas pan Harasiewicz i prosił rodziców czy mógłby zatrzymać się i
konie zostawić. Moja mama zaprosiła go i powiedziała: „że jest u nas
córka z Borszczówki”. Pan Harasiewicz mówi: „Boże jaka szczęśliwa
bo Borszczówki już nie ma i nie ma
do czego wracać. Wszyscy wybici
i spaleni”.I tak zostałam z synkiem
na pastwę losu. Został tylko ten kto
nie był w domu albo uciekł. Zostało
Nas niewielu i nazwano Nas Niedobitkami. U państwa Niezbrzyckich
była kobieta z Rosji, ciężarna. Była
ranna i jeszcze zaszła do sąsiada
Pana Bobra (Pana De Bobre), prawdopodobnie jeszcze raz była ranna i
potem urodziła dziecko. Straszne to
ale prawdziwe. Po całej tej tragedii
pojechałam z przyjacielem Ukraińcem sąsiadem oraz moją mamą
Marią Musił. Chciałam zobaczyć i
dowiedzieć się jak to było. Mama
na miejscu naszego domu zbierała
szczątki swojej córki Zofii. Powiedziano Nam, że mój mąż Jan Morawski został pochowany w skrzynce z ula. Po tragedii śniło mi się i w
śnie powiedziano mi, „że mam iść
do Niezbrzyckiego i co tam znajdę to moje będzie”. Tak się stało,
że pod piecem leżał mój malutki
chrześniak cały popalony, bo leżał
pod piecem chlebowym, a w kuchni
Niezbrzyckich znalazłam zapalniczkę mojego męża. Byłam pewna, że
on tam zginął. Zapalniczkę mój mąż
dostał od mego taty, była ona okrągła a na niej był polski orzeł a takich
zapalniczek więcej nie widziałam i
po tym rozpoznałam, że tam zabili
mi męża. Kosteczki znalezione zostały umieszczone w butelce i pochowane we wspólnym grobie. Po
tym wszystkim Niedobitki przychodzili i myśleli, że jakoś da się tam
żyć, ale czyhali na nas Ukraińcy i
trzeba było szybko uciekać. [2]
Mariusz Rutczyński: Tam zginął
mój dziadek Władysław Sikorski
i jego cała rodzina. Podobny los
spotkał Trockich, również moją rodzinę.
/ Władysław i Dioniza Sikorska z d. Krasińska z rodziną (Na górze od lewej strony Witold i
Helena Sikorska oraz Helena Sikorska z d. Srokosz z mężem Władysławem.
/ Władysław, Janina, Witold Sikorscy – Borszczówka 1930 r.
Sikorscy mieszkali w Borszczówce
bezpośrednio przy granicy z Rosją
Sowiecką. Moja babcia opowiadała , że nasza rodzina przechowywała partyzantów - z racji tego,
że dziadkowie mieszkali za lasem
tak trochę z boku - w bezpośredniej bliskości wspomnianej granicy.
Opowiadała o tym, że partyzanci
gościli u nich nawet do 2 tygodni, a
były to oddziały liczące do 40 osób.
Dużo opowiadała o wymordowaniu
mieszkańców i spaleniu domów w
Borszczówce 3 marca 1943 r.. Trudno jednak dokładnie przytaczać w
jaki sposób wymordowano ludzi, bo
Babcia w ciąży z ciotką oraz z moją
ponad roczną matką ukryła się w
leśniczówce w Narajówce. Po kilku
dniach wróciła do Borszczówki pochowała rodzinę. Ofiarami zbrodni
w dniu 3 marca 1943 r. z rodziny Sikorskich, mieszkańców Borszczówki, byli niżej wymienieni:
1. Władysław Sikorskie syna Michała ur. około 1878 r.
2. Dioniza Sikorska z domu Krasińska córka Mariana i Zofii z domu
Terleckiej urodzona około 1888 r.
3. Władysław Sikorski syn Włady
Kresowy Serwis Informacyjny
sława i Dionizy z domu Krasińskiej
urodzony 8.12.1908 r.
4. Janina Sikorska córka Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej
urodzona około 1910 r.
5. Witold Sikorski syn Władysława i
Dionizy z domu Krasińskiej urodzony około 1912 r.
6. Stanisław Sikorski syn Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej
urodzony w 1916 r.
Ponieważ dom został w stanie nienaruszonym,
Babcia mieszkała
jeszcze około miesiąca - ukrywając
się nocami w stodole lub w polu.
Dziś po Borszczówce nie ma nawet
śladu, rośnie trawa i obok kępy lasu.
[3]
-------1] Władysław Gruszecki- Fragmenty wspomnień – Zagłada Borszczówki
http://wolyn.freehost.pl/
wspomnienia/borszczowka-gruszecki_wladyslaw.html
2] Wspomnienia -Anna Morawska,
listopad 2011 http://wolyn.freehost.
pl/wspomnienia/borszczowka-anna_morawska.html
3] Korespondencja z autorem.
1 marca 2013 - strona 11
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
ANNA DOROTA CHRZANOWSKA
- POLSKA JOANNA d’ARC
- zebrał i ułożył - Piotr Strzetelski
P
odole, ziemia utracona przez
Rzeczpospolitą po drugiej
wojnie światowej, to tereny
bardzo żyznych pól, pięknych lasów oraz wspaniałych bohaterskich
ludzi, którzy na przestrzeni kilkuset
lat, z narażeniem życia, potrafili bronić tej ziemi przed licznym nieprzyjacielem. To tu wielce zróżnicowana
pod względem narodowościowym
ludność, doznawała przez wieki od
Turków, Tatarów, Kozaków, Rosjan,
Ukraińców i Niemców niebywałych
okrucieństw. Wiele nazw miejscowości na trwałe zapisało się w historii Podola i na trwałe odcisnęło
pozytywne piętno na kolejnych
pokoleniach rodaków. Kamieniec
Podolski, Lwów, Buczacz, Halicz,
Sambor, Czortków, Tarnopol czy
w końcu Trembowla to jakże blisko nam brzmiące nazwy. Przecież
wielu z nas pozostawiło na tej ziemi
groby swoich bliskich, swoje domy,
zagrody a niejednokrotnie swoje
majątki. Historia tych terenów przez
dziesięciolecia dawała Polakom
nadzieję na trwanie przy państwowości polskiej, która okupiona była
niejednokrotnie krwią i heroiczną,
bohaterską walką z okupantem.
Niedługo, bo już w 2015 roku będziemy obchodzić 340 rocznicę
bohaterskiej obrony zamku trembowelskiego, która zadecydowała
przecież ostatecznie o zwycięstwie
oręża polskiego nad połączonymi
siłami turecko-tatarskimi w kampanii 1675 roku. Dzieje tej głośnej
obrony, opromienionej chlubnym
czynem kobiety bohaterki, która
nie dopuściła do kapitulacji, nie są
dotychczas należycie poznane. Dlatego też warto zwrócić uwagę na tę
przepiękną kartę naszej narodowej
przeszłości. Postać Anny Doroty
Chrzanowskiej von Frezen, bo tak
naprawdę nazywała się ta kobieta,
zajaśniała jako jasna, dobra gwiazda, jako anioł opiekuńczy i kazała
wierzyć niezłomnie wielu pokoleniom Polaków w zwycięstwo. Postać ta nie zaginęła w pamięci potomnych. Przetrwała przez kolejne
wieki, aż do dzisiaj i mimo, że trochę zapomniana ciągle jest przykładem dla wielu jak prawdziwie należy kochać i bronić polskiej ziemi.
Pomimo upływu tylu lat, heroiczna
obrona Trembowli i postać pani
Chrzanowskiej, była zawsze elementem kresowej tradycji i symbolem walki z każdym zagrożeniem na
Podolu. Po odzyskaniu przez Polskę
niepodległości w roku 1918, Trembowla i jej dzieje stały się niejako
symbolem kresowego patriotyzmu,
uosabiającym to wszystko, czym
były Kresy dla kultury i tożsamości
narodu. Przypominanie jej dziejów
miało mobilizować mieszkańców
Podola do obrony polskiego stanu
posiadania na Kresach i stawienia
czoła w razie konieczności kolejnej
nawale ze Wschodu.
Trembowla, pięknie położone miasto nad rzeką Gniezną, uchodzącą
do Seretu od niepamiętnych czasów
była otoczona potężnymi dębowo-bukowymi lasami. Ludność żyjąca
w tych okolicach trudniła się masowym wyrębem drzew przeznaczonych na cele budowlane. Trzebiła
lasy, stąd też nazwa powstałego tam
miasta, bo „terebyty” to ukraińska
nazwa od trzebić, wycinać. Poza
tym podobno całe miasto otaczał
intensywny zapach leśnych ziół, a
w Serecie żyły niezwykle okazałe
ryby, które były przysmakiem na
królewskich stołach.
W połowie XVII wieku Trembowla,
jako gród obronny zyskała bardzo
na znaczeniu. Wtedy to przecież
Polska po długotrwałych wojnach
z Turcją straciła Kamieniec Podolski, który był uważany w tamtych
czasach za jedną z największych
twierdz w granicach Rzeczypospolitej. Wówczas to też, południowa
granica Rzeczypospolitej cofnęła
się głęboko na Podole, na dobre
kilkadziesiąt lat. Turcy po zdobyciu
wielu polskich miast bardzo pragnęli zająć Tarnopol i Lwów, jednak na
ich drodze stanęła wówczas Trembowla – jedna z najpotężniejszych
warowni ówczesnego Podola. Turcy
mówili: …„wzięliśmy Polakom Kamieniec, jeśli weźmiemy im jeszcze
Trembowlę, to cała Ruś i Podole
będą nasze”… Wtedy to też zrodziła się piękna legenda o polskiej Joannie d’Arc, która heroicznie, przeciwstawiła się potędze tureckiej.
Słów parę o samym mieście
Trembowla to jedna z najstarszych
miejscowości Galicji Wschodniej.
Po raz pierwszy zostaje wymieniona
już w roku 1097 jako stolica udzielnego księstwa wchodzącego w skład
Rusi Kijowskiej. Podczas wielkiego
najazdu Batu-chana na Ruś w latach
1240-1241 miejscowość ta została
zniszczona, podobnie zresztą jak i
inne ruskie grody. Król Kazimierz
Wielki zająwszy Trembowlę wraz z
Rusią Czerwoną wzniósł tam około
roku 1360 zamek na wysokiej górze.
Od tej pory miejscowość ta znalazła
się w obrębie oddziaływania kultury łacińskiej. W pamiętnikach Jana
Długosza można znaleźć wzmiankę
o tym grodzie. Przez kolejne dziesięciolecia przechodziła Trembowla
różne koleje losów. Pomimo tego, iż
nawet sam król Władysław Jagiełło
otoczył to miasto bardzo szczególną
opieką przez wydanie w Sieradzu, w
/ Ulica w Trembowli
roku 1389 dekretu o nadaniu praw
magdeburskich miastu Trembowla,
to jednak miejscowość ta nie mogła
odpowiednio rozwijać się zarówno
pod względem gospodarczym jak i
społecznym ze względu na ciągłe napady i oblężenia zarówno ze strony
Tatarów, Turków jak i innych nieprzyjaznych jej ludów. Nadanie praw
miejskich przez Jagiełłę potwierdzali i rozszerzali wszyscy następni
królowie. Z końcem XV wieku, w
roku 1498 miasto ucierpiało bardzo
przez najazd hospodara mołdawskiego Stefana III, który pojmanych
jeńców kazał stracić w Podhajcach.
Po najeździe Trembowla otrzymała
od króla Jana Olbrachta zwolnienie
od podatków na 8 lat. W następnych
wiekach, Trembowla pełniła funkcję "kresowej stanicy". Przechodziła
przeróżne koleje losu, jednak zawsze
odgrywała ważną rolę w systemie
obronnym Kresów Rzeczypospolitej. Nawet trafiła do literatury stając
się bohaterką licznych wierszy i poematów mających wydźwięk bardzo
patriotyczny. Sam Józef Wybicki
skomponował w roku 1788 operę pt.
„Polka, czyli oblężenie Trembowli”, zaś wczesnoromantyczny poeta
Tymon Zaborowski, w roku 1826 w
poemacie pt. „Obrona Trembowli”
tak opisywał scenę obrony miasta od
najazdu tureckiego oraz postać Anny
Doroty Chrzanowskiej, żony dowódcy twierdzy, którą wówczas po raz
pierwszy „ochrzcił” imieniem Zofii.
„…Więzów i hańby sama myśl zelżywa
Obraża zacność wolnej Podolanki,
Swoje więc dziecię na rękę porywa,
Jak Scytów niegdyś w Tauryce kapłanki,
Srogie dla wrogów dwa chwyciwszy
noże,
Wielki! (zawołała) moich ojców Boże,
I wy ich cienie! Macie dwie ofiary...”
/ 7. Anna_Dorota_Chrzanowska_na_zamku_w_Trembowli
Strona 12 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
Obronę Trembowli wielokrotnie
uwieczniano również w malarstwie,
rysunku i grafice. Jednym z takich
przykładów jest obraz Aleksandra
Lessera z 1864 r. (eksponowany na
warszawskiej wystawie w 1933 r.,
a dziś zachowany we fragmencie w
Muzeum Narodowym w Warszawie), utrwalony w monachijskiej
litografii przez Josepha Antona Freymanna.
W roku 1534 kasztelan krakowski
Andrzej Tęczyński na miejscu stare-
go zamku wzniósł nowy, z częściowo
zachowanymi murami kazimierzowskimi. Zamek Tęczyńskiego, o którym mówiono, że …”na dwa szlaki
patrzy”… przetrwał prawie 100 lat.
Najazd tatarski w 1575 roku zniszczył Trembowlę i częściowo również
zamek. Za rządów kolejnego władcy – króla Zygmunta III Wazy - w
roku 1594 kozak Semen Nalewajko,
korzystając z pomocy wojsk Tatarskich, na czele kilkutysięcznej grupy wkroczył na Podole, dotarł aż do
Trembowli i bez oporu splądrował ją.
W początkiem XVII wieku starosta
trembowelski, Aleksander Bałaban,
na miejscu niszczejącego i zrujnowanego zamku Tęczyńskiego wzniósł
nową, obszerniejszą, murowaną
budowlę. Budowa zamku została
ukończona w roku 1631. Ówczesny
Sejm Polski wyznaczył rewizorów,
którzy zjechawszy do Trembowli w roku 1632 wyrazili największe
uznanie staroście. Rzeczywiście zamek sprawiał imponujące wrażenie.
Wewnątrz, na dziedzińcu znajdował
się obszerny piętrowy pałac, zbudowany z kamienia ciosowego. Pałac
ten mieścił …”komnaty z piecami
kolorowo polewanymi i drzwiami
przedniej roboty stolarskiej, fladrem
malowanymi, dalej świetlice, pokoje
z oknami oprawnymi w ołów”…. W
podziemiach zamku znajdowało się
siedem obszernych lochów. Zamek
był typowo obronny i w tamtych czasach stał się najsilniejszą warownią
w tych stronach. Grubość jego murów sięgała nawet 5 metrów. Mawiano wówczas, że …”tylko samemu
Kamieńcowi pokłonić się może”…
Dzięki temu w wojnach kozackich,
tureckich jak również i najazdach tatarskich XVII wieku ważną odegrał
rolę, gdyż niejedno wytrzymał oblężenie. Wprawdzie w czasie powstania Chmielnickiego, w roku 1648,
po klęsce wojsk polskich w bitwie
pod Piławcami, na skutek szerzącej
się wówczas paniki wśród ludności
polskiej i wojska został przez kozaków splądrowany, jednak w latach
następnych potrafił już stawiać mężny i zwycięski opór. Już w roku 1650
wstrzymał dziewięciotygodniowe
oblężenie. To samo powtórzyło się w
latach następnych. W tych czasach
zamek trembowelski był otoczony
szczególna opieką szlachty ziemi
halickiej i całego powiatu trem-
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
bowelskiego. Stał niewzruszony i
nie zdobyty. Czytając szczegółowe
opisy zamku z połowy XVII wieku
dowiadujemy się iż budowla ta …
leży na górze bardzo wysokiej, wjazd
do niej przykry, brama ze zwodem.
W dziedzińcu są piękne izby i pokoje murowane. Jest i drugi budynek drewniany i studnia murowana.
Wśród zamku wieża szlachecka, druga narożna trzecia podle bramy, w
której sklepy dwa dla ksiąg grodzkich
i ziemskich chowania. Wokoło zamek
obmurowany murem potężnym”… W
tym czasie w arsenale zamkowym
znajdowało się 13 armat spiżowych,
wiele innej broni oraz zapasów potrzebnych do przetrwania oblężenia.
Wojna polsko-turecka i obrona
Trembowli
W czasie pierwszego wkroczenia
Turków na Podole, w roku 1672, w
zamku trembowelskim schroniło się
sporo szlachty z rodzinami, duchowieństwa i mieszczan pochodzących
z samej Trembowli oraz okolicznych
wsi i miasteczek. Komendantem
zamku był wówczas Hieronim Kawecki, łowczy ziemi halickiej, który
zarządził by …”każdy kto do zamku
wejdzie miał strzelbę, proch i ołów
i żywność na 20 niedzieli…”. To
ilustruje, jak broniono się w ówczesnych czasach w takich twierdzach
jak Trembowla i jakie podejmowano
środki ostrożności aby wytrzymać
niejedno oblężenie.
Gdy w roku 1675, drogą na Wołoczyska wkroczyła na Podole nowa, olbrzymia armia turecko-tatarska pod
przywództwem Ibrahima Szyszmana
wszyscy zadrżeli. Na wieść o jej pochodzie już z początkiem lipca 1675
roku zamek trembowelski napełnił
się uciekającymi. Szlachta, mieszczanie, chłopi, żydzi, księża, zakonnicy, popi, szukali schronieni w obrębie jego warownych murów. Zaczął
się sierpień. Ibrahim obozował pod
Zbarażem, skąd podjazdy turecko-tatarskie coraz częściej zjawiały się
pod Trembowlą. Niebezpieczeństwo
oblężenia zwiększało się z każdym
dniem, a zamek nie posiadał żadnej
załogi wojskowej. Dopiero 16 sierpnia w murach zamkowych zjawił się
kapitan z dwoma chorążymi i zaledwie 80-cioma piechurami. Przybyłym kapitanem był Jan Samuel
Chrzanowski, doświadczony, bardzo
energiczny żołnierz, znany z wyjątkowej odwagi. Tymczasem Ibrahim
zatrzymał się pod Zbarażem.
Po stoczonej 24 sierpnia 1675 roku
/ 7.1. trembowla - Litografia chodzko
www.ksi.kresy.info.pl
bitwie pod Lesienicami (7 km od
Lwowa) i klęsce Nuradyna armia
turecko-tatarska okrężną drogą na
południe, przez Pomorzany, Brzeżany, Podhajce i Zawałów dnia 20
września stanęła pod Trembowlą.
Zdobyciem trembowelskiego zamku
pragnął Ibrahim zakończyć wojnę i
zwyciężyć. Lecz zawiódł się w swoich planach. Pomimo tego, że załoga zamku trembowelskiego liczyła
zaledwie 200 ludzi, z czego tylko
80 dragonów przypadało na wojsko
kapitana Jana Chrzanowskiego, zamek potrafił stawić zaciekły opór i
doczekać odsieczy ze strony Jana III
Sobieskiego.
Oblężenie zamku
Ibrahim rozpoczął oblężenie zamku
w Trembowli od wezwania znajdujących się w nim mieszkańców do
poddania się bez żadnego oporu.
Gdy nie przyniosło to oczekiwanego
rezultatu rozpoczął regularne oblężenie. Od strony dostępnej do zamku
usypał specjalne kopce, na których
ustawił działa. Z nich to rozpoczął
trwający nieustannie przez parę dni
ostrzał warowni. Wykonano również
podkop pod zamkiem. Wysadzono nawet w powietrze zaminowane
mury, jednak zamku nie zdobyto.
Część obrońców jednak coraz bardziej była przerażona i przekonana,
że działania tureckie doprowadzą w
końcu do trwałego uszkodzenia murów zamkowych i ostatecznego jego
zdobycia. Niektórzy spośród szlachty zaczęli radzić jak dalej należy postąpić. Bez wiedzy dowódcy zamku
trembowelskiego kapitana Jana Samuela Chrzanowskiego uchwalono,
iż należy się poddać. Naradę tą i
podjęte ustalenia przypadkiem podsłuchała Anna Dorota Chrzanowska z domu Frezen - żona Samuela
Chrzanowskiego. Czym prędzej
pospieszyła z tą wiadomością do
męża. Wówczas kapitan przy udziale wiernych mu żołnierzy rozpędził
radzących i oświadczył, że …”prędzej zamek wysadzi w powietrze
niźli go podda…”. Zdecydowanie,
doświadczenie i odwaga dowódcy
zamku, przynajmniej na pewien czas
odniosły pożądany skutek. Obrońcy
skonsolidowali się na tyle, że nawet
nocne wypady do obozu wroga były
bardzo skuteczne. Mężna obrona
niweczyła dalsze zabiegi Ibrahima
na szybkie zdobycie twierdzy. Jednak dni mijały, nieprzyjaciel coraz
silniej atakował, zapasów w zamku
ubywało z każdą godziną, zmęcze-
nie obrońcom coraz bardziej dawało
się we znaki. Mimo tego, że odwaga
nie opuszczała broniących to jednak
każdy myślał o przyszłości. Sam nawet dowódca zaczął powoli wątpić w
skuteczność obrony i coraz częściej
rozważał możliwość poddania zamku. Przecież po ponad dwutygodniowym oblężeniu, zamek podobny był
do kupy gruzów. Ściany porozbijane,
dachy popalone, ściany ganków i
komnat kulami roztrzaskane. Spośród 80 dragonów pozostało jedynie
30. Zaczęto coraz głośniej mówić o
poddaniu twierdzy. Gdy radzono o
kapitulacji, otworzyły się drzwi, a do
komnaty weszły kobiety i dzieci. Na
czoło wysunęła się żona komendanta
Anna Dorota Chrzanowska. W ręku
trzymała dwa noże. Zdecydowanie
wypowiedziała następujące słowa:
„Nie może być żadnych rozmów z
najeźdźcą. Będziemy walczyć razem i razem zginiemy lub obronimy
zamek”. Następnie zwróciła się do
męża: „Mój mężu, jeżeli poddasz
fortecę, to jeden nóż przebije twoje
serce, a drugi moje, jeżeli w nich zgaśnie miłość do wolności i Ojczyzny”.
Wówczas kapitan rozpuścił naradę, a
obrońcy skonsolidowali się na tyle,
że nawet nocne wypady do obozu
wroga stały się bardzo skuteczne.
Sama Dorota Chrzanowska ubrana
w zbroję, dopingowała pozostałych
do walki i w pierwszym szeregu, na
murach zamkowych odpierała ataki
wroga. Jej zaangażowanie i odwaga
oraz duże doświadczenie i zdecydowanie dowódcy zamku pomogły w
utrzymaniu twierdzy aż do 5 października, kiedy to główne siły Rzeczypospolitej z Janem III Sobieskim
na czele przybyły z odsieczą.
Czas świetności zamku i miasta
W nagrodę za mężną obronę zamku Jan Samuel Chrzanowski został
awansowany do rangi pułkownika, a
w dowód zasług otrzymał tytuł szlachecki i pięć tysięcy złotych nagrody.
Sejm Koronacyjny w 1676 roku jednomyślnie nobilitował małżonków
Chrzanowskich i przyłączył ich do
herbu Poraj, a imiona obojga stały
się sławne w całej Rzeczpospolitej i
poza jej granicami. Ogłoszono również "…życząc mieć Trembowlę jako
w najlepszej konserwacyi, ponieważ
mężnie w roku przeszłym oblężenie
Ibrahim baszy wytrzymała i pokazała, jak wiele zależy na pogranicznych
dobrze utrzymanych zamkach…”. W
1677 roku umieszczono pod Trembowlą stały obóz wojsk koronnych,
który utrzymywano przez okres 7 lat.
Wspomina o tym w swych pamiętnikach Jan Chryzostom Pasek pisząc:
"…obóz zaś stał pod Trembowlą dobrze bardzo i wygodnie, bo sobie żołnierze gospodarowali, siali, orali i
łąki kosili i w zimie taką wygodę mieli
jak w domu i na bazarze taniej wszystko niżeli po miastach, bo w obozie
piwa i miody warzono i wozy tak szły
na targi w majdan, jak przed laty w
Kazimierzu…". W tym czasie zamek
w Trembowli został wyremontowany
i odpowiednio wyposażony. Pułkownik Jan Samuel Chrzanowski sprawował nad nim komendę aż do 1685
roku po czym został skierowany do
twierdzy w Jazłowcu. Sama Chrzanowska, (właściwie Zofia Chrzanowska, bo tak nazwali ja potomni), jak
głosi legenda, po śmierci została pochowana pod twierdzą by dalej sprawować nad nią pieczę.
Początek końca twierdzy trembowelskiej
Wprawdzie w roku 1687 Turcy w końcu zdobyli i zniszczyli zamek trembowelski, ale pamięć o bohaterskiej żonie komendanta przetrwała pokolenia.
Forteca już nigdy nie dźwignęła się z
ruin, a w XVIII wieku całkowicie
straciła swoje znaczenie obronne. Jednak mieszkańcy Trembowli nie zapomnieli o swej dzielnej obrończyni. Na
wschodnim stoku zamku wzniesiono
pierwszy pomnik ku czci bohaterskiej
i powszechnie podziwianej żony komendanta. Nie wiadomo jednak jak
wyglądał. W wieku XVIII w roku
1768 przy udziale starosty trembowelskiego Joachima Karola Potockiego oraz okolicznej szlachty została
zawiązana Konfederacja. Natomiast
w roku 1772, podczas I rozbioru Polski miasto przeszło we władanie Austriaków. Zorganizowano tu koszary,
na budowę których wykorzystano
kamień z popadającego w ciągła ruinę
zamku. Koszary Austriacy ostatecznie zlikwidowali w 1880 roku. Potem
mury zamkowe zaczęto rozbierać na
materiał budowlany i do moszczenia
dróg. Pod koniec XIX wieku ruiny
oczyszczono i doprowadzono do porządku. W okresie austro-węgierskim
poprowadzono przez Trembowlę linię kolejową, wybudowano również
dworzec.
Wiek XIX i XX w Trembowli
Kult Zofii Chrzanowskiej (według
legendy, imię to było przekazywane
z pokolenia na pokolenie) odgrywał dużą rolę w kształtowaniu patriotycznych postaw mieszkańców
Trembowli zwłaszcza w końcu XIX
i na początku XX wieku, kiedy to
"życie polskie" w miasteczku stało
się bardzo intensywne. Przejawem
tego było m.in. powołanie do życia
w 1907 roku gimnazjum. To jego
wychowankowie i uczniowie tworzyli Legiony Polskie w 1914 roku.
Jednym z nich był przyszły generał
Klemens Rudnicki, syn burmistrza
miasteczka, który ponad 20 lat później jako dyplomowany pułkownik
poprowadził na wojnę w 1939 roku
stacjonujący w miasteczku 9 Pułk
Ułanów Małopolskich, wchodzący w
skład Podolskiej Brygady Kawalerii.
Dowódcą Pułku był również płk Tadeusz Komorowski, przyszły generał
i dowódca Armii Krajowej.
Okres I wojny światowej oraz wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku
przyczyniły się do wielu zniszczeń.
Symbolem podnoszenia się Trembowli z ruin była budowa w latach
Kresowy Serwis Informacyjny
1924-30 nowej świątyni pod wezwaniem śś. Piotra i Pawła, zaprojektowanej przez znanego architekta lat
międzywojennych Adolfa Szyszko-Bohusza. W odrodzonej Nowej
Polsce, w latach 20-tych XX wieku
ruiny zamkowe odrestaurowano,
główną wieżę wysprzątano i zrobiono w niej restaurację. W roku 1930
uczniowie trembowelskiego gimnazjum zorganizowali tu nawet teatr
pod otwartym niebem.
We wrześniu 1939 roku Trembowla została zajęta przez Sowietów
już pierwszego dnia inwazji – tj.
17 września 1939 roku. Władze radzieckie umieściły tu stolicę rejonu,
a wielu mieszkańców miasta wywieziono na Syberię i do Kazachstanu.
Podczas okupacji hitlerowskiej w
kwietniu i czerwcu 1943 roku wymordowano w mieście niemal całą
ludność żydowską. Miejscem masowych egzekucji była niedaleka wieś
Plebanówka. Po wojnie z Trembowli
wyjechali niemal wszyscy Polacy.
Obecnie społeczność polska liczy
jeszcze około 200 osób.
Z początkiem XX wieku Rada Gminy postanowiła również uczcić Zofię
Chrzanowską nowym pomnikiem.
Autorem był trembowelski rzeźbiarz
Jan Bochenek. Pomnik przedstawiał
kobietę o zdecydowanym, a jednocześnie błagalnym wyrazie twarzy,
jedną ręką trzymającą nóż, a drugą – wskazującą na miasto. Pomnik
był okrasą miasta, został jednak
zniszczony w 1944 roku. Zachował
się jedynie postument, na którym w
1982 roku umieszczono kamienną
wazę oraz oryginalną przedwojenną
tablicę.
W zeszłym roku z okazji obchodów
915-lecia miasta, na górze zamkowej
odsłonięto nowy pomnik odważnej Polki, żony komendanta Zamku
Trembowelskiego Zofii Chrzanowskiej (historyczne imię to Anna Dorota von Frezen), która w 1675 roku
uratowała miasto przed Turkami.
Autorem pomnika był tarnopolski
rzeźbiarz Roman Wilguszyński. Makietę pomnika stworzył pod koniec
2011 roku. Podstawą wykonania repliki były zdjęcia przedwojennego
monumentu. Jako materiał autor wybrał szary trembowelski piaskowiec.
Cokół został odnowiony, a nową
figurę ustawiono na początku lipca
2012 roku.
I tak historia zatoczyła koło, a polska
Joanna d-Arck znowu strzeże miasto,
przed nowymi zagrożeniami ówczesnego świata.
Literatura:
1. Bronislaw Komplikowicz "Słowo
Polskie", rok 1925 Nr. 272.,
2. Seweryn Przybylski, „Kresy
wschodnie Rzeczypospolitej, Opisy
i obrazy przeszłości”, Wyd. Polski
Czerwony Krzyż,
3. Aleksander Czołowski i Bogdan
Janusz, „Przeszłość i zabytki województwa tarnopolskiego”. Tarnopol
1926, nakładem Powiatowej Organizacji Narodowej.
4. http://ardelli.info/trembowla.htm
5. http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/
article?AID=/20100306/REPORTAZ/903725364
6. http://www.kuriergalicyjski.com/
index.php/reportage/1008-pamici-zofii-ktra-uratowaa-miasto
7 . h t t p : / / w w w. k r e s y. p l /
publicystyka,reportaze?zobacz/wopoce-pani-chrzanowskiej
1 marca 2013 - strona 13
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Listy bez odpowiedzi
Feliks Budzisz
P
rzeczyłem artykuł “Pokłosie Wisły” opublikowany
w Polityce, autorstwa prof.
Wiesława Władyki , który
zaprezentował problematykę związaną z oprotestowanym przez organizacje pozarządowe poselskim
projektem uchwały potępiającej
operację ”Wisła”. Poniżej prezentuję list który napisałem do prof.
Wiesława Zygmunta Władyki urodzonego w Baligrodzie - polskiego
dziennikarza i profesora historii
na Uniwersytecie Warszawskim,
na który niestety nie otrzymałem
odpowiedzi.
Szanowny Panie Profesorze!
Trudno mi, zaledwie magistrowi,
dyskutować z Panem Profesorem,
chociaż mam już 83 lata, w czasie których przeżyłem na Wołyniu dwie okupacje: czerwoną i o
wiele straszniejszą - hitlerowsko-ounowską. Podczas tej drugiej
miałem kilka „okazji”, by leżeć
tam pod wołyńską darnią. W 1943
r. znaleźliśmy się w epicentrum
banderowskiego, krwawego terroru. Uratowała nas – nie wszystkich – samoobrona w Zasmykach
k. Kowla. Mój Ojciec, czterech
wujków i 32 mieszkańców naszej
wsi, Radowicz, byli żołnierzami
tej Samoobrony, która szybko rozrosła się, wchłaniając zbiegłych z
okolicznych miejscowości, wyrzynanych przez OUN-UPA. Znam
z autopsji wołyńską pożogę, rozpętaną przez zwyrodniałych banderowców. Ponad 24 lata przeznaczyłem – nulla dies sine linea – na
studiowanie istoty ounizmu i jego
ludobójczych zbrodni. Wyrobiłem
sobie zdanie na temat hajdamackiego nazizmu, bo to był nazizm,
który dążył do fizycznej likwidacji innych nacji: Polaków, Żydów,
Czechów, Rosjan, Ormian na terenach, które OUN uznała za swoje.
Trudno mi z Panem dyskutować,
dlatego pozwoliłem sobie załączyć
moje teksty, korespondujące z
Pana artykułem. Największą moją
wątpliwość budzi ostatni akapit
Pana artykułu ”Pokłosie Wisły”.
Czy wobec każdego zbrodniarza
i zbrodni na Rodakach mamy wyrzec się prawa do mówienia o niej
prawdy? Czy na tym ma polegać
demokratyczny ład? Mam jeszcze
wiele wątpliwości, ale zostawię
je na inną okazję. Nasze, niedoszłych ofiar banderowskiego ludobójstwa, Credo jest następujące:
Nie zabijaj! Jeżeli zamordowałeś
dziecko, bezbronną kobietę, mężczyznę – jesteś bandytą a nie żadnym żołnierzem, bohaterem. Jeżeli
mordy miały tak masowy charakter jak na Wołyniu, południowym
Polesiu, w Małopolsce Wschodniej i na południowo-wschodnich
terenach Polski powojennej – to
było to ludobójstwo, a nie bohaterska walka, jak nazywają je
ounowcy i polscy ounofile. Stoimy
na stanowisku, że nie ma zbrodniczych narodów, są zbrodnicze ideologie i organizacje. Takimi były
ounizm i OUN-UPA. Nie utożsamiamy Narodu Ukraińskiego z
tą zbrodniczą formacja, jak chcą
również jej różnej maści apologeci. Z Ukraińcami pragniemy kultywować partnerstwo i przyjaźń, ale
na fundamencie prawdy historycznej i poszanowaniu godności obu
naszych narodów. Natomiast dla
OUN-UPA i jej fanatycznych apologetów, fałszerzy naszych tragicznych losów żywimy pogardę,
bowiem zasługują oni wyłącznie
na hańbę.
Jest Pan wybitnym publicystą.
Mamy więc do Pana naszą kresową prośbę. Niech Pan swoim niewątpliwym talentem i autorytetem
wesprze nasze prawo do godnego
uczczenia, w 70.rocznicę, bolesnej
pamięci naszych, i Pana przecież,
Rodaków, którzy zostali bestialsko pomordowani tylko dlatego,
że byli Polakami. W tym roku
będziemy obchodzić tę tragiczną
rocznicę. Ounowcy rozwijają hałaśliwą ofensywę, by nie dopuścić
do jej godnych obchodów, a przecież my, z kresowym rodowodem,
mamy, jak wszyscy inni, prawo
do pamięci o swoich Rodakach i
naszej Tragedii. Martytui viventes
obligant.
Z poważaniem
Feliks Budzisz
Gdańsk, 2013-01-10
Postanowiliśmy napisać list do
nowo wybranego Wicepremiera,
na który również nie otrzymaliśmy
odpowiedzi.
SZANOWNY PAN WICEPREMIER I MINISTER GOSPODARKI
JANUSZ PIECHOCIŃSKI
Prosimy przyjąć od Kresowian
z Trójmiasta serdeczne, szczere gratulacje z okazji wyboru na
Prezesa Polskiego Stronnictwa
Ludowego i mianowanie na Wicepremiera i Ministra Gospodarki. Życzymy Panu wszelkiej pomyślności w realizacji Pańskich
zamierzeń dla dobra Rzeczypospolitej. W tym roku będziemy obchodzić 70 rocznicę ludobójstwa,
dokonanego przez OUN-UPA na
ludności polskiej Kresów, rozpoczętego wczesną wiosną na Wołyniu i kontynuowanego w Małopolsce Wschodniej i terenach
południowo-wschodnich Polski w
powojennych granicach do 1947
r. Apogeum Ludobójstwa miało
miejsce w lipcu 1943 r.- 11 lipca,
w niedzielę, mordowano ludność
polską w ponad 100 miejscowościach. Nie sposób wyrazić słowami koszmaru, grozy, beznadziejnej
rozpaczy mordowanej głównie
wiejskiej ludności. Apokaliptyczne sceny mordu wykraczają poza
możliwości najczarniejszej wyobraźni. Mordy były wyrafinowane, sadystyczne, okrutne. Dzieci
mordowano na oczach rodziców,
w obecności dzieci straszną, męczeńską śmiercią umierali rodzice,
rodzeństwo, dziadkowie, krewni,
znajomi. Ciężko okaleczeni konali
godzinami w swoich obejściach,
ogrodach, studniach, schowkach,
zbożach. W tej sytuacji bez wyjścia, w obliczu męczeńskiej śmierci modliły się Ofiary o śmierć od
kuli, bo ona była szybsza i lżejsza
od najczęściej zadawanej przez
banderowskich oprawców innymi
narzędziami mordu. Kto przeżył
ounowskie ludobójstwo, nigdy już
nie pozbędzie się makabrycznego
brzemienia koszmarnej pamięci o
tamtej pożodze i masowej śmierci.
Wielu świadków kresowej apokalipsy nadal trapią upiorne sny, a
bolesne wspomnienia wyciskają
łzy. Nie łatwo jest mówić o tamtych wydarzeniach….
Byłoby nam, Kresowianom, łatwiej przywoływać na pamięć
tragiczne dziecięce i młodzieńcze
lata, gdyby nasze elity chciały
nas zrozumieć, współczuć nam i
nie odnosić się obojętnie, a nieraz niechętnie i wrogo do naszej
tragicznej przeszłości i do naszego ludzkiego, patriotycznego
przecież obowiązku pamięci o
Ofiarach okrutnego ludobójstwa.
Liczymy bardzo, że Pan odniesie
się do straszliwej tragedii Narodu
Polskiego z pełnym zrozumieniem
i współczuciem, jak to czyni dotychczas całe PSL, i okaże nam,
jej świadkom, moralne wsparcie
i skuteczną pomoc w zorganizowaniu obchodów 70 rocznicy
banderowskiego
ludobójstwa.
Pragniemy godnie uczcić pamięć
kresowych Rodaków i oddać hołd
bohaterskim obrońcom ludności
polskiej: Samoobronom, oddziałom AK i BCh, które w desperackich walkach uratowały przed
zagładą tysiące ludności polskiej.
Prosimy Pana i całe PSL o wsparcie naszej Inicjatywy Ustawodawczej w sprawie ustanowienia przez
Sejm 11 lipca Dniem Pamięci
Męczeństwa Kresowian. Za życzliwość i pomoc będziemy gorąco
wdzięczni, podobnie jak wdzięczni jesteśmy wielu działaczom PSL
– europosłowi Jarosławowi Kalinowskiemu, Waldemarowi Pawlakowi, Franciszkowi Stefaniukowi
i wielu, wielu innym patriotom z
wyobraźnią i głębokim przywiązaniem do Narodu Polskiego.
Łączymy wyrazy szacunku.
Gdańsk 2013.01.20
Z upoważnienia Krajowego Ruchu
Patriotycznego Jan Michalewski
Feliks Budzisz
Jako mieszkańcy Trójmiasta i jednocześnie Kresowianie napisaliśmy w ubiegłym roku pismo do
władz miasta Gdyni na które do
dziś nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.
APEL I PROŚBA DO WŁADZ
I MIESZKAŃCÓW GDYNI
SZANOWNY PAN PRZEWODNICZĄCY
RADY MIASTA GDYNI DR. STANISŁAW
SZWABSKI
W przyszłym roku przypada 70
rocznica ludobójstwa dokonanego
przez OUN-UPA na co najmniej
150 tysiącach ludności polskiej
Kresów
Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej ( województwa: wołyńskie, poleskie,
tarnopolskie,
stanisławowskie)
i we wschodnich powiatach Lubelszczyzny i Rzeszowszczyzny.
Rocznicę tę będziemy obchodzić
w licznych miejscowościach w
Kraju i środowiskach polonijnych.
W ciągu dwudziestu lat staraniem
głównie Kresowian ufundowano
wiele symboli pamięci o Rodakach bestialsko zamordowanych
tylko dlatego, ze byli Polakami:
zorganizowano wiele uroczystości
rocznicowych, w których uczestniczyli nie tylko świadkowie kresowych tragedii. W obchodach 70
rocznicy wielu z nas Kresowian
będzie uczestniczyć może już po
raz ostatni, dlatego chcielibyśmy
bardzo godnie uczcić pamięć naszych bliskich, sąsiadów, znajomych, podobnie jak to czynimy w
odniesieniu do innych Ofiar wojny
i okupacji. Dotychczas uroczystości rocznicowe, konferencje,
spotkania poświęcone Kresowej
Tragedii organizowaliśmy sami,
pokrywając koszty z własnych,
osobistych funduszy. Ale obchodów 70 rocznicy nie jesteśmy już
w stanie zorganizować, zostało
nas niewielu, w dodatku osłabionych wiekiem i schorzeniami.
Dlatego zwracamy się w imieniu
Kresowego Ruchu Patriotycznego
i innych organizacji kresowych do
ludzi nam życzliwych, dobrych,
wrażliwych serc o spełnienie patriotycznego obowiązku pamięci
o naszych kresowych Rodakach.
Chcielibyśmy, by w pięknej Gdyni, podobnie jak wielokrotnie w
Gdańsku, uczczono tę bolesną
pamięć choćby tablicą pamięci
w godnym miejscu, jak to uczyniono dla Pasażerów zatopionego
Gustloffa i innych Ofiar wojny i
okupacji. Ale zrobić to mogą tylko
mieszkańcy Gdyni, sprawni organizacyjnie i przy wydatnej, życzliwej pomocy swoich władz.
Łączymy wyrazy szacunku
Gdańsk 2012-11-04
Z upoważnienia KRP
Jan Michalewski
Feliks Budzisz
Nie zapomnij wydrukować bieżącego numeru
Kresowego Serwisu
Informacyjnego i przekazać go
Kresowianom którzy jeszcze nie mają dostępu do Internetu. To nie tylko Twoja gazeta,
to gazeta która łączy wszystkich Kresowian
Strona 14 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
NASI WIELCY POPRZEDNICY
Bożena Ratter
W
„ lutym 1944 roku doszło do pierwszego zetknięcia się oddziałów
Armii Krajowej z Armią
Czerwoną na Wołyniu.
27 Wołyńska Dywizja Piechoty pod
dowództwem mjr Jana Kiwerskiego
"Oliwy" (poległ w niewyjaśnionych
okolicznościach,
prawdopodobnie
zabity przez NKWD 18 IV. 1944 r.)
prowadziła ciężkie walki z Niemcami we współpracy z przenikającymi
oddziałami Armii Czerwonej. Rozmowy na temat uznania dywizji jako
samodzielnej jednostki skończyły się
fiaskiem. Ostatecznie dywizja została
rozbrojona 25 lipca w okolicach Kocka. Większość dowódców i żołnierzy
dywizji przeszła przez komunistyczne
więzienia.
W ramach akcji "Burza", wspólne siły
polsko - sowieckie 13 lipca 1944 roku
wyzwoliły Wilno. Siłami obszaru północno - wschodniego AK dowodził
płk Aleksander Krzyżanowski, ps.
"Wilk". Trzy dni później Rosjanie rozpoczęli aresztowania wśród dowódców i oficerów Okręgu Wileńskiego
i Nowogródzkiego. Około 5000 żołnierzy internowano w Miednikach;
odmawiających wstąpienia do armii
"Kościuszkowskiej" wysyłano w głąb
Rosji. Płk Krzyżanowski, więziony w
Wilnie i Moskwie, powrócił do kraju
w 1947 roku. Aresztowany w lipcu
1948 roku, torturowany przez SB,
jako "zbrodniarz wojenny" zmarł w
szpitalu więziennym na Mokotowie.
W okresie utrwalania "władzy ludowej" od 1946 roku do 1948 roku,
szczególnym represjom poddane
zostały: Ruch Oporu AK; Obywatelska Armia Krajowa; Konspiracyjne
Wojsko Polskie, Wielkopolska Grupa
Ochotnicza "Warta", Narodowe Siły
Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie
Wojskowe i Narodowa Organizacja
Wojskowa. „
Czystki przeprowadzono również w
Wojsku Polskim - "operacyjnie" rozpoznano i wydalono w tym czasie 3
838 oficerów, 1 142 podoficerów oraz
925 szeregowych. Mimo amnestii z
lutego 1947 roku i zmniejszenia wyroków (m.in. zamiana kary śmierci
na dożywocie) inwigilacja społeczeństwa przybierała na sile. Pod koniec
roku Ministerstwo Bezpieczeństwa
Publicznego przekroczyło 200 tysięcy pracowników, (z czego około 100
tysięcy to jednostki paramilitarne);
obok MO aparatem przemocy i kontroli była Ochotnicza Rezerwa Milicji
Obywatelskiej, grupująca około 120
tysięcy ludzi. Lista zamordowanych
oficerów i żołnierzy AK obejmuje kilkadziesiąt tysięcy osób.
To fragment materiału, który Jerzy
Scheur prezentował na sesji popularno - naukowej "Internowani z Regionu Łódzkiego" w Łowiczu, w grudniu
2001 roku. Całość, bardzo zwięźle
przedstawiająca plan mordowania i
prześladowania kilkudziesięciu tysięcy Polaków zmobilizowanych 1
września 1939 roku do walki z Niemcami lub przystępujących do walki z
okupantami w kolejnych latach, znajduje się na stronie: http://www.honor.
pl/poprzednicy.php
„9 lutego 1943 roku we wsi Parośle
na Wołyniu, jednej nocy rizuni ukraińscy, podając się za partyzantów,
zarąbali, zakłuli lub zastrzelili 143
osoby, łącznie z niemowlętami, dziećmi, kobietami, starcami i wszystkimi,
których zdołali dorwać, poddając
wielu z nich, także i dzieci, wyrafinowanym torturom. Ocalało tylko
kilka osób przebywających wówczas
poza kolonią. Po tragedii w Paroślu
na polecenie delegata rządu Kazimierza Banacha 7-8 lipca 1943 roku, do
miejscowości Kustycze przybyli polscy parlamentariusze z ramienia AK i
BCh by zawrzeć układ z Ukraińcami.
W grupie tej znajdowali się oficerowie: poeta wołyński Jan Zygmunt Rumel-„Krzysztof Poręba”, towarzyszący mu Krzysztof Markiewicz „Czart”
oraz woźnica Witold Dobrowolski.
Na powitanie Ukraińcy z watażką Jusifem Stelmaszczukiem najpierw ich
pobili, a następnie wszystkich zamordowali sposobem kozackim poprzez
rozrywanie końmi. Ciała porąbano
siekierami i rozrzucono gdzieś po
lesie.(Nieosądzone zbrodnie ludobójców z czasów II Wojny Światowej
1939-1946- Stanisław Jastrzębski).
Henryk Cybluski był niezwykłym
człowiekiem. Gdy wskutek sowieckiej deportacji z 1940 roku znalazł
się na Syberii za kołem podbiegunowym ,nie załamał się. Wziął grabie na
ramię i poszedł do domu, bez mapy,
kompasu i zapasów żywności. Szedł
do Przebraża na Wołyniu 8 tygodni.
Pomogła mu w tym kondycja sportowca. Był wspaniałym biegaczem. A
gdy wrócił przyjął z rak żołnierza AK,
Ludwika Malinowskiego przywództwo samoobrony Przebraża i stanął
na czele młodych śmiałków, którzy
początkowo bez żadnej broni trwali
dzień i noc na straży życia rodzin i
sąsiadów. Przebraże jest symbolem
heroicznej obrony zdesperowanych,
skazanych na zagładę ludzi, którzy
cudem uniknęli śmierci z rak fanatycznych sadystów spod znaku UPA.
Henryk Cybulski rozbudował fortyfikacje rejonu Przebraża, zapoczątkował też ewakuację polskiej ludności z
oddalonych wsi i miasteczek, zagrożonej napadami UPA. Liczba uciekinierów stale wzrastała. W każdym
gospodarstwie mieszkało po kilka
rodzin, pozostali w szałasach, prowizorycznych barakach, ziemiankach,
a nawet w rozebranych i przeniesionych z okolicy domach. Dla chorych
i rannych zorganizowano szpital i
przychodnię zdrowia oraz komórkę
aprowizacji.
Gdy w 1944 sowieci po raz drugi zajęli ziemie Polski na Kresach, przeprowadzili powszechną mobilizację
do Wojska Polskiego. Wielu mężczyzn, zwłaszcza młodych zgłaszało
się by uchronić się przed aresztowaniem przez NKWD za przynależność
do AK.
Niestety, wielu oficerów i podoficerów i szeregowców zostało aresztowanych i deportowanych w głąb Ro-
sji. Większość zmarła z głodu, chorób
i wycieńczenia. Niektórzy wrócili po
1956 roku, niektórych nie wpuszczono do dzisiaj. Równocześnie z
poborem do WP ogłoszono nabór do
Istriebitielnych Batalionów. Do tej
formacji wcielono młodzież. Również Stanisław Jastrzębowski, jako
15 letni chłopiec został przydzielony
do Batalionu w Stanisławowie. „W
oddziałach służyło bardzo wielu młodych chłopców w wieku 16-19 lat, a
nawet dziewczęta, które pod wieloma
względami nie ustępowały chłopcom.
Często były to sieroty, którym rodzinę
zamordowali banderowcy. Nie brakowało również synów żołnierzy zmobilizowanych do Wojska Polskiego.
Zaczęto nas, najmłodszych zabierać
na akcje przeciwko banderowcom.
Kto dostał się w ich ręce, żywy nie
wychodził nigdy. Wielu moich kolegów zginęło bez wieści. Nasze dojrzewanie odbywało się pośród krwi
i zbrodni. Bezimienne groby wielu z
tych chłopców rozrzucone są po całym województwie stanisławowskim.
Nigdy nie będę mógł zapomnieć
tego, na co wtedy patrzyłem. Po drodze spalone wsie i miasta, straszliwy
swąd palonych ciał wrzuconych przez
banderowców do ognia, zwłoki okaleczone rozszarpywane przez głodne
psy. Chaty z pootwieranymi oknami
i drzwiami. Weszliśmy do jednej z
nich. Na łóżku leżała naga kobieta z
poderżniętym gardłem a niemowlę
z roztrzaskaną główką spało snem
wiecznym w kołysce. Na zewnętrz
kilka męskich trupów, odzianych
w łachmany i w nędznych butach,
a wśród nich stało dziecko o niebieskich oczach i jedwabistych blond
włosach. Dziecko trzymając w rączce
szmacianą laleczkę obserwowało nas
z uśmiechem, nie zdając sobie sprawy
z sytuacji i grożącego niebezpieczeństwa. Zapewne nie pojmowało, że
uniknęło niechybnej śmierci. (Oko w
oko z banderowcami – Stanisław Jastrzębowski)
17 września 2012 roku w 73 rocznicę
najazdu sowieckiego na Polskę zmarł
Lwowiak, kapitan Eugeniusz Cydzik.
Urodził się koło Grodna, gdzie we
wrzeniu 1939 roku jako 18-letni młodzieniec walczył z wojskami sowieckimi. W lipcu 1945 roku jako żołnierz
AK został zaaresztowany i skazany
na 15 lat katorgi w kopalni w Workucie. Po powrocie rozpoczął aktywną działalność na rzecz odrodzenia
Cmentarza obrońców Lwowa im. Orląt lwowskich, mogił żołnierzy 1939
roku, renowacji miejsc pochówków
na Cmentarzu janowskim, kwater
powstańców na cmentarzu łyczakowskim, kwater i pomnika w Zadwórzu-„Polskich Termopilach”.
Tacy byli Ci wspaniali ŻOŁNIERZE,
nazwani „zaplutymi karłami reakcji”,
wypluci i wyklęci przez władze PRL
i bezmyślnych, otumanionych propagandą leninowskiego sukcesu Rodaków.
Bolesną kartą historii II wojny jest
los dzieci. Przeżyły one wszystkie jej
okrucieństwa. Były mordowane, wywożone do obozów, poddawane eksperymentom medycznym, doświadczały gehenny wywózki na Sybir,
odrywane od rodziców. Osierocone
dzieci kresów tułały się i przeżyły
nędze sowieckich sierocińców. Były
dziećmi pułków i oddziałów partyzanckich. Były świadkami mordów
ich bliskich, pożarów domostw, głodu, strachu, poniewierki. Wszystkim
odebrano możliwość rozwoju intelektualnego. Szkody wyrządzone w
psychice i charakterze są nie do opisania. Dzieci Wojny nie tylko ofiary
wojny, której koszmar przeżyły, ale
nie miały dzieciństwa, wielu zostało
dotkniętych chorobami, kalectwem,
to one odbudowywały kraj ze zniszczeń wojennych , to oni poddawani
byli indoktrynacji, to ich eksploatowano fizycznie zmuszając ponad siły
do „wyścigu pracy” i wykonywania
%norm w setkach. Dzieci wojny to
dzisiaj dziadkowie i pradziadkowie. I
należy im się nie tylko pamięć, szacunek, ale i opieka. A przede wszystkim
przeprosiny. (Barbara Zarówna).
Pytania do ministra Ciska
Zofia Wojciechowska
W
spólne dziedzictwo Polska. Polacy za granicą i w kraju często
zadają sobie pytanie
- jacy dzisiaj jesteśmy, czym jest
dla nas historia? Obecnie w Polsce
ponad 50 tysięcy ludzi zajmuje się
badaniem historii w sposób nowoczesny, jest w tym przygoda i
mądrość poznania. Działają w tzw.
grupach historycznych , gdzie dokonuje się pewien proces związany z odbudową dumy z wspólnej
przeszłości.
Losy wielu z nas zaprowadziły na
obcą ziemię, która z pokolenia na
pokolenie staje się nową Ojczyzną, czym zatem jest dziś nowoczesny patriotyzm? jak obudzić w
sobie poczucie wspólnoty? Korzenie, istota pochodzenia we współczesnym świecie mają istotne zna-
www.ksi.kresy.info.pl
czenie - czy też jest to balast?
Z perspektywy Polski patrzymy
na pozostających poza granicamikim dla nich jesteśmy ? a kim oni
są dla nas. Wszyscy rozumiemy
potrzebę budowania pomostu, tak
by stały przepływ informacji mógł
prostować naszą wspólną drogę.
Czytelnikom Programu Pomost i
Kresowego Serwisu Informacyjnego przedkładam dziś lekturę Magazynu Polonia, z którym współpracuję . MAGAZYN POLONIA
wydawany w Chicago skupia w
sobie materiały informacyjne
nadsyłane przez Polonię z całego
świata, zatem za zgodą wydawcy
drukujemy artykuł pana Waldemara Binieckiego pochodzącego
z Bydgoszczy. W USA przebywa od
2000 r., Od 2010 r. jest prezesem
Kongresu Polonii Amerykańskiej
w Wisconsin. Obecnie członek założyciel KPA w Kansas. Właściciel
Biniecki Consulting, nauczyciel,
biznesmen i działacz polonijny.
Jego hobby to - historia, podróże,
technologia, polityka. Mówi o sobie - liberalny konserwatysta.
Polonusów i Amerykanów polskiego pochodzenia w celu zapewnienia egzystencji wolnego i niepodległego państwa polskiego po
zakończeniu II wojny światowej.
Jak wiemy z historii, tego celu nie
zrealizowano.
Magazyn Polonia: Waldemar Biniecki
Gwoli prawdy historycznej należy
dodać, że jednym z celów powstania KPA było też wsparcie dla prezydenta Roosevelta w jego marszu
ku czwartej prezydenturze. FDR
z wielkim cynizmem wsłuchiwał
się w opinię polonijnych liderów.
Zimno kalkulował, czy poparcie 6
milionów Amerykanów polskiego
pochodzenia pomoże mu wygrać
wybory. Wcześniej zaś zdążył już
przehandlować Polskę w Jałcie
Stalinowi.
Nie wszyscy wiedzą, że Kongres
Polonii Amerykańskiej to największa organizacja polonijna na
świecie. Powstała w czerwcu 1944
r. w mieście Buffalo, w stanie
Nowy Jork.
Udział w zebraniu założycielskim
wzięło ponad 2500 aktywistów polonijnych z terenu całych Stanów
Zjednoczonych. Cel tego zjazdu
był jeden – zjednoczyć wszystkich
Rok później w wielu domach
Kresowy Serwis Informacyjny
zdradzonych Polonusów obrazy z
podobizną F.D. Roosevelta zniknęły ze ścian. Kongres Polonii
Amerykańskiej jednak trwał dalej,
pomagając w tworzeniu Programu
Osób Rozproszonych po Świecie.
Program ten pozwolił ponad 140
tysiącom polskich imigrantów na
wjazd do Stanów Zjednoczonych
po zakończeniu II wojny światowej.
KPA wspierał Radio Wolna Europa, przyczynił się do powołania
Komisji Kongresu Stanów Zjednoczonych do przeprowadzenia
śledztwa w sprawie masakry w
Lesie Katyńskim. Po upadku stalinizmu miał swój udział w akcji
wysyłania żywności do Polski,
wartej kilkaset milionów dolarów.
Liderzy Kongresu przyjmowani
byli w Białym Domu przez kolej-
1 marca 2013 - strona 15
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
nych prezydentów USA. Kontynuując swoją misję, Kongres Polonii
Amerykańskiej nawiązał dialog
z Żydami, pokazując jak bliskie
są mu idee internacjonalizmu rozumiane w krajach demokratycznych. Włączył się czynnie w promocję 500-lecia urodzin Mikołaja
Kopernika w Ameryce. Wspierał
Komitet Obrony Robotników i
Solidarność. Wartość tej pomocy – oprócz moralnego wsparcia
– przekroczyła 200 mln dolarów.
KPA skutecznie lobbował za Polską w sprawie jej członkostwa w
NATO.
Długo można by rozwodzić się o
historii Kongresu i jego niezaprzeczalnych zasługach dla narodu
polskiego, ale lepiej przeczytać
ksiażkę mojego przyjaciela i wieloletniego prezesa KPA w stanie
Wisconsin prof. Donalda Pienkosia – „For Your Freedom Through
Ours: Polish American Efforts
on Poland’s Behalf, 1863–1991”.
Pozycja ta, mimo ubiegłorocznej
publicznej deklaracji Longina Komołowskiego – prezesa Wspólnoty
Polskiej – na rzecz tej książki jest
nieosiągalna w języku polskim.
Wielkie nazwiska
W tym miejscu należy przypomnieć postaci charyzmatycznych
przywódców Kongresu Polonii
Amerykańskiej:
Karol Rozmarek (1897–1973) –
pierwszy prezes KPA, działacz polonijny, adwokat i wydawca.
Alojzy Antoni Mazewski (191088) – drugi preses KPA, prawnik,
działacz polonijny. 3 lipca 1988 r.
Prezydent RP na Uchodźstwie Kazimierz Sabbat odznaczył go pośmiertnie Wielką Wstęgą Orderu
Odrodzenia Polski).
Edward J. Moskal (1924-2005)
– przedsiębiorca polskiego pochodzenia, działacz polonijny, trzeci
prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej. W 1993 r., za wybitne
zasługi w działalności polonijnej
oraz osiągnięcia w dziedzinie polsko-amerykańskiej
współpracy,
prezydent Lech Wałęsa odznaczył go Krzyżem Komandorskim
z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. W 1997 r.
Moskal został mianowany honorowym obywatelem Krakowa, a w
2003 r. –Zamościa. Uhonorowany
był ponadto doktoratem honoris
causa Akademii Medycznej w Poznaniu.
Tylko w ostatnim przypadku,
mimo znanych kontrowersji dotyczących osoby prezesa Moskala,
ojczyzna nie zapomniała o zasługach tego lidera Kongresu. Pierwszy prezes jest raczej zapomniany
przez historyków i państwo polskie.
Czas na teraźniejszość i przyszłość...
Od 2005 r. prezesem KPA jest
Frank Spula. Jego dziadkowie
przybyli do Chicago z Polski w
latach 20., rodzice przyszli już
na świat na ziemi amerykańskiej.
Spula urodził się w 1951 r. w Chicago.
Z tym miastem związana jest cała
jego kariera. Tu wychowywał się
w polskiej dzielnicy, tu kończył
wszystkie szkoły oraz studia z
ekonomii, biznesu i ubezpieczeń
w renomowanym De Paul University. Niewątpliwie Frank Spula jest
już innym typem prezesa. Pytany o
kontynuację linii swych poprzedników, mówi: „Alojzy Mazewski
i Edward Moskal byli zupełnie
innymi typami liderów. Inne mieli drogi i doświadczenia życiowe.
Przyszło im działać w zupełnie
różnej rzeczywistości politycznej” (za Tygodnikiem Przegląd
– Agnieszka Fabian McGhee). I
dalej, kontynuje autorka: „Frank
zmierza w dobrym kierunku. W
ciągu dwóch lat odbudował wiele spraw w Waszyngtonie, w tym
w Białym Domu i Departamencie
Stanu. Unika wikłania go w sytuacje konfrontacyjne, z jakimi
często przybiegają krajowe siły,
aby je wspierał, a inne atakował.
W jakiejś mierze ma do wykonania pracę godzenia ognia z wodą:
racji starszej Polonii o często ultrakatolickich i ultranarodowych
poglądach z wizjami świata młodszego pokolenia, urodzonego w
latach 80. i 90., które instytucje o.
Rydzyka omijają szerokim łukiem.
Jedni i drudzy są fragmentem tej
samej polonijnej rzeczywistości”.
Prezes Spula znów został wybrany na kolejną kadencję, na kolejne dwa lata 2013-14 (gratulacje!).
Pozostaje jednak pytanie o wizję
Kongresu w XXI wieku. Co prawda, udało się zmienić, dzięki inicjatywie dr. Donalda Pienkosia
z Wisconsin, misję Kongresu, w
której nie walczy on już z demonami komunistycznej przeszłości,
a skupia się na przyszłych losach
Polonii w USA.
Misja Kongresu
W ubiegłym roku przy przeredagowaniu misji Kongresu pracowali
głównie koledzy o amerykańskim
rodowodzie i jest ona generalnie
dobra, z małą dygresją: nie jest ani
zbyt czytelna, ani porywająca.
Moim zdaniem, misja Kongresu
Polonii Amerykańskiej powinna być bardziej jasna i pozwolić
Amerykanom polskiego pochodzenia i Polakom mieszkającym w
USA identyfikować się z nią.
Politycznie misją KPA było, jest i
będzie budowanie profesjonalnego polskiego lobbingu w USA.
Czego więc potrzebuje KPA?
Postaram się – w kilku punktach
– to zobrazować, przybliżyć i w
telegraficznym skrócie pokazać
największe bolączki Kongresu.
1. Jasnego i czytelnego programu dla obu grup tworzących
KPA –
(Amerykanów polskiego pochodzenia i Polaków tu mieszkających), które mogłyby zaangażować się i utożsamiać z nim.
Istotą takiego programu byłoby:
a. dążenie do wprowadzenia na
stałe Polski i Europy Centralnej do
polityki zagranicznej USA,
b. wprowadzenie tematyki polskiej do mediów amerykańskich i
podręczników amerykańskiej historii, zwłaszcza o roli Polski w
światowej historii (era Jagielloń-
ska, bitwa pod Wiedniem, cud nad
Wisłą, udział Polski w II wojnie
światowej),
c. tworzenie sieci miast siostrzanych,
d. tworzenie sieci współpracy
pomiędzy uczelniami w Polsce i
USA,
e. zaangażowanie Kongresu w
promocję biznesu pomiędzy USA
i Polską,
f. promowanie polityków o polskich korzeniach,
g. dokumentowanie historii Polonii w USA i promocja polskiej historii i kultury w USA.
Obecnie jestem na etapie zakładania struktury wydziałowej w stanie Kansas i często zadaję sobie
pytanie, co odpowiem, kiedy ktoś
zapyta mnie: jaki program posiada
KPA? Jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie na szczeblu
stanowym, ale jeśli jako aktywista
KPA mam problemy z określeniem
czytelnego programu na szczeblu
krajowym, to co może pomyśleć
sobie potencjalny nowy członek
KPA?
2. Dobrej polityki informacyjnej
Jako były szef Kongresu w Wisconsin
i
członek-założyciel
Kongresu w Kansas chciałbym
uzyskiwać informacje o tym, co
się dzieje w KPA na szczeblu krajowym. Szukam więc na stronie
głównej Kongresu:
– są pytania do kampanii prezydenckiej,
– żadnego gratulacyjnego listu do
prezydenta Obamy,
– nic o polskim święcie niepodległości.
Strona Facebooka też niewiele
mówi: jest coś o nowym polskim
ambasadorze i nowym amerykańskim ambasadorze w Polsce, ale
już niczego nie ma nt. ostatniego
spotkania dyrektorów krajowych
w Chicago.
Prasa:
Dziennik Związkowy – główny
organ Polish National Alliance,
którego prezesem jest też Frank
Spula. Wpisuję do wyszukiwarki:
„KPA” i... wyskakują artykuły:
„Spór o finansowanie Polonii”
oraz „Zaprzysiężenie władz Kongresu Polonii Amerykańskiej”,
Reszta artykułów to materiały archiwalne.
Nic o spotkaniu dyrektorów czy
też o rezolucjach KPA. Żadnych
życzeń od KPA odnośnie święta
niepodległości. Nic dziwnego, że
media amerykańskie nie piszą o
KPA, skoro samo KPA nic o sobie
nie pisze. Nakładają się na to relacje dziennikarzy z Polski, którzy
piszą o Kongresie źle, a jeśli wysyłamy im jakiś materiał, to nie jesteśmy traktowani poważnie. Nie
brakuje też w Polsce „ekspertów
od Kongresu”, którzy nie szczędzą
mu razów.
3. Lepszej współpracy z wydziałami stanowymi
Ciekawy jestem, czy jest taka osoba na szczeblu krajowym, która za
to odpowiada? Sam byłem szefem
wydziału w Wisconsin i najlepiej
współpracowało mi się z Rysiem
Mazellą. Dzwoniliśmy do siebie,
Strona 16 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
wymienialiśmy pomysły i robimy to nadal. Moje formy kontaktu z innymi były bardzo podobne
do kontaktów z Polską. Wysyłam
emaila – odpowiedź (w wersji
optymistycznej) przychodzi po
miesiącu. Ciekawe, czy ktoś weryfikuje dane, które przychodzą do
centrali co roku.
Najważniejsza dla wydziałów stanowych jest koordynacja programów, wymiana pomysłów i sposobów ich realizacji. Szefowie nie
mogą pozostawać sami – Centrala
musi ich wspierać.
4. Aktywnego poszukiwania źródeł finansowania
Wszyscy w Kongresie, oprócz
kilku osób w centrali w Chicago i
biurze w Waszyngtonie, to wolontariusze w wieku grubo powyżej
50 lat.
W bardzo wielu wypadkach poświęcamy nasz prywatny czas – i
niejednokrotnie pieniądze – dla
dobra Polski. Może za 10 lat ktoś
z Konsulatu RP przypnie do mojej piersi medal, który będę nosił
na polonijne uroczystości i to przy
założeniu, że nie trafię na jakąś
czarną listę. Mówiąc poważnie –
fundusze to aspekt najtrudniejszy.
Może czas najwyższy zapoznać
się z bilansem Związku Narodowego Polskiego, ponieważ jest on
– zgodnie ze statutowym zapisem
– „bankierem” KPA. Wiadomo
wszystkim, że ze składek członkowskich Kongres się nie utrzyma. Nie mamy takich umiejętności
jak Żydzi, którzy opanowali do
perfekcji sztukę wspierania się pomimo wewnętrznych kłótni, które
szybko zamiatają pod dywan.
Może nadszedł czas, aby wypracować swoje „know how”? Potrzebni są nowi, dynamiczni i wyedukowani działacze, którzy na zasadzie
think-tanku rozwiążą ten problem.
Łatwiej jest ludzi do czegoś przekonać, jeśli są jasne, logiczne cele
i towarzyszy im taki sam program.
Istnieje Fundacja KPA, która funduje stypendia i urządza loterie.
Nie udało mi się, jako dyrektorowi
krajowemu KPA, usłyszeć żadnego sprawozdania z działalności tej
Fundacji. Trudno też powiedzieć,
jaki jest formalny związek KPA z
Fundacją.
W Stanach Zjednoczonych jest
dużo zamożnych ludzi, zarówno
wśród Amerykanów, jak i Polonii. Można spróbować, podejmując sensowne działania, ubiegać
się o wsparcie z tych kręgów, ale
potrzebna jest szybka i zdecydowana odbudowa wizerunku KPA,
bo inaczej nikt nie da na nieznany
bliżej cel złamanego centa.
Ostatnio niektóre wydziały stanowe zwróciły się o pomoc o
dofinansowanie do rządu RP. Finansami na ten cel zarządza od
niedawna Ministerstwo Spraw
Zagranicznych RP. Na swoich
stronach internetowych zamieściło ono programy, z których mogą
korzystać organizacje polonijne.
Jest jednak jasny wymóg. Trzeba
napisać i umotywować przejrzysty
projekt, a następnie przesłać go do
danego Konsulatu w określonym
czasie. Musi on spełniać pewne
procedury.
5. Rekrutacji nowych członków
Jako szef KPA w Wisconsin często
miałem okazję usłyszeć opinię innych, że „jako Polak nie będę się
angażował w żadną działalność”.
Potem widziałem takich ludzi na
spotkaniach, które organizował
Kongres, np. z prawnikami imigracyjnymi. Czyli: korzystać –
tak, ale działać – nie.
Mój były kolega powiedział mi
kiedyś wprost: „Po co Ty to robisz? Ile kasy miałbyś za ten
czas?”. Albo: „Ja działam w organizacji kulturalnej i nie chcę mieć
nic wspólnego z polityką”.
Poprzez takie postawy następuje marginalizacja polskiej grupy
etnicznej w Ameryce. Upadają
parafie. Księża po cichu wyprzedają parafialne majątki. Pieniądze
Polaków trafiają jako wypłaty dla
ofiar przestępstw księży pedofilów. Źródła historyczne, artefakty
trafiają niejednokrotnie na śmietnik historii. Oby tak się nie stało z
całą polską grupą etniczną.
A jednak powoli zaczyna się coś
zmieniać w świadomości Polonii,
przychodzą nowi, nie muszą to
być tłumy – wystarczy kilku ambitnych, mądrych nowych członków, aby coś pozytywnego zaczęło się dziać. Nie można jednak ich
pozostawiać samym sobie. Trzeba
im pomóc, a może tylko nie przeszkadzać, pokazać strategię i narzędzia naboru.
KPA w Wisconsin prowadzi akcję
naboru członków w trakcie polskiego festiwalu i innych imprez.
Mimo konkurencji ze strony zazdrosnych innych polonijnych organizacji, udaje się pozyskać nowych członków. KPA w Wisconsin
zyskuje na stronie portalu Facebooka coraz większe grono sympatyków. W porównaniu do innych
stanowych oddziałów KPA – ma
się czym pochwalić.
Od kilku lat jesteśmy konsekwentni i realizujemy to, o czym mówimy. Mówiliśmy o akcji zniesienia
wiz dla Polaków. Zebraliśmy ok.
400 podpisów, wysyłaliśmy listy do polityków w Wisconsin, a
potem współuczestniczyliśmy w
uchwaleniu rezolucji miasta Milwaukee w sprawie zniesienia wiz
dla Polaków. Ludzie lubią konsekwencję i doceniają ją w postaci
większej liczby kart członkowskich czy też dotacji. Obiecaliśmy,
że będziemy pokazywać dobre
polskie historyczne filmy i robimy to w Wisconsin, kooperując z
UWM. Mamy tam swoich sympatyków i przyjaciół. Ważne jest to,
aby ludzie poczuli więź. Gdy widzę, jak na widowni siedzi ok. 300
osób i płynie w nas ta sama krew,
to za wieszczem chcę zawołać:
„serce rośnie, patrząc na te czasy”!
Konkrety działają na ludzką wyobraźnię, budzi się poczucie przynależności, polonijny patriotyzm.
Byle był jasno określony plan i
strategia działania.
6. Diversity, czyli czy możliwa
jest współpraca Polaków z Polski i Amerykanów polskiego pochodzenia?
Uwielbiam ten temat i nawet zajmuję się nim profesjonalnie.
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Zacznijmy od początku. Nigdy
nie sądziłem, że będę mieszkał w
USA, nawet wtedy, gdy pobraliśmy się z Susan w Bydgoszczy w
1998 r. Wyemigrowałem do USA
w 1999 r., a oficjalnie mieszkam w
USA od 2000 r. Posiadam oba obywatelstwa. W Polsce miałem dobrze prosperującą firmę i tęskniącą
za swoim krajem żonę. Nie jestem
więc emigrantem zarobkowym.
Mój pierwszy kontakt z Amerykanami polskiego pochodzenia miał
miejsce podczas wykładu otwartego, w którym miejscowy profesor
opowiadał między innymi o tzw.
„Polish flats” w Milwaukee jako
o lokalnym wynalazku polskich
imigrantów. Po wykładzie podszedłem do niego, przedstawiłem
się i zapytałem, czy był w Polsce
i czy widział polskie sutereny? Na
to profesor odpowiedział mi, że
w Polsce nie był, ale ma doktorat
z polskiej historii. „A Ty?” – zapytał. A ja na to, że trzy miesiące
temu wysiadłem z samolotu i przestałem nosić krawat po wizycie w
Farmer Fleet. Totalnie się nie zrozumieliśmy. Podobna sytuacja ma
miejsce w KPA.
Mówię po angielsku z akcentem.
Jednak po kilku latach zostałem
wybrany na prezesa KPA w Wisconsin przez większość Amerykanów polskiego pochodzenia
i razem udało nam się zrealizować wiele wspólnych pomysłów.
Podobna sytuacja trwa w krajowym KPA. Po objęciu stanowiska
przez Franka Spulę, język angielski zmiótł język polski. Sytuacja
zmienia się tylko wtedy, kiedy na
zebranie przybywa jakiś ważny
gość z Polski lub – jak ostatnio –
poseł do parlamentu litewskiego
(Polak z Litwy). Przez angielską
część spotkania siedział, biedaczyna, nic nie rozumiejąc.
Tak się stało, bo nowa generacja,
która funkcjonuje w Kongresie
Polonii Amerykańskiej, w większości nie mówi i nie rozumie
języka polskiego, a przeważająca
część obrad Kongresu odbywa się
w języku angielskim. Nie ma i nie
może być usprawiedliwienia dla
aktywistów Kongresu, którzy nie
chcą się uczyć języka polskiego.
Nie po to nasi ojcowie przelewali
krew, aby jedna rezolucja wygodnych panów pozwoliła wykreślić
język Rozmarka, Mazewskiego i
Moskala.
Co więcej, jeżeli chcemy otworzyć
się na Polaków urodzonych w Polsce, to musimy pamiętać, że nowi
przybysze już tutaj nie przypływają statkiem za chlebem. Latają
do Polski na wakacje, zakładają
biznesy i tu, i w Polsce. Posiadają
dwa obywatelstwa i Statua Wolności ma dla nich inne znaczenie niż
50 lub 100 lat temu.
Polska odgrywa coraz większą rolę
na arenie międzynarodowej i jej
XIX-wieczny wizerunek musi się
zmienić w mentalności przeciętnego Amerykanina. Amerykanie polskiego pochodzenia w większości
przypadków nie do końca ufają
wykształceniu Polaków z Polski.
Ciekawym przykładem jest zatrudnianie dyrektorów w Polskim
Centrum w Wisconsin. Od 2000 r.
przez tę instytucję przewinęło się
co najmniej ośmiu dyrektorów.
www.ksi.kresy.info.pl
Żaden nie był Polakiem urodzonym w Polsce. Tylko jeden z nich
miał kwalifikacje odpowiadające
takiej instytucji. Reszta nie miała
pojęcia o Polsce, o jej historii, nie
mówiąc o znajomości języka polskiego.
Brak wiary w Polaków z Polski
nie przeszkadza Fundacji Kościuszkowskiej, w której większość stanowią Polacy urodzeni
i wykształceni w Polsce. Wyrazy
uznania i gratulacje dla Alexa Storozynskiego za to, że potrafił przeorientować Fundację i nadać jej
nowoczesny charakter!
7. Używania technologii
Dlaczego w dobie Internetu, mediów socjalnych nie można się
wiele dowiedzieć o działalności
KPA? Dlaczego? Istnieje główna
strona internetowa http://www.
pac1944.org, gdzie znajdują się
stałe informacje na temat Kongresu (zdecydowana większość w
języku angielskim) i jest także odnośnik do strony Facebook. Większość struktur stanowych Kongresu posiadają także swoje strony
internetowe oraz strony mediów
socjalnych. Można się z nich dowiedzieć, co się dzieje w poszczególnych stanach. Ale czy osoby,
które w Kongresie odpowiadają
za politykę informacyjną, czytają i
analizują to, co się na nich dzieje?
Strony Facebooka nie są ze sobą
zintegrowane („nie lubią” się wzajemnie, przez co tracą możliwość
otrzymywania informacji). Dochodzą do tego osobiste animozje
i humory administratora głównej
strony FB, który nie chce publikować informacji z innych stron.
Rzecznik prasowy Kongresu pozostaje w stanie uśpienia, a komunikaty prasowe publikowane są
nie wiadomo w jakiej prasie. Pewnie tylko amerykańskiej i tylko w
Waszyngtonie, bo w tak zwanym
terenie nigdy nie udało mi dostać
żadnej informacji od rzecznika
prasowego.
Subsydiowany przez ZNP Dziennik Związkowy w Chicago zamieszcza czasami jakiś artykuł,
publikację określonego środowiska polonijnego o określonej
orientacji i światopoglądzie. Tematy polskie, o współczesnej Polsce i o Kongresie Polonii Amerykańskiej w amerykańskiej prasie
nie istnieją. Czy Kongresowi potrzebne jest połączenie z Polską?
Tak!
Tylko kilka wydziałów stanowych
posiada w Facebooku networking
z polskimi politykami różnych
maści oraz parlamentarzystami,
którzy codziennie mogą się dowiedzieć, co słychać w wybranych
stanowych częściach Kongresu.
Strona krajowa śpi.
Powstaje pytanie, czy czołowi
aktywiści KPA rozumieją i doceniają rolę technologii, Internetu i
mediów socjalnych u progu XXI
wieku? Jeśli chcecie pozyskać nowych członków i liderów – nie ma
innej drogi.
8. Partnera strategicznego
No, i mam jak w banku. Znów
trafię na czarną listę. Bo będę pisał o moim rządzie i przedstawi-
cielach Konsulatu. Są to bardzo
mili ludzie. Mają jednak tę wadę,
że zmieniają się co jakieś 5 lat i
trzeba do takiego nowego konsula
znów „puszczać oko” i budować
swój wizerunek od nowa. Aby
realizować wszystkie cele wymienione przeze mnie wcześniej,
Kongres Polonii Amerykańskiej
potrzebuje partnera strategicznego, którym naturalnie powinno być państwo polskie. I w tym
miejscu należy zwrócić się z pytaniem do drugiej strony – czy państwo polskie posiada odpowiednie
narzędzia do prowadzenia swojej
polityki w USA, która na ogół jest
zbieżna z polityką Kongresu? Czy
mamy telewizję, która nadawałaby programy w języku angielskim
i informowałaby Amerykanów o
ważnych wydarzeniach w Polsce i
wśród Polonii w USA? Może warto spróbować. Albo inne media,
które nie są tylko zabawką młodych dziennikarzy?
Czasami mam wrażenie, że chyba ma rację kontrowersyjny red.
Stanisław Michalkiewicz w artykule „Caveant (vice)consules!”,
pisząc: „Kiedy przyjechałem do
USA i Kanady po raz pierwszy,
uderzył mnie kontrast między ekonomicznym potencjałem Polonii,
widocznym zwłaszcza w takich
ośrodkach jak Chicago czy Toronto, a potencjałem politycznym.
Na skutek wzajemnych niechęci i
konfliktów, ten ekonomiczny potencjał nie przekładał się w najmniejszym stopniu na polityczne
wpływy. Jeszcze większym zaskoczeniem było dla mnie to, że w
18. roku transformacji ustrojowej
można było odnieść wrażenie, iż
stosunek placówek dyplomatycznych naszego nieszczęśliwego
kraju do Polonii Amerykańskiej
jest taki sam jak za komuny”.
Recepta na poprawę sytuacji jest
jedna. Oba podmioty muszą się
spotkać i nakreślić wizję współpracy. Dość już partyzantki. Trzeba usiąść, porównać programy i
podpisać umowę o współpracy,
w której jasno określone powinny być relacje co wolno a co nie
wypada, oraz co winno być priorytetem. A tak panuje partyzantka,
do której przenika słynna wojna
polsko-polska. Czy nadal mamy
funkcjonować pod hasłem: „Dziś
dajcie nam pieniądze, a jutro Wam
urządzimy zadymkę pod Konsulatem, jak przyjedzie Donek lub
Bronek”?
Współcześni konsulowie mówią
już dobrze po angielsku. Początki
były trudne, ale jest lepiej. Odpowiadanie na emaile typowo polskie. Planowanie też. Era „przyjaciół królika” i bankietowania w
Chicago – miejmy nadzieję – już
minęła. A w terenie mnóstwo pracy.
Drodzy konsulowie, czekamy na
Was w Wisconsin, Kansas, Michigan, Minnesocie i wielu innych
miejscach.
9. Dobrej polityki zewnętrznej
Kongres to organizacja amerykańska, balansująca na osi wartości z
obu krajów. Nie wolno jej angażować się ani po stronie demokratów, ani po stronie republikanów.
Nie wolno jej także wpływać na
mielizny wojny polsko-polskiej.
Zaangażowanie się po którejś ze
stron w konflikcie PO-PiS sparaliżowałoby Kongres na lata.
Musimy liczyć się z perspektywą, co stanie się z Kongresem za
15-20 lat, jeżeli teraz przeciętna
wieku aktywistów Kongresu wynosi 50-65 lat, a nowych członków
wcale szybko nie przybywa. Co
się stanie z polską diasporą, jeśli
nie wykształci, nie wypromuje
nowych liderów? Kto ją będzie reprezentował?
Dlaczego musimy przetrwać?
Powód jest bardzo prosty. Położenie geopolityczne Polski nie jest i
nigdy nie było szczęśliwe. Zawsze
będziemy pięknym krajem, który sąsiedzi uwielbiają odwiedzać.
Lojalność Francji i Anglii też dobrze pamiętamy.
Stany Zjednoczone muszą pozostać dla Polski strategicznym sojusznikiem. I dlatego państwo polskie powinno wspierać Kongres
Polonii Amerykańskiej, dyplomatycznie zachęcać go do zmian i w
tych zmianach pomagać.
Jest nas 10 milionów. To znacząca
społeczność w amerykańskiej rzeczywistości, zwłaszcza po ostatnich wyborach, której nie można
lekceważyć. Zabierzmy się więc
do pracy.
Dlaczego warto być w Kongresie
Polonii Amerykańskiej?
Do KPA wciagnął mnie dr Donald
Pienkos, jednak patrzyłem na to
wszystko jakoś tak bez większego zaangażowania. Informowałem
Kongres o tym, co się dzieje w
Polsce. Tłumaczyłem podczas oficjalnych spotkań.
Potem mój mentor prof. Kamil
Dziewanowski wskazał mi cel.
Powiedział kiedyś do mnie: „Ty
musisz coś robić dla Polski, bo
inaczej będziesz marniał jak niepodlewana róża”. Zrozumiałem to
po jego pogrzebie, a potem utrwalił moją potrzebę kolejny pogrzeb
byłego prezesa KPA w Wisconsin
– płk. Edmunda Banasikowskiego.
Wtedy zrozumiałem, że niedługo
w Wisconsin nie będzie już takich
ludzi. Ktoś musi podjąć to dzieło
utrwalania polskości na obczyźnie. Dlaczego musimy to robić?
Odpowiedź jest prosta. Bo za 20
lat nikt o nas jako Polakach w
USA nie będzie pamiętał. Kościoły przejmą Meksykanie. Pomniki
pójdą na złom. W polskich ośrodkach przestaną tańczyć polkę. O
polskich artefaktach w muzeach
i bibliotekach nikt nie będzie pamiętał.
Może to brzmi groźnie i pesymistycznie. Ale tak się dzieje tam,
gdzie nie ma już Polaków, gdzie
wiedza na nasz temat, o naszej
historii i dziedzictwie odeszła do
lamusa. Walczymy o swoje przetrwanie i przyszłość naszej grupy
etnicznej.
Na koniec pozwolę sobie przypomnieć słowa naszego wielkiego
rodaka Jana Pawła II: „Trudno być
Polakiem, nie nosząc w sobie tego
dziedzictwa, któremu na imię Polska”.
Kresowy Serwis Informacyjny
224154_391800020898800_1965
346159_n
źródło informacji www.magazynpolonia.com
foto; Magazyn Polonia,
Wszystkim polecam artykułu z rubryki Debata Polonijna
Postarajmy się zrozumieć potrzeby Polonii, budujmy wspólny POMOST. Polonia stale się zmienia,
my także się zmieniamy. Wystosowaliśmy zaproszenie do Ministra Janusza Ciska. Liczymy na
jego obecność w Programie Pomost, chcemy by odpowiedział
na pytania naszych słuchaczy i
czytelników.
Czekamy- na pytania dotyczące
projektów polonijnych finansowanych przez MSZ.
Korespondencję proszę przesyłać
na adres
e- mail : [email protected]
com
PYTAN IA
1. Zapewne Pan Minister zapoznał
się z analizą polskiej grupy etnicznej w USA autorstwa dr.Tadeusza
Radzilowskiego( Piast Institute).
Jednym z ważnych elementów tej
analizy są potrzeby tej grupy.Jedną z nich jest utrwalanie języka
polskiego.
Jak Państwo Polskie zamierza
chronić i rozwijać język polski na
wydziałach slawistyki na amerykańskich uniwersytetach?
(W chwili obecnej istnieje spore
grono profesorów,które odchodzi
lub wkrótce odejdzie na emerytury.Uniwesytety w ramach oszczedności nie mają zamiaru zatrudniać
nowych lub będą zatrudniać obywateli innych państw niż Polska
np.Rosjan lub Ukraińców.)
2. Jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych pragnie rozwinąć zasadę
transparentności w ramach grantów na działalność polonijną( jestem zwolennikiem przejęcia dofinansowania przez MSZ od Senatu
RP.Jest to bardzo dobry pomysł.W
poprzednich latach trzeba było
mieć dużo przyjacół w Senacie RP
,aby takie pieniądze pozyskać)
3. Miałem ostatnio przyjemność
współpracować z Panią Konsul
Generalną Pauliną Kapuścińską
przy realizacji wystawy historycznej” Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata” .Wystawa odbyła się
na Kansas State University i była
wielkim sukcesem dyplomacji historycznej w Kansas.
W jakiej mierze Państwo Polskie
jest zaiteresowane dyplomacją historyczną i czy można by rozwinąć
tę formuę wzbogacając typowe
wystawy o filmy,materiały pomocnicze,dokładne foldery reklamujące wystawę przed jej przybyciem.
Chodzi mi o profesjonalizację takich wydarzeń.
Waldemar Biniecki (były prezes
Kongresu Polonii Amerykańskiej
w Wisconsin a obecnie członek
założyciel i koordynator KPA w
Kansas.Autor artykułu „Jak uzdrowić Kongres Polonii Amerykańskiej?”2013)
1 marca 2013 - strona 17
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Droga do polskości
Redakcja
N
a adres naszej redakcji
przyszła przesyłka od Olka
z Kresów Rzeczypospolitej, tak napisał o sobie autor listu. Otrzymaliśmy książkę pod
tytułem; „Polak z Wyboru”. Zbieg
okoliczności, bo ostatnio z okazji
promocji filmu o Annie German
przypomniano, że znana nam piosenkarka również była Polką z wyboru.
Urodziła się bowiem w Urgenczu
(Uzbecka SRR -ZSRR) w rodzinie
holendersko- niemieckiej a za ojczyznę wybrała Polskę. Droga do
polskości Aleksandra Siemionowa
opisana została w/w książce, którą
publikujemy w odcinkach na łamach
KSI w dziale „Barwy Kresów”.
Poniżej prezentujemy tym razem re-
komunistycznej rzeczywistości i zrodziło zainteresowanie jakże odmiennym niezakłamanym światem. Sam
pochodzi z rodziny o bardzo niechętnym stosunku do Polaków, chociaż
jego babcia ze strony ojca była Polką, o czym dowiedział się później.
Ważnym krokiem do polskości stała
się dla Aleksandra wizyta w polskiej
szkole w Wilnie. Pamięta dokładną datę – 2 lutego 1986 r., w ZSRR
rozpoczynała się Gorbaczowska
«pieriestrojka». Odwiedził lekcję
języka polskiego, poruszyło go, jak
dzieci rozmawiają po polsku, nawet
podczas przerwy. Pisze, że poczuł się
jak bohater powieści Stefana Żeromskiego, gdy zrusyfikowany młody
człowiek uświadomił sobie, że jest
wiele innych wydarzeń zapisanych
na kartkach polskiego odrodzenia
na Białorusi, ale pierwsze budzą najwięcej emocji i wspomnień: założycielskie zebranie Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno- Oświatowego
im. Adama Mickiewicza w Grodnie,
obchody Dnia Wojska Polskiego,
gdzie wystąpił zespół «Lidzianie»,
w Grodnie polskiego zespołu jeszcze
nie było, podkreśla autor. Występ tegoż zespołu w Sopoćkiniach, gdzie
z publicznością śpiewano po raz
pierwszy hymn polski. W drodze powrotnej zatrzymali się w pobliskiej
Hołynce, by popatrzeć na granicę z
Polską…Od ćwierć wieku nasz bohater poświęca swój czas i siły krzewieniu polskości i, jak pisze, będzie
to czynił do końca życia. Warto przeczytać książkę Aleksandra Siemionowa i być może za przykładem autora chwycić za pióro, by pozostawić
potomnym dokument czasu.
IRENA WALUŚ
„Magazyn Polski” Pismo Związku
Polaków na Białorusi NR.7/2012
cenzje innych autorów.
Polak z wyboru. Pod takim tytułem ukazała się książka Aleksandra
Siemionowa z Lidy. Działacz ZPB
opisuje swoją drogę do polskości,
wspomina początki działalności
polskich organizacji. W swoich wypowiedziach i refleksjach jest jak
zawsze szczery, przeżywa za wszystko, co się dzieje na naszym polskim
podwórku. Z ciekawością zabrałam
się do czytania książki Aleksandra.
We wstępie autor wyjaśnia: «Jak to
się stało, że ja Rosjanin, urodzony
w sowieckiej rodzinie i wychowany
na sowieckiego człowieka stałem
się Polakiem i polskim patriotą. Zapoznanie się z rodziną żony Teresy
Malinowskiej , dbającej o zachowanie polskich i katolickich tradycji,
było dla niego odkryciem w szarej
Polakiem. Od tego dnia Aleksander
uważa siebie za Polaka. Na uświadomieniu Aleksander nie przestał.
Jego historia walki o polskość w Lidzie może być przykładem dla wielu naszych rodaków. Dzięki temu,
że był radnym miasta, udało mu się
m.in. zaprosić Teatr Polski z Wilna.
Przedstawienie w języku ojczystym
stało się wydarzeniem dla Lidzian.
Podczas kolejnej wizyty w Wilnie
przyjaciele podsunęli mu pomysł
założenia polskiego klubu lub stowarzyszenia. Dziewięciu entuzjastów z
Lidy powołało Klub Polski, do którego dołączało coraz więcej osób.
13 grudnia 1987 roku Klub Miłośników Kultury Polskiej im. Adama
Mickiewicza został oficjalnie zarejestrowany, była to pierwsza polska
organizacja na Białorusi. Potem było
Polak z wyboru.Przez 45 lat nie mieli głosu. I u siebie, i w swojej historycznej ojczyźnie. Kiedy tylko nadarzyła się pierwsza okazja, zaczęli
mówić łamaną polszczyzną, z rosyjskimi wtrętami, z charakterystycznym zaśpiewem. Polacy na Wschodzie, Polacy z Sowietów, Polacy z
Białorusi. Mimo ze odrodzenie życia
polskiego na Wschodzie trwa już
ponad 25 lat, nadal mamy niewiele
świadectw z tamtej strony, jak się
ono dokonywało. Wynika to m.in.
z tego. że wśród setek tysięcy Polaków, którym przyszło egzystować
w ZSRS. wciąż brakuje inteligencji.
Wielu młodych, którzy przyjechali po naukę do Polski, po prostu me
wróciło w swe rodzinne strony. Tym
większe znaczenie maję te świadectwa, które powstały, zostały spisane
i opublikowane. Aleksander Siemio-
Strona 18 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
1 marca
now jest Polakiem nietypowym; Polakiem .z odzysku", który świadomie
odrzucił rosyjskie korzenie i wybrał
polski język i kulturę. Historia zna
sporo przypadków, kiedy ludzie po
latach trwania ich przodków w innej
kulturze, wybierali kulturę polską np. Wojciech Kętrzyński z Mazur,
admirał Józef Unrug z Brandenburgii czy rodzina Manteufflów w Inflantach. Jeszcze w dwudziestoleciu
międzywojennym taka postawa nie
była rzadkością. Jednak dziś tego
typu wybory zdarzają się o wiele
rzadziej. Dlaczego Aleksander Siemionow, rodem z Lidy (dziś białoruskiej), wybrał mowę Mickiewicza, a
nie Puszkina? Wszystkie argumenty
przemawiały raczej za drugą opcją.
Apanaże, możliwość kariery, ułatwiona ścieżka edukacyjna dla dzieci- Dla każdego, kto wybiera drogę
trudniejszą, oznacza ona więcej wyrzeczeń, ale na końcu przynosi satysfakcję. W jego przypadku ujawniła
się także rola dzielnej, polskiej kobiety, która konsekwencją, żarliwością, cierpliwością. a nade wszystko
Dniem Pamięci
Żołnierzy
Wyklętych
Już w roku 1943 w związku
z niemieckimi klęskami na
wschodnim froncie dowództwo AK rozpoczęło tworzenie
struktur na wypadek okupacji
przez ZSRR. Powstała organizacja NIE łącząca struktury
cywilne i wojskowe mająca
na celu samoobronę i podtrzymywanie morale polskiego
społeczeństwa w oczekiwaniu
na wojnę Zachodu z ZSRR.
Organizacja ta jednak została
znacznie osłabiona w wyniku akcji „Burza” i powstania
warszawskiego, dodatkowym
ciosem było aresztowanie
dwóch najważniejszych osób
w konspiracji: gen. bryg.
Emila Fieldorfa i gen.bryg.
Leopolda Okulickiego.
7 maja 1945 rozwiązano NIE
i powołano nową organizację:
Delegaturę Sił Zbrojnych na
Kraj, która przetrwała kilka
miesięcy i została zastąpiona
Ruchem Oporu bez Wojny i
Dywersji „Wolność i Niezawisłość”.
Sytuacja w której znalazły
się organizacje niepodległościowe były skrajnie ciężkie:
w kraju szalał terror NKWD
i polskich służb bezpieczeństwa, zachodnie mocarstwa
przestały uznawać rząd emigracyjny, a od działań Delegatury odciął się premier Stanisław Mikołajczyk szukający
możliwości kompromisu z
komunistami. WiN zamierzało unikać konfrontacji i walk,
a skupić się na metodach politycznego i propagandowego
wpływu na społeczeństwo.
W zbliżających się wyborach
poparto jedyną legalną opozycję: Polskie Stronnictwo Lumiłością do bliskiej osoby, potrafiła dowe.
zdziałać cuda. Olek Siemionow odnalazł polskie korzenie w rodzime
ojca, a ślub i udane małżeństwo z
Teresą Malinowską, także lidzianką. doprowadził do rewolucji w jego
życiu. Na tyle skutecznej, że to właśnie on, „nawrócony* na polskość,
stał się jednym z liderów odrodzenia
polskiego na Białorusi, a konkretnie
Klubu Miłośników Kultury Polskiej
im. Adama Mickiewicza. Fascynująca jest historia tworzenia się tei
pierwszej legalnej polskiej organizacji, wtedy leszcze w ZSRS. To ważna
lektura dla wszystkich, także i tych,
którzy mają dziś kłopot ze zrozumieniem słów patriotyzm i miłość do
ojczyzny.
Adam Hlebowicz- pamięć.pl - RECENZJE
W rzeczywistości jednak poakowskie oddziały nastawione na walkę zbrojną nie potrafiły i nie chciały przestawić
się na działalność cywilną. W
największym okresie działalności organizacja liczyła 2530 tys. ludzi.
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
MORD NA DUCHOWNYCH
W CZORTKOWIE
ALEKSANDER SZUMAŃSKI
C
zortków to miasteczko położone 76 km od Tarnopola
i 82 km od Czerniowiec.
Pierwsza wzmianka o nim
pochodzi z 1427 roku. Na mapach
z czasów panowania Władysława
Jagiełły miejscowość ta jest oznaczona jako Czortkowice. Jednym
z jej pierwszych właścicieli był Jerzy Czortkowski. W 1522 roku król
Zygmunt I Stary nadał osadzie prawo magdeburskie. W 1610 roku w
mieście rozpoczęto budowę zamku.
Należał on do Holskich, a następnie
do Potockich. Jego ostatnim właścicielem był Hieronim Sadowski. W
XVII w. zamek odegrał wyjątkowo
istotną rolę podczas najazdów Tatarów, którzy byli słabo uzbrojeni.
Kiedy jednak zaczęli oni stosować
ciężką artylerię, forteca została
przez nich zdobyta.
Żydzi byli w Czortkowie przynajmniej od 1616 roku – na starym
kirkucie zachowały się macewy z
tą datą, m.in. nagrobek rabbiego
Dawida Moszego. Na innych macewach widniały inskrypcje: „Tu leży
umiłowana i cnotliwa kobieta, pani
Riwka, córka Jechiela, niech pamięć
o niej będzie błogosławiona, zmarła 24 dnia miesiąca Tamuza 1623
roku” i: „Sara jej imię, córka Icchaka, zmarła i została pochowana 29
dnia miesiąca Siwana 1636 roku”.
Możliwe, że osadnictwo żydowskie w mieście rozpoczęło się jeszcze przed rokiem 1616 . W książce „Maseat Binyamin” dotyczącej
wcześniejszych dziejów Czortkowa,
Dawid Binyamin, rabin Podhorców,
pisze, że Żydzi przybyli do miasta
w celach handlowych. Sprzedawali wino, co z czasem stało się to
jednym z ich ważniejszych zajęć.
Wspominają o tym pochodzący z
Czortkowa Karl Emil Francozs w
książce „Die Juden von Barnov
nach Höheren Gesetzen” oraz rabbi
Dawid z Bolechowa, którego ojciec
także handlował winem. Właśnie
ojcu towarzyszył on w 1739 roku w
podróży do Kamieńca Podolskiego,
której trasa przebiegała przez Tyśmienicę, Buczacz i być może przez
Czortków.
W latach 1630–1655 miasto było
oblegane przez Turków, a po wojnach polsko-tureckich znalazło się
w granicach Imperium Osmańskiego. W latach 1678–1683 Czortków
był rezydencją namiestnika paszy
tureckiego.
Czortkowscy Żydzi niejednokrotnie
ucierpieli również podczas wojen
polsko-kozackich. Problemy z Kozakami towarzyszyły im zawsze, o
czym można przeczytać w książce
rabbiego Izaaka (Jizchaka) Rosenzveiga z 1809 roku. Złe stosunki ze
szlachtą stanowiły natomiast specyfikę jedynie pewnego okresu ich
historii. W 1645 roku Polacy zaczęli
podejrzewać społeczność żydowską
o współpracę z Kozakami.
Jak pisze litewski autor w swojej
książce „Żydowskie dusze” (tom
V), doszło wówczas do wygnania
Żydów z miasta na przedmieście,
które od tego czasu nosi nazwę Wy-
www.ksi.kresy.info.pl
gnanka. Stało się ono później jedną
z żydowskich dzielnic Czortkowa.
Żydzi zaczęli wracać do miasta w
roku 1705. Annały świadczą o tym,
że do pierwszych, którzy osiedlili
się wtedy w Czortkowie, należały
rodziny rabina Jaakowa oraz rabina
Chaima, syna „pobożnego rabina
Izraela (Yisroela)”. Na kirkucie jest
kilka macew z inskrypcjami „syn
pobożnego rabina Izraela”. Jedna z
nich pochodzi z 1702 roku.
W 1683 roku Andrzej Potocki wyzwolił miasto spod władzy tureckiej. Po ustanowieniu pokoju karłowickiego w 1699 roku powróciło
ono do Rzeczypospolitej. W tym
czasie zaktualizowano również
prawa Potockich do Czortkowa. Z
annałów społeczności żydowskiej
dowiadujemy się, że w 1745 roku
Żydzi zostali ponownie zaproszeni
do osiedlania się w mieście, chociaż
oficjalnie mogli w nim mieszkać
już wcześniej – zezwolił na to Stefan Potocki w 1722 roku. Mówiący
o tym dokument nosi tytuł „Prawa nadane Żydom m. Czortkowa
przez Stefana Potockiego” („Stefan
Potocki, Teresa Potocka, Joachim
Potocki 1772 rok). Na jego mocy
Żydzi mogli osiedlać się w mieście,
budować w nim domy i sklepy, a
także wybierać miejsce zamieszkania. Za każdy dom płacili do skarbu
miasta 3 złote, a jeśli budynek był
ze sklepem – 5 złotych, jeśli był to
tylko sklep – 3 złote, a jeśli znajdował się on „za rzeką” (tzn. za Seretem) – 1 złoty. Domy rabina i chazana oraz szpitale były zwolnione od
tych opłat. Społeczność żydowska
podlegała własnej jurysdykcji. Jeśli
któryś z jej członków nie był zadowolony z decyzji kahału, mógł się
zwrócić do starosty lub wojewody.
Żydzi byli zobowiązani pracować
przy remontach dróg i zamku, a także uczestniczyć w obronie twierdzy.
Właścicielowi miasta – swojemu
protektorowi – musieli płacić podatki za sprzedaż piwa i wódki.
KLASZTOR OJCÓW DOMINIKANÓW
MATKA BOŻA CZORTKOWSKA
Obraz Matki Boskiej Czortkowskej
został namalowany przez nieznanego malarza prawdopodobnie w końcu XV wieku.
Obraz Matki Bożej Różańcowej
pochodzi z kościoła dominikanów
z Czortkowa leżącego w jarze rzeki
Seretu. Wizerunek ten od września
1983 roku znajduje się w kaplicy
Kotowskich kościoła św. Jacka w
Warszawie. Został on najpierw przewieziony w 1945 roku do Krakowa,
gdzie został poddany konserwacji.
W Czortkowie przez 300 lat był
otoczony wielką czcią i planowano
przyozdobić go koronami papieskimi. Obecnie w Czortkowie znajduje się jego wierna kopia. Zarówno
w Czortkowie jak i w Warszawie
zbierana jest dokumentacja celem
wystąpienia do Stolicy Apostolskiej
o koronację oryginału w Warszawie
i kopii w Czortkowie.
MĘCZEŃSTWO OJCÓW DOMINIKANÓW Z CZORTKOWA
W 1663 roku król Polski Jan Kazimierz podarował obraz (znajdujący
się od końca XV wieku w Ostrowni pod Witebskiem) dominikanom
w Czortkowie. Wizerunek został
zaopatrzony w łacińską inskrypcję:
"Jan Kazimierz, król Polski, był w
Czortkowie z Cudownym Obrazem
z Ostrowni". W 1910 roku został
przeniesiony do nowo wybudowanego kościoła klasztoru Dominikanów w Czortkowie. 29 sierpnia
2009 arcybiskup Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski dokonał koronacji kopii obrazu Matki
Bożej Czortkowskiej znajdującej
się w kościele dominikanów pw. św.
Stanisława w Czortkowie.
POWSTANIE W CZORTKOWIE
Klasztor w Czortkowie powstał w
1610 roku. Reelekcja domu bł. Czesława miała miejsce w 1992 roku.
Obecnie pracuje tam trzech ojców.
Czortkowscy dominikanie obsługują parafie: Jagielnica, Tłuste, Lisowce, Szybowce, Czarny Las.
1940 w okupowanym przez sowietów Czortkowie. Powstanie czortkowskie było pierwszym antysowieckim zbrojnym zrywem Polaków
w okresie II wojny światowej.
W czerwcu 1941roku – po wybuchu
wojny niemiecko-sowieckiej NKWD
przystąpiło do ewakuacji części
więźniów z Czortkowa i wymordowania pozostałych. Według relacji
świadka polskiego, kolumnę więźniów pędzono drogą na Żytomierz,
przez Winnicę i Humań. Słabnących
dobijano po drodze, tak, że większość została zamordowana przed
dotarciem do Humania. Inną grupę
więźniów transportowano koleją
przez siedemnaście dni z Czortkowa
do Gorkiego. Podróż w wagonach,
pełnych odchodów zwierzęcych,
odbywała się w ścisku i upale, co
spowodowało dużą śmiertelność – w
jednym z wagonów ze stu trzydziestu pięciu osób zmarły trzydzieści
cztery. Ciała zmarłych strażnicy
usuwali co kilka dni. Pozostałych w
czortkowskim więzieniu NKWD zamordowało przy użyciu karabinów
maszynowych, a ich zwłoki zakopano na dziedzińcu więziennym.
Mało znana jest historia zrywu, do
którego doszło w nocy z 21 na 22
stycznia 1940 roku w okupowanym
przez Sowietów Czortkowie, na
Podolu. Jest to jedyny przypadek
takiej akcji przeciwko Sowietom na
terenach zajętych przez nich w 1939
roku.
Powstanie czortkowskie – polski,
lokalny zryw wyzwoleńczy, do którego doszło w nocy 21/22 stycznia
Konwent Ojców Dominikanów pw.
św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Czortkowie, ufundował wojewoda ruski Stanisław Górski w 1610
r. Miejsce to przez wieki trwale wpisało się w historię Polski, szczególnie
zaś w okresie II Rzeczypospolitej,
kiedy stanowiło główne centrum życia kulturalnego i religijnego mieszkańców Podola, w przygranicznym
pasie ZSRS. O ile działalność braci
dominikańskiej wśród okolicznej
ludności budziła coraz większy szacunek wiernych, o tyle stwarzała
poważne obawy sowieckich służb
wywiadowczych, którym szeroko
zakrojona działalność Kościoła katolickiego była nie w smak. Sytuacja
ta zaostrzyła się jeszcze bardziej z
chwilą napaści sowieckiej na Polskę – 17 września 1939 r. i zajęciu
Czortkowa. Agresor przystąpił do
programowej i skomasowanej walki z Kościołem, co przejawiało się
m. in. w usunięciu religii i symboli
z nią związanych ze szkół i urzędów
państwowych. Jak podkreślił Mariusz Krzysztofiński, z IPN w Rzeszowie, równocześnie z nasileniem
prześladowań osób cywilnych rozpoczęła się inwigilacja zakonników,
majątek klasztorny rozparcelowano,
a sam obiekt zajęło wojsko. – Opór
ludności Czortkowa wobec agresji
bolszewickiej oraz nieudanej próby
usunięcia zakonników zaowocowały
falą masowych represji. Na klasztor
nałożono wysokie podatki, posypały
się także kary dla ludności cywilnej,
a najbardziej niepokorni wobec sowieckiego reżimu trafiali do więzień.
22 czerwca 1941 r. wraz z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej,
rozpoczęła się ewakuacja więzień.
W myśl podjętych decyzji, więźniowie skazani na śmierć, bądź ci, wo-
Kresowy Serwis Informacyjny
bec których orzeczono długoletnie
wyroki, mieli zostać rozstrzelani,
reszta zaś wywieziona w głąb ZSRS.
Z danych IPN wynika, że szczątki
ok. 200 osób, spośród 1300 osadzonych, odnaleziono zamurowane w
gmachu więzienia w Czortkowie,
bądź pogrzebane na jego dziedzińcu.
Grupę ok. 700 tzw. „wrogów” ZSRS
deportowano do Humania i tam zgładzono, a 350 kolejnych w nieludzkich warunkach przetransportowano
koleją w głąb Rosji, gdzie w większości zginęli. – Za szczególnych
wrogów uznano również Ojców i
Braci Zakonu Kaznodziejskiego
(Dominikanów), z których ośmiu
zgładziło NKWD w lipcu 1941 roku.
Zbezczeszczono też wnętrza kościoła i klasztoru. Osoby, którym udało
się przedostać do wnętrza klasztoru i
kościoła, wyniosły porozrzucany po
podłodze Najświętszy Sakrament i
adorowały Go we własnych domach
– zaznaczył Mariusz Krzysztofiński.
Uroczysty pogrzeb męczenników dominikańskich odbył się 13 lipca 1941
r., pod przewodnictwem ks. Pawła
Boczara – katechety miejscowego
gimnazjum, w asyście księży Władysława Lupy, proboszcza z pobliskiej
Słobódki Dżuryńskiej, oraz Wacława Szetelnickiego – późniejszego
autora wielu publikacji dotyczących
historii Kościoła. Szczegółowe relacje świadka zbrodni na Dominikanach pochodzą od urzędniczki
Urzędu Skarbowego w Czortkowie,
Augustyny Moroz. Spisane w rok po
masakrze, zamieścił w wydanym w
2003 roku X tomie Studiów Rzeszowskich autor wykładu, Mariusz
Krzysztofiński. Relacja ta, podobnie
jak wiele innych dotyczących zbrodni czortkowskiej, znajduje się obecnie w Archiwum Polskiej Prowincji
Ojców Dominikanów w Krakowie.
Materiały te zebrał i oznaczył wspólnym tytułem – „Wspomnienia chwil
przeżytych w czasie ucieczki bolszewików” – o. Reginald Wiśniowski.
Pamięć męczenników czortkowskich
do dziś tkwi głęboko w sercach Polaków pamiętających chociażby z
przekazów najbliższych sobie osób
tamte bolesne wydarzenia. Wielu z
nich zgromadziło się podczas wykładu Mariusza Krzysztofińskiego w
klasztorze Ojców Dominikanów w
Jarosławiu, by wspominać bolesną,
wciąż nie osądzoną do końca prawdę o cierpieniach narodu polskiego i
modlić się o wyniesienie na ołtarze
męczenników – zakonników z Czortkowa.
W okresie od 2 do 13 lipca 1941
roku w Czortkowie na Podolu, w
wyniku akcji przeprowadzonej przez
sowieckie organy bezpieczeństwa,
zamordowano ośmiu zakonników
dominikańskich z tamtejszego klasztoru. Akt bezprawia i barbarzyństwa
wobec duchownych oraz sytuacja
klasztorów dominikańskich sprzed II
wojny światowej na obszarze dawnej
archidiecezji lwowskiej, to główne tematy wykładu pt. Męczeństwo
Ojców Dominikanów w Czortkowie
w lipcu 1941 roku, jaki 3 listopada
2003 roku w klasztorze Ojców Do-
1 marca 2013 - strona 19
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
minikanów w Jarosławiu wygłosił
Mariusz Krzysztofiński z Instytutu
Pamięci Narodowej w Rzeszowie.
Wstrząsające fakty o zbrodniach
popełnionych przez Żydów na Polakach na Kresach znajdujemy w
relacji księdza Zygmunta Mazura o
losach klasztoru Dominikanów w
Czortkowie. Jak pisał ksiądz Mazur,
sytuacja klasztoru uległa gwałtownej
zmianie 22 czerwca 1941 r. z chwilą
wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej (...). Jak to było w zwyczaju
systemu stalinowskiego, przede
wszystkim przystąpiono do likwidacji prawdziwych i domniemanych wrogów rządów komunistycznych. Do tej grupy zaliczono przede
wszystkim duchownych. Skierowane tam władze bezpieczeństwa w
porozumieniu z jednostką wojskową
wpadły w nocy na 2 lipca i wywlokły
z klasztoru byle jak odzianych o. Justyna, o. Jacka, o. Anatola oraz brata
Andrzeja. Wywiezieni nad rzekę w
Starym Czortkowie na tzw. Groblę
zwaną Berda, zostali pomordowani
strzałami w tył głowy. Wykonawcami wyroków byli miejscowi Żydzi,
służący w NKWD, co potwierdzają
zachowane zeznania mieszkańców
Czortkowa (jeden z uczestników
mordu był w PRL po 1945 r. generałem Wojska Polskiego (...). O pozostałych zakonnikach nie można było
się niczego dowiedzieć, ponieważ
wojsko broniło dostępu do klasztoru, a kościół pozostawał zamknięty. Mimo tych trudności jednemu
uczniowi udało się przedostać do kościoła, a stamtąd do cel położonych
na parterze. To, co zobaczył, było
przerażające. W poszczególnych łóżkach leżeli pomordowani strzałami
w głowę bracia R. Czerwonka, M.
Iwaniszczew i tercjarz J. Wincentowicz (...). Sowieckie władze bezpieczeństwa równocześnie z mordami
splądrowały kościół (...). Chcąc zatrzeć ślady dokonanej zbrodni, wojsko podpaliło klasztor.
Ofiarami mordu w klasztorze w
Czortkowie padli ojcowie: Justyn
Spyrłak, Jacek Misiuta, Anatol Znamirowski i Hieronim Longawa; bracia zakonni: Andrzej Bojakowski,
Reginald Czerwonka i Metody Lwaniszczów, wreszcie kościelny Józef
Wincentowicz.
Jednym z zabójców i ich przewodnikiem był enkawudzista, miejscowy
Żyd, nazwiskiem Blum, mordujący
ofiary w pozycji klęczącej strzałami
w tył czaszki. Zamordowani mieli
ręce zawiązane do tyłu.
TEKST UKAZAŁ SIĘ 8 LUTEGO
W „WARSZAWSKIEJ GAZECIE”
Dokumenty, źródła, cytaty:
Archiwum IPN w Rzeszowie edycja
przemyska 48/2003 Mariusz Kamieniecki
h t t p : / / w w w. n i e d z i e l a . p l / a r t y kul_w_niedzieli.php?doc=ed200348&nr=144
http://www.ivrozbiorpolski.pl/index.
php?page=zbrodnia-na-dominikanach-w-czortkowie
http://wspolnotapolska.org.pl/
wydarzenia/powstanie-czortkowskie-1940/
http://www.misje.dominikanie.pl/
placowki-misyjne/czortkow-ukraina
http://www.jerzyrobertnowak.com/
artykuly/Nasza_Polska/Przemilczane_Zbrodnie_3.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/Czortk%C3%B3w
http://www.misje.dominikanie.pl/
placowki-misyjne/czortkow-ukraina
W rocznicę zbrodni
w Parośli
Adam Cyra
P
Przed kilkoma dniami, 2
lutego 2013 r., w Muzeum
Niepodległości w Warszawie zebrał się Ogólnopolski
Komitet Obchodów 70. Rocznicy
Ludobójstwa Polaków na Wołyniu
i Kresach Południowo-Wschodnich
II Rzeczypospolitej, którego przewodnictwo objął eurodeputowany
Jarosław Kalinowski z Polskiego
Stronnictwa Ludowego.
Gościem spotkania była pani Halina Ziółkowska-Modła z Oświęcimia, która pochodzi z Równego na
Wołyniu.
1943 r. oddział Hryhorija Perehijniaka "Dowbeszki-Korobki", który
stanowił pierwszą sotnię Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) ,
wymordował w kolonii Parośla I na
Wołyniu polskich mieszkańców tej
miejscowości, zabijając około 150
osób, w tym dzieci i niemowlęta.
Oddział morderców przybył do Parośli I, podając się za partyzantów
sowieckich. Mieszkańców namówiono do tego, by położyli się na
podłodze w swoich domach i pozwolili się związać. Obezwładnionych podstępem Polaków zabito w
Jest ona emerytowaną polonistką
oświęcimskich szkól średnich i wieloletnią działaczką Koła Miejskiego
Towarzystwa Miłośników Wołynia
i Polesia w Oświęcimiu oraz redaktorką kwartalnika „Wołyń i Polesie”.
W periodyku tym, wydawanym od
ponad szesnastu lat, publikuje artykuły utrwalające pamięć o historii i
kulturze dawnych polskich Kresów.
Podczas inauguracyjnego posiedzenia wspomnianego Komitetu wręczono Krzyże Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa, przyznane
za czynny udział i wsparcie w upamiętnieniu Ofiar.
Krzyż ten i pamiątkowy dyplom
otrzymała także pani Halina Ziółkowska-Modła, która od lat na
łamach „Wołynia i Polesia” zamieszcza również artykuły, przypominające o zbrodniach ukraińskich
nacjonalistów, których gloryfikacja
odradza się obecnie na Zachodniej
Ukrainie.
Należy przypomnieć, że siedemdziesiąt lat temu, w dniu 9 lutego
okrutny sposób siekierami. Ocalało
tylko 12 rannych Polaków. Na miejscu dawnej wsi rośnie dzisiaj gęsty
las, w którym umieszczona jest
obecnie tablica pamiątkowa.
Zbrodnia w kolonii Parośla I była
pierwszym masowym morderstwem
dokonanym na kresowych Polakach
przez UPA. Dowódcą morderców
Strona 20 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
był Hryhorij Perehiniak „Dowbeszka - Korobka”, odsiadujący
przed 1939 r. wyrok w polskim wiezieniu za zabójstwo sołtysa-Polaka.
Razem z nim był więziony Stepan
Bandera, przywódca krajowego kierownictwa Organizacji Ukraińskich
Nacjonalistów (OUN), odpowiedzialny m.in. za wydanie w 1934 r.
rozkazu zamordowania w Warszawie ministra spraw wewnętrznych,
płk. Bronisława Pierackiego.
Kolonia Parośla I była podobna do
setek wsi polskich na Wołyniu. Niemal wszyscy jej mieszkańcy zostali
bestialsko zamordowani , otwierając tym samym długą listę ofiar wołyńskiego ludobójstwa.
Pomnik Stepana Bandery we Lwowie
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
CZY TYLKO
SAMOSPEŁNIAJĄCE
SIĘ PROROCTWO?
(WOKÓŁ TZW. UCHWAŁY KRAJOWEGO PROWIDU ORGANIZACJI UKRAIŃSKICH NACJONALISTÓW)*
Maria Jazownik , Leszek Jazownik
20
marca 1991 roku
Agencja
Konsularna Rzeczypospolitej
Polskiej we Lwowie
przesłała do Sejmu, do Departamentu
Prasy i Radia Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz do Instytutu Historii
PAN w Warszawie liczący 60 stron
maszynopisu tekst Uchwały Krajowego Prowidu Organizacji Ukraińskich
Nacjonalistów(OUN) podjętej 22 VI
1990 roku. Tekst ten został opublikowany 12 kwietnia 1991 roku na łamach
„Magazynu Tygodniowego Polski
Zbrojnej”, organu Ministerstwa Obrony Narodowej. Fragmenty Uchwały…
zamieścił także w wydanej w 1995
roku w Toronto pracy Gorzka prawda.
Zbrodniczość OUN-UPA ukraiński
prawnik i politolog – Wiktor Poliszczuk. Poliszczuk opatrzył te fragmenty
komentarzem. Zwraca w nim uwagę,
że w obliczu antypolskiej wymowy
dokumentu przedstawiciele działającego w Toronto Związku Ziem Wschodnich RP – Władysław Dziemiańczuk
i Janusz Śmigielski, aby wykluczyć
prowokację, zwrócili się do wszystkich trzech funkcjonujących współcześnie frakcji OUN, tj. Frakcji Bandery,
Frakcji Melnyka i Frakcji „Dwójkarzy” oraz do Światowego Kongresu
Wolnych Ukraińców, z pytaniem, czy
poczuwają się do autorstwa Uchwały,
czy też odżegnują się od niej. Brak jakiejkolwiek odpowiedzi na pismo polskich Kresowian Poliszczuk uznał za
wymowne. Badacz ten na podstawie
porównań testu Uchwały z innymi dokumentami uznał, że materiał będący
przedmiotem dociekań „jest oryginalną uchwałą OUN-b. Tekst Uchwały…
jest odzwierciedleniem mentalności
kierowniczych kół OUN-b” .
Innego zdania są działający w Polsce
sympatycy ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Należąca do nich
Joanna Kluzik-Rostkowska utrzymuje, że uchwała jest „fałszywką”, którą
spreparował profesor Uniwersytetu
Śląskiego - Edward Prus. Późniejsza
szefowa kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego oraz liderka partii
Polska Jest Najważniejsza, a obecnie
posłanka Platformy Obywatelskiej
uznała tego cenionego w środowiskach
kresowych badacza zbrodni OUN-UPA za „autora prac o wymowie antyukraińskiej” i podkreślała w ślad za
publicystą Tadeuszem Olszańskim,
iż wszystkie jego publikacje „charakteryzuje nieobiektywność” oraz
„manipulacja danymi historycznymi”.
Dodawała także, że „fałszywka” przygotowana przez Prusa wpierw krążyła
w odbitkach po parlamencie, a następnie została upowszechniona przez, jak
to określiła, uznawanego w „środowisku dziennikarskim za skrajnego na-
www.ksi.kresy.info.pl
cjonalistę”, redaktora naczelnego „Polski Zbrojnej” – Jerzego Śląskiego oraz
współdziałającego z nim historyka Jacka Wilczura. W przekonaniu Kluzik:
historii, trzecia – edukacji, czwarta zaś
– życia religijnego.
Wszystko […] wskazuje, że […] dokument w ogóle nie istnieje:
– żadna z organizacji, posługujących
się nazwą Organizacja Ukraińskich
Nacjonalistów nie ma nazwy Krajowyj
Prowid;
– żadna z tych organizacji nie obradowała latem (poza tym jedne opracowania podają datę ukazania się dokumentu 22 czerwca, inne 22 lipca);
– dziennikarze i naukowcy polscy,
zajmujący się zagadnieniami Ukrainy
podkreślają, że nigdy nie zetknęli się z
ukraińskim tekstem „uchwały”;
– przedstawione postulaty nie figurują w większości w najbardziej nawet
skrajnych programach ukraińskich nacjonalistów;
– w wersji „parlamentarnej” była sugestia, że Tadeusz Mazowiecki, wtedy
jeszcze urzędujący premier, sprzyja
OUN. Podobne insynuacje dotyczą
Adama Michnika, „Tygodnika Powszechnego”. To, że Wilczur nie umieścił tego fragmentu w opracowaniu w
„Polsce Zbrojnej”, sugeruje, że nie był
przekonany o autentyczności tego dokumentu .
W dziedzinie polityki Uchwała… nakazuje m.in.:
szerzenie kultu Stepana Bandery i
Romana Szuchewycza - „Czuprynki”
oraz metropolity Andrzeja Szeptyckiego przez upamiętnianie w miastach i
wsiach pomnikami, jak i nadawaniem
ich imienia szkołom, ulicom i placom .
Nie ulega wątpliwości, że z tego zadania Ukraina wywiązuje się znakomicie.
Prezydent Wiktor Juszczenko nadał
Banderze tytuł „Bohatera Ukrainy”. Za
rządów Juszczenki i Juli Tymoszenko
wzniesiono całą masę pomników lidera ukraińskich nacjonalistów, nazwano
jego imieniem liczne place i ulice. Na
jakiś czas akcja heroizowania przywódców OUN-UPA została powstrzymana przez prezydenta Janukowycza,
ale obecnie powrócono do jej realizacji
z wielkim zapałem. Ukraińskie dzieci
otrzymują Podręcznik małego banderowca. Organizowane są festiwale
pieśni banderowskiej, w czasie których ukraińskie „Nachtigalle” śpiewają teksty o wymowie antypolskiej. Na
fasadzie polskiej szkoły we Lwowie
umieszczono tablicę poświęconą Romanowi Szuchewyczowi, odpowiedzialnemu za ludobójstwo dokonane
na dziesiątkach tysięcy Polaków i Żydów.
Ukraińskie środowiska nacjonalistyczne prowadzą szczególnie ostrą akcję
propagandową, mającą na celu doprowadzenie do beatyfikacji metropolity
Andrzeja Szeptyckiego. W celu udeptywania świadomości Polaków 25 i
26 listopada 2009 r. zorganizowano
w Polskiej Akademii Umiejętności w
Krakowie konferencję ku czci kolaborującego z Hitlerem metropolity. W
ramach tej konferencji, odbywającej
się notabene pod patronatem kard. Stanisława Dziwisza, wyświetlono film
Grzegorza Lenkiewicza Niewygodny,
w którym reżyser wygłasza tezę, że
kard. Wyszyński, który dwukrotnie (w
1958 i 1962) zablokował proces beatyfikacyjny Szeptyckiego, czynił to jako
agent KGB. W niespełna rok później,
17 stycznia 2010 roku z okazji Tygodnia Ekumenicznego film Lenkiewicza – o czym z tryumfem obwieszczała „Gazeta Wyborcza” – wyemitował
program I Telewizji Polskiej. Dzięki
wyjątkowej uprzejmości zarządu TVP
na oczach tysięcy Polaków, na oczach
księży i biskupów kardynał Wyszyński, Prymas Tysiąclecia, nazwany został agentem KGB. Oczywiście, żadnej
reakcji nie było. No bo jakże można
psuć radosny nastrój ekumenizmu!
W kolejce za Szeptyckim do beatyfika-
Postanowiliśmy przyjrzeć się Uchwale… Nie będąc historykami, nie mając
wglądu w tajne materiały działających
oficjalnie i nieoficjalnie ugrupowań
neobanderowskich, nie dysponując
nawet – w odróżnieniu od Kluzik (!)
- wiedzą o strukturze zarządów OUN-UPA oraz terminach ich zjazdów, nie
mamy możliwości określenia stopnia
autentyczności dokumentu, dlatego
też stawiamy tu przed sobą znacznie
skromniejsze zadanie. Ograniczamy
się wyłącznie do uwydatnienia wyjątkowo dużej mocy prewidystycznej
zapisów zawartych w analizowanym
przez nas tekście. Uważamy, że nawet
jeśli nie da się definitywnie rozstrzygnąć problemu autorstwa dokumentu, to warto zwrócić uwagę na to, jak
trafnie tekst powstały u progu III RP
przewiduje rozwój sytuacji politycznej
i jak konsekwentnie urzeczywistniane
są zawarte w nim dezyderaty. Czytelnikom zaś pozostawiamy do oceny to,
czy zgodność realizowanej w Polsce
polityki z postulatami Uchwały… jest
tylko dziełem przypadku.
Uchwała… – jak czytamy we wstępnej
jej części – „obejmuje różne sprawy
współczesne, w tym stosunek OUN
jako awangardy narodu ukraińskiego
– do Polski i Polaków” . Wysuwane
w niej dezyderaty dają się podzielić na
cztery grupy. Pierwsza z nich dotyczy
polityki, druga – sposobu traktowania
POLITYKA
cji oczekuje ojciec Bandery, proboszcz
w Uhrynowie w woj. stanisławowskim, Andriej, więziony i katowany
przez NKWD, zamordowany przez
nią w 1941 roku. Traktowany jest on
jako „męczennik za wiarę”. Postulatorzy obu procesów beatyfikacyjnych,
liczący na wsparcie przez papieża Józefa Ratzingera, zdają sobie sprawę,
że wyniesienie na ołtarze metropolity
stojącego na czele duchownych, którzy święcili piły i siekiery, a także ojca
lidera ruchu nacjonalistycznego otworzy drogę do całkowicie jawnej gloryfikacji UPA.
Kierując się wskazanym dążeniem,
księża i hierarchowie Cerkwi greckokatolickiej dokonali już też nieformalnej kanonizacji samego Stepana
Bandery. Traktują oni wodza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów jako
osobę obdarzoną charyzmą świętości.
Poczynania kleru wspiera machina
propagandowa. Oto na przykład Anatol Własiuk, redaktor naczelny gazety
„Tustań” z Borysławia, twierdzi, że
fenomen Bandery polega na tym, iż
wszystkie jego koncepcje były głęboko osadzone w religii chrześcijańskiej i
wierze w Boga. To one legły u podstaw
wszystkich jego przemyśleń. Własiuk,
uwydatniając chrześcijańskie korzenie
poczynań Stepana Bandery, akcentuje, iż przywódca OUN czerpał swe
religijne inspiracje nie tylko od ojca,
ale także od matki – Mirosławy, która
była córką greckokatolickiego księdza
ze Starego Uhrynowa, Włodzimierza
Głodzińskiego, i Katarzyny z domu
Kuszlik .
Polska hierarchia kościelna w większości biernie przygląda się działaniom
Cerkwi. Jej czołowi przedstawiciele
angażują się w proces beatyfikacyjny metropolity Andrieja, tymczasem
nie czynią żadnych istotnych kroków,
aby uczynić „męczennikami za wiarę”
około 200 księży, zakonnic i zakonników, którzy ponieśli okrutną śmierć na
stopniach ołtarzy w czasie rzezi wołyńskiej i w czasie pustoszenia Podola
przez bandy UPA.
Kolejne zalecenie Uchwały… brzmi:
Podkreślać z całą mocą, że pełne wyzwolenie Polski nie jest możliwe bez
samostijnej Ukrainy (vide Michnik).
Oznacza to pełne zaufanie Polaków do
antymoskiewskiej polityki Ukraińców,
co pozwoli na ich zupełny bezkrytycyzm i na pełne ich zaangażowanie po
naszej stronie .
Dobrze byłoby, gdyby głoszona przez
Adama Michnika, Jacka Kuronia,
Henryka Wujca oraz innych przedstawicieli środowiska „Gazety Wyborczej” teza „Nie ma wolnej Polski bez
Kresowy Serwis Informacyjny
wolnej Ukrainy” była tylko efektem
historycznego nieuctwa. Jednakże,
przynajmniej w wypadku Michnika i
zmarłego przed paroma laty Kuronia,
tak nie jest. Trudno ich obu podejrzewać o brak świadomości, że Polska co
najmniej kilka wieków istniała, mimo
że nie funkcjonował żaden byt państwowy o nazwie Ukraina.
Zwraca uwagę to, że już w roku 1990
(!), tuż po upadku PRL, twórcom
Uchwały wiadomo było, kto w Polsce będzie sprzyjał interesom nacjonalistów ukraińskich. Dziś już istnieją liczne dowody na to, że Michnik i
środowisko z nim związane, a więc w
praktyce środowisko KOR-u i „Gazety
Wyborczej”, żywi większą sympatię
do neobanderowców niż do polskich
Kresowian. Ta sympatia ma kilka źródeł. Pierwsze polega na tym, że KOR
utrzymywał bliskie związki z paryską
„Kulturą” kierowaną przez wychowanka zatrudnionych na Uniwersytecie Warszawskim ukraińskich profesorów, spokrewnionego z członkami
OUN-UPA, a w okresie powojennym
pozostającego w zażyłych związkach ze Stepanem Banderą – Jerzego
Giedroycia, który zacierał animozje
między uchodźstwem polskim i ukraińskim w imię walki ze wspólnym
wrogiem – Związkiem Sowieckim .
Drugie źródło tkwi o wiele głębiej.
Otóż młodsze pokolenie zapewne nie
wie, że KOR tworzą w znacznej mierze członkowie bierutowsko-bermanowskiego establishmentu i ich dzieci.
Stalinowcy i potomkowie stalinowców, którzy odsunięci zostali od władzy i przywilejów w roku 1956, wkraczają do polityki w roku 1976 jako
przedstawiciele tzw. demokratycznej
opozycji. Spójrzmy choćby na dwie
charakterystyczne biografie:
– Adam Michnik, syn Heleny Michnik
(autorki fałszujących historię Polski
stalinowskich podręczników historii) oraz Ozjasza Szechtera, w okresie
międzywojennym działacza młodzieżowych bojówek komunistycznych, a
później – Komitetu Centralnego (wywrotowej wobec władz II RP) Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy.
Za „próbę zmiany przemocą ustroju
Państwa Polskiego i zastąpienia go
ustrojem komunistycznym oraz oderwania od państwa polskiego południowo-wschodnich
województw”
i przyłączenia ich do Wschodniej
Ukrainy Ozjasz Szechter odbywał karę
ośmiu lat więzienia. W okresie stalinowskim pełnił funkcję szefa Wydziału Prasowego CRZZ (Centralnej Rady
Związków Zawodowych). W drugiej
połowie lat siedemdziesiątych działał
w strukturach KOR-u .
– Jacek Kuroń, syn Henryka Kuronia,
wyrzuconego z PPS-u za współdziała-
1 marca 2013 - strona 21
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
nie z ruchem komunistycznym. Twórca czerwonego harcerstwa; urodzony
we Lwowie czuł się bardziej Ukraińcem niż Polakiem; twierdził, że cieszy się, iż Lwów znalazł się w rękach
Ukraiń-ców.
Nawiasem mówiąc, zbliżone tradycje reprezentują członkowie redakcji
„Gazety Wyborczej” oraz ich najbliższe otoczenie, m.in. Helena Łuczywo
(córka Ferdynanda Chabera, członka
KPP, w okresie międzywojennym
więzionego przez 6 lat za działalność
przeciw Państwu Polskiemu, w latach
1947-1954 zatrudnionego na stanowisku Zastępcy Wydziału Propagandy
i Agitacji w stalinowskim KC PZPR
), Ernest Skalski (syn Jerzego Wilkera, działacza KPP, więzionego przed
wojną za działalność przeciw Państwu
Polskiemu, po wojnie szefa personalnego Komendy Wojewódzkiej MO w
Krakowie), Edward Krzemień (syn
Maksymiliana Wolfa, funkcjonariusza
KPP, więzionego za działalność przeciwko Państwu Polskiemu, po wojnie
szefa Gabinetu Wojskowego Bieruta),
Ludmiła Wujec, żona Henryka Wujca, córka Reginy Okrent, działaczki
KPP, w latach 1946-1949 pracującej w
Urzędzie Bezpieczeństwa w Łodzi) .
Dla dopełnienia obrazu warto podkreślić, że wymierzone przeciwko Państwu Polskiemu akcje terrorystyczne
były w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia prowadzone
przez bojówki komunistyczne równolegle lub nierzadko przy współdziałaniu z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów .
Nietrudno się domyślić, że atmosfera
domów rodzinnych, w której wzrastali
Michnik i Kuroń, a także ludzie z ich
otoczenia, nie pozostała bez znaczenia
dla ich późniejszych decyzji politycznych, a także dla ich sympatii i antypatii narodowych. Tu nasuwa się też
refleksja ogólniejszej natury. Otóż jest
rzeczą charakterystyczną, iż mający
korzenie kresowe stalinowscy Żydzi i
ich potomkowie z wielką determinacją
starają się nie dopuścić do ujawnienia
prawdy o zbrodniach dokonywanych
przez bandy UON-UPA. Jest coś zdumiewającego w tym, że podczas gdy
prości Żydzi, tak okrutnie doświadczeni przez banderowców, współdziałają z
Kresowianami i we współpracy z nimi
starają się czcić pamięć swych rodaków, to środowisko „Gazety Wyborczej”, sprzeniewierzając się własnemu
narodowi, z impetem atakuje działaczy
kresowych.
Czyżby potomkowie stalinowskich
Żydów nie zdawali sobie sprawy, że
wraz z utworzeniem 30 czerwca 1941
roku przez Stepana Banderę marionetkowego państwa ukraińskiego, na
którego czele stanął Jarosław Stećko
i które przetrwało zaledwie 12 dni,
rozpoczęły się we Lwowie masowe
czystki etniczne? Czyżby nie docierało do nich, że „oswobadzane” Ukrainy
z elementu żydowskiego było programowym zamierzeniem OUN-UPA?
Otóż z pewnością mają świadomość,
iż ofiarami zbrodni dokonanych przez
nacjonalistów ukraińskich stało się co
najmniej kilkanaście tysięcy ich współbraci. Wolą jednak przemilczeć śmierć
niewinnie pomordowanych Żydów,
aby nie dopuścić do ujawnienia innej
– bardzo niewygodnej dla nich – prawdy. Zdają sobie mianowicie sprawę, że
gdyby polscy historycy i prokuratorzy
IPN-u rzetelnie zajęli się badaniem
sytuacji na Kresach Wschodnich w
okresie II wojny światowej, to wówczas opinia światowa uzyskałaby
świadomość, że począwszy od września 1939 roku Rzeczpospolita nie tylko stała się obiektem agresji Niemiec
hitlerowskich i Rosji sowieckiej, ale
także padła ofiarą ohydnej i nigdy nie
ukaranej zdrady ze strony mniejszości
narodowych. Dopuściła się jej – z jednej strony – część obywateli polskich
narodowości ukraińskiej i litewskiej,
która na zasadzie dobrowolności zgłaszała się do armii hitlerowskiej oraz
tworzyła wspomagające ją oddziały
paramilitarne, z drugiej zaś strony –
część obywateli narodowości żydowskiej, która kolaborowała z okupantem
sowieckim. Żydzi, o których tu mowa,
zanim na Kresy wkroczyła armia niemiecka, aktywnie wspomagali Sowietów w wywózce Polaków na Sybir,
a następnie – wchodząc w struktury
NKWD – czynnie uczestniczyli w eksterminacji polskiej inteligencji. Dzieło
to kontynuowali, oczywiście, w latach
powojennych, tworząc trzon działającego na terenie naszego kraju, skrajnie
polonofobicznego stalinowsko-bermanowskiego aparatu bezpieczeństwa.
Oczywiście funkcjonujący w naszym
kraju establishment polityczny zadbał
o to, aby zbrodnicza działalność prosowieckich Żydów, wymierzona w
interesy narodu i państwa polskiego,
nie tylko nie była ukarana, ale nawet
– by nie została ona rzetelnie przebadana i wyświetlona. Establishment ów
zdaje sobie sprawę, że gdyby prawda o
wspomnianej działalności ujrzała światło dzienne, to wiele wydarzeń historycznych zyskałyby nowe odczytania,
inaczej np. patrzylibyśmy na zbrodnię
katyńską czy na przypisywany Polakom pogrom Żydów w Jedwabnem
(gdzie NKWD także szalało).
Na marginesie należy dodać, że realizowana przez „Gazetę Wyborczą”, a
także inne media taktyka wygłuszania
pamięci ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Kresach zgodna jest z kierunkiem działań najbardziej wpływowych
środowisk żydowskich. Forsowaną
przez te środowiska na terenie USA i
Unii Europejskiej politykę historyczną
trafnie charakteryzuje wybitny historyk brytyjski Norman Davies, stwierdzając:
Pisarze i historycy pochodzenia żydowskiego (…) sformułowali (…)
wizję historii, którą dziś określa się
mianem Holocaustu; w wersji skrajnej
przedstawia ona Żydów jako jedyne
ofiary zbrodni wojennych. Uczeni
zostali poddani ogromnej presji, aby
podpisali się pod tezą o wyjątkowości
Holocaustu i unikali porównań z cierpieniami innych narodów .
Czyniąc kolejny krok w rozważaniach,
zwróćmy uwagę, że bardzo znamienny
postulat Uchwały Krajowego Prowidu
brzmi:
Wobec zupełnego rozprzężenia sieci polskiego kontrwywiadu, z którego solidarnościowy rząd wypędził
wszystkich fachowców pochodzących
z nomenklatury, odbudować tajną sieć
OUN i zacząć kontrolować wszystkie
dziedziny życia Rzeczypospolitej .
W Polsce rzeczywiście brakuje kompetentnych służb wywiadowczych,
a te, które istnieją, zaangażowane są
głównie w wewnętrzną walkę polityczną. W tej sytuacji można przypuszczać,
że żadna z osób odpowiedzialnych za
bezpieczeństwo naszego państwa nie
ma rzetelnej wiedzy na temat tego, jak
intensywnie odbudowywane są struktury UPA w Polsce i jak głęboką przesiąkają one tkankę społeczną.
Gołym okiem można natomiast dostrzec, iż wiele osób jawnie lub milcząco wspiera działania ukraińskich
nacjonalistów. Oczywiście najbardziej
wśród nich widoczni są politycy. Środowiska kresowe wielokrotnie zwracały uwagę, że wiele tego rodzaju osób
przeniknęło do najbliższego otoczenia
politycznego braci Kaczyńskich. Należą do nich choćby:
– Bogumiła Berdychowska – doradczyni prezydenta Kaczyńskiego
w sprawach wschodnich, która była
inicjatorką zbierania podpisów pod
apelem do Rady miasta Warszawy w
sprawie niedopuszczenia do budowy
pomnika pamięci ofiar zbrodni ukraińskich nacjonalistów w Warszawie.
– Marek Kuchciński – wiceprezes PiS,
a obecnie wicemarszałek Sejmu RP,
znany ze swych sympatii banderowsko-upowskich. Szczególną aktywność wykazał w załatwianiu pochówku na cmentarzu wojennym strzelców
siczowych w Przemyślu dla ludobójców z UPA zabitych podczas napadu
na Birczę.
Niedawno pod przywództwem wspomnianej tu już uprzednio Joanny Kluzik-Rostkowskiej wyodrębniło się z
PiS-u ugrupowanie apologetów ruchu
neobanderowskiego, występujące pod
znamienną nazwą „Polska Jest Najważniejsza” . W skład tego grupowania wchodzą m.in.
– Paweł Kowal – były wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PiS,
a także eurodeputowany PiS, który
systematycznie krytykował rezolucję
Parlamentu Europejskiego z 25 lutego
2010 roku, potępiającej uhonorowanie
Bandery tytułem Bohatera Ukrainy, a
w roku ubiegłym pielgrzymował po
kraju, głosząc kult Wiktora Juszczenki,
uznawanego przez niego za najbardziej
„prozachodniego polityka” Ukrainy.
– Michał Kamiński – zasłynął z dokonywanych na forum europarlamentu
niewybrednych ataków na śp. europosła Filipa Adwenta , który udokumentował ogromną liczbę przypadków
łamania na Ukrainie ordynacji wyborczej przez obóz wyborczy Juszczenki,
a w szczególności – krytykował ulotkę
wyborczą pt. Ukraina dla Ukraińców,
informującą że przyszły prezydent
gwarantuje wprowadzenie dyktatury
narodowej oraz i wygonienie Moskali,
Przeków [tj. Polaków] i Żydów .
– Adam Bielan – wiceprzewodniczący
Parlamentu Europejskiego, który opowiedział się za odrzuceniem wysuniętego na tym forum projektu uznania
zbrodni UPA za akt ludobójstwa, natomiast silnie zaangażował się w dążenia
do tego, by za przejaw ludobójstwa
uznany został Wielki Głód na Ukrainie
Wschodniej.
– Elżbieta Jakubiak – posłanka domagająca się stanowczego respektowania
linii Giedroycia w polskiej polityce
wobec Ukrainy.
Niestety, to jest tylko wierzchołek góry
lodowej. Polityków wspierających poczynania ukraińskich nacjonalistów
znajdziemy także w innych ugrupowaniach, które działają lub działały
w naszym Parlamencie. Oto np. poseł
PO – Miron Sycz, syn Ołeksandra
Sycza, skazanego za działalność UPA
na karę śmierci (zamienioną na 15 lat
więzienia) wymusił w roku 2008 na
wojewodzie warmińsko-mazurskim
wycofanie patronatu nad obchodami
65. rocznicy Rzezi Wołyńskiej.
Przykro to pisać, ale trzeba wreszcie
wyraźnie wyświetlić, iż w ostatnich
latach, paradoksalnie, zdecydowanie
najwięcej orędowników idei głoszonych przez ukraińskich nacjonalistów
znalazło się w ławach parlamentarnych PiS-u. Ich doradztwo sprawiło,
że nie było ze strony przywódców tego
ugrupowania politycznej woli rzetelnego upamiętnienia mordów dokonanych przez UPA na Kresach Wschod-
Strona 22 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
nich II RP. Środowiska kresowe, choć
z reguły z szacunkiem odnoszą się do
śp. prezydenta Kaczyńskiego, to jednak z przykrością zanotowały choćby
następujące fakty:
– W lipcu 2008 Lech Kaczyński odmówił patronatu uroczystościom
upamiętniającym 65. rocznicę ludobójstwa dokonanego na Polakach
przez oprawców ukraińskich z OUN i
UPA na Wołyniu i w Małopolsce Zachodniej. Jednocześnie w tym samym
czasie objął patronatem huczny XIX
Festiwal Kultury Ukraińskiej, którego
organizatorem był Związek Ukraińców w Polsce.
– 28 lutego 2009 r. wystąpienie Lecha
Kaczyńskiego na uroczystościach upamiętniających 65. rocznicę wymordowania przez SS-Galizien i UPA blisko
tysiąca polskich mieszkańców wsi
Huta Pieniacka w dawnym województwie tarnopolskim, w których uczestniczył także Wiktor Juszczenko, było
doskonale nijakie. Kompletne pomieszanie materii. Wszystko wrzucone do
jednego worka, ofiary i zbrodniarze.
„Akcja Wisła” i Pawłokoma, „Wielki
Głód” i Wołyń. Tylko po obecności
rodzin pomordowanych Kresowian
można było się zorientować, o co chodzi w uroczystości.
– 1 września 2009 roku na Westerplatte, podczas obchodów 70. rocznicy
wybuchu II wojny światowej Lech
Kaczyński – na co zwrócił uwagę Prof.
Bogusław Paź – patrząc na Angelę
Merkel, przypomniał o zbrodniach
hitlerowskich, patrząc na Władimira
Putina, mówił o zbrodniach stalinowskich. Stojącej zaś opodal Julii Tymoszenko, czynnie dziś wspierającej ruch
banderowski, nasz prezydent nie miał
nic do powiedzenia. Spieszył bowiem
przepraszać za błędy popełnione przez
rządy II RP.
Jedynym istotnym gestem uczynionym w stronę Kresowian było wydanie przez Kancelarię Prezydenta RP
krótkiego oświadczenia potępiającego
dekret Juszczenki o uhonorowaniu
Bandery tytułem „Bohatera Ukrainy”.
Był to miły gest, szkoda tylko, że uczyniony pod silną presją Kresowian (a
zwłaszcza na skutek bezkompromisowej i nieugiętej postawy księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego).
Nie będziemy dalej tej kwestii zgłębiać. Powracając do zasadniczego
wątku rozważań, dodamy tylko, że
działalność orędowników ukraińskich
nacjonalistów widoczna jest w wielu
innych dziedzinach życia. Niechętne
Polsce i Polakom środowiska ukraińskie obsadziły niektóre instytuty w
polskich uczelniach, opanowały niektóre polskie szkoły i niektóre polskie
urzędy. Ale władze naszego państwa
tego nie wiedzą i wiedzieć nie chcą.
Ważny postulat, zawarty Uchwale
Krajowego Prowidu brzmi:
Polska jest Ukrainie potrzebna jako sojusznik do rozbicia ZSRR. W tym celu
należy popierać w Polsce wszystkimi
siłami wszystko co ma posmak antyrosyjski. Katyń, wywózki na Sybir,
zbrodnie NKWD i UB. Taki stan rzeczy odwraca uwagę Polaków od UPA,
którą polscy komuniści przedstawili
narodowi polskiemu kłamliwie nie
jako zbrojny ruch narodowowyzwoleńczy, lecz jako bandy .
Nie dopuszczać do zbliżenia polsko-niemieckiego. Podkreślać aktualność
hasła „Jak świat światem, Niemiec Polakowi nie będzie bratem” .
Czy i w jakim stopniu polityka izolowania Polski od najbliższych sąsiadów
jest realizowana? – na to pytanie nie
będziemy starali się odpowiedzieć, bo
jest to kwestia zbyt złożona, aby można
było się z nią uporać w jednym krótkim
referacie. Ograniczymy się wyłącznie
do stwierdzenia, że proces odwracania
uwagi od działalności UPA udał się w
Polsce znakomicie. Oto wreszcie po
wielu latach milczenia należycie czcimy pamięć ponad 20 tysięcy żołnierzy
polskich zamordowanych w Katyniu,
tymczasem jakże nieporównywalnie
skromnie przychodzi nam upamiętnianie ok. 200 tysięcy polskich cywilów,
ludzi bezbronnych, którzy padli ofiarą
najokrutniejszej w dziejach nowożytnej Europy rzezi, jakiej dopuścili się
członkowie faszystowskiej organizacji
OUN-UPA.
Ważne miejsce w Uchwale zajmuje
dezyderat dotyczący sposobu traktowania polskiej mniejszości narodowej.
W jego świetle okazuje się, że
Aby nie drażnić Polaków i rządu należy przyznać im na Ukrainie pewne
uprawnienia w zakresie wiary, kultury
i szkolnictwa, bacząc równocześnie,
aby te koncesje nie poszły zbyt daleko.
Wykluczyć organizowanie się Polaków pod względem politycznym .
O polityce prowadzonej na Ukrainie
wobec naszych rodaków świadczą
choćby zestawienia statystyczne. Oto
jak wynika z danych Państwowego
Komitetu Statystyki, w roku 2002 na
Ukrainie mieszkało 147,9 tys. Polaków. Poprzedni spis przeprowadzono
w 1989 r., gdy Ukraina była jeszcze
częścią ZSRR. Do polskości przyznało się wówczas 218 tys. obywateli
radzieckiej Ukrainy. Obecny wynik
oznacza więc spadek o 34,2%.
Dane te według przedstawicieli środowisk polskich są mocno zaniżone. W
świetle niezależnych badań Związku
i Stowarzyszenia Uczonych Polskich
na Ukrainie liczba ludności polskiej
wynosi ponad 2 miliony. Oczywiście
zaniżenie tej liczby pozwala marginalizować znaczenie Polaków oraz ograniczać subwencje na ich działalność
kulturalną i rozwijanie ich rodzimych
tradycji. Swoją drogą, część naszych
rodaków w obawie przed szykanami
woli nie ujawniać swej narodowości.
Istnieje zdecydowana asymetria między sposobem traktowania mniejszości
w Polsce i na Ukrainie. Nasi rządzący
mają proste wytłumaczenie: należymy
do Unii Europejskiej, więc obowiązują
nas wysokie standardy w tej dziedzinie, Ukraina do Unii nie należy, więc
wspomniane standardy jej nie dotyczą.
W efekcie z kieszeni polskiego podatnika płynie spory strumień pieniędzy
choćby na utrzymywanie „Naszego
Słowa”, które – wbrew zapisom statutowym – nie ogranicza się wyłącznie
do działalności kulturalno-oświatowej,
ale – przeciwnie – czynnie włącza się
w politykę prowadzoną wobec Polski przez obozy Wiktora Juszczenki i
Julii Tymoszenko. Jest przy tym charakterystyczne, że państwo polskie
reprezentowane przez Ministerstwo
Spraw Zagranicznych systematycznie
ogranicza finansowanie polskiej prasy,
a także polskich szkół, działających za
naszą wschodnią granicą.
Uchwała… reguluje także sposób traktowania kwestii mniejszości w Polsce:
Należy […] podsycać w łonie narodu
polskiego separatyzmy regionalne:
Górnoślązaków, KASZUBÓW, Górali. […] Podsycać aktywność narodową Ukraińców, Białorusinów, Żydów,
Czechów, Słowaków, a przede wszystkim Niemców. Próby hamowania ich
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
dynamizmu określać jako ucisk, brak
demokracji i polską nieszczerość w
głoszeniu haseł równości i wolności .
Istnienie separatyzmów, które jeszcze
20 lat temu były nie do pomyślenia,
jest coraz bardziej widoczne. Jaką rolę
w ich podsycaniu odgrywa OUN, tego
ustalić się nie da. OGRANICZYĆ się
wypadnie do stwierdzenia na marginesie, że na razie nie słychać, aby władze
państwa polskiego, na których spoczywa konstytucyjny obowiązek obrony
integralności granic Rzeczypospolitej, podejmowały zdecydowane kroki
prawne wobec inicjatorów działań separatystycznych. Warto zwrócić na to
uwagę w kontekście kolejnego zapisu
w Uchwale Krajowego Prowidu, który
zaleca:
Zmierzać do tego, aby miarodajne
czynniki polskie na emigracji zrzekły
się wszelkich zamiarów i myśli rewindykacji względem Ukrainy a sprawę
Ukrainy Zacurzońskiej pozostawić
otwartą, sugerując, że zostanie ona
załatwiona z korzyścią dla obu stron
przez narodowe rządy w pełni suwerennych państw samostijnej Ukrainy i
postkomunistycznej Polski .
Najpilniejsze zadanie na najbliższą
przyszłość: doprowadzić do tego, żeby
władze polskie jednostronnie przyznały (złożyły deklarację), że względem
samodzielnej Ukrainy nie wysuwają i
nie będą wysuwać w przyszłości żadnych roszczeń terytorialnych, a tym
samym wyrzekają się wszelkich pretensji do ziem utraconych na Wschodzie w wyniku sowieckiej inwazji dokonanej na okupowane przez Polskę
terytoria ukraińskie 17 września 1939
r. (…). Gdy zaś do tego już dojdzie,
to my odczytamy owo jednostronne
oświadczenie: tak, wy nie macie roszczeń terytorialnych i mieć nie możecie,
ale my je mamy. Polacy bowiem zdają
sobie sprawę, iż dotąd okupują część
historycznych i etnograficznych ziem
ukraińskich a nie odwrotnie. Zatem
będzie rzeczą sprawiedliwą dla ukraińsko-polskiego pojednania zwrócenie
Ukraińcom ziem, które są przez nas
nazywane Ukrainą Zacurzońską (obejmującą Zasanie, Chełmszczyznę, Podlasie i Łemkowszczyznę). Wtedy, gdy
się te dwa fakty zestawi, to świat nam,
a nie Polsce przyzna rację (...) Ukraina
nigdy z tych ziem nie zrezygnuje i w
odpowiednim momencie o nie się upomni. Jeśli Polacy będą się upierać, to
Ukraina względem nich bez najmniejszego wahania użyje siły zbrojnej .
O tym, że Polska nie wysuwa żądań
terytorialnych wobec Ukrainy, wiadomo powszechnie. O tym, że nasze
państwo, które tak chętnie zwraca na
swoim terenie majątek trwały jego byłym właścicielom, niezbyt kwapi się
do podejmowania rozmów na temat
zwrotu majątków pozostawionych
przez obywateli polskich na Kresach
Wschodnich II RP, też wiadomo nie
od dziś. Nawet jeśli Kresowianie domagają się wyłącznie postawienia
krzyży na mogiłach pomordowanych
Polaków (mogiłach pozarastanych
trawą, na których nierzadko pasą się
krowy), to „Gazeta Wyborcza” z miejsca wystawia jakiegoś dyżurnego półgłówka, który przyrównuje działaczy
kresowych do Eryki Steinbach. Tymczasem nasze społeczeństwo zupełnie
nie zdaje sobie sprawy, jak dalece rozbuchane są zapędy nacjonalistycznych
środowisk ukraińskich w dziedzinie
roszczeń terytorialnych wobec tego, co
nazywają one Zacurzonią . Szczególnie w tym zakresie aktywny jest lider
www.ksi.kresy.info.pl
partii „Swoboda” – Ołeh Tiahnybok.
Roszczenia terytorialne ukraińskich
przemilczają władze polityczne naszego kraju, milczą na ten temat media.
Poprawność polityczna nie pozwala na
to, żeby poinformować społeczeństwo
polskie, iż na Zachodniej Ukrainie w
oficjalnym obiegu są publikacje, w
których nawet Kraków jest przedstawiany jako miasto rdzennie ukraińskie.
Roszczenia są przez nacjonalistyczne
ugrupowania ukraińskie systematycznie ponawiane. Oto np. obradujące w
2011 roku w Równem ogólnokrajowe
zgromadzenie Kongresu Ukraińców
Chełmszczyzny i Podlasia zażądało
przyznania przesiedleńcom statusu
narodu deportowanego. Podczas Kongresu wygłaszano przemówienia kwestionujące przebieg granicy polsko-ukraińskiej oraz przynależność do
Rzeczypospolitej Ziemi Chełmskiej
i południowego Podlasia. Roszczenia rewizjonistów obejmują równowartość pozostawionych rzekomo w
Polsce „102.000 gospodarstw, 461
tysięcy hektarów gruntów ornych, prawie 90.000 budynków mieszkalnych
i 160.000 budynków gospodarczych,
szacunkowej wartości 615,8 milionów
zł, 165 700 hektarów ziemi zasianych
upraw zbożowych oraz zdanego na
potrzeby Armii Czerwonej mienia i
produktów o wartości ponad 17 mln
zł” . Formujący się „Kongres Deportowanych Ukraińców” zapowiedział
„walkę o uzyskanie od władz RP rekompensaty za ten majątek” .
We Lwowie , w Kijowie oraz wielu
innych ukraińskich miastach systematyczne odbywają się marsze i manifestacje , w czasie których ukraińscy
nacjonaliści, wymachując faszystowskimi emblematami, wykrzykują
szowinistyczne hasła. Wznoszone są
dobrze znane z przeszłości: „Smert’
Lachom – sława Ukrainie”, „Lachy za
San”, „Rizaty Lachiw”, „Lachiw budut
rizaty i wiszaty”.
Członek Lwowskiej Rady Miejskiej
z frakcji „Swoboda” Jurij Michalczyszyn bez ogródek głosi:
My uznajemy kult siły w służbie idei.
Idea ukraińskiej nacji przewiduje
priorytet Ukraińca przed innymi ideami życie i zdrowie Ukraińca ponad
wszystkie inne względy. Gdy przy zagrożeniu dla tych wartości konieczne
jest działanie, związane z pozbawieniem życia wrogo nastawionego do
Ukraińca osobnika, oczywiście, takie
działanie musi być zrealizowane .
Michalczyszyn
NET:
zapewnił
ZAXID.
To jest moje stanowisko, to jest stanowisko partii, to jest nasz styl pracy. W
przyszłości, mam nadzieję, da to swoje
rezultaty .
Poprawność polityczna jednych mediów i knebel nałożony na inne sprawia, że polska opinia publiczna niczego na ten temat dowiedzieć się nie
może. Nie można się też doczekać
reakcji ze strony Ministerstwa Spraw
Zagranicznych. Jest rzeczą charakterystyczną, że min. Radosław Sikorski nie
podejmuje żadnej interwencji. Reaguje
w sposób, z którego znany jest już w
całej Unii Europejskiej. Robi mianowicie – nazwijmy to – dziwną minę do
złej gry.
Funkcjonujący do niedawna Nadzwyczajny i Pełnomocny Ambasador
Rzeczpospolitej Polskiej na Ukrainie
– Jacek Kluczkowski – mając świadomość tego, co dzieje się w zachod-niej części tego kraju, też nie widział
potrzeby interweniowania. Przedsta-
wiciel naszego państwa podkreślał
bowiem: „czuję się na Ukrainie, jak w
drugiej ojczyźnie” i dodawał „Ukrainę
można polubić za jej historię. (…) Myślę, że ukraińska historia jest bardzo
ciekawa. I jest ona na tyle powiązana z
polską, że gdy bliżej poznajesz historię
Ukrainy, to zaczynasz patrzeć zupełnie
w inny sposób na historię swojego kraju” .
Dziś już powszechnie zauważa się,
iż przedstawiciele koalicji rządowej,
dziennikarze „Gazety Wyborczej”
oraz głównych stacji telewizyjnych
ostro angażują się w walkę z „polskimi
faszystami” organizującymi „Marsz
Niepodległości’ oraz – jak czyni to
np. Agata Kowalska z Walterowskiej
TVN 24 – z hasłami „nawołującymi
do nienawiści”, tj. z hasłami w rodzaju „BÓG – HONOR – OJCZYZNA”,
tymczasem pozostają ślepi i głusi na
rzeczywiście faszystowskie ekscesy
dokonujące się kilkadziesiąt kilometrów za naszą wschodnią granicą.
POLITYKA HISTORYCZNA
W środowiskach polskich badaczy
ukraińskiego pochodzenia modny jest
termin „polityka historyczna”. Wyrasta
on z popularnej zwłaszcza w Rosji idei
politycznego gospodarowania prawdą
historyczną. Prowadzenie tak pojętej
polityki historycznej zaleca Uchwała
Krajowego Prowidu. Nakazuje ona:
Stanowczo rozprawiać się z antyukraińskimi poglądami na historię
działalności UPA […]. Najlepiej to
robić piórem samych Polaków, wśród
których znajdą się osoby sprzedajne
(obiecać wysokie honoraria i stypendia zagraniczne). Wskazane jest opanowanie niektórych polskich pism, w
tym „Semper Fidelis”, „Tak i Nie” i in.
Wejść do władz Archiwum wschodniego, infiltrować Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich
(GKBZHwP), przeszkadzać w zbieraniu obciążających Ukraińców materiałów z wydarzeń drugiej wojny światowej, nie dopuszczać do publikowania
materiałów obciążających ukraiński
nacjonalizm rewolucyjny OUN .
Idea rozprawiania się z antybanderowskimi poglądami na poczynania
Ukraińskiej Powstańczej Armii realizowana jest bardzo skutecznie. Po
drugiej wojnie światowej za olbrzymie
pieniądze CIA na Ukrainie i poza nią
zostały odbudowane struktury UPA
jako narzędzie działań sabotażowych
wobec Związku Sowieckiego. Nadto
zaś uruchomiony został potężny przemysł wybielający tę formację zbrojną,
a w szczególności fabrykujący dowody podporządkowane banderowskiej
wizji historii. Dzięki jego funkcjonowaniu na całym świecie rozwinięta
została szeroko zakrojona akcja propagandowa.
Tymczasem w naszym kraju w okresie
PRL-u nie wolno było pisać o zbrodniach dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów. Nie prowadzono
więc systematycznych badań nad tą
problematyką. Później sytuacja niewiele się zmieniła. W okresie 24 lat
funkcjonowania tzw. wolnej Polski
nasza prokuratura nie była w stanie
doprowadzić do zatrzymania ani jednego zbrodniarza wojennego spośród
masowo ujawniających się na Ukrainie
członków UPA. Jest to zdumiewające,
zważywszy, że – jak słusznie zauważa
Lucyna Kulińska – w UPA nie było
ludzi niewinnych, bowiem chrzest bojowy w tej formacji polegał na wykonaniu krwawej egzekucji.
Na uwagę zasługuje to, że prokuratura
domaga się od Kresowian podawania
nazwisk banderowskich zbrodniarzy.
Jej funkcjonariusze wiedzą przecież
doskonale, że upowcy nie mieli w
zwyczaju przedstawiania się w czasie
napadów i pozostawiania innych wizytówek niż ciała pomordowanych. To
sytuacja na wskroś groteskowa.
Nie ulega wątpliwości, że nienależycie
funkcjonują państwowe ośrodki dokumentacyjne. W roku 1999 powołany
został do życia Instytut Pamięci Narodowej. W głowie nie może się pomieścić, że mimo iż ten ośrodek badawczo-śledczy nosi także nazwę Komisji
Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu, to zatrudnia ludzi pokroju
Grzegorza Motyki, zaangażowanego
bardziej w usprawiedliwianie poczynań UPA niż dokumentowanie zbrodni
dokonanych na Polakach żyjących na
Kresach. Powszechnie wiadomo, że
właśnie pod redakcją Motyki ukazały się haniebne, otumaniające polską
młodzież Teki edukacyjne, dotyczące stosunków polsko-ukraińskich w
latach 1939-1947. Motyka, któremu
czytelnicy londyńskiego pisma „Głos
Emigracji” i „Kwartalnik Kresowy”
przyznali za kłamstwa historyczne
nagrodę „Oślich Uszu” po wielu protestach środowisk kresowych został z
IPN-u zwolniony, ale wkrótce ponownie został tam zatrudniony.
Osoby zakłamujące prawdę o działalności ukraińskich nacjonalistów zaludniają polskie uczelnie. Pracują głównie
w instytutach filologii wschodniosłowiańskich oraz w instytutach historii i
politologii. Z racji blokad politycznych
i nagonek medialnych problematyką
działalności OUN-UPA zajmuje się
tylko garstka badaczy reprezentujących polski punkt widzenia. Przede
wszystkim problematykę tę penetrują
– jak to ujął Prof. Czesław Partacz –
zdeklarowani i utajnieni Ukraińcy pracujący na polskich uczelniach (do grupy tej należy m.in. prawie 30 członków
Ukraińskiego Towarzystwa Historycznego, w tym rektor Akademii Pomorskiej w Słupsku Roman Drozd (…) .
W zakłamywanie i przemilczanie
prawdy o dawnej i dzisiejszej OUN silnie zaangażowana jest polska prasa. W
wielu gazetach i czasopismach pomija się milczeniem wszystko, co może
okazać się niewygodne dla ukraińskich
nacjonalistów. Oto np. o toczącym się
w Kijowie zaciętym i długotrwałym
procesie w sprawie heroizacji przez
Juszczenkę Bandery i UPA Polski obywatel nie był w stanie dowiedzieć się
ani z prasy, ani z telewizji. Nawiasem
mówiąc, IPN przez długi czas odmawiał przekazania stronie ukraińskiej
materiałów archiwalnych na temat
zbrodni UPA na potrzeby postępowania sądowego zmierzającego do odebrania tej organizacji statusu „walczącej o niepodległość Ukrainy”.
Na jednej z konferencji w Warszawie
prokuratorzy IPN-u otwartym tekstem
twierdzili, że polskie władze państwowe blokują prowadzenie dochodzeń
w sprawie ludobójstwa dokonanego
przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej.
W opisanej tu sytuacji nietrudno o to,
aby urzeczywistniał się inny postulat
zawarty Uchwale Krajowego Prowidu:
Wszelkimi siłami dążyć do tego, żeby
w różnych naszych kontaktach z Polakami strona polska przyznawała, iż
były przykłady palenia wsi ukraińskich
i mordowania Ukraińców przez AK,
wykazywać podobieństwo między
UPA i AK, podkreślając wyższość pod
każdym względem UPA nad AK .
Kresowy Serwis Informacyjny
Uroczystości z udziałem oficjeli polskich i ukraińskich uwidaczniają, jak
starannie zaciera się różnice między
liczbą Polaków zamordowanych przez
UPA a liczbą Ukraińców zabitych
przez AK. Obserwuje się też inne zjawisko. Oto w maju 2006 r. w czasie
organizowanych z udziałem Lecha
Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki
uroczystości w Pawłokomie, gdzie z
rąk AK zginęło 150-300 Ukraińców
(w tym kobiet i dzieci), hierarchowie
odprawiali pokutę „za winy obu narodów”. Nie zająknięto się nawet na
temat różnicy między systematycznie
prowadzoną czystką etniczną, starannie zaplanowanym i skrupulatnie
realizowanym ludobójstwem, a spontaniczną akcją odwetową. Nie wspomniano też, że w Polsce zbrodnia w
Pawłokomie została osądzona przez
samych Polaków, a jej sprawców traktuje się jako ludzi okrytych hańbą, gdy
tymczasem na Zachodniej Ukrainie
zwykłych zwyrodnialców, bestialskich
riezunów uznaje się za bohaterów narodowych.
Na skutek tego rodzaju przedsięwzięć
„Gazeta Wyborcza” może pisać o
,”konflikcie polsko-ukraińskim” i
„o bezmyślnej jatce dwóch nacjonalizmów”. Może także – jak Prowid
przykazał – ukazywać wyższość UPA
nad AK. Okazuje się bowiem, że
„UPA walczyła o niepodległość”, a
tymczasem „AK mordowała”. Oczywiście jest to woda na młyn dla neobanderowców. W jednym z wywiadów
udzielonych prasie zachodniej Wiktor
Juszczenko stwierdził w duchu pojednania, że Ukraińcy już wybaczyli Polakom popełnione przez nich mordy. O
mordach dokonanych przez UPA nie
wspomniał.
W Polsce realizuje się także inną strategię. Dąży się mianowicie do eksponowania podobieństw między AK
i UPA. Niedawno na temat analogii
między tymi formacjami oraz na temat
ich współdziałania w okresie II wojny
światowej długie wywody snuł założyciel Ruchu Odbudowy Polski, doradca polityczny Lecha Kaczyńskiego
– mecenas Jan Olszewski . Środowiska
kresowe były zaszokowane postawą
byłego premiera. Przestaje ona budzić
zdziwienie, gdy uwzględni się, że Jan
Olszewski to były działacz KOR-u, z
dość typową dla tego środowiska biografią.
Doprawdy jest żałosne to, że były premier polskiego rządu, człowiek stojący na czele Ruchu Odbudowy Polski
– partii deklarującej podtrzymywanie
tradycji patriotycznych, nie dostrzega
różnicy między Stepanem Banderą a
Józefem Piłsudskim oraz między AK
(organizacją wojskową powołaną do
walki z hitlerowskim okupantem) a
UPA (organizacją terrorystyczną, wyrastającą ze skrajnie nacjonalistycznej
ideologii Dmytra Doncowa, szkoloną
i dozbrajaną przez hitlerowców, odpowiedzialną za masową eksterminacją
ludności cywilnej).
Idąc dalej rozważaniach, zwróćmy
uwagę, Uchwała Krajowego Prowidu
zaleca, aby – równocześnie z rehabilitowaniem UPA –
Wymuszać na Polakach przyznawanie
się do antyukraińskich akcji, potępienia przez nich samych pacyfikacji i
rewindykacji przed wojną i haniebnej
operacji „Wisła” po wojnie .
Dziwnym trafem także i ten dezyderat
jest starannie w Polsce realizowany. W
wielu wypowiedziach i publikacjach
pojawiły się próby usprawiedliwiania
poczynań banderowców oraz przeko-
1 marca 2013 - strona 23
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
nywania, że były one konsekwencją
wadliwej polityki II RP wobec ukraińskiej mniejszości narodowej. Nadto
zaś doprowadzono do napiętnowania
tzw. akcji Wisła. W 1990 akcję tę potępił Senat Rzeczypospolitej Polskiej. W
roku 2002 z jej krytyką wystąpił Aleksander Kwaśniewski. W styczniu 2007
roku Światowy Kongres Ukraińców
zażądał od Polski oficjalnych przeprosin za operację „Wisła”, jak również wypłacenia odszkodowań dla jej
ofiar. 27 lutego 2007 r. Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko we wspólnym
oświadczeniu potępili tę operację,
podkreślając, że była ona sprzeczna z
podstawowymi prawami człowieka.
Do sprawy energicznie powrócono w
ubiegłym roku. 6 grudnia 2012 roku
sejmowa Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych pod przewodnictwem – wspomnianego tu już – Mirona
Sycza przyjęła projekt uchwały potępiającej rzeczoną operację. Przyjęto
ten projekt, mimo argumentacji przedstawianej przez płk. Jana Niewińskiego, prof. Jacka Wilczura i Andrzeja
Łukawskiego.
I tylko dzięki determinacji garstki działaczy kresowych – Ewy Siemaszko,
Krzesimira Dębskiego, Aleksandra
Szychta, Marcina Skalskiego, Ewy
Szakalickiej, Aleksandry Biniszewskiej i Tadeusza Samborskiego – którzy 3 stycznia br. odwiedli przewodniczących klubów parlamentarnych od
procedowania nad tym projektem, społeczeństwo polskie zostało uchronione
przed żenującą debatą, zmierzającą
do tego, aby polski podatnik zapłacił
odszkodowania za to, że władze PRL-owskie nie dopuściły do destabilizacji
państwa.
Można wyraźnie uświadomić sobie
skalę kompromitacji polskiego Sejmu,
do jakiej chcieli doprowadzić apologeci ruchu neobanderowskiego zasiadający w ławach parlamentarnych
oraz występujący w imieniu Związku
Ukraińców w Polsce, a także konsultanci z Ukraińskiego Towarzystwa
Historycznego oraz eksperci w rodzaju
Grzegorza Motyki, gdy zważy się, że
w miesiąc po opisywanych tu wypadkach – 9 lutego 2012 roku – Europejski
Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu oddalił wniesioną przez Związek
Ukraińców w Polsce skargę przeciwko
państwu polskiemu, uznawszy, że operacja „Wisła” była zgodna z prawem
międzynarodowym i prawem polskim
oraz potraktowawszy swe orzeczenie
jako ostateczne, od którego nie przysługuje odwołanie.
Nawiasem mówiąc, należałoby dziś
oczekiwać od Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i od Marszałka
Senatu RP, że skorygują niefortunne – formułowane na podstawie niekompetentnych, szkalujących Polskę
i Polaków ekspertyz historycznych
i prawnych – stanowisko swych poprzedników, kierując się wykładnią
prawa przedstawioną przez trybunał
międzynarodowy. Można spodziewać się również, że raz na zawsze od
prac nad dokumentami o randze państwowej, a także nad podręcznikami
szkolnymi odsunięci zostaną różnego
rodzaju pseudoeksperci, którzy – systematycznie wyrażając antypolskie poglądy i broniąc ich siłą swego tupetu
– wprowadzają w błąd najszacowniejsze nawet gremia, w tym – najwyższe
organa władzy ustawodawczej i wykonawczej, cynicznie wystawiając je na
pośmiewisko .
Powracając do głównego wątku rozważań, warto zwrócić uwagę na kilka okoliczności. Po pierwsze należy
podkreślić, że chciano doprowadzić
do tego, aby strona polska zapłaciła za
bezkrwawą operację, a tymczasem ani
parlamentarzyści ukraińscy, ani przywódcy państwa ukraińskiego nie potępili jednoznacznie bestialskich zbrodni
dokonanych przez OUN-UPA. Po
wtóre, godzi się zaakcentować, że olbrzymiego wysiłku wymagało zablokowanie antypolskiej uchwały sejmowej Komisji Mniejszości, tymczasem
Ewa Kopacz nie dopuściła do tego,
aby 11 lipca uczynić Dniem Pamięci
Męczeństwa Kresowian. Rok wcześniej projekt uchwały upamiętniającej
gehennę kresowian po uprzednich
konsultacjach z Pawłem Kowalem
oraz szefem Światowego Kongresu
Ukraińców Jewhenem Czolijem (ściśle nb. współpracującym z naczelnikiem Prowidu OUN-B – Stefanem
Romaniwem) storpedował ówczesny
Marszałek Sejmu –Grzegorz Schetyna. Po trzecie, szokujący jest fakt, że
w minionym roku część eurodeputowanych, całkowicie tracąc kontakt duchowy z Narodem, któremu powinna
służyć, nie poparła stanowiska Parlamentu Europejskiego, potępiającego
odradzanie się na Ukrainie ruchu neobanderowskiego. Po czwarte wreszcie,
należy wyraźnie powiedzieć, iż niezmiernie żenujące jest to, że przedstawiciele środowisk kresowych muszą
wręcz żebrać o to, aby reprezentanci
funkcjonującego w naszym kraju establishmentu politycznego z Prezydentem RP na czele zechcieli uszanować
decyzję Sejmu z 15 lipca i wesprzeć
starania o godne uczczenie przypadającej w tym roku 70. rocznicy apogeum
ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów.
Zauważmy następnie, że Uchwała
Krajowego Prowidu zakłada, iż rehabilitacji UPA powinno towarzyszyć zacieranie śladów polskości na Kresach.
Głosi więc:
Przede wszystkim należy narzucić
Polakom nasz punkt widzenia na historię i na stosunki ukraińsko-polskie.
Nie dopuścić do głoszenia, że Lwów,
Tarnopol, Stanisławów, Krzemieniec i
in. kiedykolwiek odgrywały rolę polskich ośrodków kultury. Zawsze były
to ośrodki kultury ukraińskiej. Polacy
nie odgrywali w nich najmniejszej roli,
a to, co o nich głosi się dzisiaj, zaliczyć
należy do polskiej szowinistycznej
propagandy .
W rzeczy samej dokłada się wielu starań, aby na Zachodniej Ukrainie znikały znaki polskości. Jest to szczególne
bolesne, gdy zważyć, iż po rozpadzie
Związku Radzieckiego wymienione
miejscowości mogły z powrotem należeć do Polski. Według Żydówki z
Drohobycza, a zarazem wielkiej polskiej patriotki doc. dr Dory Kacnelson
na początku pieriestrojki odzyskanie
Kresów Wschodnich było w zasięgu
ręki. Kiedy bowiem Związek Sowiecki zaczął się rozpadać, w rosyjskich
stacjach radiowych i telewizyjnych
wystąpił wojewoda petersburski,
prof. prawa międzynarodowego Anatol Sobczak i stwierdził, iż zgodnie z
prawem międzynarodowym, jeśli federacja kilku zjednoczonych krajów
rozpada się, terytoria, które dołączono
później, mają prawo wrócić do ich poprzedniego statusu. Gorbaczow chciał
więc Polsce oddać: Lwów, Wilno, Stanisławów, Grodno i Tarnopol.
Informację podaną przez doc. Kacnelson podtrzymał prof. Edward Prus,
podkreślając jednocześnie, że na przeszkodzie planom Gorbaczowa stanęli
Michnik, Geremek, Mazowiecki i Kuroń, którzy na kolanach błagali rosyjskiego przywódcę, aby tego nie czynił .
Powracając do głównej linii rozważań,
należy podkreślić, iż tam, gdzie znikają znaki polskości, natychmiast jest
upowszechniania symbolika faszystowska. Dzieje się to na oczach przedstawicieli polskiego MSZ. Radosław
Sikorski jest zbyt dyplomatycznym
dyplomatą, aby stanowczo przeciwdziałać wskazanym zjawiskom.
Jak dalece środowiska nacjonalistyczne na Ukrainie uwrażliwiane są na to,
aby nikt nie śmiał przypominać o polskiej kulturze na Kresach, świadczy
choćby incydent, do którego doszło
przy okazji meczu piłkarskiego reprezentacji Polski i Ukrainy, rozgrywanego na stadionie Widzewa w Łodzi 4
września 2010 roku. Pracownicy firmy
ochroniarskiej na żądanie ukraińskich
piłkarzy bezpardonowo zerwali jedną
z flag kibiców polskiej reprezentacji.
Było to płótno w barwach Polski, z
godłem narodowym, napisem „Lwów
– kolebką polskiej piłki” i herbami
przedwojennych polskich klubów
wywodzących się z tego miasta. Dzięki nieprzejednanej postawie swych
sportowców władze ukraińskie na
oficjalnych stronach mogły ogłaszać,
że Lwów przez wieki pozostawał pod
polską okupacją. Nie przeszkodziło to
przedstawicielom ekipy rządowej oraz
powiązanej z nią machinie propagandowej utrzymywać, że EURO 2012
to wielki polski sukces wizerunkowy
i medialny.
EDUKACJA
Uchwała Krajowego Prowidu przywiązuje wielką rolę do kształcenia polskiej młodzieży. Nakazuje ona m.in.:
Młodzież polską wciągać do […] akcji
związanych z rocznicami patriotycznymi, w tym związanymi ze sławnymi
dziejami UPA. Pozwoli to nie tylko
zachwiać wiarę w polską propagandę
państwową, ale także doprowadzić do
rychłej ukrainizacji polskiej młodzieży
zrażonej kłamstwami polskiej propagandy odnośnie UPA .
Polska młodzież, uczestnicząc w seansach politycznych takich jak te, które
odbyły się w Hucie Pieniackiej lub
Pawłokomie, odbiera lekcję osobliwego patriotyzmu. Lekcja ta znajduje
znakomitą podbudowę teoretyczną.
Stanowią ją nie tylko wspomniane tu
już sławetne Teki edukacyjne, ale także
wypaczające obraz działalności UPA
podręczniki historii.
Mimo iż Uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 15 lipca 2009
r. zobowiązuje wszystkie władze publiczne w naszym kraju, aby przywracały pamięci historycznej współczesnych pokoleń tragedię Polaków
na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, Ministerstwo Edukacji
Narodowej nie zadało sobie trudu,
by sprawdzić, jaka wizja tej tragedii
przekazywana jest młodzieży w podręcznikach szkolnych. Na skutek tego
na ławach szkolnych wciąż znajduje
się na przykład Podręcznik dla klas 3.
(Historia najnowsza) Wydawnictwa
Pedagogicznego Operon, przedstawiający jeszcze bardziej wypaczoną
wizję historii niż sławetne Teki edukacyjne Motyki. Okazuje się, że dzisiejsi
uczniowie – tak samo, jak ich rodzice
w okresie PRL-u – uczą się podwójnej
historii. Inną historię – głęboko zapisaną w traumatycznych przeżyciach
dziadków – poznają w domu, innej zaś
uczą się z podręczników szkolnych.
Na domiar złego, niejako na przekór
wspomnianej przed chwilą Uchwale Sejmu kierowane przez Katarzynę
Hall (a obecnie Krystynę Szumilas)
Ministerstwo Edukacji Narodowej
Strona 24 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
usunęło z podstawy programowej dla
szkół średnich jedyną lekturę, która
podejmowała problematykę Zagłady polskich Kresów – Włodzimierza
Odojewskiego Zasypie wszystko, zawieje...
Warto zwrócić uwagę, iż w kręgu
zainteresowań Uchwały Krajowego
Prowidu znalazły się nie tylko niższe
szczeble edukacji. Zawiera ona także
zalecenia dotyczące szkolnictwa wyższego:
Poprzeć politycznie, moralnie i finansowo fundację im. św. Włodzimierza
Chrzciciela założoną w Krakowie
przez Mokrego. [...] W naszej propagandzie wykazywać, że podstawę
Fundacji stanowi dar Watykanu przekazany przez Ojca św. na działalność
duszpasterską greckokatolicką. Jeżeli
będą sprzeciwy ze strony pewnych
środowisk ukraińskich czy polskich,
to wówczas głosić na cały świat, że
Polacy to pseudokatolicy i działają
wbrew życzeniom papieża. Posługując
się imieniem Ojca św. doprowadzić
stopniowo do przekształcenia Fundacji w Instytut Ukraiński, a z czasem do
powołania na bazie tego instytutu Uniwersytetu Ukraińskiego w Krakowie .
To zalecenie tylko częściowo zostało
zrealizowane. Nie udało się utworzyć
ukraińskiego uniwersytetu w królewskim grodzie. Być może na przeszkodzie stanęła osoba ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Polsko-Ukraiński
Uniwersytet Europejski, zwany niekiedy Uniwersytetem Wschodnioeuropejskim, ma powstać w Lublinie na
bazie istniejącego tam Europejskiego
Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Jest znamienne, że strona
ukraińska w ostatniej chwili wystąpiła
z żądaniem wniesienia znamiennych
poprawek do przygotowanej od dawna umowy bilateralnej. Domagała
się mianowicie zwiększenia wpływu
rządu na uczelnię i pozbawienie jej
organów samodzielności w działaniu,
wyraźnego rozdziału polskich i ukraińskich jednostek (co pozwoli oczywiście przekształcić te ostatnie w agendy
ukraińskich nacjonalistów), rezygnacji
z nauczania studentów pochodzących
z krajów innych niż Polska i Ukraina,
np. Gruzji czy Białorusi (aby niepotrzebnie nie wydawać pieniędzy na
„cużyńców”). Postulaty te wysunięto
po uprzednim odwołaniu na wniosek
nacjonalistycznej Partii „Swoboda”
– powiązanego z Wiktorem Janukowyczem – wicepremiera Ukrainy
Wołodymyra Semynożenki, który
jako negocjator ukraiński domagał się
pełnej otwartości nowo powoływanej
uczelni.
Doceniając wysiłki polskich władz
państwowych w tworzenie wspólnego polsko-ukraińskiego uniwersytetu,
należy zapytać, dlaczego tego rodzaju
uniwersytet nie powstał we Lwowie.
Nie wymagałoby to wielkich wysiłków, bo Uniwersytet Jana Kazimierza
(obecnie funkcjonujący pod patronatem Iwana Franki) stoi tam od dawna,
a w magazynach jego bibliotek znajdują się (a przynajmniej znajdowały)
tak potężne zbiory poloniców, jakimi
nie może się poszczycić większość
polskich uczelni. Wydaje się, że zabezpieczenie tych zbiorów i umożliwienie
polskiemu społeczeństwu szerokiego
dostępu do nich powinno być priorytetem polskiego rządu, a nie tworzenie
pod dyktando Partii Regionów i Partii
„Swoboda” jakichś dziwnych uczelni,
które ksenofobię będą miały wpisaną
w swym akcie założycielskim .
SFERA ŻYCIA RELIGIJNEGO
Uchwała Krajowego Prowidu wiele
uwagi przywiązuje do organizacji życia religijnego. Nakazuje ona m.in.:
Doprowadzić do zwrotu przez Kościół
Polski katedry ukraińskiej w książęcym
grodzie Przemyślu . Nie zaszkodzi tego
faktu łączyć ze zwróceniem Polakom
kościoła Św. Elżbiety we Lwowie, a
także obiektów kościelnych w Tarnopolu i Stanisławowie .
Jak dziś wygląda sytuacja – nietrudno się domyślić. Po reaktywowaniu 2
czerwca 1991 roku przez Jana Pawła
II roku Kościoła Greckokatolickiego
w Polsce, Kościół ten otrzymał katedrę pw. Jana Chrzciciela, a na dodatek
ponad 600 hektarów ziemi. Tymczasem Kościół św. Elżbiety we Lwowie
w tym samym roku dostał na dodatek
jeszcze jedną patronkę, św. Olgę, i pozostał w ręku Ukraińców. Inny znany
kościół, pw. Marii Magdaleny, decyzją
lwowskich radnych, został na 20 lat
przekazany na potrzeby „domu muzyki kameralnej i organowej”.
Prezydent Przemyśla Robert Choma
w Lokalnym Programie Rewitalizacji
Miasta (...) na lata 2010 -2015 przewidział na remont budynku, w którym
się mieści siedziba grekokato-lickiego arcybiskupa, kwotę 7 850 000 zł.
Oczywiście arcybiskup rzymskokatolicki we Lwowie nie może liczyć na
wzajemność.
Warto dodać, iż wspomniany Program
Rewitalizacji uwzględnia aż 900 000 zł
na renowację Ukraińskiego Cmentarza
Wojskowego, na którym oprócz żołnierzy ukraińskich zmarłych w 1920
roku pochowani zostali przed paroma
laty banderowcy zabici w trakcie ataku
na Birczę w styczniu 1946 roku.
Podobnie jest z obiektami świeckimi.
Na mocy uchwały samorządu Przemyśla z 3 września 2009 Ukraińcom został przekazany wielomilionowej wartości budynek na „Dom Narodowy”,
zaraz potem przewidziano na jego remont kwotę 3 000 000 zł. Rzecz jasna,
o zwrocie Domu Polskiego we Lwowie Ukraińcy nawet nie chcą słyszeć.
Dalszy postulat Uchwały Prowidu
brzmi:
Wyciszać wszystko to co nas dzieli,
w tym także negatywne patrzenie na
UPA. Podkreślać także, iż takie samo
jest również stanowisko papieża i udowodnić, że gdyby było inaczej to nie
przyznałby Mokremu nagrody im. Jana
Pawła II za krzewienie przyjaźni między narodami polskim i ukraińskim .
Trzeba przyznać, że ta karta jest szczególnie dobrze rozgrywana. Dzięki
temu możliwe stało się przyznanie
Juszczence doktoratu honorowego
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że
istnieje jakaś przepaść moralna między współczesnymi władzami KUL-u
a dawnym, wieloletnim rektorem tej
uczelni, światowej sławy filozofem –
śp. Ks. Prof. Mieczysławem Albertem
Krąpcem. Tuż przed śmiercią, niemal
równo na rok przed dniem, gdy rektor
Wilk – obawiając się gniewu Polaków – wpuszczał Juszczenkę tylnymi
drzwiami KUL-u, by w asyście Lecha
Kaczyńskiego wręczać mu honorowe
tytuły, Ks. Prof. Krąpiec, którego rodzina zginęła w banderowskich pogromach, stanowczo potępiał poczynania
ukraińskiego prezydenta, heroizującego OUN-UPA:
Prezydent nie wypowiada się w swoim
imieniu, lecz w imieniu narodu. A to,
co powiedział, to w istocie pochwała
strasznej, szczególnie wyrafinowanej
zbrodni ludobójstwa, którą przedsta-
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
wia się jako chwalebny środek do
uzyskania niepodległości Ukrainy.
Państwo, które nie potępia tej zbrodni ani nawet się jej nie wstydzi, ale
publicznie ją sławi, naraża się na zarzut, że jest państwem powstałym ze
zbrodni, na gruncie zbrodniczym .
Dodawał też:
Trudno rozmawiać, a tym bardziej
jednać się z ludźmi, którzy bestialskie
zbrodnie traktują jako chwalebną
postawę obywatelską. Takie stanowisko prezydenta Juszczenki, a więc
najwyższej władzy w państwie, tylko może zachęcać, aby kiedyś znów
spróbować sięgnąć po tego rodzaju
działania. To daje wiele do myślenia.
Jak można rzetelnie rozmawiać z takim mężem stanu, przyjmować go w
Polsce ze szczególnymi honorami,
nadawać mu honorowe doktoraty
polskich uczelni, skoro uważa on
zbrodnię za bohaterstwo? Kresowianie zadają dziś pytanie całemu
Narodowi, a szczególnie polskiej
klasie rządzącej: Jak można budować przyjazne, sąsiedzkie relacje z
państwem, którego głowa chyli czoła
przed zbrodniczą organizacją odpowiedzialną za wymordowanie tysięcy
bezbronnych polskich obywateli?
Co roku w rocznicę nadania Juszczence doktoratu honorowego Kresowianie z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim i Zdzisławem
Koguciukiem na czele pikietują
pod budynkiem KUL-u. Władze
tej uczelni, stosując różne wybiegi, systematycznie nie dopuszczają,
aby manifestacje odbywały się w
jej obrębie. Także w minionym roku
zamknięto przed protestującymi
dziedziniec KUL-u. Powodem było
ogłoszenie przez premiera Donalda
Tuska pierwszego stopnia zagrożenia terrorystycznego w związku ze
znalezieniem w płynącej po Bugu
tratwy z trotylem.
Dążność do wyciszania negatywnego
patrzenia na UPA ogarnęła nie tylko
profesorów KUL-u, ale także część
kościelnych hierarchów. Oto 19
czerwca 2005 roku, podczas III Kongresu Eucharystycznego, na Placu
Piłsudskiego w Warszawie ogłoszony został akt pojednania Kościołów
Polski i Ukrainy. Celebrujący mszę
abp Józef Michalik w szokujący sposób relatywizował winy Polaków i
Ukraińców. Przewodniczący Episkopatu podkreśliwszy, że „obie strony
mają wiele na sumieniu”, stwierdzał:
Zdaję sobie sprawę, jak wiele od
Ukraińców wycierpieli Polacy, ale
cierpieli też Łemkowie i Ukraińcy.
Nie chcemy wołać sędziów, buchalterów ani reporterów, aby liczyć i licytować, kto bardziej jest winny, kto
zaczął, kto więcej wycierpiał. Sąd
sprawiedliwy należy do Boga .
Ależ oczywiście! Nie można być
nadmiernie drobiazgowym. Różnica
między liczbą pomordowanych Polaków a liczbą zabitych Ukraińców
wynosi tylko sto kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich. Ale po co tu
buchalterów, po co zawracać sobie
głowę drobiazgami?! Istnieje też różnica – o czym pisaliśmy wcześniej
– między planowym ludobójstwem
a spontanicznymi akcjami odwetowymi czy operacją pacyfikacyjną,
jednakże skoro nie jest się drobiazgowym, to nie należy też być zbyt
małostkowym…
Łatwo się domyślić, iż kluczem do
pojednania uczyniono postać Jana
Pawła II. Powołując się na jego te-
www.ksi.kresy.info.pl
stament duchowy (jako Papieża pokoju), w liście wspólnym przedstawicieli obu Kościołów zaapelowano:
Aby nasza modlitwa była ze wszech
miar szczera, powiedzmy wobec siebie słowa: „Przebaczamy i prosimy o
przebaczenie” – wszak mają już swoją moc w dziele pojednania .
Sugestia, iż istnieje analogia między
tym listem a pismem skierowanym
40 lat wcześniej do biskupów niemieckich, jest oczywiście nieuzasadniona. Otóż akt przebaczenia, zawarty we wspomnianym piśmie sprzed
czterech dekad, poprzedzony był głęboką ekspiacją narodu niemieckiego.
Była to ekspiacja sprawiająca, że w
Niemczech nie heroizuje się zbrodniarzy faszystowskich, a Hitlera nie
ogłasza się bohaterem narodowym.
Tymczasem Kościół greckokatolicki
nigdy nie potępił zbrodni szowinistów ukraińskich. Przeciwnie, jego
funkcjonariusze gloryfikują banderowców i głoszą chwałę UPA. Na
takim fundamencie nie można zbudować pojednania. Można je co najwyżej urzędowo zadekretować.
Rzezie na Kresach – to kłopotliwa
sprawa dla Kościoła. Ich sprawcami
byli bowiem nie bestialscy Hunowie
czy dzicy Wandale, ale wyznawcy
Kościoła greckokatolickiego. Do
zbrodni podżegali księża greckokatoliccy. Oni też, profanując miejsca
i obrządki, święcili siekiery i noże,
którymi zbrodni tych dokonywano.
Ideologicznym przewodnikiem nacjonalistów stała się praca Doncowa,
drukowana w oficynie oo. bazylianów. Jedną z czołowych postaci
OUN był ksiądz Iwan Hrynioch –
bliski przyjaciel Bandery, łącznik
między Szeptyckim a Watykanem. Z
tymi trudnymi kwestiami trzeba się
uporać. Nie da się ich zamieść pod
dywan, aby uległy zapomnieniu…
Jest jeden tylko postulat Uchwały
Krajowego Prowidu, który nie znajduje jeszcze pełnej realizacji. Głosi
on:
Nie można pod żadnym pozorem
dopuścić do reaktywowana polskiej
hierarchii, czyli powrotu na nasze
ziemie polskich biskupów. To mogłoby oznaczać na przyszłość niebezpieczeństwo odrodzenia na Ukrainie
(Zachodniej) niepożądanej polskości
i polskiego szowinizmu o ambicjach
politycznych. Obrządek łaciński na
Ukrainie podporządkować hierarchii
Ukraińskiej Cerkwi Katolickiej i jej
patriarsze z siedzibą na Górze św.
Jura we Lwowie .
[…] Polacy powinni złożyć przysięgę lojalności i wierność samostijnej
Ukrainie. To samo uczynić winni
polscy księża, zakonnicy i zakonnice .
Księża, zakonnicy i zakonnice przysięgi lojalności jeszcze nie składają.
Niemniej istnieją zjawiska wielce
niepokojące. Oto już w czerwcu
2001 r. kardynał Lubomyr Huzar,
głowa Kościoła greckokatolickiego
na Ukrainie, z okazji wizyty Papieża
Jana Pawła II postulował określenie
się Kościoła rzymskokatolickiego,
„czy chce on być na Ukrainie Kościołem katolickim obrządku łacińskiego
czy Kościołem polskim” . Oznaczało to w praktyce odmówienie katolickiego charakteru istniejącemu na
Ukrainie od stuleci Kościołowi obrządku łacińskiego z tego względu,
że jego wierni modlą się po polsku.
Oczywiście rzecz należało traktować
w kategorii skandalu. Tymczasem
uległość polskiej hierarchii sprawiła,
że poza nielicznymi wyjątkami język
polski wyrugowany został z liturgii i
zepchnięty w niej do roli ozdobnika .
ZAKOŃCZENIE
Analizowany tu tekst Uchwały Krajowego Prowidu, powstały najprawdopodobniej w 1990 roku, wykazuje
się tak znaczną mocą przewidywania
kierunków rozwoju stosunków polskoukraińskich, że po jego lekturze
siłą rzeczy rodzi się pytanie, czy
zawarte w nim stwierdzenia nie są
czymś więcej niż tylko samorealizującymi się hipotezami. Jak wspomnieliśmy na wstępie, nie podejmujemy się rozstrzygania tej kwestii.
Sprawę oceny wiarygodności rozważanego tekstu pozostawiamy historykom źródłoznawcom. Z pewnością
powiedzieć możemy powiedzieć natomiast to, że jeśli nawet tekst ten nie
wyszedł spod pióra przedstawicieli
ugrupowań neobanderowskich, to
doskonale wychwytuje kierunki ich
dążeń. Z tego względu powinni się
nad nim pochylić nie tylko badacze,
ale przede wszystkim politycy.
___
*Tekst wygłoszony po raz pierwszy
na Konferencji w Kędzierzynie-Koźlu 4 VI 2011 r. przedstawiamy tu w
wersji poprawionej i poszerzonej.
1. W. Poliszczuk, Gorzka prawda.
Zbrodniczość OUN-UPA, Toronto –
Warszawa – Kijów 1995, s. 379.
2. J. Kluzik, Herosi spod znaku Wilczura, http://www.nestor.cracow.pl/
Wydawnictwo/ms1/cz_5.htm (dostęp 15 I 2013).
3. W. Poliszczuk, op. cit., s. 372.
Ibidem, s. 372.
4. Ibidem, s. 372.
5. M. Koprowski, Socjalfaszyzm
podnosi głowę na Ukrainie. Stefan
Bandera nieformalnym świętym
Cerkwi grekokatolickiej!, http://
nczas.com/wiadomosci/europa/socjalfaszyzm-podnosi-glowe-na-ukrain
ie-stefan-bandera-nieformalnym-sw
ietym-cerkwi-grekokatolickiej/ (dostęp 15 I 2013).
6. W. Poliszczuk, op. cit., s. 376.
7. To dążenie przybrało dziś nową
formę. Znamiennie brzmi wypowiedź Adam Michnika: „Marzę
byśmy potrafili razem zbudować
coś wspólnego. Jeżeli zrobilibyśmy
wspólny twór państwowy, coś na
kształt Beneluxu – na przykład POLUKR lub UKRPOL, to będziemy
państwem z którym się będzie musiał liczyć każdy i na Wschodzie i na
Zachodzie. To jest olbrzymia szansa.
Ona jest realna. Teraz pytanie: co to
pokolenie, które dzisiaj dochodzi do
władzy w Polsce i na Ukrainie potrafi
z tą szansą uczynić”.
A. Szumański, Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy z A Michnikiem w tle,
http://aleszum.salon24.pl/144652,komunistyczna-partiazachodniej-ukrainy-z-a-michnikiemw-tle (dostęp 15 I 2013).
Częściowo marzenie Michnika zaczęło się urzeczywistniać, gdy powołano w 1988 POLUKRBAT – Polsko-Ukraiński Batalion Sił Pokojowych
NATO. Warto na marginesie zaznaczyć, że do pomysłów redaktora
„Gazety Wyborczej” z niedowierzaniem odniósł się Stanisław Michalkiewicz, pisząc: „Nie chodzi bowiem
oczywiście o żaden POLUKR, tylko
o starą, poczciwą Judeopolonię. Jak
była dobra w roku 1916, to dlaczego
nie miałaby być dobra w roku – dajmy na to – 2012?” (Taką mamy piękną jesień, http://www.michalkiewicz.
pl/tekst.php?tekst=925 (dostęp 15 I
2013).
8. Zob. art. A Szumański, op. cit.,
J. R. Nowak, Czerwone życiorysy.
Załgany rodowód Adama Michnika,
http://www.jerzyrobertnowak.com
(dostęp 15 I 2013). W wersji drukowanej zob. J. R. Nowak, Czerwone
dynastie, wyd. MaRon, Warszawa
b.r.w.
9. http://gazetawyborcza.republika.
pl/gazwyb.htm. Zob. też na ten temat: L. Żebrowski, Ludzie UD - trzy
pokolenia, „Gazeta Polska” 1993, 30
września oraz J. R. Nowak, Kto jest
kim w lobby filosemickim (cykl artykułów tygodniku „Nasza Polska”).
10. Współpracę między terrorystycznymi bojówkami komunistycznymi
i Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów znakomicie dokumentuje L.
Kulińska w pracy Działalność terrorystyczna i sabotażowa nacjonalistycznych organizacji ukraińskich w
Polsce w latach 1922-1939, Kraków
2008.
11. W wyniku tych czystek (kontynuowanych także po upadku tego
państwa) w okresie od 30 czerwca
do 27 lipca 1941 w okrutny sposób
wymordowano kilka tysięcy osób
pochodzenia żydowskiego
12. N. Davies, Od Autora, [w:]Smok
wawelski nad Tamizą. Eseje, polemiki, wykłady, Kraków 2010.
13. W. Poliszczuk, op. cit., s. 378.
14. Tuż po wyjściu z PIS-u grupy
parlamentarzystów, którzy utworzyli
ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza, dobrze zorientowana na ogół
J. Staniszkis w godny uwagi sposób
wyjaśniała genezę tej sytuacji politycznej. Utrzymywała mianowicie,
że Jarosław Kaczyński otrzymał z
Brukseli sygnał, aby pozbyć się z
PiS-u Pawła Kowala, pozostali zaś
poszli za usuniętym parlamentarzystą.
15. Poseł zginął w dziwnym „wypadku” drogowym.
16.
http://www.lpr.pl/?sr=!czytaj&id=1470&dz=pe&x=14&pocz=90&gr= (dostęp 15 I 2013).
17. W. Poliszczuk, op. cit., s. 375376.
18. Ibidem, s. 378.
19. Ibidem, s. 373.
20. Ibidem, s. 378.
21. Ibidem, s. 375.
22. Ibidem, s. 376.
23. http://www.isakowicz.pl/index.
php?page=news&kid=8&nid=3521
(Pretensje terytorialne banderowca
Tiahnyboka, dostęp 15 I 2013).
24. Senator Cichosz przeciwko ukraińskiemu rewizjonizmowi,
http://www.isakowicz.pl/index.
php?page=news&kid=8&nid=4199
(dostęp 15 I 2013).
25. Ibidem.
26. http://www.youtube.com/watch?v=3yyEwRujBrM&feature=player_embedded (dostęp 15 I
2013).
27. http://www.youtube.com/watch?v=g5zBDzpIkfw (dostęp 15 I
2013).
28. http://www.youtube.com/watch?gl=PL&hl=pl&v=nNyQz0Xb-Rg (dostęp 15 I 2013).
29. http://www.isakowicz.pl/index.
php?page=news&kid=8&nid=4031
(dostęp 15 I 2013).
30. Ibidem.
31.
http://kresy24.pl/wp-content/
uploads/2012/06/Kurier_Galicyjski_2-2007.pdf (dostęp 15 I 2013).
32. W. Poliszczuk, op. cit., s. 377.
33. Cz. Partacz, Przemilczane w
ukraińskiej historiografii, przyczyny ludobójstwa popełnionego przez
OUN-UPA na ludności polskiej,
[w:] Prawda historyczna a prawda
polityczna w badaniach naukowych.
Kresowy Serwis Informacyjny
Ludobójstwo a Kresach południowo-wschodniej polski w latach 19391946, red. B. Paź, Wrocław 2011, s.
41-47.
34. W. Poliszczuk, op. cit., s. 375.
35. Nagranie szokującej prelekcji
Jana Olszewskiego znaleźć można
było na następujących stronach internetowych (dostęp 2 VI 2011):
Cz. 1. http://www.youtube.com/user/
SpartakusPolski#p/u/27/oOSzHqeoZzU
Cz. 2. http://www.youtube.com/watch?v=Bczha4oVIMI,
Cz. 3 http://www.youtube.com/user/
SpartakusPolski#p/u/26/Pp0msyjNVgk
Cz. 4 http://www.youtube.com/user/
SpartakusPolski#p/u/25/6euHtWm--f8
Cz. 5. http://www.youtube.com/user/
SpartakusPolski#p/u/24/8dqWgEp2Ao4
Obecnie dostęp do tych stron jest
zablokowany. Obszerne omówienie fragmentów prelekcji Jana Olszewskiego przedstawił Aleksander
Szycht
(http://www.polskiekresy.pl/index.
html?act=nowoscifulldb&id=93
;
http://www.polskiekresy.pl/index.
html?act=nowoscifulldb&id=94)
36. W. Poliszczuk, op. cit.,s. 375.
37. Niewykluczone, że podjęta w
Sejmie próba pośpiesznego przeforsowywania na drodze szybkiej ścieżki legislacyjnej uchwały potępiającej
operację „Wisła” stanowiła rezultat
podyktowanego „przecie-kami” ze
Strasburga dążenia do swego rodzaju ubiegnięcia orzeczenia Trybunału
Praw Człowieka.
38. W. Poliszczuk, op. cit., s. 373.
39. E. Prus, Gorbaczow chciał,
Michnik – nie, „Głos Polski” (Toronto) z dnia 26 IV 1996.
40. W. Poliszczuk, op. cit., s. 375.
41. Ibidem, s. 378.
42. Przy okazji warto zwrócić uwagę, ze każda z większych uczelni
w Polsce ma w swych strukturach
instytuty ukrainistyki lub kolegia
wschodnie. Tymczasem jakże mało
polonistyk działa na Ukrainie.
43. W. Poliszczuk, op. cit. ,s. 377.
44. Ibidem, s. 373-374
45. Ibidem, s. 377.
46. Krok wstecz w procesie pojednania. Rozmowa z o. prof. dr. hab.
Mieczysławem A. Krąpcem OP,
„Nasz Dziennik” 2006, nr 247 (2122 X).
47. Ibidem. W przytoczonej tu wypowiedzi Ks. Prof. Krąpiec nawiązuje do przyznania Juszczence tytułu
doktora honorowego przez UMCS;
do głowy zapewne mu nie przyszło,
że niedługo później jego własna
Uczelnia uczyni to samo.
48.http://wyborcza.
pl/1,75248,2776255.html (dostęp 15
I 2013).
49.
http://www.kongres-eucharystyczny.mkw.pl/list.html (dostęp 15
I 2013).
50. W. Poliszczuk, op. cit., s. 374.
51. Ibidem.
52. Ks. prof. R.Dzwonkowski SAC,
Dramat Polaków w Kościele katolickim na Białorusi i Ukrainie, „Nasz
Dziennik” 2007, nr 222.
53. M. Koprowski, Dramat Polaków
w Kościele katolickim na Kresach
Rozmowa z ks. prof. hab. Roma-nem
Dzwonkowskim SAC,
http://echapolesia.pl/index.php?mact=Echa,cntnt01,showarticle,0&cntnt01issue_id=36&cntnt01article_id=380&cntnt01returnid=159
(dostęp 15 I 2013).
1 marca 2013 - strona 25
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Faszyzm bohaterem
narodowym Ukrainy
BOHDAN PIĘTKA
7
lutego niektóre polskie media
podały informację, że Naczelny Sąd Administracyjny
Ukrainy podtrzymał dekrety
byłego prezydenta Wiktora Juszczenki z 14 października 2006 i 29 stycznia 2010 roku uznające Organizację
Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię za „uczestników walk o niepodległość Ukrainy”. Dwa dni później były prezydent
Wiktor Juszczenko – kawaler Orderu
Orła Białego i Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski przyznanych
mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego – został usunięty z szeregów
własnej partii Nasza Ukraina. Tym
samym ów mąż stanu bezkrytycznie
popierany przez całą polską „klasę
polityczną” od lewicy do prawicy
najprawdopodobniej zakończył swoją
karierę.
Juszczenko nie jest już widocznie
nikomu potrzebny. Tzw. „pomarańczowa rewolucja” – której sukces był
dziełem m.in. polskiego establishmentu politycznego – utorowała drogę do władzy nie tylko jemu, ale także
kryjącym się za jego plecami nacjonalistom. Podczas swojej kadencji Juszczenko aktywnie wspierał odrodzenie
nacjonalizmu ukraińskiego, czego
rezultatem były m.in. jego dekrety
uznające Banderę i Szuchewycza za
bohaterów Ukrainy, a OUN i UPA za
uczestników ruchu wyzwoleńczego.
Trzeba stale przypominać, że oficjalne czynniki polityczne w Warszawie tego nie zauważały. Obie strony
konfliktu politycznego w Polsce były
wówczas zgodne, że polską racją stanu jest wspieranie Ukrainy „na drodze
do Europy”.
Teraz, gdy neobanderowska partia
„Swoboda” jest piątą siłą polityczną
kraju Juszczenko przestał być potrzebny nawet we własnej partii. Zrobił swoje i może ostatecznie ustąpić
miejsca liderowi neobanderowców,
panu Tiahnybokowi. Ten zapewne poprowadzi dzieło banderyzacji Ukrainy o wiele skuteczniej i szybciej.
Decyzja Naczelnego Sadu Administracyjnego pokazuje jak potężną siłą
polityczna stają się banderowcy. Nie
ulega bowiem wątpliwości, że jest to
decyzja polityczna, ponieważ mówienie o niezawisłości sądownictwa na
Ukrainie jest bardziej niż śmieszne.
Szkoda, że dopiero teraz pewien
polski polityk, który zdążył zaliczyć
członkostwo tak w PiS jak i w PO (i
nie musiał przy tym zmieniać poglądów) przytomnie zauważył, że Ukraina nie zmierza „do Europy”, ale w
kierunku szowinizmu. Szkoda, że
tylko on to zauważył. Warto bowiem
tutaj zwrócić uwagę na jedną sprawę.
Dekrety Juszczenki do Naczelnego Sądu Administracyjnego zostały
zaskarżone przez Natalię Witrenko,
przewodniczącą Postępowej Socjalistycznej Partii Ukrainy, o której w
polskie Wikipedii można przeczytać,
że jest to „lewicowa, populistyczna i prorosyjska polityk”. Te trzy
przymiotniki są w Polsce ciężkimi
i dyskwalifikującymi oskarżeniami.
Nic zatem dziwnego, że Witrenko
nie dostała z Polski odpowiedniego wsparcia, gdy wniosła skargę do
ukraińskiego NSA przeciw dekretom
Juszczenki. A o wsparcie takie osobiście zabiegała. Zwróciła się m.in.
do polskiego Instytutu Pamięci Narodowej o dostarczenie jej dowodów
zbrodni UPA. Gdyby IPN spełnił
prośbę pani Witrenko, to być może
w ukraińskim sądzie zapadłby inny
wyrok. Jednakże IPN odmówił spełnienia prośby przewodniczącej PSPU
uznając, że nie chce współpracować z
reprezentantką „sił postkomunistycznych” (no i prorosyjskich!). Widać, że
IPN nie potrafi przemóc obrzydzenia
do komunizmu, ale do faszyzmu już
niekoniecznie.
Ze strony polskiej pozytywnie na
prośbę Witrenko odpowiedziało tylko
Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar
Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów
z Wrocławia, którego reprezentanci
– Szczepan Siekierka i Jacek Wilczur
– uczestniczyli w procesie. Inną wartość mają jednak dowody przedstawione przez organizację społeczną, a
inną przez instytucję państwową powołaną do zbierania takich dowodów
i ścigania zbrodni przeciw narodowi
polskiemu.
Witrenko zwróciła się też z apelem do
władz polskich, żeby Polska – mająca podczas drugiej wojny światowej
czwartą co do wielkości armię koalicji antyhitlerowskiej – potępiła OUN
i UPA jako formacje faszystowskie.
Taki apel „lewicowej, populistycznej
i prorosyjskiej polityk” musiał wzbudzić na warszawskich salonach tylko
ironię. Tymczasem brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz polskich
na toczący się w Kijowie proces banderowcy zinterpretowali na swoją korzyść. Podczas procesu wielokrotnie
podkreślali, że do sądu nie wpłynął
żaden oficjalny dokument w sprawie
potępienia działalności ukraińskich
nacjonalistów od polskiego rządu ani
od jakiejkolwiek polskiej struktury
państwowej. Wyciągnęli stąd wniosek
– podzielony również przez sąd – że
państwo polskie żadnych pretensji do
OUN i UPA nie ma. Zatem wszyscy,
którzy w Polsce uznali, że należy zachować „neutralność” w procesie zainicjowanym przez Natalię Witrenko,
ponieważ jakakolwiek współpraca z
liderką Postępowej Socjalistycznej
Partii Ukrainy kompromituje w Berlinie, Brukseli, Paryżu, Londynie i
Waszyngtonie, dostarczyli banderowcom koronnego dowodu niewinności
OUN i UPA. W konsekwencji sąd
przyjął bowiem, że postawa Warszawy dowodzi braku odpowiedzialności
OUN i UPA za wymordowanie co
najmniej 130 tysięcy etnicznych Polaków.
Zwycięstwo pogrobowców Stepana
Bandery przed Naczelnym Sądem
Administracyjnym Ukrainy zostało
zatem odniesione w niemałej mierze polskimi rękami, podobnie jak
i wszystkie poprzednie zwycięstwa
poczynając od „pomarańczowej rewolucji”.
To zwycięstwo ma daleko idące konsekwencje. Chociaż dekrety Juszczen-
ki w sprawie uznania Bandery i Szuchewycza za bohaterów narodowych
Ukrainy zostały anulowane przez sąd
w Charkowie, a potem Naczelny Sąd
Administracyjny Ukrainy, to jednak
utrzymanie dekretów uznających
OUN i UPA za uczestników walki narodowowyzwoleńczej faktycznie nadaje Banderze, Szuchewyczowi oraz
wszystkim innym nacjonalistycznym
watażkom status bohaterów narodowych jako uczestników walki o niepodległość.
Takie są skutki polityki realizowanej
od ponad 20 lat w Warszawie wbrew
zdrowemu rozsądkowi, wbrew polskiej racji stanu i pod obce dyktando.
Polityki, której osią jest wspieranie
Ukrainy przeciwko Rosji bez oglądania się na jakiekolwiek okoliczności i
cenę dla interesów polskich.
Faszyzm ukraiński – który jest odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy
Polaków, Żydów, Rosjan, Ukraińców,
Ormian i Czechów – został postawiony na piedestale bohatera narodowego
współczesnej Ukrainy. Wyrok sądu w
Kijowie tylko potwierdził stan faktyczny, który od dawna symbolizuje
blisko 20 pomników Bandery w dawnych polskich miastach w zachodnich
obwodach Ukrainy, agresywne działania neobanderowskiej partii „Swoboda”, bezczelne zakłamywanie historii
i negowanie zbrodni ludobójstwa oraz
obłędna propaganda nacjonalistyczna
w filmie, mediach elektronicznych,
prasie i książkach zatruwająca umysły ukraińskiej młodzieży. Trzeba
zdać sobie sprawę, że według różnych badań socjologicznych większość młodzieży ukraińskiej (i to nie
tylko w zachodnich obwodach kraju)
uważa Banderę za bohatera, a UPA za
organizację narodowowyzwoleńczą.
Takie rezultaty przyniosła polityka
historyczna uprawiana przez banderowców od czasów „pomarańczowej
rewolucji” i prezydentury Juszczenki.
Największą bezczelnością banderowskiej polityki historycznej jest przyjęcie poglądu, że OUN i UPA były organizacjami narodowowyzwoleńczymi,
taką „ukraińską AK”. Tymczasem to
nie była „ukraińska AK”. Armia Krajowa prowadziła walkę z okupantem
niemieckim, częściowo także sowieckim, tzn. walkę z jego administracją
okupacyjną, z policją , z wojskiem.
Okupacja niemiecka i sowiecka miały
charakter terrorystyczny, zatem AK
walczyła z terrorem. Była konspiracyjnym Wojskiem Polskim podległym rządowi polskiemu w Londynie,
walczącym o niepodległość z obcą
okupacją.
Natomiast OUN i UPA nigdy nie
prowadziły walki z okupantem niemieckim. Wręcz przeciwnie – ich
przywódcy zawsze uważali Niemcy
hitlerowskie za najbardziej pożądanego sojusznika, o którego względy
łaskawie zabiegali. To, że kilku z nich
zostało przez tegoż sojusznika brutalnie zlekceważonych i osadzonych w
KL Sachsenhausen nie daje jeszcze
banderowcom tytułu do nazywania
się męczennikami nazizmu. OUN i
UPA prowadziły przede wszystkim
Strona 26 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
walkę z bezbronną ludnością cywilną,
głównie polską, którą eksterminowały w niezwykle zwyrodniały sposób.
Były zatem organizacjami terrorystycznymi, a nie wyzwoleńczymi.
Także prowadzenie walki z administracją sowiecką po 1944 roku nie
daje OUN i UPA tytułu do nazywania
się organizacjami narodowowyzwoleńczymi, ponieważ walczyły o totalitarne i faszystowskie państwo, na
co zwrócił uwagę nie tylko historyk
Wiktor Poliszczuk, ale nawet jeden
z nacjonalistów ukraińskich – Taras
Bulba-Boroweć. Warto też przypomnieć, że OUN prowadziła działalność terrorystyczną już w okresie
międzywojennym przeciwko państwu polskiemu, które gwarantowało
mniejszości ukraińskiej wszelkie prawa obywatelskie z własnym szkolnictwem narodowym włącznie oraz reprezentacją parlamentarną w Sejmie.
Celem tej działalności terrorystycznej
miała być niepodległość Ukrainy, ale
w oparciu o realizację założeń ideologii faszystowskiej, którą Organizacja
Ukraińskich Nacjonalistów przyjęła
za swój program w 1929 roku.
Ta prawda nie może przebić się do
świata zachodniego głównie ze względu na postawę władz polskich, które
ignorują neobanderowską politykę
historyczną, nie występują przeciwko
gloryfikacji OUN i UPA na Ukrainie
i negowaniu zbrodni banderowskich
oraz nie informują opinii publicznej
w Polsce i Europie o powstających
masowo na zachodzie Ukrainy pomnikach Bandery, Szuchewycza,
Kłaczkiwśkiego i coraz liczniejszych
ekscesach antypolskich. To władze w
Warszawie pozwalają na zakłamywanie historii przez neobanderowców,
ponieważ nie podejmują stosownych
działań przeciwstawiających się lansowanej przez pogrobowców Bande-
ry polityce historycznej. Natomiast
działania takie podejmowane przez
organizacje społeczne władze polskie
ignorują, utrudniają, albo torpedują
(chociażby skandal z budową pomnika upamiętniającego ofiary OUN-UPA w Warszawie). W tę politykę
wspierania przez Warszawę banderowskiej propagandy historycznej
wpisuje się także potępienie przez Senat operacji „Wisła” w 1990 roku czy
zapalenie obecnie zielonego światła w
Sejmie dla ukraińskiej inicjatywy potępienia tej operacji. Równocześnie te
same władze pozostają bierne wobec
prowadzonej na Zachodzie od blisko
20 lat kampanii zniesławiającej Polskę poprzez przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za
zagładę Żydów i tworzenie obozów
koncentracyjnych.
Wyniesienie faszyzmu ukraińskiego
na piedestał „bohaterów walki narodowowyzwoleńczej” jest sprawą bardzo poważną. Wobec bierności władz
polskich tym większego znaczenia nabierają tegoroczne społeczne obchody
70. rocznicy ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Jest to jedyny sposób, żeby dotrzeć do opinii polskiej, a
także europejskiej z prawdą na temat
przeszłości i współczesności nacjonalizmu ukraińskiego. Nie są to działania podejmowane w jakiejkolwiek
mierze przeciwko narodowi ukraińskiemu. Wręcz przeciwnie, leżą one
także jego interesie. Bez dokonania właściwej oceny nacjonalizmu
ukraińskiego – co wielokrotnie podkreślał ukraiński historyk Wiktor
Poliszczuk – nie jest bowiem możliwe nie tylko normalne ułożenie
stosunków polsko-ukraińskich, ale
także funkcjonowanie Ukrainy jako
państwa cywilizowanego.
/ Pomnik Stepana Bandery we Lwowie.
Źródło: http://www.ivrozbiorpolski.pl/index.php?page=faszyzm-ukrainski-a-obecna-ukraina
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Polacy na Białorusi w polityce
władz sowieckich po II wojnie
światowej
Dr Agnieszka Grędzik
A
utorka publikacji Agnieszka Grędzik ukończyła
studia socjologiczne w
Instytucie Socjologii Wydziału Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Tam też pod kierunkiem ks. prof. dr
hab. Romana Dzwonkowskiego SAC
przygotowała i obroniła pracę magisterską pt. ,,Szkolnictwo polskie
na Łotwie 1989-1998", a następnie doktorską (w maju 2003 r.) pt.
,,Oświata i szkolnictwo polskie na
Białorusi 1989-2001". Jej aktualne
zainteresowania badawcze dotyczą
głównie tajnego nauczania polskiego prowadzonego na Ziemiach
Wschodnich II Rzeczypospolitej w
czasie okupacji niemieckiej w latach 1941-1944 oraz losów polskich
nauczycieli z Ziem Wschodnich II
Rzeczypospolitej, a w szczególności
tych, którzy byli represjonowani w
latach 1939-1950.
Jest asystentem naukowo-dydaktycznym we Wszechnicy Świętokrzyskiej w Kielcach, gdzie urodziła się
i mieszka.
Z chwilą ponownego wkroczenia
Armii Czerwonej na ziemie północno-wschodnie II RP w 1944 r.,
zostały wznowione deportacje Polaków do Kazachstanu i na Syberię, które trwały do śmierci Stalina,
tzn. do 1953 r.1 Polacy jako naród
o silnych tradycjach historycznych,
niepodległościowych, wszechstronnym indywidualizmie oraz przeciw
materialistycznej postawie w wierzeniach religijnych i poglądach na
świat, stali się „wrogami dążeń sowieckich do niszczenia składników
duchowych osobowości ludzkiej i
przerabiania wolnej jednostki w uległego niewolnika”2. Zsyłki powojenne miały charakter selektywny.
Represjonowano przede wszystkim
żołnierzy AK3, osoby bardziej świadome narodowo i lepiej sytuowane
materialnie. Według obliczeń białoruskiego naukowca Mikołaja Smiechowicza tylko w ciągu pierwszych
lat powojennych (1946-1951) deportowano ponad milion Polaków
z tzw. „Zachodniej Białorusi”4. Nie
wiemy ilu wśród nich było nauczycieli. W toku poszukiwań badawczych udało się ustalić nazwiska tylko 46 z nich 5. Polacy aresztowani w
latach 1944-1945, jeśli nawet przeżyli 10-letnie wyroki, skazani byli na
„wieczne zesłanie”. Tylko nieliczni
trafili na listy przesiedleńców 6.
W późniejszym okresie (1948-1949),
kiedy oddziały AK zostały w większości rozbite i zlikwidowane, deportacje z Ziem Wschodnich II Rzeczypospolitej nabrały innego charakteru.
Najaktywniejszym i najzdolniejszym
maturzystom - Polakom oferowano
bezpłatne studia w wyższych uczelniach ZSSR, które po ukończeniu
trzeba było odpracować. W ten spo-
www.ksi.kresy.info.pl
sób ziemie wschodnie pozbawiano i
wyjaławiano z najzdolniejszych jednostek dorastającego pokolenia, najczęściej bowiem absolwenci ci pozostawali już za Wołgą czy Uralem7.
Obok deportacji zabiegiem dodatkowym i pomocniczym mającym na
celu odpolonizowanie wschodniej
części Rzeczypospolitej były tzw.
dobrowolne przesiedlenia na obszary położone na zachód od Bugu.
Odbywały się one w dwóch etapach:
1945-1946 i 1958-1959. Akcję tę zapoczątkowało podpisanie w Lublinie
układów o dwustronnej wymianie
ludności między komunistycznym
rządem PKWN, a rządami Białorusi
sowieckiej (09.09.1944 r.), Ukrainy
sowieckiej (09.09.1944 r.) i Litwy
sowieckiej (22.09.1944)8. Umowy te
odnosiły się również do przesiedlenia do tych republik zamieszkałych
w PRL Białorusinów, Ukraińców i
Litwinów.
Wyjazdy były dobrowolne. Prawo
przesiedlenia przysługiwało Polakom i Żydom, jeśli byli obywatelami
polskimi do 17.09.1939 r. i mieszkali
na byłych ziemiach wschodnich II
Rzeczypospolitej, przy czym wytycznych co do kryteriów przynależności narodowej nie było. Chętni deklaracje wyjazdu składali na piśmie
lub ustnie. Obywatelstwo polskie
nabywało się z chwilą zarejestrowania w komisjach repatriacyjnych9. Z
przesiedlającymi się mogły wyjechać
ich rodziny (współmałżonkowie, rodzice, dzieci, wnuki i wychowankowie, a także inni domownicy, jeśli
z przesiedlającymi się prowadzili
wspólne gospodarstwo)10. Osoby dorosłe oraz dzieci od lat 14 wyrażały
swoją wolę wyjazdu indywidualnie.
Przesiedleńcy mogli zabrać ze sobą
2 tony mienia na rodzinę. Przysługiwało im prawo do odszkodowania za
utracone nieruchomości oraz prawo
do wyboru nowego miejsca zamieszkania. Pierwszeństwo na listach
wyjazdowych mieli członkowie rodzin wojskowych, samotne kobiety
i dzieci, osoby posiadające rodziny
w PRL-u oraz rolnicy, robotnicy wykwalifikowani i inni specjaliści. W
praktyce jednak większość z wymienionych punktów nie była realizowana. Wielu osobom odmawiano prawa
do wyjazdu. Starano się zatrzymywać przede wszystkim rolników - w
obawie przed utratą potencjału roboczego - oraz wysoko wykwalifikowanych fachowców11.
Przesiedlenia obywateli polskich z
Białorusi sowieckiej organizowali:
Główny Pełnomocnik Rządu RP do
spraw Ewakuacji Ludności Polskiej
z BSSR (z siedzibą w Baranowiczach) oraz Główny Przedstawiciel
Rządu BSSR do spraw Ewakuacji
Ludności Polskiej z BSSR, a także
polskie i białoruskie urzędy przedstawicieli okręgowych w: Berezie
Kartuskiej, Grodnie, Brześciu nad
Bugiem, Kobryniu, Lidzie, Pińsku,
Słonimiu, Wołkowysku12.
Polacy stanęli przed poważnym dylematem: zostać na ojcowiźnie pod
władzą sowiecką czy przesiedlić się,
opuścić rodzinne strony i wyruszyć
w nieznane do nowej Polski. Duże
znaczenie miały tu naturalne więzi z
ziemią rodzinną, domem ojczystym,
środowiskiem lokalnym, doświadczenia z okresu przedwojennego, a
zwłaszcza wojennego oraz wydarzenia bieżące. Dla wielu była to prawdziwa tragedia; nie chciano uwierzyć, że państwo polskie odrodzi się
w innych granicach, niż te z 1939 r.13
Zdecydowana większość nie chciała
wyjeżdżać, jednak groźby i szykany
ze strony NKWD i NKGB zmuszały
do zmiany wcześniej podjętych decyzji. Szczególnie naciskano na wyjazdy księży, zdawano sobie bowiem
sprawę z roli jaką mogliby odegrać
w przyszłości14. W latach 1945-1947,
jak wynika z ustaleń Jana Czerniakiewicza, przesiedliły się z Białorusi
sowieckiej 274 163 osoby narodowości polskiej15. Zdecydowana ich
większość została przemieszczona w
latach 1945 (136 624 osoby) i 1946
(136 419 osób). Przeszło połowa z
nich pochodziła głównie z 4 okręgów, tj. Baranowicz, Brześcia, Mołodeczna i Grodna. Odsetek mieszkańców miast wynosił tylko 25,9%
przesiedleńców z Białorusi sowieckiej, zaś odsetek ludności wiejskiej
74,1%16. W wyniku drugiego etapu
przesiedleń w latach 1958-1959 ze
wspomnianych terenów wyjechało
ponad 100 000 osób 17.
Po zajęciu Ziem Wschodnich II RP
w 1944 r. formacje NKWD w sposób
niesłychanie bezwzględny zwalczały
struktury polskiego państwa podziemnego.
Pod przymusem wcielano Polaków
do Armii Czerwonej, podczas gdy
chcieli oni wstępować do polskiej
Armii gen. Zygmunta Berlinga (innej nie było). Wielu jednak młodych mężczyzn z Wileńszczyzny,
Nowogródczyzny, Białostocczyzny
i Grodzieńszczyzny nie stawiało się
do punktów mobilizacyjnych wojska
sowieckiego. Często samowolnie
powracali oni do swoich domów. Rezultatem było: aresztowanie, deportacja lub śmierć. Taki fakt miał miejsce m.in. w Piaskowcach, gdzie w
1945 r. zamordowano całą grupę żołnierzy AK pochodzących z wiosek:
Taniewicze, Prudziany i innych18.
Dochodziło do pacyfikacji wsi, w
której ginęła miejscowa ludność19. W
dniu 23.02.1945 r. oddziały NKWD
z Oszmiany dokonały masakry w
miejscowości Ławże. Wśród ofiar,
oprócz osób cywilnych, było 53 żołnierzy AK. Oto wypowiedź naocznego świadka, który zobaczył spaloną
wieś: „Ławż nie było. Wszędzie po
byłych podwórkach leżały trupy pomordowanych dzieci, kobiet, mężczyzn. Jeden z mieszkańców siedział
martwy przy płocie z przedziurawioną głową. Żona Jerzego Dziadulewicza leżała twarzą do góry, a w jednym
i drugim ręku trzymała rączki swych
nieżywych wnucząt. Dziewczynka
miała pięć lat, chłopczyk siedem.
Wszyscy mieli przestrzelone głowy.
Nie opodal leżeli zabici rodzice tych
dzieci. Przy resztkach każdej z ośmiu
zagród obraz wyglądał w sposób podobny”20.
Oddziały AK, NSZ, NOW stawiały
opór, co wzmagało represje ze strony NKWD. W latach 1946-1948 na
obszarze Polesia i terenach przyległych działała antykomunistyczna,
tajna organizacja o nazwie Związek
Obrońców Wolności (ZOW),21 wzorowana na tradycjach AK, której naczelnym zadaniem było zachowanie
świadomości narodowej Polaków
na dawnych ziemiach północno-wschodnich II RP. Innymi celami
ZOW było: utrwalenie wartości kultury polskiej, organizowanie nauczania języka polskiego i historii,
ratowanie przed zniszczeniem i dewastacją pomników historycznych,
organizowanie pomocy osobom
represjonowanym oraz w ciężkiej
sytuacji materialnej, kultywowanie
ideałów i sprawności harcerskiej,
organizowanie szkolenia konspiracyjnego i wojskowego w przypadku, gdyby zaistniała taka potrzeba,
obrona dobrego imienia Polski i Polaków. Pierwsi członkowie ZOW rekrutowali się m. in. spośród uczniów
liceów i szkół zawodowych. Byli to:
Ryszard Snarski, ps. „Soroka”, Jan
Konikiewicz (brat Leonarda), Stanisław Stachowicz (brat Zygmunta),
Maria Furmaniak, ps. „Stokrotka”,
Janusz Bielawski, Jeremi Odyński,
ps. „Babinicz”, Natalia Odyńska, ps.
„Sfinks”. Do ZOW chętnie przystępowały młode osoby z miast i wiosek polskich, dziewczęta i chłopcy z
rodzin kolejarzy, robotników i inteligencji. Członkami byli również Białorusini np. duchowny prawosławny
Piskanowski i jego syn Aleksy. Sympatyzowali z organizacją Rosjanie
22
. Założycielem i inicjatorem ZOW
był Zygmunt Stachowicz, ps. „Żmudzin”. Siedziba komendy głównej
okręgu poleskiego znajdowała się w
Brześciu. Dowódcą okręgu poleskiego był Z. Stachowicz, jego zastępcą
zaś Leonard Wiesław Konikiewicz
ps. „Topola”23. Opiekunem duchowym został ksiądz jezuita Wacław
Jaziewicz z Horodca, ps. „Żuraw”24.
W Brześciu ZOW liczył ponad 40-tu
zarejestrowanych członków.
Tyle samo miała w swoich szeregach grupa kobryńska, którą prowadził Jan Komorowski, ps. „Kaczor”.
W Baranowiczach funkcjonowała
dwunastoosobowa komórka. Oprócz
Kresowy Serwis Informacyjny
tego oddziały ZOW znajdowały się
w: Peliszczach, Załuziu, Horodcu,
Nieświeżu, Niedźwiedzicy oraz we
Lwowie 25. W 1948 r. organizacja
została zlikwidowana. Członkowie
ZOW byli sądzeni przez Wojenny
Trybunał Wojsk MWD Białoruskiego Okręgu Wojskowego. Wszyscy
otrzymali wyroki po 25 lat łagrów z
pozbawieniem praw obywatelskich
na dalsze 5 lat. W dniu 04.12.1948
r., wyruszyła pierwsza grupa, którą osadzono na Workucie, następne
skierowano na Syberię26. Aresztowania i sądy nad osobami związanymi
z ZOW trwały aż do 1952 r. i ustały
dopiero z chwilą śmierci Stalina27.
Walkę o wolność i prawa człowieka członkowie ZOW kontynuowali,
jako więźniowie na zesłaniu, włączając się do akcji strajkowych na
Workucie, Kołymie, Norylsku, które
w konsekwencji doprowadziły do likwidacji Gułagów przez Chruszczowa28.
Kolejnym przykładem oporu, jak
wynika z relacji mieszkańca Lidy Kazimierza Chodera, było zorganizowanie w tym mieście podziemnej
grupy polskiej młodzieży. Działała
ona w latach 1971-1975.29 Jej celem
było dbanie o porządek na polskich
cmentarzach, ustawianie na nich
krzyży, które dewastowali komsomolcy, nagrywanie na taśmy magnetofonowe polskich pieśni ludowych,
prowadzenie pracy uświadamiającej
własną tożsamość narodową wśród
młodych Polaków, zbieranie pamiątek związanych z marszałkiem Józefem Piłsudskim. Szczególną opieką
otoczono mogiły legionistów i lotników w Lidzie, gdyż kwatera wojskowa była całkowicie zniszczona. Prowadzono jej renowację. Członkami
tej pierwszej polskiej konspiracyjnej
organizacji w Lidzie byli: Mikołaj
Szydlewski (został znaleziony martwy z połamaną czaszką w wagoniku na torach; okoliczności śmierci
nie zostały ustalone a sprawców
nie wykryto), Stanisław Brejanczyk
(zginął przy zapadnięciu ceglanego
komina), Antoni Szurmiej, Franciszek Nacewicz, Franciszek Tarasłewicz, Wacław Gołowacz, Wiktor
Gołowacz, Marian Łuka, Romuald
Choder, Bolesław Piermiakow i Jan
Walukiewicz, K. Choder. Z chwilą
aresztowania w dniu 17.11.1976 r.
Kazimierza Chodera - pod zarzutem
nielegalnego uprawiania zawodu organizacja zawiesiła swą działalność30.
W sposób niesłychanie bezwzględny władze sowieckie niszczyły
struktury Kościoła katolickiego. Ci
z księży, którzy nie przesiedlili się,
zostali w latach 1944-1952 aresztowani i zesłani do łagrów. Jak wynika
z badań, które od wielu lat prowadzi ks. prof. Roman Dzwonkowski
SAC we wspomnianym okresie na
1 marca 2013 - strona 27
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Białorusi sowieckiej pozbawionych
wolności zostało ponad 100 kapłanów31. Tylko dwóch z nich nie było
Polakami. Wyroki obejmowały zazwyczaj najwyższy wymiar kary.
Na 67 znanych już dokładnie wyroków z lat 1944-1952, aż 38, tzn.
56,7% stanowiły wyroki skazujące
na 25 lat łagrów, 5 lat pozbawienia
praw obywatelskich i konfiskatę
mienia. Wyrok 10 lat łagrów otrzymało 31,3% skazanych (21 osób).
Pozostałe wyroki, osiem w sumie,
wynosiły 3 lata, 4 lata, 5 lat, 8 (trzy
wyroki) i 15 lat (dwa wyroki)32.
Podstawą oskarżenia były rzekome
antypaństwowe przestępstwa polityczne i kontrrewolucyjne. Kościół
katolicki w opinii NKWD i władz
sowieckich uznawany był za polityczną organizację antysowiecką
powiązaną z politycznymi ośrodkami na Zachodzie, zwłaszcza z Watykanem, który uważano za wroga
ZSSR nr 1. Ponieważ duchowni katoliccy stanowili zasadniczą przeszkodę w ateizacji i sowietyzacji
społeczeństwa polskiego, byli stopniowo izolowani od społeczeństwa
i poddawani represjom w stopniu
najwyższym i niespotykanym w
porównaniu z innymi kategoriami
społecznymi, które również objęły
prześladowania33.
Władze bolszewickie zamykały świątynie. Wiele z nich uległo
bezpowrotnemu zniszczeniu, inne
zamieniano na magazyny, muzea,
szpitale, warsztaty, kluby itp.
W kościele w Widzach koło Brasławia urządzono boisko, na którym
grano w piłkę, a w święta bawiono
się przy muzyce. W następnych latach mieścił się tam magazyn lnu.
Podobnie było w Dawidogródku,
Łuninie, Hancewiczach, Drohiczynie, Bezdzieżu, Janowie, Telechanach, Łachwie, Mikaszewiczach34.
Zdewastowano kościół w Werenowie, kościół w Pielasie zamieniono
w magazyn kołchozowy, a kaplicę
niegdyś horodeńską na spichlerz35.
W zabytkowej świątyni w Bieniakoniach przechowywano węgiel36.
Sanktuarium Maryjne w Trokielach
władze zamknęły pod pretekstem
zagrożenia dla życia modlących
się. Nieczynne były kościoły w
Hermaniszkach, Żyrmunach, Naczy, Zabłoci37. W rubieżowickiej
świątyni urządzono najpierw kino,
a następnie magazyn zbożowy.
Później mieściła się tam biblioteka38.
W 1951 r. zburzono wieże zabytkowej katedry pw. NMP w Mińsku z
początku XVIII wieku. Przebudowano piękną fasadę, wnętrze podzielono betonowymi stropami na
4 kondygnacje i przeznaczono na
hale sportowe39. W 1954 r. wysadzono w powietrze pochodzący z
XVII w. kościół o.o. Jezuitów, pw.
św. Stanisława Biskupa Męczennika w Pińsku. Taki sam los spotkał
historyczną świątynię w Grodnie
pw. Wniebowzięcia NMP, fundacji
Wielkiego Księcia Witolda (tzw.
fara witoldowa). Ten solidny budynek zbudowany z cegieł za sprawą
królowej Bony w XVI wieku, został decyzją deputowanych Rady
Miejskiej zmieciony z powierzchni ziemi przy pomocy dynamitu
w dniu 29.11.1961 r., o godzinie
2.00 w nocy40. To samo stało się
w tymże jeszcze roku z cerkwią
w Witebsku z XII w.41 Zburzono
i inne kościoły, m.in. w Klecku42,
Świsłoczy43, Werenowie44, Mołodecznie (2-przedwojenne)45, Białyniczach46, Bieszankowiczach47,
Czasznikach.48 Bezmyślnie spalono świątynie m.in. w Dubrowie49,
Hancewiczach50, Małej Brzostowicy51, Ostrynie.52
Tylko nieliczne obiekty sakralne
na ziemiach północno-wschodnich
II RP katolicka ludność polska
zdołała uratować przed zamknięciem. Do ocalonych należała m.in.
katedra w Pińsku, kościoły w Kosowie Poleskim, Nowogródku53,
Dudach54, Indurze55, Nalibokach56,
Naroczy57, Wielkich Ejsmontach.58
Dzięki bohaterskiej postawie kobiet nie doszło do likwidacji kościoła w Iszkołdzi. Oto co wydarzyło się przeszło 30 lat temu w tej
małej wiosce: „Pewnego dnia przy
kościele zatrzymała się duża ciężarówka. Wyskoczyło z niej kilku
mężczyzn. Bezpardonowo weszli
do świątyni i... zaczęli odzierać ją
ze wszystkiego co można zabrać.
Obrazy, figury, w końcu ławki.
Dowiedziały się o tym miejscowe
kobiety. Kościół w zagrożeniu,
trzeba bronić świętości. Ale jak?
Pobiegły do świątyni, ponieważ
były zupełnie bezsilne, jedna wpadła na pomysł, by zatrzymać ciężarówkę. Przecież za chwilę świętokradcy odjadą i zabiorą wszystko.
Rzuciła się więc pod koła, za nią
zrobiły to samo pozostałe kobiety.
Jedna z nich miała nawet na ręku
maleńkie dziecko. [...] Kierowca
nie wiedział, co ma czynić. Szef
nakazał mu jechać, ale on odmówił
wykonania rozkazu: "Po kobietach
nie pojadę". To samo powiedzieli
inni. Sam przywódca bojówki też
nie miał odwagi przejechać po kobietach. [...] Godziny przedłużały
się w nieskończoność. Kto wytrwa
dłużej, kto kogo przetrzyma? W
końcu przyszedł rozkaz z góry: Zostawcie im te świętości i wracajcie
[...] atak został odparty59.
Niszczono przydrożne krzyże60,
kapliczki, cmentarze katolickie61.
Władze sowieckie zacierały wszelkie ślady polskości. Bezwzględnie
usuwały napisy w języku polskim,
pomniki itd. Ponieważ instytucje
katolickie zostały zamknięte, a
wraz z nimi wszelkie wydawnictwa religijne, istniało ogromne
zapotrzebowanie na książeczki do
nabożeństwa, modlitewniki. W tej
sytuacji zaczęto przepisywać ręcznie - przeważnie cyrylicą - teksty
religijne: modlitwy, pieśni, katechizm62.
Jednym z elementów planowej
polityki wynaradawiania Polaków
na dawnych ziemiach północno-wschodnich II RP było ruszczenie
imion i nazwisk. Przejawem tej tendencji było nadawanie - najczęściej
za sugestią pracowników urzędów
stanu cywilnego - nowo narodzonym dzieciom obco brzmiących
imion (Oksana, Swietłana, Anatolij, Siergiej itp.). Zmianie ulegały
niekiedy także polskie nazwiska,
np. zamiast Zacharzewskiego wpisywano w dowodzie osobistym
Zacharew63. W bardzo wielu przypadkach władze sowieckie narzucały Polakom niezgodne z ich wolą
zapisy w paszportach, dotyczące
narodowości. Tylko bardzo nielicznym jednostkom udało się obronić
swoją przynależność narodową w
urzędowym zapisie. Głównym celem tych zabiegów było pomniejszenie liczebności elementu polskiego na Białorusi sowieckiej64.
Podręczniki szkolne ukazywały
Polaków jako „panów”, „imperialistów” i „sojuszników Niemiec
hitlerowskich”65. Brak było naj-
mniejszych pozytywnych wzmianek o wartościach, czy osiągnięciach kultury polskiej. Rosjanie,
ich język i spuścizna mieli pozycję
uprzywilejowaną. Wśród chłopców
(zwłaszcza) szkoła sowiecka rozbudzała dumę z wielkości i osiągnięć Związku Sowieckiego, która
niejednokrotnie przeradzała się w
szowinizm rosyjski66.
Szkoła okazała się również potężnym narzędziem w walce z wiarą.
Państwo sowieckie, słusznie upatrując w religii największe zagrożenie dla swej ideologii, niemal od
początku istnienia kładło szczególny nacisk na wyeliminowanie jej
z życia społecznego. Szczególnej
presji ateizacyjnej poddano przy
tym dzieci i młodzież67. Choć z
jednej strony władze podkreślały
prawo rodziców do swobodnego
kształtowania postaw światopoglądowych swoich dzieci, w tym także
do nauczania religii, to w praktyce
było ono na wiele sposobów ograniczane. Nie poprzestawano przy
tym na wpajaniu filozofii marksistowskiej z jednoczesnym negowaniem wiary; w stosunku do nie
poddających się indoktrynacji i
wciąż spełniających praktyki religijne uczniów stosowano liczne
szykany68.
Polityka taka nie mogła pozostać
bez wpływu na świadomość narodową Polaków, która tradycyjnie
powiązana była z wyznawaną wiarą. Zobojętnienie religijne pociągało za sobą najczęściej odejście od
polskości. Katolicka ludność polska, w miarę możliwości przeciwstawiała się presji wynaradawiania.
Prowadzona była ukryta katechizacja przez zakonnice lub starsze
osoby. Ponieważ dzieci często nie
znały już języka polskiego, korzystano z przepisywanych ręcznie lub
na maszynie katechizmów. Oparciem dla duchowej i narodowej
tożsamości Polaków były nieliczne
kościoły69. Często, wobec braku
kapłanów, „odprawiano” w nich
nabożeństwa bez księdza.
Było tak m.in. w Grodnie70, Pińsku71, Niestaniszkach72. Na ołtarzu
stawiano i zapalano świece, rozkładano szaty liturgiczne, kładziono
kielich, mszał itd. Jedna z osób odmawiała modlitwy Mszy św. Inną
formą praktyk religijnych (przede
wszystkim tam, gdzie kościół został zamknięty lub zniszczony)
było gromadzenie się na modlitwę
w domach prywatnych. Wypowiedź mieszkanki wsi Naliboki,
powiat Stołpce, woj. nowogródzkie, oddaje atmosferę tamtych lat:
„Brak nam było siły, ale potajemnie zbieraliśmy się, śpiewaliśmy
polskie pieśni, przy murze kościelnym modliliśmy się [...] ludzi dużo
ogromnie się zbierało i wszystko
po polsku [...]”73. Kultywowany w
ten sposób język polski stanowił
niejednokrotnie jedyne ogniwo łączące z polską kulturą.
Wynarodowieniu i rusyfikacji Polaków na Białorusi sowieckiej miało
służyć także bezwzględne odcięcie
od historii i kultury polskiej w postaci szkoły, pism, książek, a także całkowite zerwanie łączności z
Macierzą. Utrudnione były wyjazdy do rodziny po stronie polskiej.
Również przesyłki (książki, listy)
z Polski adresowane do odbiorców
na Białorusi - często ginęły lub
były zwracane74.
Strach i terror powodowały, iż
polskie pochodzenie starano się
ukrywać. Jak wspomina autorka
Strona 28 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
jednej z relacji „nikt w naszej wsi
[Wojsztowicze - AG] i okolicy nie
obnosił się z polskością, gdyż czekała na niego prosta droga - Sybir!
Mój ojciec miał piękną, prywatną
bibliotekę polskich klasyków, jak
również i książki p. Wandy Czajanki [nauczycielki przedwojennej
polskiej szkoły w Wojsztowiczach
- AG], ale żadna nie ocalała. Najpierw zakopał je w skrzyniach w
stodole, a potem w 1946 r. spalił je
w piecu chlebowym. Jedynymi polskimi książkami w moim rodzinnym domu były tylko książki do
nabożeństwa, z których nasz Ojciec
uczył mnie i siostrę polskich liter,
czytania i mowy ojczystej”75. Stąd
też np. w języku ojczystym rozmawiano tylko w domu76.
Po włączeniu Ziem Wschodnich
II RP w granice BSSR władze sowieckie rozpoczęły przymusową
kolektywizację wsi. Początkową
formą presji i zniechęcenia opornych było nakładanie bardzo wysokich podatków i dostaw w naturze w postaci mięsa, zboża, wełny,
skór itd. Jeśli nawet komuś udało
się wypełnić te zobowiązania, już
kilka dni później nakładano nowe
podatki i żądano nowych dostaw.
Nieuregulowanie należności i opór
przed kolektywizacją narażał na
deportacje77. Likwidacji uległy
wszystkie folwarki. W wyniku kolektywizacji na początku 1949 r.
na obszarze Białorusi sowieckiej
było 1065 kołchozów, które skupiały około 45 000 gospodarstw.
Do końca zaś 1950 r. utworzono
tam 6054 kołchozy (83,7% ogółu
gospodarstw)78. Upaństwowienie
gospodarki i kolektywizacja doprowadziły do zepchnięcia Polaków
na najniższy szczebel drabiny społecznej (robotnicy i kołchoźnicy)79.
Pewne zmiany na Białorusi sowieckiej nastąpiły po śmierci Stalina w
1953 r. Już 27.03.1953 r. Rada Najwyższa ogłosiła amnestię dla więźniów politycznych, którzy otrzymali wyroki do 5 lat więzienia80.
Wkrótce zlikwidowano działającą
przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych grupę specjalną, która
mogła bez sądu i prokuratury zsyłać ludzi do łagrów lub skazywać
na śmierć. Od września 1953 r. na
czele państwa sowieckiego stanął
Nikita Chruszczow - rzecznik ograniczenia najbardziej wynaturzonych metod sprawowania władzy81.
Po XX zjeździe KPZS, który odbył
się w lutym 1956 r., rozpoczęły się
procesy rehabilitacyjne ofiar stalinizmu. Łagry sowieckie opuściło
wówczas setki tysięcy więźniów
politycznych. Rzeczywiste rozliczenie ze stalinizmem było jednak
niemożliwe, bowiem we władzach
znajdowali się ludzie, którzy ten
system współtworzyli82.
W latach PRL-u Polacy na Białorusi, stanowiący tam liczną mniejszość narodową, byli grupą całkowicie przemilczaną i zapomnianą.
Problemu tego nie można było podejmować w badaniach, w prasie
i środkach społecznego przekazu.
Nie obejmowała ich nawet symboliczna opieka Macierzy. Jedyną
formą łączności z Ojczyzną - aczkolwiek niedoskonałą i jednostronną - pozostawały przez wiele lat audycje Polskiego Radia, a niekiedy
lektura takich czasopism, jak „Trybuna Ludu”, „Żołnierz Wolności’,
„Zielony Sztandar”83.
Polacy byli jedyną mniejszością
narodową na Białorusi sowieckiej,
której władze centralne, obwodo-
we, rejonowe i lokalne faktycznie
nie uznawały i konsekwentnie nie
przyjmowały do wiadomości jej
istnienia.
Sytuacja mniejszości polskiej (i
innych) uległa poprawie dopiero
w połowie lat 80-tych w efekcie
zmian politycznych wprowadzonych przez Michaiła Gorbaczowa.
Po 50. latach Polacy uzyskali prawne możliwości tworzenia własnych
organizacji
społeczno-kulturalnych, szkolnictwa w języku polskim, polskiej prasy i innych instytucji, służących zachowaniu ich
duchowej tożsamości84.
Przełom w stosunkach polsko-białoruskich, które, jak potwierdza historia nie układały się dobrze, stanowiło podpisanie w dniu 23.06.1992
r. Traktatu między Rzeczpospolitą
Polską a Republiką Białoruś o
dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
współpracy. Podkreśla się w nim,
iż mniejszość polska na Białorusi
i białoruska w Polsce mają prawo
do swobodnego rozwijania i wyrażania swojej tożsamości etnicznej
(kulturalnej, językowej i religijnej)
bez jakichkolwiek dyskryminacji i
przy pełnej równości wobec prawa.
Umawiające się strony mają starać
się również o zapewnienie mniejszościom nauczania języka ojczystego w placówkach oświatowych,
a także w ramach możliwości posługiwanie się językiem ojczystym
wobec władz publicznych.
Pomimo pewnych oznak poprawy, sytuację Polaków na Białorusi
wciąż można określić jako najtrudniejszą w porównaniu z innymi
regionami byłego ZSSR. Trwający
przy swoim poczuciu narodowym
Polacy z reguły mieli zamkniętą
drogę do wyższych stanowisk, dlatego też większość z nich do dziś
należy do najniższych warstw społecznych, czyli kategorii kołchoźników i robotników. Ci, którzy zdecydowali się na zdobycie wyższego
standardu życia zapłacili cenę w
postaci odejścia od polskości i zobojętnienia tak narodowego, jak i
religijnego.
Przypisy:
1) R. Dzwonkowski, Nowa sytuacja Polaków na dawnych ziemiach
wschodnich I i II Rzeczypospolitej,
„Przegląd Polonijny” (Kraków)
1995, z. 3, s. 6.
2) Los Polaków w niewoli sowieckiej (1939-1956), oprac. W. Wielhorski, Londyn 1956, s. 23-24.
3) Zob. Spod Monte Cassino na
Sybir. Deportacja byłych żołnierzy
Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie z Białorusi, Litwy i Ukrainy w
1951 roku, Warszawa 1998.
4 )Cyt. za W. Preckajło, Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, Mińsk
2000, s. 159-160. Por. Deportacji
narodów SSSR (1930-je i 1950-je
gody). Materiały z serii „Narody i
kultury”, Moskwa 1992, s. 74, 182
i inne.
5) A. Grędzik, Nauczyciele polscy deportowani z ziem północno-wschodnich II RP w latach 19441945 (tekst nie publikowany).
6) Ł. Łukaszewicz, O zmianach
wśród Polaków w ZSRR, "W Drodze" (Poznań) 1990, nr 9, s. 96.
7) Los Polaków w niewoli ..., s. 25.
8) A. Głowacki, Sytuacja prawna
obywateli polskich w ZSRR w latach 1939-1945 [w:] Położenie ludności polskiej na terytorium ZSRR
i Wschodnich ziemiach II Rzeczypospolitej w czasie II wojny światowej, pod red. A. Marszałka, Toruń
1990, s. 47. Komunikat o podpisaniu
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
układów między PKWN a rządami
Ukraińskiej SRR i Białoruskiej SRR
w sprawie obustronnej ewakuacji
ludności [w:] Stosunki polsko-radzieckie w latach 1945-1972. Dokumenty i materiały, oprac. E. Basiński i T. Walichnowski, Warszawa
1974, s. 401-403.
9) Przesiedlenie ludności polskiej
z Kresów wschodnich do Polski
1944-1947, oprac. i red. dok. S. Ciesielski, s. 16.
10) G. Kubicka, Repatriacja Polaków z ZSRR. Umowa Modzelewski-Wyszyński, „Historia i Życie”,
dod. do „Życia Warszawy” 1988, nr
4, s. 1-2.
11) J. Borkiewicz, 1945 - Wypędzeni Polacy, „Polska w Europie” (Warszawa) 1995, z. 18, s. 56-57.
12) E. Kołodziej, Polityka Rządu
RP w Warszawie wobec repatriacji
i reemigracji obywateli polskich z
ZSRR w latach 1944-1948, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”
(Olsztyn) 1994, nr 2-3, s. 320.
13) Przesiedlenia ludności polskiej
..., s. 21-22.
14) Ł. Korda, Działalność polskiego duchowieństwa katolickiego w
ZSRR (1945-1980) [w:] Dar Polski
Białorusinom, Rosjanom i Ukraińcom na Tysiąclecie ich Chrztu Świętego, pr. zb., pod red. K. Podlaskiego, Warszawa 1990, s. 167.
15) J. Czerniakiwicz, Repatriacja
ludności polskiej z ZSRR 19441948, Warszawa 1987, s. 110.
16) Przesiedlenia ludności polskiej
..., s. 48.
17) J. Turonek, Katolicyzm na Białorusi - skala problemu [w:] Belarus, Lithuania, Poland, Ukraine. The
foundations of historical and cultural traditions in East Central Europe.
International Conference Rome, 28
April - 6 May 1990, Lublin-Rome
1994, pod. red. J. Kłoczowskiego, J.
Pelenskiego, M. Radwana, J. Skarbka, S. Wylężka, Lublin-Rome 1994,
s. 300.
18) T. Adamowicz, Tajemnica piaskowska. Piaskowski ból wsi Taniewicze, „Głos znad Niemna” (Grodno) 2001, nr 12-14, s. 11.
19) H. Piskunowicz, Białostocczyzna w czasie okupacji. Zagadnienia
węzłowe [w:] Dzieje polskiego podziemia na Białostocczyźnie w latach
1939-1956. Materiały z sesji naukowej - 24 kwietnia 1992r. - w Instytucie Studiów Politycznych PAN,
Toruń 1992, s. 17.
20) Ciechanowicz, Ziemia krwią napojona, cz. II, „Głos znad Niemna”
1993, nr 34, s. 4.
21) L.W. Konikiewicz, Szlakiem
Nieposłusznych. Dzieje Związku
Obrońców Wolności i ich rodzin na
Kresach Wschodnich, w archipelagu Gułag i w Stanach Zjednoczonych 1945-1997. Zarys historycz-
ny, stenogram wywiadów, wiersze,
polemiki, listy, noty biograficzne,
dokumenty, mapy, Warszawa 1998,
s. 72-119.
22) L.W. Konikiewicz, Szlakiem
Nieposłusznych..., s. 107-108, 83.
L.W. Konikiewicz, ZOW - Związek Obrońców Wolności. Pokojowy Ruch Podziemny o Zachowanie
Polskości na Polesiu (1945-1949),
„Rota” (Lublin) 1997, nr 4, s. 26.
23) L.W. Konikiewicz, Szlakiem
Nieposłusznych..., s. 84.
24) Tamże, s. 108.
25) Tamże, s. 85.
26) Tamże, s. 109.
27) L.W. Konikiewicz, ZOW - Związek Obrońców Wolności. Pokojowy
Ruch Podziemny o Zachowanie
Polskości na Polesiu (1945-1949),
„Rota” 1997, nr 4, s. 28.
28) L.W. Konikiewicz, Szlakiem
nieposłusznych..., s. 90, 93.
29) K. Choder, Blizny mej duszy,
„Głos znad Niemna” 1992, nr 8, s.
4.
30) Tamże.
31) R. Dzwonkowski SAC, Represje władz sowieckich wobec duchowieństwa katolickiego obrządku
łacińskiego w latach 1939-1987,
„Przegląd Wschodni” (Warszawa)
2000, t. VII, z. 1, s. 293.
32) Tamże.
33) Tamże, s. 297.
34) A. Hlebowicz, Kościół na Białorusi w latach 1946-1959, „Głos”
(Warszawa) 1991, nr 4, s. 36-37.
35) J. Kozłowska-Doda, O sytuacji
języka polskiego w rejonie woronowskim na Białorusi [w:] Język
polski dawnych kresów wschodnich. Studia i materiały, pod red. J.
Riegera, tom II, Warszawa 1999, s.
16.
36) I. Kabzińska-Stawarz, Odbudowa kościoła i zmiany w funkcjonowaniu społeczności lokalnej.
Przykład Bieniakoń, „Literatura
Ludowa” (Warszawa) 1994, nr 4-6,
s. 45.
37) H. Fomiczewski, Powstał z ruin,
„Głos znad Niemna” 1996, nr 38, s.
3.
38) Relacja Marii Seiler z dnia
18.03.2001r., Darłowo. Zbiory autorki.
39) R. Dzwonkowski SAC, Kościół
katolicki na Białorusi po II wojnie światowej, „Zeszyty Naukowe
KUL” (Lublin) 1996, nr 3-4, s. 95.
Rekonsekracja mińskiej katedry,
„Biuletyn Stowarzyszenia „Wspólnota Polska" (Warszawa) 1997, nr
12, s. 17. J. Waszkiewicz, Zdziczenie, „Głos znad Niemna” 1991, nr
7, s. 11. W. Preckajło, Nie rzucim
ziemi ..., s. 79-80.
40) R. Dzwonkowski SAC, Kościół
katolicki na Białorusi po II wojnie światowej, „Zeszyty Naukowe
KUL” 1996, nr 3-4, s. 94. L. Mi-
chajlik, Tylko pamięć nam pozostała, „Głos znad Niemna” 1992, nr 2,
s. 10.
41) R. Dzwonkowski SAC, Kościół
katolicki na Białorusi po II wojnie światowej, „Zeszyty Naukowe
KUL” 1996, nr 3-4, s. 94.
42) H. Miendzielejewa, Sprawa
zwrócenia katolikom świątyni w
Klecku przeciąga się, „Głos znad
Niemna” 1995, nr 14, s. 2.
43) W. Gryć, Wydobyto dzwon
z ukrycia, „Głos znad Niemna”
1992, nr 7, s. 9.
44) A. Hlebowicz, Kościół odrodzony. Katolicyzm w państwie sowieckim 1944-1992, Gdańsk 1993,
s. 98.
45) W. Preckajło, Nie rzucim ziemi
..., s. 90.
46) W. Stańczyk, Oddźwięk przeszłości, „Głos znad Niemna” 1994,
nr 23, s. 5.
47) SJ, Bogate bogactwem wiary,
„Nasz Dziennik” (Warszawa) 2122.07.2001 r., s. 8.
48) Tamże.
49) W. Preckajło, Nie rzucim ziemi
..., s. 76-78.
50) J. Wojda, Chrystusowcy na
wschodnich rubieżach, „Msza
Święta” (Poznań) 1994, nr 3, s. 93.
51) A. Ejsmont, Losy kościołów,
„Głos znad Niemna” 2001, nr 22,
s. 15.
52) Ostryna, „Ziemia Lidzka”
(Lida) 1995, nr 16, s. 3. W. Preckajło pisze natomiast, że świątynia
w Ostynie została zburzona przy
pomocy spychaczy. W. Preckajło,
Nie rzucim ziemi ..., s. 95-98.
53) W. Zin, Bohaterowie przetrwania [w:] Almanach Polonii 1991,
Warszawa 1990, s. 171-173.
54) A. Hlebowicz, Kościół odrodzony..., s. 98.
55) K. Renik, Podpolnicy. Rozmowy z ludźmi Kościoła na Litwie,
Łotwie, Białorusi i Ukrainie 19901991, Warszawa 1991, s. 134.
56) I. Kobzińska-Stawarz, Kościół
w Nalibokach, „Więź” (Warszawa)
1994, nr 12, s. 201.
57) W. Preckajło, Nie rzucim ziemi
..., s. 83-84.
58) A. Ejsmont, Losy kościołów,
„Głos znad Niemna” 2001, nr 22,
s. 15.
59) B. Molenda, Wierne trwanie
przy Ewangelii, „Msza Święta”
1996, nr 11, s. 350-351. Zob. także,
T. Zaleska, Nowe szaty starej świątyni, „Głos znad Niemna” 2000, nr
50, s. 9. Ludność katolicka, o ile to
było możliwe starała się także o ratowanie paramentów zamykanych
kościołów. Parafianie m.in. ze Świsłoczy i Bartaszy k. Szczuczyna
zdołali ukryć i ocalić dzwony kościelne. W. Gryć, Wydobyto dzwon
z ukrycia, "Głos znad Niemna"
1992, nr 7, s. 9. Bartasze k. Szczu-
czyna, „Ziemia Lidzka” 1995, nr
16, s. 3.
60) Pisze o tym w swoich wspomnieniach ks. Stanisław Ryżko w
książce Kronika Kościoła rzymskokatolickiego w Łahiszynie. Listy i notatki z lat 1956-1984, Warszawa 1995.
61) Relacja Józefa Hordyńca z dnia
30.03.2001r., Olszanka (Białoruś).
Zbiory autorki.
62) R. Dzwonkowski SAC, Kościół
katolicki na Białorusi po II wojnie
światowej, „Zeszyty Naukowe
KUL” (Lublin) 1996, nr 3-4, s.
101. J. Kozłowska-Doda, O sytuacji języka polskiego w rejonie woronowskim na Białorusi [w:] Język
polski dawnych ...., tom II, Warszawa 1999, s. 17.
63) ps. P. Lida [R. Dzwonkowski
SAC], Polacy, Litwini, Białorusini,
„Kultura” (Paryż) 1980, nr 1-2, s.
49-50.
64) Szerzej na ten temat pisze R.
Dzwonkowski SAC w książce Polacy na dawnych kresach wschodnich. Z problematyki narodowościowej i religijnej, Lublin 1994, s.
39-42.
65) „Czerwony Sztandar”: „Skończyć z mitręgą!”, „Przyjaźń” (Warszawa) 1988, nr 39, s. 16.
66) ps. P. Lida [R. Dzwonkowski
SAC], Polacy, Litwini, Białorusini,
"Kultura" (Paryż) 1980, nr 1-2, s.
49-50.
67) R. Dzwonkowski SAC, Kościół
katolicki na Białorusi po II wojnie
światowej, „Zeszyty Naukowe
KUL” 1996, nr 3-4, s. 84.
68) M. Woroniecki CM, Świadectwa lokalne Lwów, Łysków,
Dżezkezgan, Rudnik, Różana [w:]
Świadectwo Kościoła katolickiego w systemie totalitarnym Europy Środkowo-Wschodniej. Księga
Kongresu Teologicznego Europy
Środkowo-Wschodniej KUL 11-15
sierpnia 1991, Lublin 1994, s. 115.
69) R. Dzwonkowski, Nowa sytuacja Polaków na dawnych ziemiach
wschodnich I i II Rzeczypospolitej,
„Przegląd Polonijny” (Kraków)
1995, z. 3, s. 7.
70) K. Renik, Podpolnicy. Rozmowy z ludźmi ..., s. 123.
71) W. Małaszkiewicz, Będę waszym pasterzem. O swoim życiu
opowiada ksiądz prałat Kazimierz
Świątek - wiceprezes Związku
Polaków na Białorusi, „Głos znad
Niemna” 1991, nr 1, s. 3. K. Renik,
Podpolnicy. Rozmowy z ludźmi ...,
s. 212.
72) Z. Witko, Twierdza Niestaniszki, „Głos” (Warszawa) 1990/1991,
nr 67/69, s. 56-60.
73) Relacja Jadwigi Lipnickiej z
dnia 17.02.2001 r., Naliboki (Białoruś). Zbiory autorki.
74) Relacja Józefa Hordyńca z dnia
30.03.2001r., Olszanka (Białoruś).
Zbiory autorki.
75) Relacja Janiny Czarneckiej-Krysiak z dnia 28.01.2001 r., Koszalin. Zbiory autorki.
76) Relacja Marii Seiler z dnia
18.03.2001 r., Darłowo. Zbiory autorki.
77) W. Ostrowski, Pozostał pusty
dom. Wspomnienia żołnierza Armii Krajowej. Historia polskiej rodziny ze wschodnich kresów Drugiej Rzeczpospolitej, Zielona Góra
1992, s. 80-82.
78) M. Kosman, Historia Białorusi, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1979, s. 358.
79) R. Dzwonkowski SAC, Nowa
sytuacja Polaków na dawnych ziemiach wschodnich I i II Rzeczypospolitej, „Przegląd Polonijny”
(Kraków) 1995, z. 3, s. 6.
80) E. Mironowicz, Białoruś, Warszawa 1999, s. 192.
81) Tamże.
82) Tamże, s. 193.
83) J. Kozłowska-Doda, O sytuacji
języka polskiego w rejonie woronowskim na Białorusi [w:] Język
polski dawnych..., tom II, Warszawa 1999, s. 18.
84) R. Dzwonkowski SAC, Nowa
sytuacja Polaków na dawnych ziemiach wschodnich I i II RP, „Duszpasterz Polski za Granicą” (Rzym)
1995, s. 379.
Nasz Czas 5/2004 (630)
Od redakcji:
Powyższy materiał; nadesłał nam
Kazimierz Niechwiadowicz zwracając tym samym uwagę na problemy opisane w/w materiale.
Autorka publikacji Agnieszka
Grędzik ukończyła studia socjologiczne w Instytucie Socjologii Wydziału Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Tam też pod kierunkiem ks. prof.
dr hab. Romana Dzwonkowskiego
SAC przygotowała i obroniła pracę magisterską pt. ,,Szkolnictwo
polskie na Łotwie 1989-1998",
a następnie doktorską (w maju
2003 r.) pt. ,,Oświata i szkolnictwo
polskie na Białorusi 1989-2001".
Jej aktualne zainteresowania badawcze dotyczą głównie tajnego
nauczania polskiego prowadzonego na Ziemiach Wschodnich II
Rzeczypospolitej w czasie okupacji
niemieckiej w latach 1941-1944
oraz losów polskich nauczycieli z
Ziem Wschodnich II Rzeczypospolitej, a w szczególności tych, którzy byli represjonowani w latach
1939-1950.
Jest asystentem naukowo-dydaktycznym we Wszechnicy Świętokrzyskiej w Kielcach, gdzie urodziła się i mieszka.
Lwowska Fala - autorska audycja Danuty Skalskiej
tenie Polskiego Radia Katowice niedzieli na poniedziałek.
(UKF 102,2 MHz) w każdą Audycje archiwalne do pobraniedziele o godz. 8.10.
nia na stronie PR Katowice:
www.radio.katowice.pl
Dla Polaków za oceanem po- i Swiatowego Kongresu KresoLwowska Fala - autorska auwtórka audycji o 1.00 w nocy z wian: www.kresowianie.com
dycja Danuty Skalskiej na anwww.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 29
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Dwory i Pałace na
Kresach Wschodnich
Piotr Brysacz
INFORMACJA
Album „Dwory i pałace na Kresach
Wschodnich. Między Niemnem a Bugiem” jest pierwszą na rynku wydawniczym publikacją, w której tak szeroko omówione zostały dzieje dawnych
rezydencji ziemiańskich, zachowanych do naszych czasów na obszarze
między Niemnem a Bugiem (obecnie
obszar ten jest częścią terytorium Białorusi).
W albumie opisane zostały losy kilkudziesięciu dworów, pałaców i zamków,
należących niegdyś do tak znamienitych rodów, jak Radziwiłłowie, Sapiehowie, Chreptowiczowie, Sołtanowie
czy Pusłowscy. Niektóre z tych siedzib
były rodzinnymi gniazdami wybitnych
polskich pisarzy – Adama Mickiewicza, Juliana Ursyn Niemcewicza, Elizy
Orzeszkowej, Marii Rodziewiczówny.
Bogaty materiał ilustracyjny to kilkaset kolorowych fotografii autorstwa
(w większości) Katarzyny i Jerzego
Samusików. Album wydany został w
wersji polsko-angielskiej. Do kupienia we wszystkich większych księgarniach internetowych.
AUTORZY
Katarzyna Samusik i Jerzy Samusik
zajmują się zbieraniem materiałów
dotyczących historii szlacheckich
siedzib znajdujących się na terenie
Podlasia i pogranicza polsko-białoruskiego. Efektem tych zainteresowań
są wydawnictwa albumowe („Pałace
i dwory Białostocczyzny”, „Dwory
w Łomżyńskiem”, „Dwory i pałace Podlasia”) oraz wiele artykułów
poświęconych tej tematyce.
WSTĘP
Kresy Wschodnie to ziemie, które dały
Polsce wielką dynastię królewską,
najznamienitszych poetów, słynnych
uczonych, wybitnych mężów stanu.
Nic więc dziwnego, że chociaż znalazły się po II wojnie światowej poza
granicami państwa polskiego, budzą
nadal wielki sentyment i zainteresowanie swoją historią i dniem dzisiejszym.
Podczas wyjazdów poza wschodnią
granicę wiele osób szuka polskich
śladów, którymi są najczęściej zabytkowe budowle. Znajdują je bez trudu,
zwłaszcza w dużych miastach, takich
jak Wilno, Grodno, Lwów...
Katarzyna i Jerzy Samusikowie szukali tych śladów podczas swoich wojaży,
omijali duże miasta, zbaczali z głównych szlaków turystycznych i zaglądali tam, gdzie nie każdy może dotrzeć.
Efektem tych podróży jest niniejsza
publikacja - opis wielu dworów i pałaców między Niemnem a Bugiem, do
których dotarli. Początkowo sądzili,
że niewiele ich przetrwało do naszych
czasów, wszak przez ziemie te przetaczały się fronty II wojny światowej, a
po jej zakończeniu Sowieci starali się
unicestwić wszystko, co należało niegdyś do polskich czy litewskich ziemian. Okazało się jednak, że znaczna
liczba dworów i pałaców – wprawdzie
w dużym stopniu zdewastowanych –
przetrwała do naszych czasów.
Przez kilka ostatnich lat Katarzyna i Jerzy Samusikowie przemierzali wszerz
i wzdłuż obwód grodzieński i brzeski obecnej Białorusi, żeby odnaleźć
wszystkie (zachowane choćby w postaci ruin) dawne ziemiańskie siedziby. Większość to opuszczone, zdewastowane dwory, ale jest również kilka
odrestaurowanych i zamienionych na
muzea. Do tych drugich należą dwory
Kościuszków w Mereczowszczyźnie
i Mickiewiczów w Nowogródku oraz
pałacyk Szwykowskich w Prużanie.
Na szczególne wyróżnienie zasługują dwa, należące niegdyś do Radziwiłłów, zamki, których restauracja
jeszcze trwa: Mir i Nieśwież. One
również stały się już obiektami muzealnymi.
Dwory i pałace, które zachowały się
na obszarze znajdującym się między Niemnem a Bugiem, to tylko
niewielki odsetek ziemiańskich siedzib, istniejących na tym terenie w
okresie międzywojennym i w latach
wcześniejszych. Należy się jednak
cieszyć, że wojenne zawieruchy
przetrwały chociaż te...
Piotr Brysacz, Andrzej Kalinowski
Fundacja Sąsiedzi
Strona 30 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Co zrobić z nielegalnym upamiętnieniem
ukraińskim w Przemyślu?
K
Jacek Borzęcki
rzyż z tablicą w języku
ukraińskim, nielegalnie
postawiony w ub. roku
na Cmentarzu Głównym
w Przemyślu, może wkrótce zostać
usunięty.
Na odosobnionym i nieogrodzonym
skrawku miejscowego Cmentarza
Głównego, w kwaterze 58 (tzw.
„kwaterze samobójców”) mieszczącej się tuż nad górnym parkingiem,
w sąsiedztwie Cmentarza Wermachtu, ktoś w lipcu ub. roku nielegalnie
postawił wielki brzozowy krzyż z
tablicą oznaczoną godłem Ukrainy i
napisem w języku ukraińskim. Wymienionych jest tam z imienia i na-
www.ksi.kresy.info.pl
zwiska 68 Ukraińców, którzy – jak
głosi napis – zostali „rozstrzelani
w latach 1945-49 przez członków
Urzędu Bezpieczeństwa w Przemyślu”. Pod krzyżem stoją wygasłe lampiony oraz dwa dość świeże wieńce w narodowych barwach
ukraińskich: od przesiedleńczego
towarzystwa „Nadsanie” ze Lwowa,
oraz „Spiłki (związku) Represjonowanych z Peremyszla”. Napisy na
wieńcowych szarfach oddają cześć
„bojownikom”, którzy „zginęli za
wolność Ukrainy”.
-Ten krzyż z tablicą w języku ukraińskim zauważyłem w lipcu ub.
roku, podczas codziennego obchodu
cmentarza. Ktoś postawił
go bez wiedzy i zgody
Administracji Cmentarza.
Nie wiemy, czy w tym
miejscu znajduje się zbiorowa mogiła. Nie sprawdzaliśmy tego, bo nikt nie
zwrócił się do nas o zbadanie tej kwestii. Kwatera
58 została przeznaczona
pod pochówki na przełomie lat 1947/48 i nie ma
żadnych zapisów, żeby
ktokolwiek był tam wcześniej chowany – mówi
kierownik Administracji
Cmentarza
Głównego,
Ryszard Siniewicz.
Prezes przemyskiego
Przedsiębiorstwa Gospo-
darki Komunalnej, Andrzej Ziemniak, przypomina, że zgodnie z
polskim prawem oraz regulaminem
cmentarzy, wszelkie pochówki, remonty czy budowy upamiętnień należy zgłaszać do zarządu cmentarza,
który wydaje na to zgodę administracyjną lub kartę remontu.
-Nie jest rolą administracji cmentarza, ani PGK, prowadzenie dochodzenia, kto to postawił. Ograniczyliśmy się więc do poinformowania o
tym fakcie Wydział Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego, który
reprezentuje właściciela cmentarza,
czyli prezydenta miasta Przemyśla.
Oto kopia naszego pisma z dnia 11
lipca 2012 roku, przekazanego do
Urzędu Miasta wraz z dokumentacją fotograficzną. Od tamtej pory
nie dostaliśmy od naczelnika Wydziału Gospodarki Komunalnej żadnej decyzji, co z tym upamiętnieniem należy zrobić – mówi prezes
Ziemniak.
Naczelnik Wydziału Gospodarki
Komunalnej Urzędu Miasta Przemyśla, Elżbieta Duplaga, zawiadomiła Radę Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa w Warszawie o nielegalnym upamiętnieniu ukraińskim,
ale dopiero 31 stycznia 2013 roku,
czyli w dniu mego wywiadu na ten
temat z prezesem PGK i kierownikiem Administracji Cmentarza. Jak
mi powiedziała, tyle czasu (ponad
pół roku) wymagały nieformalne
próby dotarcia do inicjatorów upamiętnienia i nakłonienia ich do jego
dobrowolnego usunięcia. Próby te
okazały się zresztą nieudane.
- Nie udało się nam ustalić, kto postawił to upamiętnienie. Kontaktowaliśmy się z przedstawicielami
mniejszości ukraińskiej, aby sami je
usunęli. Nie były to rozmowy czy
pisma oficjalne, więc nie mogę powiedzieć, z kim się kontaktowałam.
Skoro jednak nikt nie zareagował,
to będzie oficjalny wniosek do Rady
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa o usunięcie tej tablicy – mówi
naczelnik Duplaga.
Słowo komentarza:
Tablica na upamiętnieniu ukraińskim nie podaje kim byli wymienieni Ukraińcy, gdzie żyli, i w jakich
okolicznościach stracili życie z rąk
funkcjonariuszy UB. Miejmy nadzieję, że historycy z rzeszowskiego
IPN ustosunkują się do treści tejże
tablicy i wkrótce wyjaśnią nam te
niewiadome. Na razie można jedynie domyślać się , że chodzi tu o
członków OUN-UPA. Jak wiadomo, członkowie tej formacji polityczno-zbrojnej zwalczali (także na
południowo-wschodnich krańcach
powojennej Polski) nie tylko wszelkie struktury Państwa polskiego, ale
i polską ludność cywilną ( w szczególności przedstawicieli polskiej inteligencji na wioskach, gdzie łatwiej
ich było bezkarnie mordować).
Mimo to, polskie prawo nie broni
upamiętniania „upowców” - pod
warunkami jednak , że chodzi o ich
faktyczne mogiły, a nie symboliczne upamiętnienia (choć w praktyce,
nasze władze wciąż tolerują zbudowany w 1994 roku przez byłych
upowców symboliczny pomnik ku
czci „bohaterów UPA” w Hruszowicach koło Stubna); że tablice
nagrobne nie będą gloryfikowały
tej nazistowskiej formacji , wprawdzie walczącej o wolną Ukrainę,
ale jednocześnie przeprowadzającej
„czystkę etniczną”; oraz, że upamiętniająca tablica nagrobna ma
być dwujęzyczna. Stosowną ugodę,
co do procedury uzyskiwania zezwoleń lub legalizacji istniejących
upamiętnień nielegalnych, Rada
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zawarła ponad 10 lat temu ze
Związkiem Ukraińców w Polsce.
Twórcy nielegalnego upamiętnienia
ukraińskiego na Cmentarzu Głów-
Kresowy Serwis Informacyjny
nym w Przemyślu z pewnością znali
tę ugodę, jak również musieli być
świadomi nieco podobnej, choć odwrotnej sytuacji sprzed kilku lat w
Przemyślu. Wtedy to przedstawiciele mniejszości ukraińskiej zażądali
usunięcia z tzw. Pomnika Wołyńskiego na przemyskim Cmentarzu
Wojennym, figury przedstawiającej
pomordowane dzieci. Kluczowym
argumentem był fakt, że figura
została umieszczona na pomniku
przez miejscowych kresowian bez
uzgodnienia z Administracją Cmentarza i władzami miasta. I wówczas
władze zaaprobowały ten argument
i usunęły ową figurkę ”nielegalną”,
choć – jak wiadomo z relacji licznych świadków - odzwierciedlającą
rzeczywiście praktykowane wśród
upowskich zbrodniarzy zabijanie
dzieci podczas napadów na polskie
wioski .
Skoro mimo tych faktów, nieznani
Ukraińcy zdecydowali się na postawienie nielegalnego upamiętnienia
w Przemyślu, to musieli liczyć się
z nieuchronnością decyzji o jego
rozbiórce. Ale może właśnie o taki
finał tej inicjatywy im chodziło.
Może chcieli dać pretekst nacjonalistom we Lwowie, Tarnopolu
i Stanisławowie do oskarżania
Polski o usuwanie ukraińskich
upamiętnień , aby w ten sposób
uzasadnić swoje próby blokowania przygotowywanych tam
w bieżącym roku - przez Radę
Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa – trzech kolejnych, legalnych
upamiętnień na zbiorowych mogiłach mieszkańców unicestwionych
polskich wiosek.
1 marca 2013 - strona 31
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Rajd Katyński na Ziemi Lidzkiej.
Aleksander Siemionow. Lida
U
każdego z nas są wydarzenia o których człowiek
pamięta bardzo długo,
które zostają się w sercu.
Takim wydarzeniem był
dla mnie XII Międzynarodowy
Motocyklowy Rajd Katyński. Od
dawna śledzę za tą tak patriotyczną
akcją polskich patriotów, miłośników motorów. No i na jesieni ub. r.
warszawiacy po raz XII odprowadzali na Wschód 70 motocyklistów
na 56 motorach . Wśród żegnających był i nasz krajan urodzony w
Hruszówce (Ziemia Baranowicka)
pułkownik ksiądz prałat Sławomir
Żarski. A jest to miejscowość znana
z tego że jest to ojczyzna słynnego
Polaka patriota-posła na Sejm Tadeusza Rejtana , który w 1773 r. w
decydującym dniu obrad sejmu rozbiorowego na zamku w Warszawie,
na mocy którego Prusy, Rosja i Austria dokonały podziału części ziem
polskich ostro protestował przeciwko temu.–Jedziecie do Polski, która
tam pozostała poprzez fałsz ,kłamstwo i podział granic. Powiedzcie
wszystkim ,tam, na Kresach ,że ich
kochamy-apelował ks. Żarski. Jak
że ci słowa dla nas Kresowian są
ważne, aż łezka kreci się w oczach.
Rajd katyński przebiegał po Litwie,
Białorusi, Rosji i Ukrainie i ogólnie
liczył ponad 6.000 km . Na szczęście zawitał on i do naszej ziemi
kresowej (odwodów grodzieńskiego
i brzeskiego ). Uczestnicy rajdu
przyjechali z Litwy do Oszmian i
dalej ich trasa przylegała po Ziemi
Lidzkiej,Grodno,Wołkowysk,Słoni
m,Baranowicze,Nowogródek,Naliboki do Mińsku i Kuropat i dalej na
wschodnią Białoruś. 4 września
uczestnicy XII Rajdu Katyńskiego
zawitali i do Lidy. Od dawno marzyłem zobaczyć tych wspaniałych
polskich patriotów na żywo. Udało
mi się wcześniej nawiązać kontakt z
komandorem Rajdu- Wiktorem Węgrzynem. Bardzo mi podobali się
nalepki Rajdu Katyńskiego ze słowami- „Rajd Katyński” i „Kocham
Polskę i ty ją kochaj”. Nabrałem się
śmiałości i poprosiłem o takie nalepki pana Wiktora. Byłem bardzo
zdziwiony , że pan Wiktor odreagował pozytywnie na moją prośbę. Potem poprosiłem o nich po raz drugi i
znów otrzymałem kolejną porcję
tych nalepek. Takim sposobem wyprosiłem około 200 sztuk. Oczywiście prosiłem nie dla siebie, a dla
naszych kresowych Polaków. Z chęcią rozdawałem ich zainteresowanym. No i czekałem prawie rok na
moment kiedy Rajd zjawi się na
Ziemi Lidzkiej. No i nareszcie Lida
doczekała się na kolumnę wspaniałych motocyklistów z naszymi narodowymi biało-czerwonymi sztandarami. Około 30 Polaków z Lidy
witało drogich gości przy bramie
zabytkowego katolickiego cmentarzu przy ulicy Grażyny ( tak nazywała się ta ulica przed wojna).Nareszcie mam możliwość w realnym
życiu przywitać się z komandorem
Rajdu-Wiktorom Węgrzynem .On
jest inicjatorom tej pięknej akcji.
Cześć i Chwała mu za to. Podchodzi
ksiądz Dariusz Stańczyk. Dobrze
znam tego wspaniałego kapłana z
internetu i prasy polskiej na Litwie.
Cieszę się ogromnie że mogę ści-
snąć rękę takim wspaniałym polskim patriotom. Ksiądz Stańczyk
jest kapelanem Harcerstwa Polskiego na Litwie i jechał z Rajdem razem z grupą harcerzy wileńskich.
Mam cichą nadzieję, że kiedyś i nasza młodzież pojedzie z Rajdem do
Katynia.Najbardziej co mnie osobliwie wzruszyło to, jak przejeżdżające obok cmentarza kierowcy samochodów, widząc motocykli z
polskimi sztandarami i nasz wielki
polski sztandar- cisnęli na klaksony.
To było bardzo wzruszająco, bo kierowcy na pewno nie wiedzieli o takim Rajdzie, ale widzą nasi sztandary reagowali odruchowo i wciskali
klaksony. Ale fajnie było to widzieć.
Zorganizowaną kolumną uczestnicy
Rajdu wchodzą na teren cmentarzu.
Wszyscy wstają przy Krzyżu Katyńskim , którzy postawili Polacy z
Lidy. W kwietniu 2010r. na cmentarzu był postawiony drugi na Białorusi (pierwszy w Grodnie)-6-metrowy Krzyż Katyński. Obok krzyża
był postawiony wielki głaz na którym wybito słowo - "Katyń 1940".
W znajdującej się na cmentarzu kaplicy św. Barbary była odprawiona
msza święta. Kilkaset lidzkich Polaków wspólnie z 3 księżmi modliło
się w intencji zamordowanych
przez sowietów w katyńskim lesie
polskich oficerów, a tak samo za
ofiary tragedii prezydenckiego samolotu z polską elitą na pokładzie.
Trochę bał się za krzyż i za portret
prezydenckiej pary, który był postawiony obok krzyża. W Grodnie przy
Krzyżu Katyńskim „nieznani sprawcy” uszkodzili tablice, bałem się, że
to samo będzie w Lidzie. Obawiałem się ,że zniszczą ten nadpis na
kamieniu "Katyń-1940". Niejednokrotnie zachodziłem na cmentarz,
stawiłem świecy pod tym krzyżem.
Wszystko było w porządku. Zawsze
tam palili się świecy i byli kwiaty.
Byłem wtedy bardzo zadowolony z
faktu, ze nareszcie rosyjska TV pokazała film "Katyń". W jej ślady
poszła i białoruska TV i też pokazała ten film. Białorusini w końcu dowiedzieli się z rządowej TV kto zamordował polskich oficerów w
Katyniu. A przedstawicieli działu
ideologicznego władzy białoruskiej,
nareszcie na pytanie o Katyniu
mogą teraz nie odwodząc oczy w
strony odpowiadać na to pytanie
prawdę. Skończyło się mówienie
kłamstw o zbrodni katyńskiej. Na
mój pogląd zostawało się jeszcze
kilka kroków i przedstawiciele naszej władzy mogliby 10 kwietnia
każdego roku wspólnie z przedstawicielami polskich organizacji w
Lidzie składać kwiaty pod tym
krzyżem, nawet z tego powodu, ze
w Katyniu lezą i dziesiątki synów
Ziemi Lidzkiej. A jeżeli kto mi powie, ze to fantastyka, to odpowiem,
ze jeszcze nie tak dawno nie wolno
było wyobrazić przedstawicieli naszych władz w kościele .A całkiem
nie tak dawno (było święto miasta)
widziałem na własne oczy wchodzących do naszej Fary mera miasta
ze swoim zastępcom (nawiasem
mówiąc Polakiem ), którzy przynieśli w dar parafii farnej kopie obrazu
Matki Bożej Lidzkiej. Przecierałem
oczy ze zdumienia myśląc czy ja dobrze widzę. Ale taka prawda. Dlate-
go oczekiwałem, że z czasem zobaczę naszą władzę z kwiatami przy
tym kamieniu z napisem "Katyń
-1940". I ten czas przyszedł prędzej
niż myślałem. Władza zjawiła się
na cmentarzu po 90 dniach z momentu poświecenia krzyża i kamienia ,ale nie z kwiatami, a z......ciężarówką i dźwigiem. Ten wielki
głaz załadowali na ciężarówkę i wywieźli w nieznanym kierunku. Nie
wiadomo (na razie) czyj to był rozkaz ,albo miejscowych władz, albo
był dzwonek z Grodna, czy Mińska.
Nie wiadomo, czy planowali zdjęcie
i wielkiego metalowego krzyża.
Ciekawe, czy znalazłby się człowiek że by go zniszczyć, bo wszyscy my znamy dziesiątki przykładów czym to zwyczajnie kończyło
się dla takich "śmiałków". A przyjdzie taki czas i Krzyż Katyński z
głazem z takim napisem wstanie
gdzieś w mieście, na przykład na
miejscu gdzie dziś jeszcze stoi(na
razie stoi) pomnik zbrodniarza Lenina . Fantastyka? Nie . Latem 1989
roku taką fantastyką była sama myśl
o zniknięciu Mura Berlińskiego, a
jednak na jesieni go już nie było. A
teraz Polacy z Lidy każdy rok 10
kwietnia zbierają się pod tym krzyżem i modlą się za duszy ofiar Katynia i ofiar Smoleńska. No i uczestnicy Rajdu przyszli na cmentarz
wojskowy, że by razem z Polakami
Lidy pomodlić się na grobach polskich żołnierzy, którzy 90 lat temu
bili sowiecką dzicz w bitwie nad
Niemnem. Bili i zginęli w tej bitwie
broniąc Europę przed bolszewicka
zarazą. Leżą tak samo tam polscy
lotnicy zginąwszy śmiercią lotnika
przed wojną z 5 pułku lotniczego
stacjonującego przed wojną w Lidzie. Jak że dobrze że z nami na
cmentarzu było dwóch kapłanów.
Jeden z Wilna kś. Dariusz Stańczyk,
a drugi z Lidy-proboszcz parafii
p.w. sw. Rodziny kś. Józef Hańczyć.
Ksiądz Józef wkrótce opowiedział
uczestnikom Rajdu o swojej parafii
o Polakach w Lidzie. No i oczywiście wspólna modlitwa . Piękny
wieniec i świecy gości złożyli pod
pomnikiem lotników . Aleksander
Kołyszko opowiedział o historii
tego wojskowego cmentarza. Słuchałem go i przypominało się mi jak
my nie wielka grupa Polaków z
Lidy w 1988 r. robiła czyny społeczne na tym wojskowym cmentarzu. Jeszcze był ZSRR ,władze podejrzliwie
obserwowali
naszą
Strona 32 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
działalność , ale nie robili większych przeszkód, a my członkowie
pierwszej polskiej organizacji-Klubu Miłośników Kultury Polskiej im.
Adama Mickiewicza przychodziliśmy i robili porządki na grobach. Po
wspólnej modlitwie czas w drogę.
Nie chciało się żegnać się z Rajdem.
Wsiadłem z zoną Teresą i kilkoma
innymi Polakami do samochodów i
pojechaliśmy razem do Krupowo.
Jest to wieś w kilku kilometrach od
Lidy .Jest słynna tym ,że w tej parafii (majątek Sukurcze) w latach 2030-tych ,do początku wojny ,mieszkał nasz bohater narodowy rotmistrz
Witold Pilecki . Rotmistrz , którego
historycy odnoszą do 6 najodważniejszych oficerów II wojny światowej, który po torturach był zamordowany polskimi komunistami w
1948r. Brał on w tym kościele ślub i
chrzcił tam swoje dzieci. A do dnia
dzisiejszego w kościele znajduję się
obraz im namalowany. A na wiejskim cmentarzu leżą członkowie
Jego rodziny. Robiłem dwie próby
dostać zgodę proboszcza tej parafii
na zainstalowanie tablicy pamiątkowej bohaterowi narodu polskiego.
Niestety…..Ale wierze, że przyjdzie
taki czas…. Ruszamy z Krupowo
samochodem przed Rajdem w stronę wsi Surkonty. Czekam wyszedłszy z samochodu na skrzyżowaniu
w jednej wsi, że by pokazać dalszą
drogę , ale widzę………już jadą. Na
czele kolumny motocyklistów jest
już samochód białoruskiej drogówki
na sygnale. Aha! Znaczy drogę już
pokazywać nie ma potrzeby. Sekunda wahania….krzyczę przyjacielowi ruszać, wskakuję w odjeżdżający nasz samochód i ostro ruszamy
za samochodem z białoruskimi milicjantami. Otwieram boczne okno w
samochodzie i trzymając mocno za
drzewko wysoko podnoszę nasz
wielki polski sztandar. Tak i jedziemy do Surkont. Na czele białoruska
drogówka, pod dowództwem kapitana drogówki z Werenowa ( Polaka, bo w Surkontach zobaczyłem go
identyfikator) , za nim nasz samochód z Lidy z polskim sztandarem,
a za nami kolumna z 70 uczestnikami Rajdu (też z polskimi sztandarami na motocyklach ). No i stoimy
już nad 36 grobami akowskimi we
wsi Surkonty. Krótka modlitwa i
składanie kwiatów i zapalenie świec
przy pomniku . Widziałem z jakim
wzruszeniem uczestnicy rajdu składali wiązanki kwiatów i stawili
świecy. Wydawało by się , że na ich
drodze tyle cmentarzy polskich, że
można było by robić to formalnie,
ale nie ….ogromna powaga na twarzach, łzy w oczach, niesamowite
skupienie. Robi to na mnie ogromne
wrażenie. Krótko opowiadam o historii powstania tego cmentarza. W
odległości 200 m od cmentarzyka
do dnia dzisiejszego stoi stary domek. Właśnie w tym domu spędził
swoją ostatnią noc ostatni dowódca
Nowogrodzkiego Okręgu Armii
Krajowej podpułkownik Maciej Kolenkiewicz „Kotwicz”. Dobrze pamiętam 1989r.,kiedy my działacze
lidzkiego oddziału Związku Polaków , pierwszy raz przyjechaliśmy
na to pole. Na miejscu spoczynku
naszych poległych akowców….chodziły krowy. Ani krzyża, ani znaku,
nic tylko kupy od krów. Ale w
1991r. odbyło się uroczyste otwarcie cmentarzyka naszym bohaterom, bo większość leżących tam
chłopaków to chłopaki z mojej Lidy-kwiat młodzieży lidzkiej. Była
na otwarciu i żona „Kotwicza”-Irena Kalenkiewicz z córkami. Dzięki
niej „Kotwicz” nie był wywieziony
do Polski(a namawiano jej na to ), a
został razem ze swymi chłopakami
na Ziemni Lidzkiej. W ten dzień
odbyła się tam pierwsza msza polowa na Ziemi Lidzkiej po wojnie. Zebrało się tam kilka tysięcy ludzi.
Dużo czego chciało się powiedzieć
o tym cmentarzu naszym wspaniałym motocyklistom, ale doskonale
rozumiałem, że przed nimi około
5.000 km drogi i nie możemy ich
długo zatrzymywać. Zapominam o
najgłówniejszym……Wyręczyła
Teresa Siemionowa która o wszystkim pamięta, prosi słowa i robi to
najgłówniejsze- dziękuje uczestnikom Rajdu w imieniu wszystkich
Polaków Ziemi Lidzkiej ,za przyjazd, za wspólne modlitwy, za
wspólne odwiedzanie naszych polskich grobów i życzy szerokiej drogi. Musimy żegnać się .Chwytam
nasz sztandar i wychodzę na drogę.
Stoję tak obok drogi , a przede mną
przejeżdżają nasi chłopaki , którzy
przyjechali do nas z naszej kochanej Rzeczypospolitej. Macham im
sztandarem, oni w odpowiedzi machają mnie ręką i cisną na klaksony.
Ciekną mi łzy na ich widok. Całkiem tego nie wstydzę się, krzyczę
im –przyjeżdżajcie do nas , pamiętajcie o nas…..oni oczywiście nie
słyszą , za głośno ryczą ich mocne
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
motocykli. Patrzyłem na tych patriotów, bo jak ich jeszcze nazwać,
bo tylko patrioci mogą za swój koszt
wsiąść na motocykl i jechać 6.500
km na Wschód, spać w polowych
warunkach, że by odwiedzić groby
polskie na nieludzkiej ziemi i spotkać się z nami-Polakami kresowymi. Patrzyłem na nich i przypomnieli się mi słowa znanego polskiego
polityka, który powiedział , że „polskość – to nie normalność”. Niech
by ci słowa on powiedział tym polskim patriotom na motocyklach.
Bardzo chciałem ich wszystkich
mocno ścisnąć i dziękować i dziękować . Jechali obok mnie jak kawaleria, jak niepokonana kiedyś
polska husaria, czuło się , że niosą
ze sobą część Rzeczypospolitej...
naprawdę , niezapomniane uczucie!
A Rajd pojechał dalej (do Grodna)
odwiedzając dawne Kresy Rzeczypospolitej, spotykając na swej drodze Polaków, którzy pozostali na
swej ojcowiźnie, odwiedzali polskie szkoły, polskich harcerzy, sierocińce, szpitale dziecięce, spotykały się nie tylko z Polakami. Wieźli
dary - książki, , podręczniki do nauki języka polskiego, zabawki i słodycze, ubrania i buty, sprzęt sporto-
wy. Wieźli wszystko, co sprawia
radość i daje uśmiech Polakom na
Kresach Rzeczypospolitej. Stowarzyszenie „Rajd Katyński” ufundowało już 9 pomników błogosławionego Jana Pawła II za naszą
wschodnią granicą. Pamiętamy o
tym i Bóg zapłać za to ! Czekamy na Was Kochani !
Aleksander Siemionow. Lida
70 Rocznica - prośba o wsparcie inicjatywy
rekonstrukcji historycznej
Mirosław Majkowski
70-ta rocznica ludobójstwa na Wołyniu i Kresach Wschodnich
Informacja o planowanych obchodach organizowanych przez Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej „X D.O.K.”
W związku ze zbliżającą się 70-tą rocznicą ludobójstwa na Wołyniu dokonanego przez OUN-UPA na ludności polskiej, czeskiej, ormiańskiej, żydowskiej i ukraińskiej Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej „X D.O.K.” pragnie zorganizować dwudniowe obchody tej rocznicy w Radymnie w dniach 20-21
lipca 2013 r. Jeden dzień poświęcony będzie rekonstrukcji historycznej o tytule „Wołyń 1943 – nie o zemstę lecz o pamięć wołają ofiary”, w drugim dniu odbędzie
się Msza święta odprawiona w intencji ofiar.
Ta szczególna forma obchodów ma na celu przywrócenie pamięci o niewinnych ofiarach tegoż ludobójstwa i dążenie do pojednania poprzez ukazanie prawdy
historycznej.
Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej "X D.O.K." działa formalnie od 11 maja 2007 r. (Nr KRS 0000280860) Jesteśmy znani z wielu ciekawych
i zrobionych z rozmachem rekonstrukcji, m.in. "Operacji Barbarossa - bitwa o Przemyśl" (2007 r.), czy rekonstrukcji historycznej o nazwie "Przemyśl - wrzesień 1939" z 2008 r., którą obejrzało aż 15 tysięcy widzów. W 2009 r. w Przemyślu przeprowadziliśmy niesamowitą inscenizację historyczną "A mury runą...",
przedstawiającą wydarzenia w Polsce od 1946 do 1989 r., czyli od instalacji aż do upadku komunizmu w naszej Ojczyźnie. W trakcie niej wystąpiło kilkuset
statystów i co ciekawe, akcja rozgrywała się w kilku miejscach Starego Miasta w Przemyślu. W lutym 2010 r. ponownie w Przemyślu zorganizowaliśmy wielkie
widowisko historyczno-teatralne "Na nieludzką ziemię...", które było częścią obchodów 70. rocznicy deportacji obywateli Polski w głąb ZSRR. W inscenizacji
wystąpiło około pół tysiąca statystów i aktorów, ponadto w widowisku wziął udział autentyczny pociąg z wagonami z lat 30-tych, sprowadzony specjalnie ze
Skansenu Taboru Kolejowego w Chabówce. Ponadto prowadzimy akcje edukacyjne, realizujemy spektakle teatralne o tematyce historyczno - patriotycznej oraz
szereg przedsięwzięć, widowisk historycznych na terenie całego Podkarpacia.
Jesteśmy przekonani, iż rekonstrukcja, którą pragniemy zrealizować w lipcu 2013 roku uzmysłowi całej Polsce tragedię, która wydarzyła się 70 lat temu, odda
należytą cześć
i pamięć o pomordowanych oraz nie pozwoli na zakłamywanie historii przez niektórych ukraińskich publicystów oraz tzw. polityczną poprawność.
Realizacja celów statutowych naszego stowarzyszenia, do których należy m.in. organizacja opisanego wyżej widowiska, przerasta nasze możliwości finansowe.
Tym bardziej, iż pragniemy aby widowisko to miało wyjątkowy charakter i formę. Odbędzie się ono po zmroku, a dla potrzeb rekonstrukcji musimy wybudować
całą wieś. Liczy się każda złotówka. Liczymy także na pomoc w upowszechnianiu naszego apelu wśród znajomych, przyjaciół, firm, przedsiębiorców.
Wpłat można dokonywać na konto:
Podkarpacki Bank Spółdzielczy Oddział w Przemyślu
Na rzecz Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej X D.O.K.
Nr konta - 96 8642 1155 2015 1502 4936 0002
Z dopiskiem „ na cele statutowe”
Serdecznie dziękujemy za okazane wsparcie.
Z poważaniem
Mirosław Majkowski
Prezes PSRH X D.O.K.
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 33
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Pożegnanie ostatniego
Prezesa- żołnierza OW ŚZŻ AK
W piątek 22 lutego 2013 r. o godz.11.00, na Starych Powązkach, brama 4, odprowadzimy na ostatnią Kwaterę 36,
KAZIMIERZA DANILEWICZA ps. "KRZAK" - żołnierza 27 WDP AK artystę – rzeźbiarza.
Urodzony we Włodzimierzu Wołyńskim 7 listopada 1927 r. w starej, wołyńskiej rodzinie herbowej w 1944 r. wstąpił razem z bratem Romanem do powstałej 27 Wołyńskiej dywizji AK.
Po wojnie w 1949 r. wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych na Wydział Rzeźby u prof. Mariana
Wnuka. Dla pana Kazimierza Danilewicza narodowa pamięć była zawsze dobrem najwyższym,
czego dowodem jest tak bogata twórczość artystyczna podporządkowana ideałom narodowowyzwoleńczym. Jego autorstwa są miedzy innymi takie projekty jak:
- Pomnik 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK w Warszawie który znajduje się na Skwerze Wołyńskim przy Al. Armii Krajowej w pobliżu ul. Gdańskiej. Został odsłonięty 12 września 1993.
Pomnik ma kształt wielkiego kamiennego miecza. 13 lipca 2003 ustawiono 11 kamiennych
kolumn upamiętniających męczeństwo Polaków z 11 wołyńskich powiatów, ofiar rzezi wołyńskiej. Skwer otwarto 11 lipca 2004.
- pomnik poświęcony żołnierzom 27 WDP AK i 7 Pułku Legionów AK Ziemi Chełmskiej (1994),
-głaz nagrobny na Mogile Nieznanych Żołnierzy w Chełmie (1995),
-współautorem tablicy pamiątkowej na cmentarzu w Kowlu (1994),
- tablica ku czci żołnierzy 27 WDP AK w Strykowie (1994),
-emblematy na bramie cmentarza w Zasmykach,
- współautorem tablicy pamiątkowej w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu (projektował ją z
synem - artystą rzeźbiarzem, Tomaszem Maciejem Danilewiczem; 1984),
- tablica poświęcona postaci ppłk. J. W. Kiwerskiego „Oliwy” w Katedrze Polowej WP (1985),
-tablica poświęcona ks. infułatowi St. Kobyłeckiemu w Podkowie Leśnej (1988),
- tablica do kościoła garnizonowego pw. MBNP w Hrubieszowie upamiętniającej poległych za Ojczyznę, więzionych, internowanych, deportowanych, pomordowanych w latach 1939 - 1944 obrońców Wołynia - żołnierzy WP, konspiracji ZWZ-AK, Samoobrony oraz żołnierzy 27 WDP AK; tablica ta została poświęcona przez biskupa Bolesława Pylaka dn. 28 sierpnia 1988 r.,
-tablica poświęcona pamięci płk. Kazimierza Bąbińskiego „Lubonia” w kościele św. Jacka w Warszawie (1998);
-współautorem obelisku w Otwocku (1995),
-krzyż w Hucie Stepańskiej, tworzącego mogiłę - pomnik (1996).
Ponadto artysta jest autorem statuy gen. Kazimierza Pułaskiego eksponowanej w Parku w Winiarach. Pomnika gen. Pułaskiego dłuta artysty powstał również w
Buffalo w USA . Ponadto za granicą w Danii został wykonany przez rzeźbiarza pomnik Lotnikom Polskim. Artysta stworzył też pomnik gen. Franciszka Kleberga, który znajduje się w Kocku. Natomiast po ukończeniu Akademii został wytypowany do grupy rekonstrukcji pomnika Fryderyka Chopina w warszawskich
Łazienkach, a jako pracę dyplomową wykonał projekt pomnika Nike. W swoim dorobku artysta ma również popiersia, w tym dwa popiersie dowódcy 27 WDP
AK, gen. Jana W. Kiwerskiego „Oliwy”, z których jedno znajduje się w Muzeum WP w Warszawie (1990) a drugie gipsowe pod Lublinem. Artysta wyrzeźbił
również popiersie mjr. Henryka Dobrzańskiego (1977), prof. Jana Danilewicza - lekarza, pediatry oraz popiersia kard. Stefana Wyszyńskiego i św. Maksymiliana
Kolbego. Ostatnie dwa popiersia oraz trzecie stworzone przez żonę rzeźbiarza znajdują się w Kaplicy Matki Boskiej w kościele św. Jakuba na Placu Narutowicza
w Warszawie. Kazimierz Danilewicz mimo swojej pracy twórczej brał aktywny udział w działalności środowiska kombatantów 27 WDP AK. Został zapamiętany jako prawdziwy patriota i bardzo skromny człowiek. Odprowadzając go na tą ostatnią kwaterę zapewniamy go, że pamięć po nim pozostanie na zawsze. Jak
powiedział poeta „tyle po nas pozostanie ile ludzie zapamiętają”. A w tym przypadku nie tylko zapamiętają, ale jego dzieła nie pozwolą o nim zapomnieć.
Zostań korespondentem Kresowego Serwisu Informacyjnego
i skontaktuj się z nami:
Redakcja - Bogusław Szarwiło [email protected]
Dział "Barwy Kresów" - Aleksander Szumański [email protected]
Strona 34 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Sąd za modlitwę
Aleksander Siemionow. Lida. Białoruś.
20
lutego w Lidzie na
dzisiejszej Białorusi
odbył się sąd nad prezesem Polskiego Towarzystwa w Lidzie- Aleksandrem
Kołyszko. W czym że jego wina?
Może był złapany na kradzieży, a
może brał udział w pijackiej bijatyce, czy w czymś podobnym? Nie,
jego wina była ……….duża poważniejsza i straszniejsza, bo 22 stycznia
z okazji 150-tej rocznicy Powstania
Styczniowego na naszych ziemiach
Kresowych, on z grupą innych Polaków z Lidy przyszedł na grób śp.
księdza Falkowskiego, że by pomodlić się za Jego duszę. Polacy zdążyli tylko zapalić znicze i złożyć
kwiaty na mogile, gdy nagle pojawili się milicjanci, którzy ostrzegli,
że jest to nielegalne zgromadzenie.
No i spisali nazwiska obecnych. To
przecież jest na dzisiejszej Białorusi
taką „bezczelnością”….przyjść na
grób i pomodlić się i to bez pozwolenia władz. Boże ! Jakie szczęście ,że
jeszcze mamy możliwość (na razie
jeszcze mamy)zgromadzić się w naszych 5 lidzkich kościołach i wspólnie modlić się i to….bez pozwolenia
naszej władzy….ale demokracja!
Może trzeba nie narzekać na władzę,
a zbierać podpisy z podziękowaniami ,że nam jeszcze oni pozwalają
na takie modlitwy w naszych kościołach, a my tego nie doceniamy?
Ksiądz Falkowski został rozstrzelany w Lidzie za odczytanie manifestu
Rządu Narodowego w 1863r. Była
salwa karabinów kozackich, a potem
ciało księdza było wrzucono do dołu
, zalano wapnem i zakopano. A po
tym szwadron kozaków galopem zatarł i miejsce kaźni. Ale lidzianie którzy widzieli to zabójstwo zapamiętali
dokładne miejsce tej zbrodni i potem
zawsze odznaczali go kamieniami
. W 1919r. jak Lida znów stała polskim miastem, to mieszkańcy Lidy
ułożyli fundament z betonu o metr
ponad ziemią, a pośrodku wstawili
krzyż żelazny na grobie księdza. Tam
zawsze palili się świecy. Odbyła się
Msza św. Jak wspomina kś. lidzki
Hipolit Bojaruniec (wtedy dziekan
lidzki)
„ Były wszystkie władze
państwowe na czele ze starostą lidzkim , 15 dywizja poznańska, która
wówczas stacjonowała w Lidzie,
cała młodzież szkolna, a wiernych z
Lidy i okolic chyba można było naliczyć do 15 tysięcy. A to znaczy całe
miasto tam było. Po nabożeństwie
odbyła się defilada wojskowa, potem
uroczysty pochód do miasta, który
rozwiązał się na placu przy kościele
farnym po przemówieniu p. starosty
Zdanowicza”. No a ulica obok grobu ks. Falkowskiego była nazwana
jego imieniem. U mnie do dzisiaj nie
przechodzą przez gardło słowa „ulica Pobiedy (Zwycięstwa)”, zawsze
między Polakami nazywam ją ulicą
ks. Falkowskiego.
W latach 90-tych polskie i białoruskie organizacji Lidy kilkakrotnie
stawili na grobie krzyży czcząc pamięć naszego kapłana.Za pierwszym
razem był postawiony bardzo wielki
(poświęcony) krzyż, ale krzyż prędko
„przepadł”. Ale upartość społeczności lidzkiej nie gasła. Następnie krzyży stawili mniejsze, ale i oni nocą
„przepadali”. No i w końcu władze
zdecydowali ,że lepiej tą sprawę nie
ciągnąć dalej i był wariant kompromisowy -na miejscu kaźni księdza
było pozwolono postawić kamień z
napisem po polsku i po białorusku.
Kamień jest nie wielki z daleka go
nie widać (jak krzyż) .A lidzkie patrioci też zadowoleni, bo jest gdzie
zapalić świecy i położyć kwiaty. Tak
zawsze i było 1 i 11 listopada .Było
do 22 stycznia tego roku, gdy Polacy Lidy z okazji 150 lecie Powstania Styczniowego chcieli pomodlić
się na grobie księdza. Uczestnicy tej
modlitwy byli zatrzymani przez MO
.Władze wyznaczyli winnego –organizatora tej uroczystości, prezesa
Polskiego Towarzystwa A. Kołyszko.
Sprawa trafiła do sądu. Byłem na tym
posiedzeniu sądu. Byli członkowie
Towarzystwa i grupa niezależnych
białoruskich i polskich dziennikarzy.
Był i nasz polski konsul z Grodna.
Posiedzenie prowadził sam przewodniczący Lidzkiego rejonowego sądu
towarzysz Siergiej Pipko. Od razu
pomyślałem –z jakiego to powodu
posiedzenie prowadzi główny sędzia
miasta i powiatu. Wydawało się że
jest to mała sprawa i nie groźna, bo
nikogo nie zabili, nie ograbili banku. Ale z punktu widzenia władzy
była to widać ważna sprawa. Sędzia
zadawał dużo pytań i o polskim Towarzystwie i o jego składzie i co ono
robi. Prezes Towarzystwa opowiadał
o pracy Towarzystwa. Patrzyłem ja
uważnie na prezesa sądu i myślałem
sobie, znając białoruską rzeczywistość , że nie może na Białorusi być
głównym sędzią nie małego miasta
człowiek nie dyspozycyjny do wyższych władz .Bo jeżeli taki sędzia
nie wykona rozporządzenie z góry
on prędko straci pracę. Patrzyłem
na niego i myślałem, „a jeżeli tobie
towarzyszu powiedzą wysłać człowieka do więzienia, za świece na
grobie , czy ty wyślesz go?” . Myślę
że wysłałby , bo swoja koszula bliżej
do ciała, niż prawda. Ale ciekawe, że
ten sędzia zrobił na mnie jednak dobre wrażenie, był bardzo kulturalny i
uprzejmy. Widziałem po jego oczach
,żę gość nie jest głupim człowiekiem
i jeżeliby Białoruś była krajem demokratycznym, to on od razu by zamknął tą głupią sprawę. Na miejscu
Kołyszki ja by jeszcze spytałem u sędzi w głos (a była u niego taka możliwość)- czy był by sąd jeżeli by ludzi
przyszli pod pomnik rozstrzelanych
w czasie II w. ś. w Lidzie sowieckich
komsomolców, czy pod pomnik Lenina i zapaliliby tam świecy , czy to
też był by za to sąd i kara??? W przerwie sądu podszedłem i takie pytanie
zadałem prywatnie wychodzącej z
sali sekretarzu sądu. Ona zaśmiała się
i powiedziała-„oczywiście nie, a potem dodała-milicja zajmuję się bzdurą”. Ale jak wiadomo punkt widzenia
zależy od punktu siedzenia. Ale do
demokracji Białorusi jest dalej niż do
Kuby i sędzia musiał „prawidłowo”
reagować na tą polityczną sprawę.
A to że sprawa jest polityczna było
wiadomo wszystkim
(i sędziemu też)obecnym na sali. Milicjanci którzy zatrzymali
Polaków
obecnych
przy grobie księdza-bohatera napisali w
protokole, że było
tam……… zebranie. Paranoja…
zebranie na grobie przy 20-ciu stopniach mrozu!!! Sędzia …..nie zgodził się z milicjantami, bo z jego
punktu widzenia było to nie zebranie, a…………mityng (jeszcze „mądrzejsza” decyzja). W naszej Lidzie
jest dwa Związku Polaków. Jeden
wierny Polsce i dlatego nielegalnie
działający , a drugi współpracujący
z władzami. A Polskie Towarzystwo
działa legalnie i władze miasta długi
czas po rozbiciu Związku Polaków
na Białorusi tolerowali Towarzystwo. I Towarzystwo to wykorzystywało dla rozwoju polskości. Ale
chyba nadchodzi kres cierpliwości
lidzkich władz. Towarzystwo od 20
lat z pozwolenia władz robili tygodniową audycję radiową na lidzkim
radio. Praktycznie była to jedyna
polska audycja radiowa na całej
Białorusi. Oczywiście każda audycja przechodziła cenzurę w dziale
ideologicznym miasta i trzeba było
uzgadniać tematy programu. A nie
tak dawno Towarzystwo zorganizowało prywatnie obejrzenie filmu
„Bitwa Warszawska 1920 r.” No a
potem była informacja w tej polskiej
audycji o tym. No i politrukom to
nie spodobało się .Dziwię się temu
, bo w kwietniu 2010 r. białoruska
państwowa TV pokazała nawet film
„Katyń”. Ale chyba film o tym jak
nasi dali nauczkę bolszewikom pod
Warszawą im mocno boli , chociaż
tyle lat minęło. No i koniec jedynej
polskiej audycji na Białorusi. Tym
razem słodko uśmiecha się z tego
światu towarzyszu Stalin, bo jemu ta
Bitwa Warszawska stała w gardle do
końca jego życia. Ale na mój pogląd
najbardziej władzom zabolało to, że
Towarzystwo postawiło na katolickim zabytkowym cmentarzu wielki
metalowy Krzyż Katyński ( bez pozwolenia władzy) i obok niego wielki kamień z napisem- „Katyń 1940”.
Bo trochę to władze cierpieli, ale po
3 miesiącach kamień katyński był
wywieziony „nieznanymi” sprawcami. Chyba nadszedł czas z punktu
widzenia władz (nie obowiązkowe
miejscowych) przycisnąć niezależne Polskie Towarzystwo do muru.
Nie chciałby być złym prorokiem,
ale widać sprawy idą do tego że by
z 3 polskich organizacji pozostawić
w Lidzie tylko jedną, całkowicie
niegroźną dla władz -prorządowy
oddział Związku Polaków. Bo im
nie przeszkadzają polskie pieśni i
tańce w tak zwanym Domu Polskim
w Lidzie. Tam już więcej jest firm
komercyjnych, niż miejsca dla odrodzenia polskości . A władze myślą -niech oni tam śpiewają polskie
piosenki ,aby nie pchali się do spraw
narodowościowych i historycznych.
A międzynarodowy dzień kobiet 8
marca mogą oni też odznaczać po
polsku, to nie szkodzi. A trzeba powiedzieć że Lida należy do drugiego (po Grodnie) miasta na Białorusi
pod względem ilości Polaków ,gdzie
oficjalnie mieszka około 40.000
Polaków, a to znaczy więcej niż w
Cieszynie, czy w Sopocie. No i następnego dnia zapadł wyrok , grzywna 2.500.000 rubli (750 zł). Na tą
wiadomość myślę że generał-gubernator Murawjow słodko uśmiecha
się w swojej trumnie i „myśli, że ci
dzisiejsi bolszewicy chociaż i zabili
jego cara są całkiem nie źli i dobrze
kontynuują sprawy ruskich carów”.
A może Polacy z Polskiego Towarzystwa w Lidzie powinni jeszcze
podziękować sądu, że organizator
wspólnej modlitwy dostał tylko dużą
grzywnę? A przecież sędzia zgodnie
z ustawą mógł dać i 15 dni aresztu, a
za czasów towarzysza Berii i 15 lat.
Bo w tym samym czasie jeden białoruski inteligent wyszedł w Mińsku
z plakatem w obronie białoruskiego
języka i za to dostał – 5 doby aresztu.
Dlatego można oburzać się na sędziego , a można i całować go po rękach
…., za sowiecki humanizm, za dobre
serce. Tylko ci „humaniści” powinni
pamiętać, że jeżeli nawet „ nieznani
” sprawcy skradną kamień z grobu
naszego bohaterskiego kapłana…to
i tak 1 i 11 listopada w tym miejscu
będą palić się świecy i to będzie tak
długo dopóki na tym miejscu nie
powstanie wielki pomnik. A pomnik
łysego Lenina będzie wywieziony z
placu centralnego na śmietnik, bo
tam jego miejsce.
A.S.Lida. Białoruś.
Nie milkną protesty w sprawie potępienia
OPERACJI WISŁA
List do Marszałka Senatu RP
Edward Bień
W
nawiązaniu do załą
czonego wystąpienia
dzierżoniowskiego
środowiska
kresowego do Pana Marszałka Senatu
RP, mając na uwadze zbliżającą się
krwawą , 70 – rocznicę rzezi Wołyńskiej zwróciliśmy się z prośbą
www.ksi.kresy.info.pl
o podjęcie działań zmierzających
do potępienia a a w konsekwencji
do anulowania uchwały Senatu z
dnia 3 sierpnia 1990r potępiającą
operację „ Wisła” która zdaniem
środowisk Kresowych i kombatanckich jest haniebną uchwałą podjętą
bez głębszej
analizy faktów hi-
storycznych , dyskusji merytorycznej, a przede wszystkim bez najmniejszej wzmianki o ukraińskim
ludobójstwie, które było przyczyną
tej operacji .
Z podobną inicjatywą wystąpiło dzierżoniowskie środowisko
kombatantów, które również nie
akceptuje i ostro potępia powyższą uchwałę – jako żywi uczestnicy walk ze zbrodniczą formacją
UPA.
Uważamy ,że operacja „Wisła”
w1947 r. uzasadniona i konieczna,
bowiem zapobiegała dalszemu rozlewowi krwi ludności Polskiej, a
Kresowy Serwis Informacyjny
także sprzecznej z poszanowaniem
prawdy historycznej i polskiej racji stanu. Uchwała Senatu rozzuchwaliła pogrobowców Bandery
do szowinistycznych i anty polskich działań. Stała się zachętą do
podjęcia próby potępienia również
przez Sejm RP
1 marca 2013 - strona 35
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Dzierżoniów, 15 luty 2013 r.
Pan Marszałek Senatu RP
Bogdan Borusewic
Warszawa
Szanowny Panie Marszałku,
Stowarzyszenie Kresowian Ziemi Dzierżoniowskiej zwraca się z uprzejmą prośbą o podjęcie działań zmierzających do anulowania Uchwały Senatu z dnia 3 sierpnia 1990 roku
potępiającą operację „Wisła” zbudowaną na wybiórczych faktach historycznych, która usankcjonowała fałszowanie historii stosunków polsko – ukraińskich.
Ubolewać należy, że w Polsce doszło do potępienia przez Senat operacji obronnej „Wisła”, która była środkiem zastosowanym w warunkach wyższej konieczności, skierowanym przeciwko banderowskim mordom ludności polskiej przez tzw. Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) zmierzającym do oderwania południowo – wschodnich terenów od
Polski. Fakt ten spowodował, że w kwietniu1997 roku obradujący w Polsce Zjazd Ukraińców podjął uchwały, w których oskarża się Polaków o zbrodnie wobec narodu ukraińskiego. Działacze ukraińscy zrzeszeni w Związku Ukraińców w Polsce domagają się zadośćuczynienia za szkody uczynione w czasie operacji „Wisła”. Chodzi o takie postulaty,
jak zwrot własności, przeproszenia poszkodowanych, przyznania im odszkodowania, uznanie operacji przeciwko UPA za zbrodniczą.
Zadziwiająca była wówczas postawa wybitnych polityków polskich uczestniczących w obradach Zjazdu. Należało się spodziewać, że politycy, piastujący wysoką godność w
polskim parlamencie, zajmą krytyczne stanowisko wobec perfidnych żądań Związku Ukraińców w Polsce. Tak się nie stało. Nie tylko nie potępili działaczy ukraińskich i nacjonalistów ukraińskich, lecz pozwolili im na oskarżenie o zbrodnie Polaków. Wytłumaczyć to można jednoznacznie – polski parlament jest przesiąknięty ludźmi solidaryzującymi się z nacjonalistami ukraińskimi (są na to dowody) działającymi w Związku Ukraińców w Polsce, finansowanych z budżetu państwa, czyli z podatków Polaków. Od 1997
roku nic się w tej kwestii nie zmieniło, a wręcz pogłębiło, czego dowodem niech będzie uchwała Sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych z dnia 8 listopada
2012 roku, potępiająca operację „Wisła” Przewodniczący komisji pan Miron Sycz, syn Aleksandra Sycza, członka zbrodniczej OUN – UPA, aresztowanego podczas operacji
„Wisła”, osadzonego w Jaworznie, skazanego na karę śmierci, zamienioną na 15 lat, wykorzystuje organy państwa do rehabilitacji tych ludobójczych formacji oraz własnego
ojca. Czy taki człowiek – poseł ma moralne i konstytucyjne prawo, aby reprezentować interesy narodu polskiego w parlamencie? Przecież nie może być sędzią i adwokatem
we własnej sprawie. Odnosimy wrażenie, że wpływowej grupie ludzi w Polsce, w tym również w kręgach władzy, problemy zbrodni ukraińskich nacjonalistów nie są znane lub
świadomie przemilczane, co miałoby ułatwić ułożenie dobrosąsiedzkich stosunków z Ukrainą. Czy prawda historyczna może zostać na ołtarzu „dobrosąsiedzkiego” pojednania
między Polską a Ukrainą?
Senat Solidarnościowy (99%) w 1990 roku podjął haniebną uchwałę potępiającą operację „Wisła” bez najmniejszej wzmianki o ukraińskim ludobójstwie, które było przyczyną tej operacji. Operacja „Wisła” została przeprowadzona w obronie ludności polskiej przed ludobójstwem UPA i w obronie ładu pokojowego na południowo – wschodnich
rubieżach Rzeczpospolitej, dlatego nie może być do niej zastosowana formuła „potępienia”. Rachuby o wzajemności, czyli potępienia przez władze Ukrainy ludobójstwa UPA
okazały się chybione. Wszelkie gesty z naszej strony, przyjazne Ukrainie, zaowocowały twardym i nieustępliwym stanowiskiem jej władz, będących pod wpływem ukraińskich
nacjonalistów, kontynuujących tradycje OUN – UPA i prezentujących roszczeniowe stanowisko wobec Polski. Rozumiemy potrzebę ułożenia stosunków dobrosąsiedzkich z
Ukrainą, ale nie za wszelką cenę, nie kosztem Polski, nie drogą upokorzeń Polaków. Uważamy, że pięknym gestem ze strony Senatu i jednocześnie odpowiedzią na „harce”
nacjonalistów ukraińskich byłoby uwzględnienie naszej propozycji , mając na uwadze zbliżającą się 70 Rocznicę rzezi wołyńskiej, której ofiarami padło ponad 60 tysięcy niewinnych Polaków.
Niech Wam Szanowni Senatorowie nie zabraknie woli politycznej w tej tak ważnej kwestii dla Polski i Polaków, a dotyczącej anulowania uchwały z 1990 roku.
Tego oczekuje od Was parlamentarzystów Społeczność Kresowa. Będziemy wdzięczni Panu Marszałkowi za zapoznanie z naszym stanowiskiem prezydium Senatu i pozostałych członków Wyższej Izby.
z wyrazami szacunku w imieniu Stowarzyszenia Kresowian.
Florian Kuriata -wiceprezes
Edward Bień - prezes
Historyk Samborski w sprawie rekonstrukcji
historycznej Wołyń 1943 w Radymnie
Mieczysław Samborski
ul. Ogrodowa 11 A
37- 300 Leżajsk, woj. podkarpackie
[email protected], 503099061
Leżajsk 1 III 2013 r.
Szanowna Pani
Anna Gorczyca
Gazeta Wyborcza o/Rzeszów
dot. artykułu pt. Pod Radymnem chcą odtworzyć rzeź wołyńską (GW z 28 II 2013 r)
Szanowna Pani Redaktor,
i znowu nie zawiodła mnie Pani. Jak jest tylko możliwość dokuczenia Polakom, to Pani i prze-wodniczący ZUwP – Piotr Tyma zawsze stoicie gotowi do ataku.
Czy wie Pani, iż inicjatorzy inscenizacji już odnieśli sukces – i nawet Pani już wie, iż w lipcu tegoż roku będziemy obchodzić 70. rocznicę ludobójstwa
dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Wołyniu. Ja jeszcze dodam, iż wymordowali tam nie mniej niż 60 tys. Polaków.
Mnie wydawało się, iż ludzie inteligentni wyciągają wnioski z przeszłych zdarzeń. Na przykład red. Jarosław Kurski zmienił front i w centralnej GW dali
sobie już spokój z tzw. po-jednaniem. Redaktorzy P. Smoleński i M. Wojciechowski zmienili „specjalizację”. Tylko Pani trwa nadal na posterunku...
Moja propozycja darowizny kilku tysięcy złotych dla wskazanego przez Panią domu dziecka, za wskazanie chociażby jednego swojego artykułu życzliwego (w sprawach pol-sko-ukraińskich) jest nadal aktualna. Gdyby Pani brakowało myśli twórczej to podpowiadam trzy następujące propozycje tematów:
1. Dlaczego organizacje ukraińskie w Polsce w tym roku, otrzymają 2 mln złotych dotacji, a Związek Polaków na Ukrainie z/s we Lwowie został w ub. roku
wyrzucony na bruk, ze względu na niemożliwość zapłaty „paskarskiego” czynszu za dwa pokoiki w suterenie;
2. Dlaczego na Podkarpaciu odsłonięto ostatnio trzy „memoriały” ukraińskie, ale żadnego polskiego. Jaką rolę odegrali tutaj Pani wojewoda Chomicz i szef
sejmiku wojewódzkiego Karapyta;
3. Dlaczego władze państwowe nie chcą zorganizować uroczystości państwowych w sprawie 70 rocznicy ludobójstwa na Wołyniu. Czy są planowane uroczystości na Podkarpaciu.
Z wyrazami szacunku Mieczysław Samborski
Strona 36 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Z prasy polonijnej
Lwów dawny i współczesny Pomóżmy Marysi
KURIER GALICYJSKI
ze Lwowa
Lwów – miasto magiczne, miasto
niezwykłe, miasto skrzyżowania
kultur. Miasto Wschodu i Zachodu. Miasto, które leży na głównym dziale europejskim, miasto,
wody którego spływają do Bałtyku i również do Morza Czarnego.
To miasto wielonarodowościowe,
wielojęzyczne,
wielokulturowe,
wieloobrządkowe.
Takie było zawsze od zarania swojej
historii, kiedy w roku 1256 król Daniło Romanowicz zbudował zamek
na wzgórzu, panującym nad błotnistą doliną rzeki Pełtwi i w roku
1356, kiedy król Kazimierz Wielki
nadał jemu prawo Magdeburskie.
Genius loci Lwowa jest rzeczą oczywistą i jednocześnie nie możliwą do
zrozumienia. Tyle razy niszczyły go
groźne pożary (najstraszniejszy w
1527 r.) i tyleż razy odradzał się on
znów z popiołów. Miasto wytrzymało tyle oblężeń i szturmów, płaciło ogromne okupy, tymże Szwedom
w 1704 r., i znów odradzało się.
Na jego placach i w jego kramach
słychać było najróżniejsze języki i
narzecza, europejskie i azjatyckie.
Tutaj można było spotkać kupców
nie tylko z Gdańska, Wrocławia
czy Norymbergi, nie tylko z Kijowa i Kamieńca Podolskiego, lecz z
Wołoszczyzny, Transylwanii (sam
słynny Wład Drakuła nadał kupcom
lwowskim przywileje handlowe!),
Krymu i Stambułu. Kupcy lwowscy,
zwłaszcza Ormianie, wysyłali swoje
karawany w dalekie kraje, docierali do Persji, Indii, Libanu i Egiptu.
Magiczne miasto przyciągało ludzi
różnych obrządków i różnych narodowości. Czuli się tutaj swojsko,
zakładali rodziny, osiedlali się na
zawsze. Rusini i Polacy, Niemcy i
Ormianie. Żydzi ze Wchodu, z krajów tatarskich i Żydzi z Zachodu z
Hiszpanii i Niemiec spotkali się na
tej ziemi po wielu wiekach tułaczki.
Temperamentni Włosi, jak to Alessandro Ubaldini, krewny papieża
Sykstusa IV i trzech kardynałów. A
jeszcze możne rody Alberti, Massari, Bandinellich, Confortino, Pandulfi, Montepuli, Ducci. Przybywali
z Florencji, Wenecji, Rzymu i Lewantu.
Jak pisze Wł. Łoziński „przynieśli ze sobą awanturniczość, pewną
imaginację, obrotność, rozległość
horyzontu, właściwą żeglarskim
kupcom, i dorzucili do miejscowego
społeczeństwa coś z fantastycznego
kolorytu swojej niezdecydowanej
włosko – orientalnej rasy; z Włochami z Florencji przyszła prócz całej dostojności kultury także wysoka
dystynkcja pierwszego na kuli ziemskiej patrycjatu, tradycja prastarej
świetności municypalnej”. Obok
kupców włoskich przywędrowali do
Lwowa liczni architekci i budowniczy, przynieśli ze sobą nowe prądy
kulturalne. Przybierali we Lwowie
miejscowe nazwiska. Paolo Dominicci stał się Pawłem Rzymianinem,
a dalej włoscy członkowie lwowskiego cechu budowniczych o nazwiskach Paweł Szczęśliwy (Paulus
Italus Clamensi), Piotr Życzliwy,
Piotr Barbon, Ambroży Przychylny
(Amrosius Simonis Verbene Nutclaus), Adam Pokora (Adam de Larto
Italus), Zachariasz Sprawny (Zaccaria Castello de Lugano), Jakub Medlana, etc. Dzieła ich talentu i ich
pomysłów to renesansowe kamienice w Rynku, wspaniałe budowle kościołów ojców bernardynów, sióstr
Klarysek i Benedyktynek, Cerkiew
Wołoska, wieża Korniakta, dzwonnica Katedry Ormiańskiej.
Miasto nie mogło się rozwijać bez
nowych impulsów, nowego widzenia świata, rozległości horyzontów
jego mieszkańców. Wszystko to nie
było możliwe bez nowych i nowych
przybyszy, bez świeżej krwi, bez
moralnej walki z prowincjonalizmem. Lwów zawsze miał ambicje,
chciał być metropolią, jego mieszkańcom od wieków była obca atmosfera prowincji, zaściankowości.
www.ksi.kresy.info.pl
KURIER GALICYJSKI
Marysia, to młoda Polka ze Lwowa, mama maleńkiej Sylwii. Od 9
lat choruje na stwardnienie rozsiane.
To choroba, której nie wyleczy się
lekami, można jednak zatrzymać
ją, stosując odpowiednią rehabilitację. Na Ukrainie nie ma zbyt wielu
możliwości, by walczyć z chorobą.
Marysi potrzebna jest rehabilitacja
w specjalistycznych ośrodkach w
Polsce. Długa i kosztowna. Obecna
sytuacja ekonomiczna na Ukrainie,
nie pozwala na pokrycie chociażby
jednego kursu rehabilitacji z własnych środków. Marysia jest redaktorem Polskiego Radia Lwów.
Wszystkim, którzy chcieliby wesprzeć Marysię w jej walce z chorobą, którym nie jest obojętny los
Polaków, żyjących na Kresach, prosimy o wpłaty na nasze konto, z do-
piskiem – ,,Maria Pyż”: BGŻ SA 23
2030 0045 1110 0000 0222 0700
Monika Narmuntowska- Michalak
www.fundacjamosinga.
zgora.eu
Uspaskich: Przyszły
czasy stalinowskie
DELFI
Sędzina Daiva Pranytė-Zalieckienė
rozpatrująca sprawę Partii Pracy
(Darbo partija) rozgniewała Wiktora
Uspaskicha. Prośbę polityka o odroczenie przesłuchania sędzina oceniła jako odmowę złożenia zeznań. Po
nizowała Pranytė-Zalieckienė.
Kolegium sędziów zaakceptowało
prośbę Gapšysa i Liutkevičienė i
rozpatrywanie sprawy przełożyło
na jutro. Uspaskich oświadczył, że
również jest gotowy jutro zeznawać,
rozmowie z adwokatem, Uspaskich
oficjalnie odmówił złożenia zeznań.
Po odrzuceniu przez kolegium sędziów wszystkich próśb Uspaskicha
o uzupełnienie materiałów sprawy
oraz otrzymaniu 5 minut na rozmowę z adwokatem, lider Partii Pracy
odmówił składania zeznań.
„Widzę, że proces odbywa się na
czyjeś zamówienie. Rozumiem, że
wyrok już został wyniesiony” - odparł Uspaskich.
„Szanowna sędzino, nie zważając
na to, że jest pani bardzo ładna, nie
ufam pani” - dodał polityk.
Złożenia zeznań również odmówiła
inna oskarżona Vitalija Vonžutaitė,
natomiast Vytautas Gapšys obiecał
zeznania złożyć jutro. O to samo
poprosiła również czwarta oskarżona Marina Liutkevičienė.
„Jutro znów będzie za mało czasu, i
jutro znowu będzie pojutrze?” - iro-
jednak sędzina nie zwróciła uwagi
na jego słowa.
Uspaskich: Przyszły czasy stalinowskie
„Oczywiście tego nie pokażecie. Takie wasze zadanie. Przyszły czasy
stalinowskie i dyktatura. Całkowity
prawny nihilizm. Pożałowali mi jednego dnia na przygotowania, nawet
przy sowietach tego nie było” - po
rozprawie dziennikarzom skarżył
się Uspaskich.
Polityk pokazał papkę z zapisanymi
kartkami, na których są spisane jego
jeszcze nieredagowane zeznania.
„Piszę po nocach, ale oni przestraszyli się wysłuchać moich zeznań.
Sąd, władza, oponenci, wszyscy
przestraszyli się, ponieważ są tu
nazwiska, liczby, fakty, dowody jak
zostało okradzione państwo” - powiedział Uspaskich.
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 37
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Kolejny antypolski wybryk Kradzież w Kaplicy
Ostrobramskiej
w Wilnie
WILNOTEKA
KURIER WILEŃSKI
„Lenkija lenkams”, „Lietuva lietuviams”, „Polska no” („Polska dla
Polaków”, „Litwa dla Litwinów”,
„Polska nie”) — takie i inne hasła
obrażające Polaków oraz namalowane sprayem słupy Giedymina
pojawiły się na ścianach Filii im.
Antoniego Wiwulskiego wileńskiej
Szkoły Średniej im. Joachima Lelewela przy ul. Minties 3.
Napisy pojawiły się w nocy z soboty na niedzielę (16/17 lutego). Zauważył je w niedzielę o 8 rano stróż
szkoły, który od razu poinformował
policję.
— To jakiś brzydki chuligański wybryk — powiedziała oburzona wicedyrektorka szkoły Teresa Bylińska
— szkoła poniesie teraz koszta, trzeba to jakoś wyczyścić, zamalować.
Szkoła nie posiada monitoringu,
dlatego śledztwo w tej sprawie będzie raczej utrudnione. Jak poinformowała redakcję Evelina Paguonis,
rzeczniczka prasowa I Komisariatu
Policji, do aktu wandalizmu doszło
w nocy po obchodach święta 16 lutego. Funkcjonariusze policji zostali
wezwani do filii Szkoły Średniej im.
J. Lelewela, gdzie zastali ściany pomalowane czerwoną, zieloną i niebieską farbą. W tej sprawie zostało
wszczęte wstępne dochodzenie.
— Prosimy wszystkich, kto kogokolwiek mógł rozpoznać lub cokolwiek widział, o telefoniczne powia-
domienie policji na nr 112 i złożenie
stosownego oświadczenia — prosiła
funkcjonariuszka policji.
Do aktów wandalizmu na tle antypolskim dochodziło już w ubiegłym
roku. W czerwcu 2012 r. wandale zbezcześcili znajdujące się na
Kwaterze Legionistów Starej Rossy Mauzoleum Marszałka Józefa
Piłsudskiego i grób Jego Matki. Na
granitowej płycie, pod którą spoczywa serce Marszałka, pomarańczową
farbą namalowane zostały tzw. „słupy Giedymina”. Akt wandalizmu
potępili wtedy premier litewskiego
rządu Andrius Kubilius, przewodnicząca Sejmu Irena Degutienė oraz
minister spraw zagranicznych Audronius Ažubalis.
Do kolejnego wybryku doszło w
listopadzie ubiegłego roku, kiedy
chuligani przy Mauzoleum Matki
i Serca Syna na Rossie umieścili
transparent z pogróżkami pod adresem europosła, przewodniczącego
Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemara Tomaszewskiego
oraz imitacje ładunków wybuchowych. W tej sprawie również zostało wszczęte śledztwo, w wyniku
którego zatrzymano na 48 godzin
pięciu członków radykalnej nacjonalistycznej organizacji, podejrzanych o zbezczeszczenie mauzoleum
Józefa Piłsudskiego i jego matki na
wileńskiej Rossie. Zabezpieczono
„rzeczy i dokumenty” ważne dla
śledztwa.
— To, co się stało, jest okropne —
powiedziała Regina Sawlewicz,
wicedyrektorka Filii im. Antoniego Wiwulskiego wileńskiej Szkoły
Średniej im. Joachima Lelewela —
powstrzymam się na razie od wszelkich komentarzy.
Kryzys podkręca
nacjonalizmy
W Wilnie 11 marca planowany jest nacjonalistyczny przemarsz z okazji
Dnia Odzyskania Niepodległości Litwy. Z sondażu
spółki „Spinter tyrimai”
wynika, że tego rodzaju
przemarsze popiera już
prawie jedna piąta mieszkańców Litwy — 18 proc.
Jednak jako optymistyczna przeciwwaga wypadła
liczba przeciwników tego
rodzaju demonstracji —
44 proc.
— Wszelkie nacjonalizmy, wszelkie
nastawienia, które wywyższają jedną grupę nad drugą, w normalnych
demokratycznych warunkach mają
ujemną wartość i faktycznie powinny być potępiane.
Takie radykalne, nacjonalistyczne
nastawienie nie ma większej perspektywy. Poparcie dla pochodu
wśród respondentów wyrazili w
większości mężczyźni, mieszkańcy
centrów rejonowych, z niższym wykształceniem, i w młodszym wieku.
Nie zgadzają się na pochód kobiety
i mieszkańcy wielkich miast.
— W zachowaniach społecznych są
pewne prawidłowości. Nastawienie
nacjonalistyczne oraz dyskryminacyjne wzmaga się w warunkach
upadku gospodarczego i wzrostu
trudności ekonomicznych. Wzrasta wtedy napięcie społeczne, które
Ksiądz prałat Jan Kasiukiewicz,
rektor Kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej, odmawia jakichkolwiek
komentarzy dla mediów.
Nie jest to pierwsza kradzież w Kaplicy Ostrobramskiej. Przed trzema
laty, w czasie trwania kontrowersyjnego remontu schodów w kaplicy, skradziono 6 srebrnych wotów,
których do tej pory nie udało się
nia sondażu dotyczyły także haseł,
padających na nacjonalistycznych
przemarszach. W poprzednich latach w pochodach zorganizowanych dla uczczenia święta 11 marca
faszyzująca młodzież skandowała
„Litwa dla Litwinów”, „Nie — dla
Wschodu i Zachodu, Litwa — dzieciom Litwy”. Takiej retoryce przytaknęło 12 proc. respondentów, 57,4
proc. wyraziło swój sprzeciw, 26,9
proc. nie miało zdania.
Podobne hasła popiera młodzież
do lat 25, mieszkańcy centrów rejonowych. Nie zgadzają się z tymi
hasłami respondenci powyżej 36 lat,
posiadający wyższe wykształcenie,
mający wyższe dochody mieszkańcy wielkich miast. Z okazji święta
Odrodzenia Niepodległości Litwy
16 lutego br. odbył się przemarsz
Związku Młodzieży Narodowej Litwy w Kownie. Wspólnota Żydów
Litwy wyraziła zdecydowany sprzeciw rozniecaniu niezgody narodowej.
KURIER WILEŃSKI
Bogusław
Grużewski,
kierownik Instytutu Pracy
i Badań Społecznych, zachowania nacjonalistyczne ocenia jednoznacznie:
Ostra Brama w Wilnie, fot.
wilnoteka.lt
Z kaplicy w Ostrej Bramie skradziono dwa wota
o łącznej wartości około 2
tys. litów. Policja poszukuje podejrzanego o kradzież
43-letniego mężczyzny.
Zniknięcie wotów zauważono we wtorek rano. W
Kaplicy Ostrobramskiej nie
ma systemu monitoringu,
zatrudniony jest jedynie
stróż. Prawdopodobnie kradzieży
dokonano w momencie, gdy kaplica
nie była pilnowana.
wynika z obniżenia poziomu konsumpcji i możliwości zadowolenia
swoich potrzeb przez mieszkańców.
Stąd można wyciągnąć następujący
wniosek: ponieważ sytuacja gospodarcza i poziom życia na Litwie się
nie polepsza, nastawienie nacjonalistyczne i agresja społeczna może się
akumulować. Ludzie w taki sposób
wyrażają swoje niezadowolenie,
które często znajduje ujście w zachowaniach nacjonalistycznych —
mówi Bogusław Grużewski. Pyta-
Strona 38 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
„W czasie pochodu brzmiały hasła »Litwa — dla Litwinów«, były
niesione plakaty »Wczoraj Juden
raus, dzisiaj Litwa dla Litwinów«.
To aluzja, że uczestnicy pochodu,
wśród których byli też młodzi ludzie z ogolonymi głowami, uważają
Litwę za etnicznie litewskie państwo, a wszyscy inni mieszkańcy
są ludźmi gorszego gatunku. Takie
zachowanie przeczy też orzeczeniu
Sądu Konstytucyjnego, że naród —
to wszyscy jego obywatele, nie zaś
etniczni Litwini” — napisane jest w
rozpowszechnionym oświadczeniu
Wspólnoty Żydów Litwy, które zostało podpisane przez pełniącą obowiązki prezes Fainę Kukliansky.
Prezes Związku Młodzieży Narodowej Litwy Julius Panka oświadczył,
że oskarżenie o hasła antysemickie
to pomówienie. Jego zdaniem, hasła
skandowane w trakcie pochodu z 16
lutego br. w Kownie „Litwa — dla
Litwinów, Litwini — Litwie” nie
odnaleźć.
W Kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej znajduje się łącznie około
8 tysięcy wotów różnego rodzaju.
To medaliony, ryngrafy, tabliczki,
korale. Najstarsze wotum pochodzi
z 1802 r.
Wota kilkakrotnie porządkowano i
częściowo przeniesiono do skarbca. Ostatnio uczyniono to w 1993
r., w trakcie porządkowania kaplicy przed przyjazdem papieża Jana
Pawła II.
przynoszą żadnej szkody dla mniejszości narodowych.
— Takie napięcia mogą być elementem gry politycznej, niektórzy
politycy w ten sposób poszukują
popularności. Nie znam szczegółów, ale trzeba się bliżej przyjrzeć
tym, którzy być może stale organizują podobne pochody, od dawna
sztucznie nagniatają podobne nastroje — mówi kierownik Instytutu
Pracy i Badań Społecznych Bogusław Grużewski. Kierownik biura
im. Szymona Wiesenthala w Jerozolimie Efraim Zuroff twierdzi, iż najgorszą rzeczą jest to, że podobnych
pochodów nacjonalistycznych nie
potępiają politycy litewscy najwyższej rangi.
— Jest jeszcze aspekt wartości wpajanych dla młodzieży. Cała polityka
szkolnictwa średniego i wyższego,
szacunek do inności, tolerancja,
możliwości samorealizacji osób
młodych — bardzo wpływa na ducha w społeczeństwie i przejawia
się w ruchach młodzieżowych. Tutaj również są problemy, gdyż braki
finansowe ograniczają możliwości
samorealizacji młodzieży, uczestniczenia. Elementem polityki państwowej musi być, by w procesie
edukacyjnym był czas na dziecko.
Jeżeli jest ono pozostawione samo
sobie, to znajdzie dla siebie prądy,
które będą tolerowały agresję i nacjonalizm może być jednym z nich.
Myślę, że wśród tej młodzieży jest
wielu wspaniałych mądrych ludzi,
po prostu w ich wychowaniu zabrakło szacunku dla innych ludzi —
mówi Bogusław Grużewski.
***
W tym roku samorząd m. Wilna organizatorom przemarszu nie wydał
zezwolenia na przemarsz centralną
aleją Giedymina, tylko skierował go
na ulicę Upės. Organizatorzy przemarszu zaskarżyli taką decyzję stołecznego samorządu w sądzie.
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Społeczne Archiwa i Zielone
Archiwum Mówionej Historii
zZofiaMrągowa
Wojciechowska
ności i dołączenia do sieci archiwów
społecznych.
Kontakt:
Fundacja Ośrodka KARTA
ul. Narbutta 29 02-536 Warszawa
tel. 22 848 07 12
wwww.karta.org.pl
Program „Archiwistyka społeczna”:
www.archiwa.org [email protected]
tel. 22 844 10 55
S
towarzyszenie Zielone Dzieci i nasze Zielone Archiwum
Mówionej Historii znalazło
się na liście polskich archiwów społecznych. Dziękuję za
wszystkie rady. Pozdrawiam.
Stowarzyszenie działa od 2007 roku.
Organizacja pracuje na rzecz
rozwijania kontaktów międzypokoleniowych, międzynarodowych, zachęca do wolontariatu. Zajmuje się
również promocją regionu Warmii i
Mazur.
Stowarzyszeniu przyświeca motto: „Bliżej natury, bliżej… serca…
świata”. W 2009 roku Stowarzyszenie „Zielone Dzieci” opracowało
program Zielone Archiwum Mówionej Historii. Celem akcji jest
zaszczepienie w młodym pokoleniu
wrażliwości na pamięć o tragicznych
momentach historii regionu, która
ze względu na emigracyjną wielokulturowość jest bardzo różnorodna.
Zielone Archiwum Mówionej Historii dokumentuje dzieje regionu, rejestrując w formie reportażu i nagrań
opowieści np. pana Ryszarda Bitowt.
W archiwum znajdują się repliki
zdjęć, dokumentów dotyczących
Mrągowian, Repatriantów, Kresowiaków.
Materiały umieszczane są w postaci
cyfrowej na portalu Radio Wnet.
Narodowy Instytut Audiowizualny i
Fundacja Ośrodka KARTA zajmująca się działalnością na rzecz utrwalenia dziedzictwa historycznego
wyróżniła nasze działania umieszczając Zielone Archiwum Mówionej
Historii na światowej liście polskich
archiwów społecznych. Typ zasobu
ZAMH to:
fotografia, wspomnienia, nagrania
audio.
Zachęcamy do odwiedzania strony
internetowej naszego stowarzyszenia
http://www.zielonedzieciaki.ffp.org.
pl Stowarzyszenie Zielone Dzieci z
Mrągowa ma swoje miejsce na stroni
www.archiwa.org, na której prezentowane są polskie archiwa społeczne,
ale także materiały
edukacyjne (podstrona:Materiały).
Wszyscy mamy nadzieję, że dzięki
bazie archiwów pokażemy jak silny
i ważny jest ruch archiwistyki społecznej w Polsce. Jeśli znają Państwo
wśród swoich zbiorów stare
fotografie i zechcą podzielić się niezwykłą historią z nimi związaną bądź
ze swoim życiem, bardzo prosimy o
zgłoszenie do nas.
Zofia Wojciechowska
Stowarzyszenie Zielone Dzieci
tel. 518 921 104
e-mail [email protected]
Oprócz tego, zachęcam do wysłuchania audycji o archiwach społecznych
http://www.polskieradio.pl/9/1364/
Artykul/762808,Zdjecia-z-szuflady-maja-wartosc
_______
Archiwa społeczne istnieją zazwyczaj
przy stowarzyszeniach i fundacjach,
jako integralna choć często niewyodrębniona sfera ich działalności.
Gromadzą fotografie, wspomnienia,
nagrane relacje, dokumenty życia
społecznego. Wkraczają na obszary zwykle pomijane przez archiwa
państwowe, ocalając historię życia
codziennego, dzieje lokalne, opowieści zwykłych ludzi. Niektóre z tego
rodzaju archiwów, istniejące wiele
lat, zgromadziły pokaźne zbiory i te
współpracują na ogół z państwową
służbą archiwalną. Większość to jednak inicjatywy czysto lokalne, znane
jedynie wąskiemu gronu, osamotnione. Prowadzone często przez pasjonatów, wolontariuszy, którzy mimo
braku wsparcia z czasem stają się specjalistami w swojej dziedzinie.
Pasja leży u źródeł powstania i działalności archiwum. Cel gromadzenia
materiałów historycznych przyświeca
ich twórcom od początku lub też pojawia się w trakcie prowadzenia innej
działalności, w miarę uświadamiania
sobie wartości a jednocześnie ulotności źródeł historycznych proweniencji
prywatnej.
Archiwa społeczne są miarą społeczeństwa obywatelskiego – objawiają,
na ile ono istnieje. Uczestniczą w tym
przedstawiciele wszystkich pokoleń:
starsi jako „dostarczyciele” i opiekunowie źródeł historycznych, młodsi
zaś nierzadko jako osoby organizujące upamiętnienie i przenoszące zbiory
do przestrzeni internetowej.
Ośrodek KARTA od 2012 realizuje
projekt „Archiwa społeczne w Polsce” służący profesjonalizacji archiwistyki społecznej, gromadzeniu informacji o rozproszonych archiwach
powstających oddolnie, dostarczaniu
narzędzi edukacyjnych, wzmocnieniu
i promocji tej dziedziny życia publicznego. Zależny nam na pokazaniu tego
dziedzictwa kulturowego i ułatwieniu
do niego dostępu.
Portal.
Na stronie www.archiwa.org przedstawiamy otwartą bazę archiwów
społecznych, zawierającą informacje
o zasobach i dostępie do nich. Strona
stanowi także przestrzeń dla archiwistów obywatelskich: służącą edukacji
i wymianie doświadczeń. Portal będzie zawierać również katalogi zbiorów archiwalnych.
Publikacja.
„Archiwistyka społeczna” to pierwsza książka poruszająca całościowo
temat oddolnego gromadzenia dokumentacji historycznej w Polsce, będąca zarazem zaproszeniem do dyskusji
dla badaczy i praktyków tej dziedziny. Książka zawiera istotne materiały
edukacyjne dla archiwistów społecznych. Dostępna jest również na stronie www.archiwa.org.
Dołącz do nas
Zbieramy informacje o archiwach
społecznych, aby pokazać siłę i wagę
tego ruchu wspierać się wzajemnie
doświadczeniem i wiedzą, wzmocnić
nasz wspólny głos.
Zachęcamy do przyłączenia się do
naszej inicjatywy. Prosimy o kontakt
tych, którzy mają informacje o archiwach społecznych. Stowarzyszenia,
fundacje, grupy nieformalne bądź
inne organizacje gromadzące świadectwa historyczne zachęcamy do
poinformowania nas o swojej działal-
Ośrodek KARTA proponuje
następującą definicję:
Archiwum społeczne prowadzone
jest przez organizację pozarządową lub powstaje przy jednostce samorządu terytorialnego w efekcie
celowej aktywności obywatelskiej.
Archiwum gromadzi, przechowuje,
opracowuje (w celu udostępniania)
materiały dokumentowe, ikonograficzne, audiowizualne. Dokumentacja ta tworzy niepaństwowy zasób
archiwalny.
NIE POTĘPIENIU OPERACJI WISŁA
Wejdź i czytaj nowy serwis
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 39
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Akcja zbierania podpisów trwa
Redakcja
P
odobnie jak w styczniu, również i w lutym prowadzona
była akcja zbierania podpisów pod projektem Ustawy
w sprawie ustanowienia dnia „11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian ”.
W marcowym wydaniu KSI poinformujemy o wynikach naszej
akcji ponieważ na marzec przypada zakończenie naszej akcji.
W bieżącym wydaniu zamieszczamy fotorelacje z miejsc w
których zbierano podpisy.
MĘCZENNIKOM KRESÓW Z ZIEMI SZKOTÓW
W milionowym mieście w Glasgow w Ziemi Szkotów na Wyspach Brytyjskich, gdzie żyje i pracuje niemal 30 tys. Polaków, z powodzeniem rozwija się akcja zbierania podpisów pod
projektem ustawy:
Radio WNET zbira podpisy
red. Krzysztof Skowroński prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, założyciel Radia Wnet podpisuje Apel w sprawie
ustawy 11 LIPCA DNIEM PAMIĘCI MĘCZEŃSTWA KRESOWIAN
W Radio Planeta Mrągowo
Nagrywamy audycję - gość radia Planeta członek społecznego
Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej Zofia Wojciechowska
audycja - Akcja KIU na rzecz ustanowienia dnia 11 LIPCA
DNIEM PAMIĘCI MĘCEŃSTWA KRESOWIAN
Po zakończenia audycji programu POMOST Radia Wnet,
Zdzisław Koguciuk z Lublina przekazał pakiet 760 podpisów.
Oczywiście podpisy z Lublina wpływają cały czas jednakże
ten okazale wyglądający jednorazowy pakiet wymaga upublicznienia.
Z Mrągowa przekazujemy listy dalej...
Zbieramy podpisy pod projektem Ustawy uchwalającej 11 lipca jako "Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian". Z Mrągowa przekazujemy listy dalej, by inni też mogli wyrazić swoje
wsparcie.
Trwa nadal akcja zbierania podpisów w celu: Ustanowienia
dnia 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian, prowadzona przez Klub Gazety Polskiej w Essen, przy Polskiej Misji
Katolickiej w Essen.
Strona 40 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
Luiblin nie zwalnia. Akcja zbierania podpisów trwa nadal
Podczas zbierania podpisów została przeprowadzona relacja z
powyższego przez Radio Lublin gdzie mówiłem o akcji zbierania podpisów w całej Polsce jako inicjatywie wszystkich
kresowian i ludzi dobrej woli dla którym pamięć o tych potwornych zbrodniach na Kresach Wschodnich należy zachować po wszystkie czasy i ku temu zmierza zbieranie podpisów
jako inicjatywy ustawodawczej.
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Mrągowianie nadal podpisują listy. Starosta Mrągowski Bogdan Kurta jest z nami i wielu innych. Mrągowskie Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej pozdrawia.
Marszałek Franciszek Stefaniuk z PSL składa podpis na liście
poparcia KIU
Jak w każdą niedzielę, Solidarni 2010 z Warszawy
zbierali podpisy pod projektem Ustawy w sprawie
ustanowienia dnia 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian. Pomimo nieustających mrozów,
Solidarni 2010 z Warszawy wystawili namiot pod
którym zbierano podpisy.
Podpisy będą zbierane jeszcze przez dwie najbliższe
niedziele. Punk wystawiony jest naprzeciwko Pałacu Prezydenta RP.
Poseł Patryk Jaki z Solidarnej Polski składa swój podpis na
liście poparcia KIU
Akcja zbierania podpisów w Sejmie
Poseł Adam Kwiatkowski z PiS składa podpis na liście poparcia KIU
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny
Poseł Tomasz Kamiński z SLD składa swój podpis na liście
poparcia KIU
1 marca 2013 - strona 41
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
POLAK Z WYBORU
Aleksander Siemionow
Wstęp
W
bieżącym roku mija 25
lat od czasu, gdy Polacy na terenie byłego
Związku Radzieckiego,
na fali gorbaczowowskiej „głasnosti”
zaczęli podejmować pierwsze, nieśmiałe próby organizowania swojego
życia religijnego i kulturalnego. Mija
także 25 lat od chwili, kiedy w Lublinie rodziła się idea utworzenia instytucji, która zajęłaby się udzielaniem
pomocy Polakom na Wschodzie,
zwłaszcza w zakresie nauki języka ojczystego. Każdy, kto uczestniczył w
tym procesie budzenia świadomości
narodowej Polaków na terenie ZSRR
i ich powrotu do korzeni narodowej
kultury ma za sobą bogate doświadczenia i wspaniałe przeżycia. Wydaje nam się, że warto niektóre z nich
ocalić od zapomnienia, tym bardziej,
że odchodzi już pokolenie, które zaczynało walkę o odrodzenie polskości
na Wschodzie. Ta wymiana pokoleń
stwarza także okazję do podsumowania dokonań organizacji polonijnych
w ciągu ostatniego ćwierćwiecza,
do obrachunku zysków i strat, i podjęcia próby opracowania pewnych
wniosków i sugestii dla tych, którzy –
miejmy nadzieję – będą kontynuowali
nasze dzieło. Taką próbą jest właśnie
niniejsza broszurka, którą polecamy
przede wszystkim byłym i obecnym
działaczom ruchu polonijnego na terenie byłego Związku Radzieckiego.
Aleksander Siemionow, który był
pionierem w dziedzinie odrodzenia
polskości w Lidzie, okazał się także
pionierem w tej, nazwijmy to, polonijnej sztafecie pokoleń. Publikując
jego wspomnienia i refleksje chcemy
zachęcić innych do spisywania swoich uwag, gromadzenia różnego rodzaju dokumentów, nagrań, fotografii
itp. Być może staną się one kiedyś
fragmentem większej całości. Wszak
ostatnie 25 lat w życiu kresowych
Polaków to cała, historyczna epoka i
zasługuje na szersze, monograficzne
opracowanie.
Prosimy o nadsyłanie uwag na ten temat.
Fundacja Pomocy Szkłom Polskim na
Wschodzie im. Tadeusza Goniewicza
w Lublinie
Od autora
Tak się stało, że byłem jednym z
pierwszych, którzy zaczęli walkę o odrodzenie polskości na terenie Związku Radzieckiego. Było to ćwierć wieku temu, w 1986 r. i nikt wówczas nie
przypuszczał, że za kilka lat Polacy
na Wschodzie będą tworzyć legalne
polskie organizacje, że będą legalnie
działające polskie szkoły i polskie zespoły artystyczne … Wtedy, w 1986
r. byłem jeszcze bardzo samotny w
walce o prawo Polaków do nauki języka ojczystego i własnej kultury. W
ciągu tych 25 lat działałem w kilku
polskich organizacjach, byłem świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń,
poznałem wiele ciekawych historii,
spotkałem wielu nieprzeciętnych ludzi. Nade wszystko jednak sam w
tym czasie dojrzewałem do polskości
i utwierdzałem się w przekonaniu,
że słuszną podjąłem decyzję jeszcze
w latach osiemdziesiątych… I na to
właśnie chciałbym zwrócić uwagę
moich czytelników. Jak to się stało, że
ja, Rosjanin, urodzony w sowieckiej
rodzinie i wychowywany na sowieckiego człowieka stałem się Polakiem
i polskim patriotą. Jestem Polakiem z
wyboru i jestem z tego dumny. Mało
tego, kiedy obserwuję niektórych Polaków z urodzenia, którzy nie mówią
po polsku i niewiele o Polsce wiedzą,
to myślę, że tacy jak ja są lepszymi od
nich Polakami. Mam nadzieję, że moi
krajanie, jeśli to przeczytają, wybaczą
mi ten brak skromności, a niektórzy
może bardziej zainteresują się Polską,
jej historią i kulturą.
Życzę im tego z całego serca
napisem… Ojciec nigdy nie afiszował
się, że ma matkę Polkę. Właściwie to
nikt o tym fakcie nie wiedział. Ja dowiedziałem się o tym kiedy już byłem
dorosły i nauczyłem się czytać po polsku. W trakcie jakiejś rozmowy ojciec
nagle powiedział do mnie, że jego
matka była Polką. A potem mi opowiedział historię jej życia. Nie pamiętam babci. Widziałem ją kilka razy w
dzieciństwie, ale nigdy nie rozmawialiśmy o Polsce. A kiedy dowiedziałem
się, że była Polką i chciałem do niej
pojechać było już za późno. Umarła,
nie wiedząc, że ma wnuka Polaka.
Ciotki mówiły, że przed śmiercią mówiła coś do siebie w niezrozumiałym
/ Aleksander Siemionow. Zdjęcie autora
języku. Pewnie szeptała po polsku
słowa modlitwy… Ojciec należał do
partii, ale idee Lenina-Stalina niewiele go obchodziły. Był praktycznym
człowiekiem. Zapisał się do partii, bo
tak było wygodniej, bo tak wypadało.
Po wyjściu z wojska pracował przecież w milicji w tzw. drogówce, więc
pewnie był nawet zobowiązany do
członkostwa w partii. Był dobrym i
sprawiedliwym inspektorem drogówki. Opiekował się trasą Lida-Grodno.
Latem często z nim jeździłem „na trasę” na jego służbowym motocyklu z
przyczepą i widziałem, że nie czepiał
się zbytnio kierowców. Wykorzystywał jednak swoje stanowisko służbowe i zawsze mieliśmy w domu dary,
które kierowcy przywozili ojcu z wyrazami wdzięczności za darowanie
mandatu. Moja matka nie należała do
partii, ale była większą komunistka
niż ojciec. Była Białorusinką i pochodziła ze wschodniej Białorusi. Duży
wpływ miał na nią jej ojciec, który był
całym sercem oddany ideom Lenina.
Dziadek był ateistą i nie lubił Polaków. Śmiał się z nich, że są ciemni i
wierzą w Boga, którego nie ma. Nad
łóżkiem miał portret Lenina i kiedy
bywaliśmy z bratem u niego, musieliśmy za każdym razem słuchać wykładu o zasługach wodza rewolucji…
Dziadek przechowywał również list
od marszałka ZSRR Woroszyłowa.
Pamiętam, z jakim wzruszeniem wyjmował starą kopertę i drżącymi rękoma rozwijał list, żeby pokazać nam
podpis marszałka … Pod koniec życia
marzył tylko o jednym, żeby dożyć do
22 IV 1970 r. kiedy cały ZSRR będzie
obchodził setną rocznicę urodzin Lenina. Niestety. Dokładnie tego dnia,
22 IV 1970 r. odbył się pogrzeb dziadka. Na jego nagrobku widnieje czerwona gwiazda. Matka odziedziczyła
po swoim ojcu niechęć do Polaków.
Nie wiem dlaczego ich tak nie lubiła,
Moja droga do Polski
Urodziłem się w mieście o pięknej nazwie – Lida. To historyczne miasto
założone w XIV w. przez księcia litewskiego Giedymina i aż do końca II
wojny światowej pozostające w granicach Rzeczypospolitej jest moją najbliższą ojczyzną. Przyszedłem na
świat w 1954 r. na terenie koszar wojskowych, które radziecki pułk odziedziczył po polskim przedwojennym
77 Pułku Piechoty Strzelców Kowieńskich. W latach 50-tych mój ojciec pełnił w tych koszarach służbę
wojskową i przez kilka lat mieszkaliśmy w malutkim domku tuż przy bramie wjazdowej do koszar. Mój ojciec
uważał się za stuprocentowego Rosjanina, ale jego matka była Polką. Nazywała się Wiktoria Koszek i pochodziła z Lubelszczyzny. Jako 19-letnia
dziewczyna została w czasie I wojny
światowej wywieziona wraz z całym
zakładem włókienniczym z Łodzi do
Petersburga. Tam poznała mojego
dziadka, żołnierza carskiej armii Jakowa Siemionowa. Młodzi pokochali
się, wzięli ślub i wyjechali na wieś, do
rodziny dziadka w Guberni Nowogrodzkiej. Wśród Rosjan babcia zapomniała z czasem języka polskiego, a
jej imię Wiktoria zapisano w sielsowiecie (rada wiejska) jako Jekatierina.
I tak moja babcia Polka została Jekabieriną Antonowną Siemianową. Po
śmierci została pochowana na prawosławnym cmentarzu… Jakie dziwne
są nasze ludzkie losy. Moja babcia
Polka ochrzczona w Kościele katolickim leży pod prawosławnym krzyżem
z rosyjskim napisem, a ja Rosjanin
ochrzczony w Cerkwi prawosławnej
będę leżał na katolickim cmentarzu
pod katolickim krzyżem z polskim
Strona 42 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
mimo że w pewnym sensie zawdzięczała im dobrze płatną pracę. Matka
była bowiem technikiem dentystycznym i prowadziła w domu prywatna
praktykę stomatologiczną, nielegalną
oczywiście. Zajmowała się głównie
robieniem protez i miała wielu pacjentów z okolicznych wsi, którzy w
większości byli Polakami. Ludzie ci
w gabinecie u „pani doktorki” rozmawiali po rosyjsku, ale czasem wtrącali
jakieś polskie słowa. To wtedy właśnie poznałem takie słowa jak „dziękuję”, „do widzenia”, „przepraszam”.
Matka nie lubiła, kiedy pacjenci mówili do niej po polsku. Przypominała
im wtedy, że są na Białorusi, a nie w
Polsce. Miała dziwną satysfakcję w
obrażaniu Polaków. Pamiętam, pojechaliśmy kiedyś latem na wieś do
znajomych. (Ach, jakie tam były
pyszne gruszki!) Mimo woli przysłuchiwałem się rozmowie matki z pewnym staruszkiem. Nie pamiętam już o
czym rozmawiali, wiem tylko, że w
pewnej chwili mama jak zwykle powiedziała coś nieprzyjemnego o Polsce i Polakach. A wtedy ten staruszek
wstał, podniósł dumnie głowę i zwrócił się do mojej matki najpierw po polsku „Pani Klaudio!”, a potem powiedział po rosyjsku: „Proszę nie obrażać
mojego narodu! Przecież Pani wie, że
jestem Polakiem, więc dlaczego Pani
obraża mnie i mój naród?” Moja
mama była w szoku, „zatkało ją”.
Nikt wcześniej, żaden z miejscowych
Polaków nigdy tak nie zareagował na
jej często prowokacyjne, obraźliwe
wypowiedzi. W takich sytuacjach jej
rozmówcy zwykle milczeli lub kończyli rozmowę i odchodzili. A tu nagle
taka odwaga u tego zwykłego, prostego człowieka! Pamiętam, że i na mnie
zrobiło to duże wrażenie. Wprawdzie
byłem wówczas jeszcze małym
chłopcem i sprawa przynależności narodowej nie miała dla mnie żadnego
znaczenia, ale ten staruszek mi po
prostu zaimponował. Jakoś podświadomie poczułem do niego sympatię. I
zapamiętałem go. Kiedy po wielu latach, już jako działacz polskich organizacji na Białorusi miałem czasem
chwile zwątpienia i zadawałem sobie
pytanie czy warto zadawać sobie tyle
trudu, przypominałem sobie tamto
zdarzenie, tę dumnie podniesioną głowę, te mocne słowa i wątpliwości znikały. Wiedziałem, że nie tylko warto,
ale że jest to mój moralny obowiązek,
mój dług wobec takich Polaków jak
tamten staruszek i wobec wszystkich
innych, obrażanych kiedyś przez
moją matkę. Z czasem uświadomiłem
sobie, że to odległe i zdawałoby się
błahe zdarzenie z czasów dzieciństwa
było właściwie moim pierwszym zetknięciem z polskością, a ten nieznany
mi do dzisiaj z imienia i nazwiska
człowiek stał się dla mnie wcieleniem
dumnej Polski. I kiedy teraz zastanawiam się czasem, co miało największy wpływ na kształtowanie się mojej
świadomości narodowej, to wśród
wielu czynników uwzględniam również tamto zdarzenie. Nigdy więcej
tego człowieka nie spotkałem. Kiedy
następnego roku zapytałem mamę czy
pojedziemy tam, gdzie były takie dobre gruszki, usłyszałem odpowiedz,
że więcej do tego „przeka” nie pojedziemy. A potem przyszły inne sprawy i na jakiś czas zapomniałem o tym
dziadku i jego gruszkach. Antypolskie
wychowanie domowe i sowiecka
szkoła robiły swoje. Czułem niechęć
do wszystkiego co polskie i uważałem
się za reprezentanta narodu radzieckiego. Uczęszczałem do elitarnej
szkoły w Lidzie, tzw. „jedynki”, gdzie
większość uczniów to byli synowie i
córki wysokich rangą urzędników i
przedstawicieli władzy, a więc Rosjan. Pamiętam jednak, że nikogo z
nas nie interesowało kto jest Polakiem, kto Białorusinem a kto Rosjaninem. Wszyscy mieliśmy rosyjskie
imiona i rozmawialiśmy po rosyjsku.
Wszyscy byliśmy komsomolcami i
obywatelami Związku Radzieckiego.
Większość nauczycieli stanowili Rosjanie, delegowani ze Wschodu do
pracy na zachodniej Białorusi żeby
sowietyzować zarówno Polaków jak i
Białorusinów. Nie przypominam sobie jednak faktu, by jakikolwiek
uczeń był dyskryminowany z powodu
swojej przynależności narodowej.
Zresztą, ja do tej pory nie wiem, ilu
było w mojej klasie Polaków (jeśli w
ogóle byli) a ilu Białorusinów. O tym
się po prostu nie mówiło. Sowietyzacja polegała przede wszystkim na odpowiednim „praniu mózgów”. I nikt
przeciwko temu się nie buntował.
Wiem, że w innych szkołach różnie
bywało, ale w naszej „jedynce” musiało być „wsio prawilno”. Ja, osobiście, zawdzięczam tej szkole bardzo
dużo. Mam na myśli przede wszystkim nauczyciela historii i dyrektora w
jednej osobie. Był to bardzo przyzwoity człowiek, świetny pedagog i humanista. Był, Rosjaninem, ale kiedy
się zdenerwował to krzyczał na nas,
nie wiadomo dlaczego, po polsku!
Ale to jemu zawdzięczam moje humanistyczne zainteresowania, a
szczególnie zamiłowanie do historii.
Uczęszczałem nawet na dodatkowe
zajęcia z historii, również prowadzone przez tego nauczyciela. To nic, że
była to historia odpowiednio „preparowana” i kłamliwa – o czym wtedy
nie wiedziałem – ale ten historyczny
bakcyl, którym się w szkole zaraziłem, zaowocował w przyszłości samodzielnym szperaniem po rozmaitych, dostępnych archiwaliach i
indywidualnym studiowaniem tej
prawdziwej historii, zwłaszcza historii Polski. A zaczęło się od tego, że
zapragnąłem się dowiedzieć czegoś
więcej o przeszłości mojego ukochanego miasta –Lidy. Przez historię
Lidy trafiłem na historię Polski. Z tą
prawdziwą i żywą historią Polski zetknąłem się już po ukończeniu szkoły,
kiedy zacząłem pracować z Polakami.
Byli to na ogół moi rówieśnicy, wiejscy chłopcy z okolic Lidy. O tym, że
są Polakami świadczyły przede
wszystkim ich imiona: Kazik, Józef,
Tadzio, Stanisław… Nie byli wobec
mnie zbyt wylewni. Nazywali mnie
bolszewikiem. Gorszyło ich, że jestem ateistą i w czasie postu jem mięso. Mnie z kolei mocno śmieszyły ich
posty i drażniła niemal jawnie okazywana wrogość wobec sowieckiej władzy. Mimo to, powoli oswoiliśmy się
ze sobą. Ja się przekonałem, że Polacy
wcale nie są tacy ciemni i głupi, jak
twierdziła moja matka. Oni z kolei doszli chyba do wniosku, że wprawdzie
jestem bolszewikiem ale nie „kapusiem” i można ze mną trochę śmielej
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
rozmawiać. Zaczęli mnie częstować
wiejskimi smakołykami, m.in. kiełbasą tzw. „palcówką” (napychaną palcem i smaczną, że palce lizać!) a przy
okazji różnymi informacjami, z których wyłaniał się zupełnie inny obraz
rzeczywistości niż ten poznany w
szkole i w domu. I to był chyba ten
moment, kiedy moja dotychczasowa
niechęć do Polski i Polaków przerodziła się w ciekawość… Zacząłem się
interesować polskimi zwyczajami,
świętami, a przede wszystkim najnowszą historią stosunków polsko-rosyjskich, bo to czego się dowiedziałem od kolegów w pracy burzyło mój
cały dotychczasowy pogląd na świat.
Chciałem również poznać jeżyk polski, ale nie było to wcale takie łatwe.
W latach 70-tych nie słyszało się jeszcze w Lidze języka polskiego. Wszyscy mówili po rosyjsku, a młodzież
tym bardziej. Nie wchodziłem do
lidzkich kościołów i nie wiedziałem,
że tam można posłuchać języka polskiego… Moja sytuacja zmieniła się
zupełnie w 1975 r. kiedy spotkałem
największą miłość mojego życia,
moją żonę, Teresę Malinowską, Polkę. Poznałem ja w lidzkim parku na
potańcówce i powtórzyła się historia
mojego dziadka Jakowa i babci Wiktorii, (o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem). Rosjanin pokochał Polkę i
to z wzajemnością …
Moi rodzice nie zaakceptowali mojego wyboru. Nie mogli pogodzić się z
faktem, że ich syn żeni się z „przeczką” i do tego biedną. Naszymi małżeńskimi planami nie była również
zachwycona rodzina mojej Tereski.
Chodziło głównie o babcię, Helenę
Arcewicz, wilniankę, która zastępowała Teresce zmarłych rodziców i
wychowywała ja od wczesnego dzieciństwa po polsku i po katolicku. Z
niedowierzaniem słuchałem kiedyś
wspomnień mojej żony, która opowiadała mi o swoich kłopotach w
szkole, wynikających… z nieznajomości języka rosyjskiego! Poszła do
sowieckiej, rosyjskojęzycznej szkoły
nie znając jęz. rosyjskiego. Dopiero w
szkole musiała się tego języka uczyć,
ku wielkiemu niezadowoleniu babci.
Nic dziwnego więc, że kiedy babcia
dowiedziała się, kogo sobie Tereska
wybrała na męża, natychmiast zażądała, żeby jej tego „kacapa” przyprowadzić. Przyszedłem i zostałem przyjęty do rodziny. Pod koniec 1975 r.
odbyło się nasze skromne wesele, po
którym zamieszkaliśmy w starym
domku przy koszarach, tam, gdzie
kiedyś mieszkali moi rodzice. Rodzice w międzyczasie wyjechali z Lidy.
Byliśmy sami i szczęśliwi. Niedługo
po naszym ślubie poszliśmy na imieniny do krewnej i chrzestnej mojej
żony. Było kilka osób i wszyscy rozmawiali po polsku. Byłem zdziwiony,
bo nigdy wcześniej nie słyszałem,
żeby moi ziomkowie z Lidy, obywatele Związku Radzieckiego rozmawiali w innym języku niż rosyjski.
Zacząłem uważnie słuchać i znowu
się dziwiłem, że pierwszy raz słysząc
ten język tak dużo rozumiem. Zawsze
mnie uczono, że język polski jest trudny i nieprzyjemny dla ucha, tymczasem ja stwierdziłem coś zupełnie innego. Zdziwił mnie również poziom
kultury polskiego towarzystwa. Na
każdym kroku „proszę”, „dziękuję”,
„przepraszam” i ani jednego przekleństwa, ani jednego brzydkiego słowa. Byłem dumny, ze mam taka kulturalna rodzinę. Toteż zmartwiłem się
bardzo, kiedy dowiedziałem się, że
rodzina chrzestnej mojej żony ma zamiar wyjechać z Lidy do Wilna. Powód tej przeprowadzki był dla mnie
www.ksi.kresy.info.pl
wtedy zupełnie niezrozumiały. Nie
chcieli, żeby córka chodziła do rosyjskiej szkoły, a tylko w Wilnie mogli ją
zapisać do polskiej. Poza tym, jak
twierdzili, w Wilnie będą „bliżej Polski”. Dopiero po latach zrozumiałem
ile w tych ludziach musiało być patriotyzmu, skoro decydowali się na
zmianę pracy, środowiska, miejsca
zamieszkania, ryzykowali pogorszeniem warunków życiowych tylko dlatego, żeby być „bliżej Polski” …Jakoś
niedługo po tych imieninach poszliśmy z żoną do jej babci. Zobaczyłem
u niej leżącą na stole polską gazetę,
zacząłem ją przeglądać i pół żartem,
pół serio poprosiłem babcię, żeby
mnie nauczyła po polsku czytać. Babcia potraktowała moja prośbę bardzo
poważnie i zaczęła mi objaśniać polskie litery. Tak zaczęła się moja przygoda z językiem polskim. Babcia Helena była moja pierwszą i jedyną
nauczycielką języka polskiego. W
ciągu kilku miesięcy nauczyłem się
biegle czytać. Potem była nauka pisania i tego uczyliśmy się już razem z
żona, która wprawdzie znała język
polski mówiony, ale gorzej było z pisaniem. Żeby mieć co czytać, zaczęliśmy kupować polskie czasopisma takie jak: „Trybuna Ludu”, „Żołnierz
Wolności”, „Sztandar Młodych”,
„Kobieta i Życie” i „Polityka”. Pisma
te można było wówczas kupić w Lidzie bez trudu w każdym kiosku. Czytając polskie gazety stwierdziłem, że
jest w nich znacznie więcej informacji
o świecie, aniżeli w naszych gazetach.
Pamiętam jak przeczytałem w „Polityce”, że zapasy złota w ZSRR wynoszą 240 ton i opowiadałem o tym kolegom w pracy, to nikt nie chciał mi
wierzyć. Mówiono, że dane, które
podaję są tajemnicą państwową i o
tym nigdzie nie można przeczytać.
Koledzy ostrzegali mnie nawet, żebym nikomu tego nie powtarzał, bo
mogę mieć kłopoty. Ja jednak w dalszym ciągu kupowałem polskie gazety. Kupowałem również polskie
książki, jeśli pojawiały się w księgarni
i czytałem, czytałem, czytałem … W
miejskiej bibliotece też było trochę
polskich książek; przeczytałem
wszystkie. Dużą pomocą w nauce języka polskiego zwłaszcza mówionego było polskie radio. W tamtych latach odbiór I programu Polskiego
Radia zarówno w Lidzie jak i na całych Kresach był znakomity, toteż słuchaliśmy go z żoną całymi dniami,
wyłączaliśmy tylko na noc. I to nie
tylko dlatego, że uczyliśmy się przy
nim prawidłowej wymowy, ale przede
wszystkim dlatego, że było po prostu
lepsze niż rosyjskie. Były ciekawsze
audycje, lepsza muzyka i znacznie
więcej informacji z Polski i ze świata.
A najdziwniejsze jest to, że polskie
radio pomogło nam również… w
otrzymaniu nowego mieszkania.
Mieszkaliśmy, jak już wcześniej
wspominałem, w małym domku tuż
obok koszar. Od bramy wjazdowej
dzieliła nas odległość zaledwie 3m.
Takie sąsiedztwo było dla nas bardzo
uciążliwe, zwłaszcza wtedy, kiedy
mieliśmy małe dzieci. Jednostka była
mocno zmotoryzowana, pełno tam
było różnego rodzaju pojazdów i
sprzętu wojskowego i cała ta machina
ciągle z ogromnym hałasem wjeżdżała i wyjeżdżała przez bramę. Na nic
się zdały nasze interwencje u dowódcy jednostki, toteż wymyśliliśmy
swój sposób na to, żeby trochę dokuczyć władzom wojskowym i zwrócić
na siebie uwagę. Przez całą wiosnę i
lato stawialiśmy radioodbiornik, nastawiony na odpowiednią głośność w
otwartym oknie. Poza tym suszyliśmy
pieluchy tuż przy bramie wjazdowej,
zresztą, innego miejsca na to nie mieliśmy. Cóż to była za satysfakcja patrzeć na zdumione i zdenerwowane
twarze dygnitarzy wojskowych, którzy wjeżdżając rano w bramę koszar
witani byli powiewającymi na wietrze
pieluchami i polskimi słowami: „Tu
mówi Polskie Radio, Warszawa.
Dzień dobry Państwu!” Jeden taki sezon wystarczył, żeby dowódca jednostki zwrócił się do władz miasta z
żądaniem naszego wykwaterowania. I
w ten sposób otrzymaliśmy nowe
3-pokojowe mieszkanie, chociaż w tej
samej dzielnicy, i też w pobliżu koszar. Ucząc się języka polskiego nie
zaniedbywałem jednak swoich zainteresowań historycznych. Chyba ich
nawet zintensyfikowałem. Czytając
polskie pisma i książki oraz słuchając
polskiego radia zwracałem uwagę
przede wszystkim na to co dotyczyło
historii Polski. Nie znałem przecież
zupełnie polskiej historii i chciałem ją
poznać chociażby dlatego, że moja
żona była Polką i wprowadziła do naszego domu polskie zwyczaje. Od
szkolnych lat interesowałem się przeszłością naszego miasta ale dopiero
pod koniec lat 70-tych dotarło do
mnie, że ta przeszłość była związana z
Polską, że Lida była zawsze polskim
miastem (przed wojną Polacy stanowili 70% mieszkańców, Żydzi około
30%, Białorusini około 2%) i zarówno w czasie wojen jak i w czasie pokoju dzieliła los innych polskich
miast. Przypomniałem sobie jak w
dzieciństwie, w rodzinnych stronach
mojej matki nazywano nas „przekami”, ponieważ mieszkaliśmy w zachodniej części Białorusi, a tam, jak
mówiono, „zawsze była Polska”. Zacząłem szukać śladów tej Polski i
przekonałem się, że Lidzianie współtworzyli historię narodu polskiego zawsze i wszędzie. Brali udział w powstaniach narodowych; w powstaniu
styczniowym mieli nawet swojego
bohatera i naczelnika – Ludwika Narbutta. W 1919 r. bronili się skutecznie przed bolszewikami. Byli na Westerplatte i na Monte Cassino, ginęli w
Oświęcimiu, łagrach Syberii i w dołach katyńskich. Mieli również swoje
dni chwały i powody do dumy. Przed
II wojną światową lotnisko wojskowe
w Lidzie, gdzie stacjonował 5 Pułk
Lotniczy, było bok krakowskiego najlepszym lotniskiem w Polsce. Kapitan
Bolesław Orliński z tego pułku zdobył w 1926 r. światową sławę brawurowym przelotem z Warszawy do Tokio i z powrotem. Kilku innych
pilotów natomiast pokazało swoje
mistrzostwo w bitwie nad Anglią w
czasie II wojny światowej. W 1937 r.
na lotnisku wojskowym w obecności
naczelnego wodza marszałka Rydza
– Śmiałego odbyły się wielkie manewry wojskowe. Nowogródzka Brygada Kawalerii, która dowodził wówczas Władysław Anders pokazała w
tym dniu popisową szarżę kawaleryjską. Kilka tysięcy koni i jeźdźców
szarżowało w rozwiniętym szyku z
iście ułańską, polską fantazją. Było to
niezapomniane widowisko, o którym
starzy ludzie opowiadali mi ze łzami
w oczach. Dwa lata później jeden z
pułków tej Brygady szarżował już na
serio w pobliżu granicy węgierskiej,
atakując wojska niemieckie i sowieckie, aby umożliwić polskim oddziałom przedarcie się na Węgry. Poznałem również prawdę o 17 IX 1939 r. i
o pewnym strasznym dniu zimą 1940
r. kiedy NKWD -ziści pędzili pod lufami karabinów polskich mieszkańców Lidy na dworzec kolejowy, gdzie
czekały na nich bydlęce wagony.
Upychali w te wagony staruszków,
niemowlęta, dzieci … Inni biegli na
dworzec, żeby pożegnać się ze swoimi bliskimi, sąsiadami, kolegami.
Płakali wszyscy. I ci stający obok wagonów i ci zamknięci w nich. Większość tych zamkniętych nigdy już nie
wróciła… Od początku interesowała
mnie także sprawa Armii Krajowej.
Wielu moich kolegów i znajomych
Polaków miało rodzinne powiązania z
AK-owską partyzantką i ludzie ci
sporo na ten temat wiedzieli. Opowiadano mi, na przykład, historię ostatniego dowódcy Nowogródzkiego
Okręgu AK majora Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” i jego oddziału.
21 VIII 1944 r. oddział Kalenkiewicza został otoczony przez bataliony
NKWD we wsi Surkonty koło Lidy.
Stosunek sił był 10 do 1 na korzyść
Rosjan. W tej nierównej walce zginęło 36 akowców. W czasie walki „Kotwicz” miał szansę ucieczki, ale honor
nie pozwolił mu na pozostawienie samych żołnierzy. Walczył więc, podobnie jak jego żołnierze do ostatniego naboju. NKWD-ziści drogo
zapłacili za swoje zwycięstwo. Stracili 132 swoich żołnierzy i oficerów. Ci,
którzy ocaleli, chodzili potem po placu boju i dobijali rannych akowców.
Nawet martwych kłuli jeszcze bagnetami, żeby upewnić się, że nie żyją. Z
oddziału „Kotwicza” zostały 2 kobiety. Jedna z nich „Czarna Magda” straciła w tej bitwie syna. Prosiła ludzi we
wsi, żeby zrobili 2 trumny, dla majora
i dla syna, ale wszyscy się bali. Wreszcie jeden człowiek się zgodził. Zrobił
2 trumny, ale zapłacił za to życiem, bo
pomagał „bandytom”. „Czarna Magda” przeżyła. Udało jej się przedostać
do Polski. Druga z kobiet „Zosia”
wpadła w ręce NKWD i została zamęczona w lidzkim więzieniu. Tego rodzaju historie opowiadane przez naocznych świadków zdarzeń coraz
bardziej zbliżały mnie do Polski i Polaków. Budziły podziw i współczucie
a jednocześnie poczucie winy i współodpowiedzialności za krzywdy wyrządzone Polakom przez bądź co bądź
reprezentantów mojego narodu. Przynależność do narodu rosyjskiego stawała się dla mnie coraz większym
ciężarem. Przyjemniejsza była myśli,
że jestem synem trzech narodów: polskiego, rosyjskiego i białoruskiego.
Tymczasem w Polsce działy się dziwne rzeczy. Najpierw w 1978 r. Polak,
Karol Wojtyła został wybrany na papieża. Byłem wtedy jeszcze ateistą i
nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, cieszyłem się jednak, że dla Polaków jest to jakaś rekompensata za
wszystkie krzywdy i upokorzenia.
Wkrótce okazało się, że K. Wojtyła
czyli Jan Paweł II to człowiek wyjątkowy, o ogromnym autorytecie moralnym, sile duchowej i wielkiej popularności. Władze komunistyczne
robiły co mogły, żeby tę popularność
osłabić, ale chyba już wtedy zdawały
sobie sprawę, że są na przegranej pozycji. A w Lidzie w tym czasie Polaków jakby przybyło, stali się jakby
odważniejsi i już nie wstydzili się, że
są Polakami …A potem była I pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II
do Ojczyzny i te słynne słowa wypowiedziane na Placu Zwycięstwa w
Warszawie: „Niech zstąpi Duch Twój
i odnowi oblicze Ziemi, tej Ziemi!”.
Czasem myślę, że ten Duch zstąpił
chyba i na mnie, bo od tamtego czasu
zaczęło się coś w mojej świadomości
zmieniać, zaczął się powoli kruszyć
„mur berliński” mojego ateizmu. Zacząłem szukać Pana Boga. Długo to
trwało, ale z pomocą żony i przyjaciół
– znalazłem Go. A potem przyszedł
Kresowy Serwis Informacyjny
rok 1980 i kolejna sensacja. Polacy w
Polsce zbuntowali się przeciwko komunistycznej władzy!. Mając do dyspozycji polskie gazety i radio śledziłem na bieżąco wydarzenia i od
początku byłem po stronie „buntowników”. Pamiętam, że w pracy opowiadałem kolegom o tym, co się w
Polsce dzieje, bo oni niewiele wiedzieli. Przyniosłem im nawet ten numer „Trybuny Ludu”, w którym były
opublikowane postulaty, które „Solidarność” postawiła polskim władzom.
Sam byłem zdziwiony, że opublikowała to najważniejsza gazeta komunistyczna w Polsce i że ten numer dotarł
na Białoruś. A już najbardziej zdumiewający był fakt, że KGB do tego dopuściło. Większość moich kolegów i
przyjaciół myślała podobnie jak ja i
wszyscy zastanawialiśmy się tylko
nad jednym; kiedy i jak to się skończy. Nie mieliśmy bowiem wątpliwości co do tego, że sowieci zrobią
wszystko, żeby utrzymać Polskę w
strefie swoich wpływów. Pozostawało
tylko pytanie, kiedy i jak zareagują na
to co się dzieje w Polsce. Ja już byłem
wtedy na tyle zorientowany w historii
najnowszej, że wiedziałem co nieco o
poznańskim czerwcu 1956 r., o powstaniu węgierskim w 1956 r. i o „aksamitnej” rewolucji w Czechosłowacji w 1968 r. Ze strachem więc
czekałem na dalszy bieg wydarzeń.
No i stało się. Zaczęło się od zamachu
na papieża (na szczęście nieudanego)
a potem 13 XII 1981 r. ogłoszono stan
wojenny. To był nóż w plecy dla tego
wspaniałego ruchu narodowego, jakim była „Solidarność”. Wielu ludziom złamano wówczas życie. Masowe
aresztowania,
więzienie,
przymusowa emigracja, utrata pracy
– to tylko nieliczne przykłady wielu
represji jakie zastosowano wobec
działaczy związkowych jak i zwykłych obywateli.Trzy lata później nastąpił kolejny dramat – zamordowano
księdza Jerzego Popiełuszkę. Chyba
największy niedowiarek przekonał się
wówczas do czego jest zdolna władza
komunistyczna. Dzięki zeznaniom
człowieka, który został porwany razem z księdzem Popiełuszko i któremu udało się wyskoczyć z pędzącego
samochodu cały świat dowiedział się,
jakie metody stosują komuniści wobec tych, którzy ośmielają się ich krytykować. Wszystkie te wydarzenia to
był kolejny krok na mojej drodze do
Polski. A byłem już bardzo blisko. Na
początku 1989 r. trafiłem przypadkiem na „Czerwony Sztandar” – gazetę polską, wydawaną w Wilnie dla
Polaków mieszkających na Wileńszczyźnie. Nie było tam nic interesującego poza informacją na ostatniej
stronie o działalności polskich zespołów artystycznych w Wilnie. Zastanowiło mnie to. Mówiono, że w Wilnie
jest polska szkoła, słyszałem nawet
czasem język polski na ulicy, kiedy
jeździłem do Wilna po zakupy ale nigdy nie słyszałem o polskich zespołach artystycznych. Jeśliby takie istniały, to znaczyłoby, że Polacy w
Wilnie mają zorganizowane życie narodowe, a to wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Nawet istnienie polskiej szkoły było dla mnie wątpliwe.
Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić
działalności takiej szkoły w państwie
radzieckim. Postanowiłem to sprawdzić. Udałem się więc do Wilna tym
razem nie „po kiełbasę”, ale w poszukiwaniu polskiej szkoły. Pomyślałem,
że jeśli znajdę szkołę, to dowiem się
także czegoś o działalności zespołów
ludowych, jeśli takowe istnieją.
Wszedłem do szkoły w czasie przerwy. Na korytarzu pełno było dzieci,
1 marca 2013 - strona 43
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
które biegały, hałasowały i krzyczały.
Zacząłem uważnie słuchać i własnym
uszom nie wierzyłem; dzieci krzyczały i rozmawiały po polsku! Musiałem
na tym korytarzu wyglądać dość
dziwnie i obco, bo po chwili podszedł
do mnie miły, starszy pan, przedstawił
się (po polsku!), że jest dyrektorem
szkoły i zapytał, czy nie potrzebuję
jakiejś pomocy. Zbaraniałem trochę
od tej uprzejmości i pięknej polszczyzny, ale powiedziałem swoje nazwisko, a także, że jestem radnym Rady
Miejskiej w Lidzie i że mnie interesuje polskie szkolnictwo na Litwie. Tym
razem zbaraniał pan dyrektor. Powiedział, że już wiele lat pracuje, ale nigdy jeszcze nikt z Białorusi nie intere-
sował się polskim szkolnictwem, a
tym bardziej człowiek z rosyjskim
nazwiskiem. Na moje słowa, że u nas
na Białorusi jest dużo Polaków, machnął lekceważąco ręką i powiedział z
uśmiechem: „A, wiem, wiem, jacy u
was Polacy!” Zaprosił mnie do swojego gabinetu, po chwili przyszła do nas
polonistka pani Anna Gulbinowicz
(krewna biskupa wrocławskiego, kardynała Gulbinowicza) i długo rozmawialiśmy o polskich szkołach, o polityce, o religii. Ach, co to była za
rozmowa! Byłem wstrząśnięty. Nie
mogłem uwierzyć, że ci ludzie widząc
mnie po raz pierwszy w życiu, a do
tego wiedząc, że mają do czynienia z
Rosjaninem, tak otwarcie i szczerze
ze mną rozmawiali. Nie zachowywali
żadnej ostrożności. Nie ściszali głosu,
nie zamykali drzwi, nie spoglądali na
nie ze strachem. Patrząc na nich myślałem, że tak właśnie wyglądają ludzie wolni …Tam, w Wilnie, w 1986
r. po raz pierwszy odczułem gorbaczowowską „głasnost’” i „pierestrojkę”. Po pewnym czasie pani Anna
zapytała mnie czy nie chciałbym zobaczyć jak wygląda lekcja jęz. polskiego. Oczywiście, nie mogłem takiej okazji stracić. Poszedłem z panią
Anną na lekcję. Usiadłem w ostatniej
ławce i słuchałem. Nie pamiętam już
o czym była mowa na lekcji. Wiem
tylko, że wszystkie dzieci miały polskie imiona i pięknie mówiły po pol-
sku. A ja nagle poczułem się tak, jakbym po długiej i meczącej podróży
dotarł wreszcie do celu. Wyszedłem
ze szkoły nie jako syn trzech narodów,
za kogo się dotychczas uważałem, ale
jako Polak. Kiedy po kilku latach
przeczytałem gdzieś fragment powieści Stefana Żeromskiego o pewnej
lekcji jęz. polskiego, na której bohater, zrusyfikowany młody człowiek
uświadomił sobie że jest Polakiem,
pomyślałem, że ja też miałem taka
lekcję. Było to 2 II 1986 r. od tego
dnia czuje się Polakiem. Nie na próżno mówią, że od wielkiej nienawiści
do wielkiej miłości tylko jeden krok.
Zrobiłem ten krok, zrobiłem dobrowolnie, bez żadnego przymusu. Zo-
stałem Polakiem z wyboru. Znam w
Lidzie Polaków z urodzenia, którzy
stali się Białorusinami z wyboru. Rozmawiam z nimi po polsku, a oni ze
mną po białorusku i to nam absolutnie
nie przeszkadza. Ja szanuję ich wybór,
a oni mój. Tak powinno być. Chociaż
jestem polskim patriotą, nie czuję niechęci do białoruskich, litewskich czy
ukraińskich patriotów. Z każdym z
nich znajdę wspólny język. Najtrudniej mi znaleźć wspólny język z
„homo sovieticus”. Niestety, jest ich
dookoła przeważająca większość. Z
ich punktu widzenia tacy jak ja są nienormalnymi polskimi nacjonalistami.
Cdn.
/ Lida, miasto (ca. 1920) http://www.radzima.net/pl/miasto/lida.html
HRABIA ALEKSANDER
FREDRO W DZIEJACH
BEŃKOWEJ WISZNI CZ. III
ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW
W
lipcu albo sierpniu
1848 r. Fredrowie
jak zwykle udali się
do Beńkowej Wiszni. Wyjeżdżali ze Lwowa później
niż w latach poprzednich, a to z
powodu udziału Fredry w wydarzeniach Wiosny Ludów. Nie
przypuszczali wówczas, iż będzie
to ich ostatni tak długi pobyt w rodzinnym gnieździe. A i sam pałac
nie wydawał się teraz tak przytulny i bezpieczny, jakim z pewnością był do niedawna. Zamierzali
jednak pozostać na wsi aż do 3
listopada. Już nawet wyruszyli w
drogę powrotną, ale na wieść o
bombardowaniu Lwowa szybko
zawrócili. Nie pozostali wszakże
w Beńkowej Wiszni zbyt długo.
W obawie przed krwawymi rozruchami schronili się na pewien czas
w niedalekich Pohorcach, majątku Konstantego Morawskiego.
Ale Fredro źle się tam czuł, wolał więc wrócić do siebie. Na wsi
Fredrowie spędzili jeszcze Boże
Narodzenie 1848 roku. Zwłaszcza
w święta dotkliwie odczuwali brak
syna, który wcześniej przyłączył
się do powstania węgierskiego.
W następnym 1849 roku pisarz
jeszcze kilkakrotnie jeździł do
Beńkowej Wiszni, aby uporządkować bieżące sprawy majątkowe
oraz zabezpieczyć dalsze sprawne
funkcjonowanie całej gospodarki
na czas jego wyjazdu do Paryża.
Jednak swe pobyty skracał teraz
do minimum.
W ciemny, grudniowy poranek
Fredrowie opuszczali Lwów na
blisko pięć lat. Oczywiście, kilkakrotnie byli zmuszeni tu przyjeżdżać i wtedy pisarz natychmiast
udawał się do Beńkowej Wiszni, aby skontrolować wykonanie
wydanych wcześniej dyspozycji.
Ale nie były to już powroty sentymentalne, co wcale nie znaczy,
iż jego stosunek do małej ojczyzny był teraz mniej serdeczny. W
coraz większym stopniu przynależała ona jednak do przeszłości.
Kiedy późnym latem 1855 roku
Fredro ostatecznie zdecydował się
na powrót do Galicji, mimo iż Jan
Aleksander z racji udziału w powstaniu węgierskim ciągle miał
zakaz wjazdu na teren cesarstwa
austriackiego, stało się oczywiste,
że przyszłość Beńkowej Wiszni
będzie związana z synem, a nie z
ojcem. Nic więc dziwnego, że w
listach do rodziców, ciągle jeszcze
pisanych z dalekiego Paryża, zajmowała ona coraz więcej miejsca:
„Co się tyczy puszczenia Beńkowej Wiszni w dzierżawę - zwierzał się im 7 kwietnia 1857 roku,
na niecałe trzy miesiące przed
powrotem — trzeba będzie, żeby
to Papa zdecydował. Ja się pracy
nie obawiam, i owszem, pragnę
jej, ale się lękam mojej nieznajomości gospodarstwa i sądzę,
że gdyby można było w korzystnych warunkach wypuścić Beńkową Wisznię na dwa lata, lepiej
byłoby, ażebym się tymczasem
zaprawiał na gospodarstwie w Jatwięgach. Do tego przyczynia się
także ten wzgląd, że w przeciągu
tych dwóch lat pewnie będę gdzieś
konkurował i ożenię się, co by
mnie od gospodarstwa odciągało.
Trzeba by jednak ten warunek położyć posesorowi, że może w części domu mieszkać, póki ja będę
Strona 44 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
kawalerem, że w razie, gdybym
się ożenił, żebym miał dom wolny.
Najwięcej się w głowę skrobię, że
zaraz na wstępie będę musiał stajnię wybudować. Stara — czyli ta
stojąca w ogrodzie, gdzie późnych
lat dożywała Krepka — zapewne
się gdzieś wali, a chcąc porządek
utrzymać to trzeba, żeby istotnie
w stajni było jak w pokoju. Bez
tego nie ma co myśleć o dobrych
koniach. Przerobienie domu nie
jest rzeczą naglącą, wezmę się do
tego dopiero, gdy będę miał na to
pieniądze albo w razie, gdybym
się żenił, ale stajnia to jest rzecz
konieczna i nagląca. Łamię sobie
już dziś głowę, gdzie tymczasem
konie postawię. Chociażbym w
Jatwięgach gospodarował, będę
w Beńkowej Wiszni mieszkał, bo
musiałbym tam znowu na dwa lub
trzy lata pomieszkanie wyporządzić".
W liście z 13 kwietnia tegoż roku,
będącym odpowiedzią na pismo
Zofii Fredrowej sprzed ledwie
pięciu dni, w którym musiał się
znaleźć fragment poświęcony
Beńkowej Wiszni, Jan Aleksander
przedstawia swoje kolejne zamierzenia: „Między projektami, które
o Beńkowej Wiszni robię, jest także zawsze ten, żeby nakryć ogród
kwiatami, i to różnymi gatunkami,
tak żeby kwitły od wiosny do jesieni. Tam na przykład, gdzie dziś
są drzwi o sieni nr 3, które się skasują, a na ich miejsce będzie okno,
tam będzie prześliczna grządka
[...] Co się tyczy puszczenia w posesją, mnie się zdaje, ze to można
by uczynić tylko w bardzo, bardzo
korzystnych warunkach, bo koniec
końców mnie to będzie ambitować, a czy na jednej wiosce, czy
na dwóch będę gospodarował niewielka różnica. Nie święci garnki
lepią i nie jest to znowu taka rzecz
trudna, żeby z inteligencją i dobrą wolą w bardzo krótkim czasie
się z tym nie obznajmić. Siłę jego
złudzeń w tej mierze ukaże przyszłość.
Co prawda najważniejsze z tych
zamiarów zaczął spełniać już
wkrótce po powrocie do Galicji.
Zaręczył się nader szybko, bo już
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
17 września 1857 roku a w kilka
miesięcy później, 2 marca 1858
roku poślubił Marię Mierównę,
przez najbliższych nazywaną Mizią. Zgodnie z wcześniejszymi
projektami całą jesień i kawałek
zimy—z wyjątkiem oczywiście
imienin ojca i świąt Bożego Narodzenia — spędził w Beńkowej
Wiszni, przystosowując ją do nowych zadań i własnych upodobań.
Początkowo okazywał w tym nawet sporo zapału, jako że zawsze
był zwolennikiem nawet daleko
idącej modernizacji. Lubił też
wszystko, co uchodziło za luksus.
Z częściowym remontem i nieco
odmienionym urządzeniem pałacu poradził sobie nie najgorzej.
To dla Mizi przeznaczył różne komódki, stoliczki i biureczka. Sprowadził też dla niej fortepian Pleyela, co rodzice mieli mu już trochę
za złe. Uważali bowiem, że wcale
nie musiał płacić kroci tylko po to,
aby mieć instrument tak renomowanej firmy. Na koniec kupił parę
szpaków, które miały rozpraszać
smutek młodziutkiej małżonki
w dniach jego przymusowej nieobecności. Na jakiś czas wszystkie te zabiegi Jana Aleksandra
przyniosły spodziewany skutek,
jako że Mizia zrazu zaakceptowała Beńkową Wisznię, nazywając ją
swoim home, co stanowiło wyraz
jej najwyższego uznania dla Fredrowskiej siedziby. Nie wiadomo,
jak na to określenie zareagował pisarz. Dla niego pozostała ona tylko — i aż — ojczystym gniazdem.
Znacznie trudniejszym zadaniem
okazało się dla Jana Aleksandra
przejęcie, a następnie samodzielne prowadzenie majątku. Inteligencja i dobra wola, jakie sobie
niedawno przypisywał, stanowczo
nie wystarczały ani do prowadzenia kalkulacji finansowych, ani
do podejmowania trafnych decyzji gospodarczych, ani wreszcie
do egzekwowania od oficjalistów
poleconych im prac. Nawet Mizia szybko odkryła zupełny brak
umiejętności w tym zakresie u
swego narzeczonego: „Ty zaczynasz gospodarować nie znając się
na tym dobrze, tak i ja to samo".
Ojciec oczywiście dobrze wiedział
o całkowitym dyletanctwie syna
w prowadzeniu spraw gospodarskich. Ale nawet mu się nadto nie
dziwił, zwłaszcza gdy przywoływał z pamięci ów rok, gdy sam niczego nie umiejąc obejmował Jatwięgi. Postanowił więc postąpić
teraz tak, jak ongiś zrobił to jego
ojciec: przekazać mu w formie pisemnej jak najwięcej informacji i
wskazówek. I tak powstały „Notaty", które Stanisław Pigoń uznał
za rodzaj „protokołu zdawczego",
w którym Fredro „zobrazował stan
rzeczy, pozaznaczał sprawy pozaczynane, przewlekłe zawikłania,
zarejestrował obciążenia, zatargi
graniczne itp., nie szczędził ponadto ogólniejszych wskazówek
wytycznych dla syna — swego następcy [...] Dają one szczegółowy
obraz nie tylko stanu majątkowego, ale także zasad i pobudek, jakimi kierował się Fredro-gospodarz.
Zawarł w nich różnego rodzaju
sprawy, tak się wzajem dopełniające, że dawały niemal wszechstronny obraz klucza rudeckiego.
Składały się na niego ziemie orne,
łąki, pastwiska, których zresztą
było zbyt mało, także lasy, ogrody
www.ksi.kresy.info.pl
oraz liczne zabudowania o różnym
przeznaczeniu. A więc np. pastwisko w Rudkach chłopi najmują za
jedyne 40 florenów cesarskiej monety rocznie. Koniecznie trzeba z
nimi co roku odnawiać kontrakt,
aby przypadkiem nie rościli sobie
prawa do własności. Można też
wynajmować ogród w miasteczku
zwany mytnią, ale najlepiej tym,
którzy arendę trzymają. Jego bezpośredni dozór i tak byłby niemożliwy. Ojciec przypomniał też synowi o rozdrobnionych kawałkach
pola, które nie powinny umknąć
jego uwagi. Oto np. między rudeckimi gruntami znajdowało się półtorej morgi, które obsiewa wdowa
po dawnym rządcy, Pawlikowskim. „O tym nie zapominać, aby
sobie nie przywłaszczyła". Nawet
takie skrawki ziemi, jak „pola kawałek, które używał leśniczy, między chłopskimi koło drogi uhereckiej" czy kawałek koło chałupy
przy cegielni muszą być uwzględnione we wszystkich statystykach
i obliczeniach, bo przecież należą
do majątku składając się na jego
całość. Okazuje się, że Fredro był
równie sumiennym gospodarzem,
co i twardym egzekutorem. Warto może przypomnieć, iż „Notaty"
te sporządzał w dziewięć lat po
zniesieniu pańszczyzny. A mimo
to ciągle domagał się od chłopów
— oczywiście w granicach prawa
— jakichś świadczeń. Stwierdzał
na przykład, że „za las bywa robocizna”. Leśniczy powinien prowadzić spis tych, których biorą na
odrobek. Taki drugi spis ma być w
ręku ekonoma. Na sesji mają sobie
komunikować i wpisywać. Ekonom na odrobioną robociznę za las
daje kwitki, które ten, co odrobił,
powinien oddać leśniczemu, aby
go wymazał ze spisu. Żadnej powinności nie wolno odpuścić.
Pilnej uwadze syna polecał też
Fredro budynki różnej użyteczności. Syna czekają w tej materii
trudne decyzje. Chłopi nagle rzucają się do stawienia szkoły. Ale
zdaje się, że to pretekst, abym ja
im karczmę odstąpił, gdzie by osadzili niby nauczyciela, ale właściwie pisarza gromadzkiego. Oczywiście karczmy im się nie odda, a
gdyby się przegrało w drodze prawa, to albo nabyłoby się od gromady ten kawałek, na którym stoi,
albo by się rozebrała. Stanowczości Fredry w przestrzeganiu prawa
i egzekwowaniu własnych majątkowych korzyści towarzyszyła
podejrzliwość, obecna zresztą w
niemal wszystkich sferach jego
życia. Kiedy Jan Aleksander Fredro, który ponad osiadłe życie
gospodarza przedkładał dalekie
podróże i bujne życie towarzyskie,
przystąpił do realizacji zawartych
w „Notach" wskazań, musiało go
ogarnąć przerażenie. A po nim
przyszło zniechęcenie. A jakby
miał jeszcze za mało kłopotów
z gorzelniami, karczmami, arendami, ogiernią i gnojnikiem, to
Mizia z odziedziczonego kapitału
odkupiła od Bolesława Borkowskiego Podhajczyki, przylegające
od północno-zachodniej strony do
Rudek. Nawet ojciec tak zawsze
skory do powiększania majątku
był przeciwny ich nabyciu. Po
śmierci Mizi spisano na nie osobny, wieloletni kontrakt dzierżawny
z rodziną Matczyńskich.
Już pierwsze rozliczenia dochodu i
zadłużenia klucza rudeckiego sporządzone przez Jana Aleksandra
bodaj w 1858 r. zagniewały jego
ojca. A już pomysł syna, aby rządcę Kleczewskiego zwolnić zimą z
dojazdów do Beńkowej Wiszni i
samemu przejąć wszystkie czynności urzędowe, był— delikatnie
mówiąc — bezsensowny. „To jest
prawdziwe dzieciństwo— stwierdzał bez ogródek — abyś był pisarzem u swego rządcy i abyś
podejmował się rzeczy, którą nie
umiesz i już umieć nie będziesz.
[...] Ale nie dość rady, trzeba wykonać tę radę, to jest napisać, a Ty
nie umiesz tyle po niemiecku, ani
znasz terminologią i formy najprostsze, abyś mógł co do rządu
napisać. Również sprawozdanie
finansowe i prognozy w tym zakresie zagniewały starego Fredrę.
Realizacja zamysłów syna niechybnie spowodowałaby bankructwo. „Z tego wszystkiego wynika
— pisał Aleksander Fredro w tym
samym liście będącym poważną
reprymendą— że dobry zarząd
Rudek, Beńkowej Wiszni i Jatwięg
— czego ma się prawo żądać od
rządcy — powinien po zapłaceniu
mnie 4000 florenów i podatków
z Tow. Kredytowym 3000, razem
7000 przynieść do 6000 florenów.
A co się tyczę obrotowego kapitału, ten jest zawsze w suchych intratach. A w wielkich wydatkach
może być zastąpiony z dochodów
żony. Ja jestem zdekoncentrowany. Nie żądam, abyś złoto robił,
ale żądam rozsądnego poglądu na
przyszłość. — Tu nareszcie nie
idzie o akuratność budżetu, ale mi
idzie o principium, że z Beńkowej
Wiszni, Rudek i JatwięgI tylko
4000 florenów dla mnie i podatek
3000 można sobie obiecywać — a
na to przystać nie mogę. Wszystko
to innymi słowami możesz komunikować. Stary Fredro przeczuwał, że syn pomniejszy wartość
klucza rudeckiego. Ale zza ostrych
słów wyłaniała się bezsilność. Na
razie Jan Aleksander nie miał sposobności, aby zrujnować Beńkową
Wisznię. Gospodarował bowiem
niewiele ponad cztery lata, a przy
podejmowaniu trudnych decyzji
prosił o radę ojca. Zwrócił się na
przykład o pomoc w zażegnaniu
konfliktu z księdzem grekokatolickim, który domagał się darmowego drewna. „Przez ograniczenie i postanowienie raz na zawsze
ilości opału usunęlibyśmy w dal
powód sporów i pieniądze zostałyby w kieszeni" — uważał Aleksander Fredro. Gdy jeden spór
był już zażegnany, natychmiast
powstawał nowy. Tym razem jego
przedmiotem były ogrody i stojące
w nich chałupy. „Koniec końców,
od czterdziestu lat jesteśmy w posiadaniu tych ogrodów, na których
[...] jedną całkiem nową chałupę
postawiłem, gdzie jej nigdy nie
było [...] Jakimże sposobem ks.
Hryniewiecki gwałtem chce wejść
w posiadanie? Ten gwałt trzeba
odeprzeć, płot rozrzucić, a potem
dopiero przystąpić do układów
[...]. Jeżeli w metrykach te ogrody na cerkiew zapisane, nie ma się
co upierać, bo te kawałki tego nie
warte, tylko się przekonać z rozległości, czy jeden, czy obydwa są
cerkiewne".
KONIEC CZ.III
Muzeum pisanek w Kołomyi
Ziemia wołyńska...!
Stanisław Sarnecki
Zadymiona, zapłakana, samotna...
Znaczona kurhanami i lasem bezimiennych mogił
zaoranych, wyrównanych, splantowanych, zdeptanych butem wrogiego
ludu...
Nad nimi cisza, zapłakanych brzóz
i pochylonych, szepczących sosen...
Niech dotrze do Was mój krzyk, mocny potęgą bólu...
Który trwa...
Moja modlitwa do Boga!
Przez rozległe polskie pola i lasy...
Niech płynie do Was moja tęsknota
i moc.
Mojej miłości uwięzionej
w pamięci...
Niech płynie....
Niech trwa....
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 45
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
MALARSTWO KRESOWE
-BOGACTWO BARW TYCH
ZIEM- CZ. I - HUCULSZCZYZNA
Anna Małgorzata Budzińska
C
óż może lepiej oddać barwy kresów jak nie malarstwo kresowe?
Odwiedziłam Muzeum Narodowe we Wrocławiu,
przejrzałam wiele albumów.
Zbierając materiały do tego zagadnienia zastanawiałam się:
Jak to usystematyzować, od czego zacząć?
Może alfabetycznie- Axentowicz na pierwszy ogień? - Eeee
nie, tak nieciekawie.
Może datami? – Nuuuda.
Może tematami?- Hmm… to już ciekawiej.
Nie - już zdecydowałam, opracuję to geograficznie, powiążę
ze specyfiką danego regionu.
Zacznę od dołu mapy. Huculszczyzna? Gdzie to jest? - pada
często pytanie, gdy mówi się o tym rejonie.
Pytanie nie jest bezzasadne. Można bowiem powiedzieć, że
Huculszczyzna leży na końcu świata. Nie na dalekim, egzotycznym końcu wielkiego świata, ale całkiem bliskim, swojskim końcu naszego światka. Choć zmieniały się granice
państw, zawsze tam leżała. Teraz zajmuje skrawek zachodniej
Ukrainy, a nieliczne przysiółki znajdują się też po rumuńskiej
stronie Czarnohory.
Spójrzmy na mapę- to góry i pogórza, a więc związana z tym
huculszczyzna rozsławiona przez malarzy Młodej Polski. Huculskie tematy podejmowali Teodor Axentowicz (czyli jednak
nie ucieknę od alfabetu), Stanisław Dębicki, Fryderyk Pautsch
i Kazimierz Sichulski, Władysław Jarocki i wielu innych.
Kresowe góry – Huculszczyzna- trudno je nazwać polskimi,
gdyż była to mieszanka różnych narodowości i wpływów.
do czasu płynęły ciągi tratew, a na nich pośród bryzgów pian
uwijali się Huculi, kierując tymi pociągami belek przy pomocy
długich żerdzi.
/ Wyczółkowski „Pejzaż”
/ Jaroszyński „Huculi”
To wymieszanie ludnościowe, językowe i obyczajowe wpłynęło na powstanie wyjątkowo bogatego folkloru huculskiego.
Dominują w nim związane z kulturą pasterską elementy wołoskie oraz ukraińskie i polskie (Piotr Janczarek).
Nie dziwi więc, ze kraina ta fascynowała malarzy, pisarzy i
muzyków, a później także turystów napływających tam z wielu stron.
Dzisiaj Karpaty Wschodnie wraz z Huculszczyzną należą do
Ukrainy i tak już zapewne zostanie, bowiem są wydarzenia
historyczne, których odwrócić nie można. Tym bardziej, że naród polski, z wielkim bólem, jednak pogodził się z utratą Ziem
Wschodnich i pragnie dobrosąsiedzkich stosunków z niepodległą dziś Ukrainą .
W trudnych, górskich warunkach, gdzie klimat nie pieścił się
z człowiekiem, a skalisty grunt nie sprzyjał urodzajom, gdzie
więc- na halach i połoninach – największym bogactwem były
owce. Ludność pochodzenia ruskiego, wołoskiego (Łemkowie, Bojkowie, Hucułowie), z niemałą domieszką mołdawską,
wędrowała w ciągu wieków powoli, ale nieustannie ku zachodowi, idąc wierchami lub wzdłuż nich- połoninami- po obu
stronach Karpat.
/ Jaroszyński „Krajobraz z Hucułami”
Od pierwszego momentu zachwycili mnie mieszkańcy tej ziemi
: ubrani jakby z nonszalancją, choć wspaniale, ze swymi szerokimi pasami, z kożuszkami przerzuconymi przez jedno ramię,
w kierpcach i czarnych kapeluszach.
/ Pautsch „Jesień w Karpatach”
Polski wybitny znawca Huculszczyzny, geograf, krajoznawca
i piewca Huculszczyzny Henryk Gąsiorowski (1878-po 1939)
napisał, że "Huculi to najciekawszy zabytek etnograficzny
nie tylko na ziemiach polskich, lecz i w Europie". Stanowią
niespotykaną gdzie indziej mieszaninę antropologiczną i kulturową. Można spotkać wśród nich typy polskie, ukraińskie,
węgierskie, rumuńskie i ormiańskie (bo z tymi narodami mieli
codzienną styczność), a nawet cechy antropologiczne południowosłowiańskie, albańskie, tureckie, tatarskie i cygańskie.
/ Sichulski „Pasterz huculski”
/ Daczyński „Z Huculszczyzny”
/ Axentowicz „Święcone”
Tadeusz Chrzanowski wspomina swój pierwszy pobyt na Huculszczyźnie (miał wtedy 11 lat): Wszystko mnie tu zachwycało- krajobraz wyniosły i chwilami groźny, ale nie tak groźny
i wyniosły jak Tatry, bo w gęstej czapie lasów i w rozległych
pasmach połonin rozochocony Czeremosz, po którym od czasu
Strona 46 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
/ Wierusz- Kowalski „Konno na jarmark”
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
uważany za prekursora opisu krajoznawczego Czarnohory
Jednak na czoło polskich utworów, związanych z Huculszczyzną, bez wątpienia wybija się epopeja huculska "Na wysokiej
połoninie" Stanisława Vincenza (1888-1971), obrazująca całoroczne życie Hucułów.
/ Szerner „Huculi”
/ Sichulski „Drużka huculska”
I jeszcze bardziej „staruchy”, gdy siedząc „po damsku” na
małych, kudłatych konikach jechały gdzieś pykając z fajeczki,
istne czarownice- woltyżerki.
/ Sichulski „Dziewczynki huculskie”
/ Sichulski „Hucuł zatroskany”
/ Sichulski „Hucułka”
/ Kossak J. „Huculi”
/ Axentowicz „Na gromniczną”
A kobiety: młode czarnobrewy, które na święto zakładały na
szyje kolię z czworaków (duże, złote, a cienkie pieniążki), w
kolorowych spódnicach i białych bluzkach haftowanych prześlicznymi motywami geometrycznymi.
/ Rybkowski „Hucułka na koniu”
/ Jarocki „Hucułka”
www.ksi.kresy.info.pl
W tym zakolu rozmaitych grup etnicznych wyzwolona została
jakaś niebywała fantazja artystyczna, łącząca motywy ukraińskie z mołdawskimi, a raz po raz dawała o sobie znać jeszcze
dawniejsza tradycja, sięgająca Grecji-wpływy bizantyjskie,
jak też i Rzymu – po podboju Dacji. Nic więc dziwnego, ze
fascynacja tym skrawkiem ziemi miała stare i bujne tradycje.
To, że współżycie polsko-huculskie na przestrzeni wieków
było na ogół dobre potwierdza wiele faktów, m.in. to, że wiele polskiej szlachty, osiadłej na Huculszczyźnie, z biegiem lat
wtopiło się w tutejszy lud. W Polsce Huculi żyli sobie w spokoju, w oparciu o swe prawo wołoskie.
Autor nieśmiertelnej "Pieśni o ziemi naszej", Wincenty Pol
(1807-1872), był oczywiście również na Huculszczyźnie i jest
Kresowy Serwis Informacyjny
/ Lirnik i dziewczyna”
1 marca 2013 - strona 47
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Spójrzmy najpierw na głównych malarzy Huculszczyzny.
Fryderyk Pautsch (rodem z Huculszczyzny - urodził się w
1877 roku w Delatynie), którego malarstwo huculskie było
najbardziej płodne, pozostawił nam liczne barwne sceny z życia Hucułów i Huculszczyzny .
We wrocławskich zbiorach znajduje się jego obraz „Pod krzyżem”. Sposób w jaki Pautsch przedstawił tę scenę znany jest
w malarstwie religijnym od dawna. Postacie Hucułów modlących się pod krzyżem przywodzą na myśl grupę opłakująca
śmierć Jezusa Chrystusa- jak w ikonach. Kobieta przypomina
Marię- matkę Zbawiciela. Uczucia bólu i rozpaczy widoczne
są wyraźnie na jej twarzy i w gestach.
Studiował malarstwo w latach 1899-1907 w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych u Józefa Unierzyskiego i Leona Wyczółkowskiego, z przerwą na naukę w paryskiej Académie
Julian w 1905 roku. W latach 1912-19 był profesorem malarstwa w Akademii Sztuki we Wrocławiu, a w latach 1925-50 w
krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Był członkiem Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka".
Od 1904 roku często wyjeżdżał na Huculszczyznę. Malował
sceny rodzajowe, folklor, pełne wyrazu portrety, rzadko pejzaże i martwe natury. Zajmował się także grafiką użytkową.
Teodor Axentowicz
Urodzony w Braszowie w Siedmiogrodzie w 1859 r. Malarstwo studiował w Akademii monachijskiej (1878-82) i w paryskiej pracowni E. A. Carolusa-Durana (1882-95).
Pochodził z polsko-ormiańskiej rodziny, wychowywał się i
dorastał we Lwowie. Od 1895 mieszkał w Krakowie. Był dyrektorem Akademii Sztuk Pięknych i współzałożycielem Towarzystwa Sztuka. Uprawiał dwa zupełnie odmienne rodzaje
twórczości: malarstwo rodzajowe ilustrujące barwną, żywiołową obrzędowość Hucułów, oraz rysowane pastelą portrety
pięknych kobiet.
/ Sichulski
/ Pautsch „Autoportret”
/Sichulski „Niedziela palmowa”
/ Axentowicz „Procesja”
/ Sichulski „Rybak huculski”
”
Władysław Jarocki urodził się w Podhajczykach w 1875r.
Malował sceny obrazujące obrzędy huculskie, odtwarzając
ze szczególnym zamiłowaniem i dokładnością dekoracyjność
strojów huculskich.
Studiował architekturę na Politechnice Lwowskiej, a następnie
malarstwo w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych u Józefa
Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego oraz w Académie Julian
w Paryżu
/ Pautsch „Nowożeńcy”
/ Axentowicz „Autoportret-Hucuł”
/ Pautsch „Pod krzyzem”
/ Pautsch „Autoportret”
Kazimierz Sichulski – urodził się we Lwowie w 1879r. Malował połoniny wschodniokarpackie i Hucułów. W swych obrazach huculskich Sichulski wyrażał afirmację Huculszczyzny
pogodnej i odświętnej. Od obrazu "Zwiastowanie" (1908) Sichulski w swojej twórczości religijnej uprawiał konsekwentnie
niekonwencjonalną transpozycję tematu religijnego na realia
Huculszczyzny. Próbował stworzyć własny styl w malarstwie
polskim, pełen elementów huculskich, który miał być wkładem w polski styl narodowy.
/ Jarocki „Święto Jordanu”
/ Sichulski „Madonna huculska”
/ Jarocki „Z Huculszczyzny”
Strona 48 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
wicza (ur. 1890) i Juliusza Zubera(1860-1910).
Można tu wspomnieć, że w Kosowie urodził się artysta malarz
Stanisław Jakubowski (1885-1964),
Należy również wspomnieć ukraińskiego malarza Huculszczyzny, związanego z Polską i Polakami - Iwana Trusza
(1869-1940), który kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych
w Krakowie pod kierunkiem Leona Wyczółkowskiego i Jana
Stanisławskiego i ilustrował "Sonety krymskie" Adama Mickiewicza.
/Sichulski „Niedziela palmowa”
/ Szymanowski „W huculskiej izbie”
/ Rybkowski „Przy drodze”
/ Obst „Karpaty”
A na koniec jeszcze przedstawię kołomyjkę.
Kołomyjka to szybki, ekspresyjny taniec górali huculskich,
przyprawiający o zawrót głowy. Znakomicie uchwycił to Teodor Axentowicz w słynnym obrazie "Kołomyjka”
/ Sichulski „Rybak huculski”
”
Innym wielkim malarzem polskim, zajmującym się tematyką
huculską, był pochodzący z Mazowsza Leon Wyczółkowski
(1852-1936), który zostawił nam piękną " Tekę huculską"
(1910).
Te jesienne górskie krajobrazy powstały podczas pobytu Wyczółkowskiego na Huculszczyźnie, w Jaremczu lub Worochcie, dokąd artysta jeździł w latach 1910-1911
/ Dębicki-„Kąpiel w Prucie”
/ Axentowicz „Kołomyjka”
/ Trusz „Pejzaż górski””
Taniec nakręca wirująca melodia, która raz wznosi się, to
znów opada. Ma on w sobie coś niesłychanie porywającego,
fascynującego, jakby jakąś magiczną siłę. Wyśpiewywane na
przemian w duecie zwrotki stają się coraz żywsze i ciągną się
bez końca. Nie milkną ani na chwilę. Dzwonią cymbały, burczy kobza, dźwięczy fujarka, zawodzą skrzypce, a to wszystko
odbywa się w zapierającym dech tempie. Nad rozpalonymi
czołami goreją chustki. W matowym świetle błyszczą naszyjniki ze szklanych paciorków, a muzyka brzmi ogłuszająco, staje się coraz bardziej dzika, jakby sama siłą rozpędu wprawiała
w bachiczne upojenie. Taniec trwał długo, a jego uczestnicy,
będąc w transie, nie czuli zmęczenia
O kołomyjce wspominają słowa refrenu popularnej pieśni,
której refren jest ludowy, a słowa zwrotek napisał Józef Korzeniowski:
Czerwony pas, za pasem broń I topór, co błyska z dala,
Wesoła myśl, swobodna dłoń: To strój, to życie górala.
Refren:
Tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa,
A ochocza kołomyjka Do tańca porywa.
Dla Hucuła nie ma życia, Jak na połoninie,
Gdy go losy w doły rzucą, Wnet z tęsknoty ginie.
/ Wyczółkowski „Jaremcze”
Z grona wielu innych malarzy polskich interesujących się
w swej twórczości Hucułami i Huculszczyzną należy wspomnieć: Stanisława Dębickiego (1866-1924), Stanisława Grocholskiego (1858-1932) - Tadeusza Rybkowskiego (18481926), pochodzącego z Warszawy Wacława Szymanowskiego
(1859-1930), Seweryna Obsta (1847-1917), Norberta Około-
www.ksi.kresy.info.pl
Gdy świeży liść pokryje buk I Czarnohora sczernieje,
Niech dzwoni flet, niech ryczy róg! Odżyły nasze nadzieje.
(Refren)
/ Zuber „Zaloty”
Kresowy Serwis Informacyjny
Pękł rzeki grzbiet, popłynął lód, Czeremosz huczy po skale,
Nuż w dobry czas kędziory trzód Wykąpią nasi górale.
1 marca 2013 - strona 49
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
(Refren)
Połonin step na szczytach gór,
Tam trawa w pas się podnosi,
Tam ciasnych miedz nie ciągnie
sznur,
Tam żaden pan ich nie kosi.
(Refren)
Dla waszych trzód tam paszy dość,
Tam niech się mnożą bogato!
Tam runom ich pozwólcie róść,
Tam idźcie na całe lato.
(Refren)
A gdy już mróz posrebrzy las,
Ładujcie ostrożnie konie,
Wy z plonem swym witajcie nas,
My z czarką podamy dłonie.
No to wsłuchajmy się w ten „szum
Prutu” patrząc na obrazy Wyczół-
kowskiego, Pautscha, a także Axentowicza.
wają ponownie Huculszczyznę i
przywracają turystykę w tej pięknej
- dawniej polskiej, a dziś ukraińskiej - krainie. I dobrze. Odnawiajmy przyjaźń z Hucułami i budujmy
- bo podróże nie tylko kształcą, ale i
przybliżają do siebie ludzi i narody lepsze polsko-ukraińskie jutro.
%C5%82omyjka_(taniec)
http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/
article?AID=/20110409/REPORTAZ/674111036
http://pl.wikisource.org/wiki/Czerwony_pas oraz:
Zdjęcia z wystawy malarstwa „sztuka polska XVII-XIX w” w Muzeum
Narodowym we Wrocławiu
Książkę Tadeusza Chrzanowskiego
„ Kresy, czyli obszary tęsknot”
Opracowując ten temat wykorzystałam:
/ Wyczółkowski „Pejzaż znad Prutu”
Jest coś tragicznego w fakcie, że w
tych tak pięknych okolicach wydarzyło się tyle zła- masakry polskiej
ludności przez bandy UPA i przesiedlenia tysięcy mieszkańców tych
ziem na skutek akcji „Wisła”.
Marian Kałuski: Jednak historia
lubi się powtarzać. Polacy odkry-
http://www.pinakoteka.zascianek.
pl/
http://artyzm.com/galeria.php
http://kultura.elblag.net/artykuly/sloneczny-zakatek-dobrychspotkan-huculszczyzna-ni,2472.htm
http://www.kworum.com.pl/art4395,polskie_dzieje_huculszczyzny.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko-
/ Pautsch „Huculska muzyka- Czerwony pas”
Wielkanocne zwyczaje kresowe
Redakcja
KU WIELKANOCY
Na tydzień przed świętami robiło
się w domu generalne porządki:
pranie, trzepanie koców, dywanów,
kilimów, pościeli. Do obowiązkowych czynności należało mycie i czyszczenie naczyń kuchennych, szorowanie piaskiem z gliną
wszystkich garnków, rondelków,
patelni, misek, pokrywek, foremek do ciast, sztućców, desek do
krojenia i wszystkich przyborów z
drewna używanych w kuchni. Tak
gorliwie pracując i pomagając we
wszystkim, czekaliśmy na Niedzielę Palmową zwaną kwietną. Palmy
wierzbowe z baziami i z suszonymi kolorowymi kwiatami, trawami
widziało się tego dnia wszędzie.
Palmę należało mieć podczas nabożeństwa, a po poświęceniu trzeba
było umieścić ją za świętym obrazem (miała chronić przed nieszczęściem). Krzyżyki zaś zrobione z
gałązek wetknięte w rolę, chroniły przed klęskami i przynosiły
urodzaj. W wielu rejonach Polski
palmy były potężne, majestatyczne, furkoczące wstążkami i aż do
dzisiaj obserwujemy konkursy na
najwyższą i najpiękniejszą palmę
wielkanocną. Przez cały Wielki
Tydzień klasztory i szkoły zakonne wystawiały widowiska pasyjne
nie szczędząc pobożnych wzruszeń
i godziwej nauki, czasem rozgrywanych na stacjach Drogi Krzyżowej. Takie Kalwaryjskie misteria
były naturalne i zgodne z opisem
ewangelicznym. W Wielki Czwartek umywano nogi dwunastu star-
com, potem wieczerzano z nimi
i suto obdarowywano każdego z
nich. Wielki Piątek – to odwiedzanie całymi rodzinami Grobów Pana
Jezusa. Urządzane były z fantazją
artystyczną, bogatą plastyką, przepychem, ze stosowaniem się do
historii z Pisma Świętego, Starego
lub Nowego Testamentu. Należało
obejść wszystkie kościoły (w Wilnie było ich 35), a już najmniej siedem, pomodlić się i złożyć datek.
Zapamiętałam Groby z wileńskich
kościołów w czasie wojny 19391945. Znikał przepych, leżał w
nich tylko chudziutki Zbawiciel w
słomianej, starej chacie, dookoła
stały wypalone belki, leżały druty kolczaste i był czarny, surowy
krzyż. Wielki Piątek był dniem
smutku, wyciszenia, zadumy, ascezy i ścisłego postu. Wielka Sobota
zaś to dzień przygotowywania posiłków na stół świąteczny. Od rana
gospodynie gotowały i wypiekały
pachnące „przysmaki”. Pachniało
na podwórzu bigosem, pieczonym
mięsem z gęsi i indyka. Barwiono
pisanki, kraszanki i oklejanki. Szykowano święconkę. Wyciągano z
szuflad komód najpiękniejsze białe
obrusy, najdroższą zastawę stołową
i ustawiano wazony z wiosennymi
kwiatami, baziami i zielonym igliwiem. Na środku stołu obok świecy
z symbolem wielkanocnym stał na
zielonej łączce z owsa lub rzeżuchy
baranek i rzucały się w oczy takie
duże puchowe baby, lukrowane
mazurki, serniki i sękacze. Słowem
pyszności!
Rezurekcja i Wielkanoc. Ojciec
rozpoczynał śniadanie modlitwą
Pańską, błogosławił i pozdrawiał
słowami: „Chrystus zmartwychwstał. Alleluja!” Odpowiadaliśmy:
„Prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja!” Był to centralny moment
świąt. A kiedy Mamuśka zaintonowała: „Wesoły dziś dzień nam
nastał”, zaczynaliśmy się dzielić
ćwiartkami jajek, kiełbaskami,
szynką, chlebem i chrzanem. Dzieciaki szmyrgały z talerzami i kroiły, co chciały. Po generalnym objadaniu się, wypijaliśmy rosół i z
jak największą ilością pisanek we
wszystkich możliwych kieszeniach
wymykaliśmy się na podwórko.
Tam gromady małolatów grały w
„zbitki” i z okrzykami emocji toczyły po pochyłości (najczęściej
była to dachówka) malowane jajka, trafione stawały się własnością.
Wracaliśmy zziajani, zmęczeni,
czasem przegrani jak ofermy i fajtłapy, czasem jak zwycięzcy, rekordziści, mistrzowie ulicy, morowcy
i zuchy dzielnicy. Poniedziałek
Wielkanocny – lany śmigus-dyngus; zawsze ociekał wodą, było
totalne oblewanie wszystkich przez
wszystkich. Po świętach wszystko
znikało, zostawały tylko wspomnienia i czasem niestrawność.
Mam ogromny sentyment do Wilna i Wileńszczyzny. Opisałam
wspomnienia i fakty z najbliższego
otoczenia. Ujawniłam przechowywane w pamięci szczęśliwe i trochę smutniejsze chwile z życia rodzinnego na błogosławionej Ziemi
Wileńskiej. Dawne życie musiało
odejść wraz z mieszkańcami, którzy musieli opuścić ojcowiznę, Ale
dzięki tym wspomnieniom Kresy
stały się bardziej kochane i bliskie
nie tylko Wilniukom. [1]
Na Kresach istniał zwyczaj
Gdy na stole znajdzie się parzysta liczba jajek święconych, pannie wróży to rychłe zamążpójście.
Obdarowywanie się święconym
jajkiem przez zakochanych wróży
im udany związek, pomyślność,
potomstwo. Własnoręcznie pomalowane na czerwono jajka, podarowane wybrance lub wybrańcowi,
zapewniają miłość. Jajko z motywem kołyski powinni sobie podarować małżonkowie, którzy nie
mogą doczekać się potomstwa.
Panna pragnąca zachwycić ukochanego pocierała jajkiem pomalowanym na czerwono części ciała, którymi chciała go oczarować
najsilniej. Potem tłukła skorupkę i
jajko przelewała przez ułożone na
Strona 50 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
krzyż patyczki, najlepiej brzozowe.
Skorupkę z pisanki należało teraz
utrzeć na proszek, który - dosypany
do potrawy - działał cuda i wzbudzał płomienne uczucie chłopaka.
Na Kresach istniał zwyczaj, wedle
którego w wielkanocną niedzielę kawaler mógł ofiarować pannie
pisankę, mówiąc: „Chrystus zmartwychwstał”, i trzykrotnie ją pocałować. [2]
Co podawano na stoły?
Na kresach na początku XIX wieku
podawano głównie baby drożdżowe bądź migdałowe, torty z ciasta
francuskiego z konfiturami, serniki
lub pochodzącą ze wschodu paschę, czyli schłodzoną, delikatną
masę z sera, masła, żółtek i cukru z
dodatkiem bakalii. Zapewne pyszności!
Takiego zbytku nie spotykano u
mniej bogatych mieszczan oraz
chłopów. Było tam zdecydowanie
skromniej, ale dostatnio, wedle ich
możliwości. Na śniadanie chłopi
zjadali najpierw po kawałeczku
chrzanu, święconego jaja, chleba
z masłem i wreszcie mięsne przysmaki. A ponieważ Wielkanoc zazwyczaj poprzedzona była świniobiciem, to na stole pojawiała się
duża ilość niewymyślnie przyrzą-
dzonego mięsa - przeważnie gotowanego lub duszonego. Objadali
się także słoniną, kiełbasami i innymi wyrobami.
Zdarzało się również pieczone prosię lub ciele. Wszystko zaś zjadali
z chrzanem, bo „krzan i żółć jeden
smak równy ma”. Miało to przypominać, że Jezus pojony był żółcią.
Z ciast podawano słodkie placki,
baby i serowniki. I tak dogadzano
sobie przez cały dzień, nie grzesząc
umiarem.
Nic zatem dziwnego, że po długim
poście żołądki naszych przodków
źle reagowały na tak wielkie obżarstwo. Krążyły zatem liczne rady, no
choćby ta, jak uchronić się od zgagi. Otóż, należało na czczo zjeść
święconego chrzanu i trzy razy
chuchnąć do komina albo przed
śniadaniem zjeść usmażone na maśle pokrzywy. Ciekawe, czy pomagało? Wydaje się jednak, że obecne
sposoby są bardziej skuteczne.
I jeszcze coś z ówczesnego savoir-vivre’u, w którym przestrzegano,
by nie częstować sąsiada nadgryzionym kawałkiem mięsa, nie mlaskać, nie wycierać nosa w obrus.[3]
[1] Fragment wspomnień Parafianki Marii „KU WIELKANOCY”
http://www.sw.kazimierz.koszalin.
opoka.org.pl/odnowa/wielkanoc.
html
[2]
http://www.tomaszow-tit.pl/
artykul,Dawne_wr%C3%B3zby_
wielkanocne,6930.html
[3]http://pochodnia.pzn.org.pl/artykul/35-po_staropolsku_i_wspol-
www.ksi.kresy.info.pl
LISTY - OPINIE - POLEMIKI
ZAPROSZENIA
ZAPROSZENIE DLA NASZYCH CZYTELNIKÓW
- PROSTO Z MRĄGOWA
„Na Kaziuka …”
Wileński Kaziuk od trzech wieków
jest zwiastunem wczesnej wiosny.
Święto to czasem jeszcze śnieżne,
chłodne, a najczęściej słotne, jakże
jest kolorowe. Bo wileńskie Kaziuki - chociaż na pozór są tylko rozpoczynającymi się w pierwszych
dniach marca i trwającymi w Wilnie
i okolicach czasem przez dwa tygodnie jarmarkami - w gruncie rzeczy
od dawna już przekształciły się w
największe, najdłużej trwające i
najbarwniejsze święto miasta. Któż
pochodzący z tych stron nie uczestniczył lub przynajmniej nie obserwował kaziukowych jarmarków?
Ich tradycja liczy sobie już 300 lat
z górą i trwa do dziś dnia. Zwykły kiermasz? O nie, sama poezja.
Wszak kaziukowe jarmarki nieraz
służyły natchnieniem dla ludowych
poetów.
Kapliczka sw. Kazimierza Jarmarki
te Wilnianie zawdzięczają świętemu
Kazimierzowi, synowi Kazimierza
Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, urodzonemu w 1458 roku na Wawelu.
Kazimierz Jagiellończyk - syn był
uczniem Jana Długosza, uczestniczył w wyprawach wojennych i
"spotkaniach dyplomatycznych" w
Malborku, był na Sejmie w Piotrkowie. Wiosną 1483 roku został
wysłany na Litwę, gdzie pełnił
funkcję podkanclerza, a przez dwa
lata praktycznie sprawował władzę
królewską. Był niezwykle nabożny i
wykształcony. Zmarł w 1484 roku w
Grodnie (obecnie Białoruś) w wieku lat 26. W 1602 roku został przez
papieża wyniesiony na ołtarze. Był
jednym z pierwszych świętych na
Litwie, jest jej patronem. Szczątki
św. Kazimierza złożone w srebrnej
trumnie spoczywają w Katedrze Wileńskiej.
Na kaziukowym jarmarku można
było kupić wszystko, nawet konia z
wozem, ale od wielu, wielu już lat
i do dziś dnia królową każdego takiego jarmarku była i jest wileńska
palma - małe dzieło sztuki wyczarowane sprawnymi rękami mistrzyń,
wyplatane z suszonego kolorowego zielska, traw, zboża i suszonych
kwiatów, zdobione bibułami. Wyplecione misternie i wykonane na
www.ksi.kresy.info.pl
pamiątkę palm, którymi według Biblii, witano wjeżdżającego do Jerozolimy Chrystusa.
Impreza dofinansowana jest ze środków budżetu miasta Mrągowa. Pojawią się w Mrągowie mistrzynie,
które pokażą jak uwiły na palmach
specyficzne wypukłe "brzuszki" z
kłosów. Nazwano je "koroną świętego Kazimierza". Na palmach są też
"rumianki" i "ptasie piórka". Wieś
Nowosiłki słynie z prześlicznych
"fanarów", czyli palm w kształcie
kolorowych latarenek- może i takie
palmy zobaczymy u nas ? Z kolei
w Wilkieliszkach robią "astry" i
"grzybki". Zmienia się stale moda
i na kolory używane do dekoracji
palm. Od dawnych tradycyjnych, co
to aż "oczy rwały", poprzez szare aż
po czarne. Na przykład wieś Szmygle słynie z tzw. "palm litewskich",
czyli wyplatanych z niemalowanych
kłosów.
Podwileńskie palmy są rozproszone
po całym świecie. Znajdziesz je w
całej Europie, w Stanach Zjednoczonych, w Australii, w Brazylii, w
Peru. Sądzę, że pojedyncze dotarły
i do Kanady, ale takiej feerii barw,
jaką tworzą podczas kaziukowych
jarmarków nigdzie poza Wilnem nie
uświadczysz chyba że na Kaziuka w
Mrągowie.
Zgrają nam kapele z tradycyjną pieśnią. Zapraszamy na występ Kapeli
"Wesołe Wilno", występ Zespołu
Śpiewaczego "Marzenie" oraz Tanecznego Zespołu "Gielmie"
2 marca 2013 (sobota), godz. 17.00
Towarzystwo Miłośników Wilna i
Ziemi Wileńskiej i Centrum Kultury i Turystyki zaprasza
red. Zofia Wojciechowska
tel 518921104
NASZE STOWARZYSZENIE SZD
Można wesprzeć wpłatą na konto z
dopiskiem -Program Pomost
BS 29 8848 0008 0000 5034 1000
0001
publikacje w Radio Wnet
www.radiownet.pl/etery/program-pomost
Magazyn Polonia
www.magazynpolonia.com
Kresowy Serwis Informacyjny
www.ksi.kresy.info.pl
www.kresy.info.pl
www.pokoleniakresowe.pl
LISTY DO REDAKCII
W okresie minionego miesiąca napłynęło dziesiątki listów do naszej redakcji ale wszystkie związane były z akcją
zbierania podpisów pod społecznym
projektem ustawy o ustanowienie 11
lipca Dniem Pamięci Męczeństwa
Kresowian. Na każdy staraliśmy się
na bieżąco odpowiadać. Podobnie wyglądała sprawa z telefonami których
mieliśmy po kilka dziennie. W ostatnim okresie dominowały więc sprawy
bieżące i dlatego dziś nie mamy do
zaprezentowania żadnej innej sprawy.
------------------------------Szanowni Państwo!
Wzorem lat poprzednich Klub
"Samborzan" Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo
Wschodnich w Oświęcimiu organizuje
w dniach 29.05. - 2.06.2013 r. wyjazd
do Sambora i innych miejscowości na
Kresach. Pierwszeństwo w wyjeździe
mają członkowie Klubu ale zwykle
znajduje się miejsce dla sympatyków
Kresów. Koszt: 360.- na transport i
przewodników + 240.- Zakwaterowanie i wyżywienie /śniadania i obiadokolacje/. Szczegółowy program
pobytu zostanie ustalony na spotkaniu
uczestników wyjazdu.
Zgłoszenia na e-mail:[email protected] lub [email protected], telef:
338422551 lub 609808529
Pozdrawiam Włodzimierz Paluch
SZUKAM INFORMACJI O:
Nie mogę, albo nie potrafię odszukać wiadomości o działalności
w Z.W.Z, następnie 27 WDP AK
mojego ś.p. Taty, Stanisława Lewickiego ps.Królik. Tato działał w
kowelskiej kolejówce. Przewoził
jako kolejarz sprzęt do radiostacji
w Zasmykach, dokumenty, pism,
rozkazy z Warszawy, Chelma. Po
wojnie ujawnił się w kieleckim UB
nie pozbywając się broni, przechowywanej w domu w m. Słowik.
Dom po wyzwoleniu uległ spaleniu
a ziszczony ognie pistolet /6belgijska/byl tematem dochodzenia UB.
Wieslaw Lewicki [email protected]
____
Witam! Poszukuję wiadomości na
temat rozstrzelania przez Niemców
w 1943 lub 1944 wczesną wiosną
grupy Polaków ok.70-ciu osób,
którzy byli więzieni w więzieniu w
Pińsku. Pośród tych osób był mój
stryj Kazimierz Wróblewski por.
Wojska Polskiego który służył w
84pp i w 184pp. Nie znam szczegółów tej tragedii. Może jakieś
informacje posiadacie Państwo w
swoim archiwum.
Pozdrawiam.
Piotr Wróblewski lokomot[email protected]
o2.pl
__
Zgłoś organizowane prze ciebie lub
Twoje Stowarzyszenie
Obchody 70. Rocznicy Ludobójstwa
Nazwa organizatora
...............................................................................
Miejsce
...............................................................................
Data
...............................................................................
Uczestnicy
...............................................................................
Kontakt z organizatorami
...............................................................................
________________________________________
Zgłoś przyjazd i uczestnictwo w warszawskich obchodach
70. Rocznicy Ludobójstwa.
Nazwa stowarzyszenia, siedziba
...............................................................................
Kontakt z organizatorem wyjazdu do Warszawy
...............................................................................
Ilość uczestników we mszy na Skwerze Wołyńskim - godz. 10:00 11 lipca
...............................................................................
Ilość uczestników w "Marszu Pamięci"
- godzina 16:00, 11 lipca
________________________________________
Zgłoś przyjazd i uczestnictwo w
konferencji prasowej w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa przy ul. Marszałkowskiej 7.
Nazwa uczestnika
................................................................................
Nazwa redakcji
................................................................................
Ilość uczestników
...............................................................................
Warszawa 10 lipiec
[email protected]
Witam szukam informacji na temat MOJEGO DZIADKA JÓZEFA
ŁUSZCZYŃSKIEGO. Na drobną
wzmiankę trafiłem na stronie www.
stankiewicze.com. Podobno działał
w samoobronie Zasmyki. Z przekazów rodzinnych wiem tylko że podobno przed wojna był Naczelnikiem węzła kolejowego w Kowlu.
Pozdrawiam serdecznie
Piotr Łuszczyński [email protected]
Kresowy Serwis Informacyjny
1 marca 2013 - strona 51
LISTY - OPINIE - POLEMIKI
Nasze serwisy
Partnerzy medialni
www.kresy.info.pl
www.wolyn.org
Dołącz do grupy PARTNERÓW MEDIALNYCH
Nie może Ciebie tutaj zabraknąć
www.27wdpak.pl
Papierowe wydanie Kresowego Serwisu Informacyjnego
www.pokoleniakresowe.pl
Do prowadzenia tego serwisu poszukujemy wolontariuszy-operatorów systemu CMS Joomla v. 1.7.x
W licznych rozmowach z czytelnikami powtarzają się pytanie o to, kiedy Kresowy
Serwis Informacyjny stanie się gazetą papierową.
Wychodząc naprzeciw takiemu zapotrzebowaniu, podjęliśmy wstępne i wcale nie
łatwe działania przygotowawcze zmierzające do wydania gazety w formie wydania papierowego. Jednym z elementów funkcjonowania gazety jest niewątpliwie
sposób jej dystrybucji.
Słusznym i logicznym wydaje się zasada dystrybucji oparta na stowarzyszeniach,
bowiem to właśnie głównie w stowarzyszeniach znajdują czytelnicy KSI.
Kolejnym krokiem przygotowawczym jest ustalenie wysokości nakładu dlatego
zwracamy się do stowarzyszeń o zgłoszenie kilku podstawowych informacji.
Zgłoś gotowość Stowarzyszenia do dystrybucji gazety papierowej
Nazwa dystrybutora
www.forumpokolenia.27wdpak.pl
..........................................................................................................................
Adres
..........................................................................................................................
Ilość egzemplarzy
..........................................................................................................................
Kontakt
..........................................................................................................................
Powyższe informacje przesłane na adres [email protected] ułatwią przygotowania
do papierowego wydania gazety.
Redakcja - Kontakt:
Bogusław Szarwiło - Redaktor Naczelny
[email protected]
607144741
Aleksander Szumański
asz[email protected]
607 345 832; 664 773 118
Zofia Wojciechowska
[email protected]
518 921 104; 608 475 240
Ryszard Zaremba
[email protected]
667 001 775
Anna Małgorzata Budzińska
[email protected] 660 159 143
Maciej Prażmo
[email protected] 602 319 309
Andrzej Łukawski - Wydawca
[email protected]
22-853 43 97; 501 153 340
Jesteś pasjonatem Kresów?
Koniecznie skontaktuj się z
Kresowym Serwisem
Informacyjnym
[email protected]
Wydawca: Bartexpo Agencja Reklamowa; 02-670 Warszawa ul. Puławska 240 / 60 tel. 22 853 43 97; 602 397 844 ISSN 2083-9448; wpis do EDG: UD-IV-WDG-A-5415-PLE-2644-2-10 NR 352888 ;
Dział „HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE„ red. nacz. Bogusław Szarwiło [email protected] , tel: 607144741;
Dział „BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA„ Aleksander Szumański [email protected] 607 345 832 ; 664 773 118
Rubryka "Mazurskie Barwy Kresów-Program Pomost" Zofia Wojciechowska [email protected] , tel: 608 475 240
Członkowie redakcji: Ryszard Zaremba tel: 667 001 775 , [email protected] ; Andrzej Łukawski 501 153 340 , [email protected]; Anna Małgorzata Budzińska [email protected] 660 159 143
Maciej Prażmo [email protected] 602 319 309
Strona 52 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 marca 2013
www.ksi.kresy.info.pl
Was this manual useful for you? yes no
Thank you for your participation!

* Your assessment is very important for improving the work of artificial intelligence, which forms the content of this project

Download PDF

advertisement